Koty co lubię i co nie
Niekwestionowanym mistrzem dostarczania emotional support jest pies Rudzik, on w ogóle nie ma konkurencji, nawet jeśli wiadomo, że jego emotional support jest bardzo samolubny, bo każdemu kto się napatoczy podkłada mordkę do głaskania. Nielegalnym jest mieć ręce w kieszeni (a o poranku masz przecież ochotę mieć ręce w kieszeni zanim niedźwiedź rurowy wyjdzie z pieca) przy psie Rudziku, będzie trącał łapkami i noskiem o głaski, aż nie ulegniesz. W końcu ulegam nawet ja, nawet z karaluchami sprintującymi o tej porze po powierzchni mózgu, ale dopiero po śniadaniu.
Za to z kotami mam tak, że kocur Biszkopt jest super, on też się dużo tuli i mruczy i drzemiemy sobie razem, ale już kotki, ech. Stara Tośka jest taka bidula już, że przeżuwa cztery razy wolniej od pozostałych. Młoda Milka popitala po jedzenie jakby miała w dupce motorek i kradnie żarcie Tośce, jak skończy swoje. Muszę Toski bronić. W efekcie nie lubimy się z Milką z wzajemnością teraz. Ja nie lubię krzyczeć na zwierzęta, a na tą trzeba fuknąć, żeby ja odgonić. Rodzice też mówią - wyrywa jej z pyszczka czasem. Skąd tak, przecież koty nie przymierają tu głodem! No ale wiejskie to półdzikie, nie zostawiają żarcia na później, jak znajome domowe, a już tym bardziej nie próbują go zasypywać, bo coś nie pasuje. Zeżrą wszystko.
Proza życia, Mistrz Kuchni
Mamusia zostawiła trochę żarcia, śmiała się że dla oddziału wojska na miesiąc. Tatuś żartował, że w takim razie mogą mnie zostawić na miesiąc, a ja umierałem w środku, tak uwielbiam tam bywać. Na nieszczęście to nie była prawda, już przed ostatnim dniem skończył mi się chleb. Został biały ser, mama robiła z niego takie kluchy, wspiąłem się więc na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych, tj. wziąłem ser, mąkę, jajka, przerobiłem to na kształt pseudokopytek. Ja nie gotuję zbyt ambitnie, chyba że mam ścisły nadzór, ostatnio w czasach pandemicznych na Krańcu Świata. Pamiętałem że do ciasta się sypie mąkę aż nie przestanie się lepić. Strasznie nie lubię jak się lepi coś do moich dłoni, strasznie jestem głupiutki, nie odsypałem sobie do mąki do naczynka sensownego, uwaliłem tym ciastem papierowe opakowanie mąki. No ale udało się, pseudokopytka bez ziemniaka, jadalne, fajne podsmażone i ze skwarkami. Dało mi to do myślenia o tyle, że nawet tak prozaiczne wyzwanie w niecodziennej sprawie odpędziło na trochę ponure myśli.
To jest akapit motywujący, żeby przysiąść nad Godotem, bo nie ciągnie mnie do szukania roboty dla kogoś na razie.
Pieniądze
Przyszła też córa sąsiadki jednego dnia. Prawie ma rozum w głowie, bo miała oddać pieniądze rodzicom, ale mnie nie chciała, bo mnie nie pamięta. Ja pamiętam jak bawiliśmy się kilka lat temu w berka i nawet jak ma na imię, no ale mówię jej - spoko, widzę że się czujesz niepewnie, gdybyś miała tyle kasy oddać obcemu, to mądre, przyjdź wtedy a wtedy, mama już tu będzie.
Oczywiście mądrzej by zrobiła, gdyby temu obcemu człowiekowi napotkanemu w domu sąsiada w ogóle nie pokazała, że ma siedem stówek w ręku, no ale zasugerowałem rodzicom, żeby może tam porozmawiali i przekazali lekcję.
-
Trzeba nauczyć się patrzeć na inne rzeczy znów. Tato pytał, czy ja już napisałem swoją książkę. Tato, skąd ten pomysł? A bo byli na takim spotkaniu tam pod Wrocławiem, twórców, pisarzy itp., gdzie mógł na chwilę brylować w nowym płaszczu. Mówię, nie pierwszy raz ostatnio - wybiłem sobie z głowy pisanie książek, kiedy pomyślałem, że nie umiem nie pisać o sobie.
Jak jest?
Wiadomo, że mądrzej od opowiadań zacząć. A ważniejszy jest projekt w godocie.
-
POnaranek i pOnadwieczorek
Napisałem sobie ostatnio o tym zabijaniu emocji w sobie, że tak przecież trzeba.
Tymczasem...
Dzień jest szary, specjalnie nie piję kawy przed wyjściem z domu na wsi, żeby bez problemu drzemać w samochodzie, do którego idzie się przez błoto i kałuże. Przesypiam całą drogę, nie jest wygodnie, no ale może mi się coś rozciągnie w wiecznie spiętej szyi. W Warszawie dzień nadal szary, dzieją się szare rzeczy typu remonty, korki i nawet jakieś roboty kanalizacyjne na ulicy pod blokiem. Tato nie ma gdzie zaparkować, więc na razie nie oddam mamie płaszcza do naprawy.
Wchodzę do domu jakoś po dziewiątej, Ona drzwi ma uchylone mocno, kot już musiał buszować po domu. Nie gapię się już na nią, to takie dziwne, że było mi wcześniej wolno, a teraz już nie mogę, skoro wiem, że to nie jest widok dla mnie. Ale łapię migawkę, mózg ma polaroida z tego porannego cześć.
Podnosi się z łóżka, włosy ma rozpuszczone i rozrzucone w taki sposób, który jest przecudownie gorący, bo tak wyglądają włosy kobiety, kiedy siedzi na Tobie przecież. Pamiętam, że ona raczej śpi ze związanymi włosami, rozmawialiśmy kiedyś o tym, więc dziwię się trochę. Chyba ma nową piżamkę, kremowa, wygląda jakby była w męskiej koszuli, żałuję że to nie moja koszula i mam jakoś sucho w ustach, bo to nie widok dla mnie. Widać dolinkę między piersiami, to na moje pokuszenie nieco większy dekolt niż na ogół nosi, na ogół przecież nosi za duże podkoszulki po domu. Spodenki też są zbyt kuse na moje serce, do którego szybko się okazało, zgubiłem obiecywany nóż. Jeszcze nie dziś. Wygląda tak jak bita śmietana wygląda w oczach trzylatka. Przez ten ułamek sekundy mam wrażenie, że za oknem jednak jest słońce, a przecież wcale nie ma.
Kiedy nie wiedziałem jeszcze, że nie będzie randki, nie była dla mnie aż tak erotyczna jak bywa teraz. Podobała się po prostu, ale tęskniłem do jej towarzystwa przede wszystkim. Zakazany owoc robi swoje. Mam nadzieję, że to jest postęp w mimo wszystko dobrym kierunku. Z Pstrokatym Brzuszkiem śmiałem się ostatnio ze starej, pozostałej w adresie mejlowym, xywki, kradzionej z licealnej lekcji chemii - spartolony elektron. Tu przychodzi na myśl inna lekcja, o tym że zanim się rozrywają plastikowe wiązania między cząsteczkami, to też są na chwilę najsilniejsze.
Wraca wieczorem i mówi mi - Stała się katastrofa.
Ja wiem od rana jaka katastrofa się stała, nie wiem skąd wiem, ale wiem że zbiła kubek. Dałem jej kubek, jedyny taki na świecie, grafika narysowana przez super kumpelę, z którą pracowałem kiedyś, to był prezent na urodziny, wymyślony jeszcze kilka miesięcy zanim w ogóle pomyślałem, jak okrutnie tęsknię. To było bardzo osobiste dziękuję, że masz ochotę spędzać ze mną czas, bo ten czas jest super.
Co się zbiło, pytam, choć wiem, bo nie widziałem go na półce, ani na stole, ani na suszarce, stąd miałem tę myśl już rano przecież.
Pokazuje mi zdjęcie zbitego kubka, ja mówię "shit happens", nie mówię, że przecież prawie go z jakiegoś powodu rozbiła od razu, jak go dostała, nie mówię, że nie wiem jak ten zbity kubek ma się do mojego zbitego serca, bo przecież jakoś. Nie zrobiło na mnie wrażenia, kiedy kot jakiś czas temu rozwalił wazonik po byłej. Tu nie wiem, jakieś zrobiło. Zamówię kopię kubka, przecież mam tę grafikę, dostanie w nim bukiecik na dzień kobiet. Będę jej zamawiał ten kubek dopóki jest obok, jeśli będzie trzeba pewnie, jako jakiś symbol-artefakt wznoszenia się ponad nichuja.
Chyba by mi nie pokazała tej katastrofy, gdyby mimo nichuja odnośnie randek, nie ceniła sobie tej relacji, jaką mieliśmy, tak?
Próbuje mnie zachęcić do rozmowy o grach komputerowych, bo kupiła coś co też mam na wishliście. W głowie paranoje - może kubek zbity, żeby zrywać więzi, może gra kupiona jako rewanż za coś co ja kupiłem i mieliśmy grać razem, kiedy jest ostatnio oczywiste, że nie będziemy spędzać tak czasu. Niewiele jej podejmuję, tracę apetyt w połowie podwieczorku, emocje wciąż we mnie buzują i ręce trzęsą mi się nie tylko dlatego, że ogólnie mi się trzęsą. Ciągniemy w przeciwne strony chyba, ja próbuję złapać dystans, ona może próbuje pokazywać że może być spoko, że chciałaby żeby było spoko, tak myślę.
Nichuja nie jest spoko i nieprędko będzie jak było, jeśli w ogóle, bo ja tęsknię za tym, żeby móc patrzeć na nią tak samo, jak patrzyłem całą jesień. A tak mi nie wolno.
Przyjaciołom powtarzam, że to całkiem urocze, że się zachowuje, jakby była przekonana, że to zaproszenie na randkę było z jakiegoś znudzenia życiem, a nie że może ja mam jakieś uczucia.