czwartek, 26 lutego 2026

Pasta jajeczna

Naprawdę żyję w nudnym, śmiesznym filmie. Robię śniadanie, wchodzi do kuchni, tuli kota w ramionach, patrzy w okno, "Jakie cudowne słońce dzisiaj", stoję za nią, ja pierdolę, jaki mózg jest głupi, myśli wszystkie te cheesy rzeczy, że Ty jesteś moim słońcem i chciałbym tak do końca życia, czego nie rozumiesz, weź już zgaśnij jak mnie nie chcesz. "Tak, cudowne", nie mogę tego powiedzieć głośno, bo złamałby mi się głos, więc mówię dość cicho, przecież czuję że mi się oczy zaczynają pocić, "Masz we wszystkim rację", wdech, wydech, przy kocie wolno się rozjebać, przy niej nie.

Pauza.

"To wszystko było do kota, prawda?"

"Nie, do ciebie."

Nieprawda, niestety, już to ustaliliśmy przed miesiącem.

Za chwilę kot interpretuje moje słowa jak zaproszenie na randkę, tj. bierze je za żart i robi na odwrót, co może niepotrzebnie zauważam na głos, tj. zauważam "Kocie, w ogóle nie rozumiesz co do ciebie mówię", w trakcie mówienia słyszę co mówię i znów myślę o tamtym dniu i o tym dniu tutaj przed chwilą.

To nawet nie jest film, żyję w programie rozrywkowym typu "co można powiedzieć w przedwiosenny poranek i jako komentarz do związku którego nie będzie", a nawet się nie staram, samo tak wychodzi, jakbyśmy złapali na improv flow, tylko publiczności nie jest do śmiechu.

wtorek, 24 lutego 2026

Inne rzeczy tam i shit is difficult z powrotem

Koty co lubię i co nie

Niekwestionowanym mistrzem dostarczania emotional support jest pies Rudzik, on w ogóle nie ma konkurencji, nawet jeśli wiadomo, że jego emotional support jest bardzo samolubny, bo każdemu kto się napatoczy podkłada mordkę do głaskania. Nielegalnym jest mieć ręce w kieszeni (a o poranku masz przecież ochotę mieć ręce w kieszeni zanim niedźwiedź rurowy wyjdzie z pieca) przy psie Rudziku, będzie trącał łapkami i noskiem o głaski, aż nie ulegniesz. W końcu ulegam nawet ja, nawet z karaluchami sprintującymi o tej porze po powierzchni mózgu, ale dopiero po śniadaniu. 

Za to z kotami mam tak, że kocur Biszkopt jest super, on też się dużo tuli i mruczy i drzemiemy sobie razem, ale już kotki, ech. Stara Tośka jest taka bidula już, że przeżuwa cztery razy wolniej od pozostałych. Młoda Milka popitala po jedzenie jakby miała w dupce motorek i kradnie żarcie Tośce, jak skończy swoje. Muszę Toski bronić. W efekcie nie lubimy się z Milką z wzajemnością teraz. Ja nie lubię krzyczeć na zwierzęta, a na tą trzeba fuknąć, żeby ja odgonić. Rodzice też mówią - wyrywa jej z pyszczka czasem. Skąd tak, przecież koty nie przymierają tu głodem! No ale wiejskie to półdzikie, nie zostawiają żarcia na później, jak znajome domowe, a już tym bardziej nie próbują go zasypywać, bo coś nie pasuje. Zeżrą wszystko.

Proza życia, Mistrz Kuchni

Mamusia zostawiła trochę żarcia, śmiała się że dla oddziału wojska na miesiąc. Tatuś żartował, że w takim razie mogą mnie zostawić na miesiąc, a ja umierałem w środku, tak uwielbiam tam bywać. Na nieszczęście to nie była prawda, już przed ostatnim dniem skończył mi się chleb. Został biały ser, mama robiła z niego takie kluchy, wspiąłem się więc na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych, tj. wziąłem ser, mąkę, jajka, przerobiłem to na kształt pseudokopytek. Ja nie gotuję zbyt ambitnie, chyba że mam ścisły nadzór, ostatnio w czasach pandemicznych na Krańcu Świata. Pamiętałem że do ciasta się sypie mąkę aż nie przestanie się lepić. Strasznie nie lubię jak się lepi coś do moich dłoni, strasznie jestem głupiutki, nie odsypałem sobie do mąki do naczynka sensownego, uwaliłem tym ciastem papierowe opakowanie mąki. No ale udało się, pseudokopytka bez ziemniaka, jadalne, fajne podsmażone i ze skwarkami. Dało mi to do myślenia o tyle, że nawet tak prozaiczne wyzwanie w niecodziennej sprawie odpędziło na trochę ponure myśli.

To jest akapit motywujący, żeby przysiąść nad Godotem, bo nie ciągnie mnie do szukania roboty dla kogoś na razie.

Pieniądze

Przyszła też córa sąsiadki jednego dnia. Prawie ma rozum w głowie, bo miała oddać pieniądze rodzicom, ale mnie nie chciała, bo mnie nie pamięta. Ja pamiętam jak bawiliśmy się kilka lat temu w berka i nawet jak ma na imię, no ale mówię jej - spoko, widzę że się czujesz niepewnie, gdybyś miała tyle kasy oddać obcemu, to mądre, przyjdź wtedy a wtedy, mama już tu będzie.

Oczywiście mądrzej by zrobiła, gdyby temu obcemu człowiekowi napotkanemu w domu sąsiada w ogóle nie pokazała, że ma siedem stówek w ręku, no ale zasugerowałem rodzicom, żeby może tam porozmawiali i przekazali lekcję.

-

Trzeba nauczyć się patrzeć na inne rzeczy znów. Tato pytał, czy ja już napisałem swoją książkę. Tato, skąd ten pomysł? A bo byli na takim spotkaniu tam pod Wrocławiem, twórców, pisarzy itp., gdzie mógł na chwilę brylować w nowym płaszczu. Mówię, nie pierwszy raz ostatnio - wybiłem sobie z głowy pisanie książek, kiedy pomyślałem, że nie umiem nie pisać o sobie.

Jak jest?

Wiadomo, że mądrzej od opowiadań zacząć. A ważniejszy jest projekt w godocie.

-

POnaranek i pOnadwieczorek

Napisałem sobie ostatnio o tym zabijaniu emocji w sobie, że tak przecież trzeba.

Tymczasem...

Dzień jest szary, specjalnie nie piję kawy przed wyjściem z domu na wsi, żeby bez problemu drzemać w samochodzie, do którego idzie się przez błoto i kałuże. Przesypiam całą drogę, nie jest wygodnie, no ale może mi się coś rozciągnie w wiecznie spiętej szyi. W Warszawie dzień nadal szary, dzieją się szare rzeczy typu remonty, korki i nawet jakieś roboty kanalizacyjne na ulicy pod blokiem. Tato nie ma gdzie zaparkować, więc na razie nie oddam mamie płaszcza do naprawy.

Wchodzę do domu jakoś po dziewiątej, Ona drzwi ma uchylone mocno, kot już musiał buszować po domu. Nie gapię się już na nią, to takie dziwne, że było mi wcześniej wolno, a teraz już nie mogę, skoro wiem, że to nie jest widok dla mnie. Ale łapię migawkę, mózg ma polaroida z tego porannego cześć.

Podnosi się z łóżka, włosy ma rozpuszczone i rozrzucone w taki sposób, który jest przecudownie gorący, bo tak wyglądają włosy kobiety, kiedy siedzi na Tobie przecież. Pamiętam, że ona raczej śpi ze związanymi włosami, rozmawialiśmy kiedyś o tym, więc dziwię się trochę. Chyba ma nową piżamkę, kremowa, wygląda jakby była w męskiej koszuli, żałuję że to nie moja koszula i mam jakoś sucho w ustach, bo to nie widok dla mnie. Widać dolinkę między piersiami, to na moje pokuszenie nieco większy dekolt niż na ogół nosi, na ogół przecież nosi za duże podkoszulki po domu. Spodenki też są zbyt kuse na moje serce, do którego szybko się okazało, zgubiłem obiecywany nóż. Jeszcze nie dziś. Wygląda tak jak bita śmietana wygląda w oczach trzylatka. Przez ten ułamek sekundy mam wrażenie, że za oknem jednak jest słońce, a przecież wcale nie ma.

Kiedy nie wiedziałem jeszcze, że nie będzie randki, nie była dla mnie aż tak erotyczna jak bywa teraz. Podobała się po prostu, ale tęskniłem do jej towarzystwa przede wszystkim. Zakazany owoc robi swoje. Mam nadzieję, że to jest postęp w mimo wszystko dobrym kierunku. Z Pstrokatym Brzuszkiem śmiałem się ostatnio ze starej, pozostałej w adresie mejlowym, xywki, kradzionej z licealnej lekcji chemii - spartolony elektron. Tu przychodzi na myśl inna lekcja, o tym że zanim się rozrywają plastikowe wiązania między cząsteczkami, to też są na chwilę najsilniejsze.

Wraca wieczorem i mówi mi - Stała się katastrofa.

Ja wiem od rana jaka katastrofa się stała, nie wiem skąd wiem, ale wiem że zbiła kubek. Dałem jej kubek, jedyny taki na świecie, grafika narysowana przez super kumpelę, z którą pracowałem kiedyś, to był prezent na urodziny, wymyślony jeszcze kilka miesięcy zanim w ogóle pomyślałem, jak okrutnie tęsknię. To było bardzo osobiste dziękuję, że masz ochotę spędzać ze mną czas, bo ten czas jest super.

Co się zbiło, pytam, choć wiem, bo nie widziałem go na półce, ani na stole, ani na suszarce, stąd miałem tę myśl już rano przecież.

Pokazuje mi zdjęcie zbitego kubka, ja mówię "shit happens", nie mówię, że przecież prawie go z jakiegoś powodu rozbiła od razu, jak go dostała, nie mówię, że nie wiem jak ten zbity kubek ma się do mojego zbitego serca, bo przecież jakoś. Nie zrobiło na mnie wrażenia, kiedy kot jakiś czas temu rozwalił wazonik po byłej. Tu nie wiem, jakieś zrobiło. Zamówię kopię kubka, przecież mam tę grafikę, dostanie w nim bukiecik na dzień kobiet. Będę jej zamawiał ten kubek dopóki jest obok, jeśli będzie trzeba pewnie, jako jakiś symbol-artefakt wznoszenia się ponad nichuja.

Chyba by mi nie pokazała tej katastrofy, gdyby mimo nichuja odnośnie randek, nie ceniła sobie tej relacji, jaką mieliśmy, tak?

Próbuje mnie zachęcić do rozmowy o grach komputerowych, bo kupiła coś co też mam na wishliście. W głowie paranoje - może kubek zbity, żeby zrywać więzi, może gra kupiona jako rewanż za coś co ja kupiłem i mieliśmy grać razem, kiedy jest ostatnio oczywiste, że nie będziemy spędzać tak czasu. Niewiele jej podejmuję, tracę apetyt w połowie podwieczorku, emocje wciąż we mnie buzują i ręce trzęsą mi się nie tylko dlatego, że ogólnie mi się trzęsą. Ciągniemy w przeciwne strony chyba, ja próbuję złapać dystans, ona może próbuje pokazywać że może być spoko, że chciałaby żeby było spoko, tak myślę.

Nichuja nie jest spoko i nieprędko będzie jak było, jeśli w ogóle, bo ja tęsknię za tym, żeby móc patrzeć na nią tak samo, jak patrzyłem całą jesień. A tak mi nie wolno.

Przyjaciołom powtarzam, że to całkiem urocze, że się zachowuje, jakby była przekonana, że to zaproszenie na randkę było z jakiegoś znudzenia życiem, a nie że może ja mam jakieś uczucia.

sobota, 21 lutego 2026

Jak Jezusek z Borja nie chcę

Lubiłem z Nią pożartować o sprawach brutalnych i ostatecznych. Bywa z niej gapa, mówi że ma kłopoty z wyczuciem przestrzeni, więc obija się i łapie siniaki na każdym kroku w domu mieszkaniu. Ja się śmieję, że dzięki temu nie odkłada jej się na żaden poważniejszy uraz. Nawet kiedy spadła ze stołka, to ja miałem złamane serce. No bo ja nie mam tego problemu, nie robię sobie w domu mieszkaniu krzywdy, oprócz tej sytuacji, kiedy mi się skumulowało i zwichnąłem stopę przy wstawaniu z fotela.

Dzięki tym żartom wiem już, że Ona skądś wie, że szansa na śmierć od rany kłutej to jest siedem procent. Naturalnie od razu wtedy zakładam, że ja na sto procent będę w tych siedmiu, gdyby doszło co do czego, choćby to była rana kłuta stopy. Na pewno byłem dość blisko takich spraw ostatecznych już, upuściłem kiedyś nóż.

Mimbla, kiedy wspominam jej o tym Starym Werterze we mnie, ostrzega, że cały ten romantyzm był do dupy, w takim ostrożnym i zatroskanym tonie, żeby mi żadne głupoty nie przechodziły przez myśl przypadkiem. Rozumiem skąd to, spokojnie, nie mam takich pomysłów, miałem tylko raz kiedyś w czasie okropnej migreny, chciałem skakać z okna z bólu głowy nie serca. Wystraszyło mnie to wtedy, co chyba dobrze o mnie świadczy.

Mimbla ma trudno, nie wydaje mi się, obiektywnie można powiedzieć, że o wiele trudniej niż ja. Jakoś tak, chyba głupio w sumie, pytałem ostatnio, czy czegoś z tych wszystkich spraw nie żałuje, gdyby miała dać szczery wywiad. "Przecież nigdy nie przewidzisz", odpowiada spokojnie. Matko Bosko, jaka silna kobieta to jest.

Przecież nigdy nie przewidzisz, że jak nadasz koleżance xywkę od żartu, który się jej nie spodobał gdzieś w okolicy zapoznania (od razu wtedy go porzuciłeś, to wszystko co po nim zostało) to w rok później jedyną słoną osobą w tym układzie będziesz ty sam. Może powinieneś był to przewidzieć, lubisz te symetryczne, przewrotne żarty, tak? "Salty" też było przeciwieństwem cukru! Literackie klamry i strzelby Czechowa, jak zwykle okazuje się, że to życie pisze najlepsze scenariusze, tylko dlaczego to musi być tragikomedia.

Może powinienem żyć tak, jakbym pisał taki scenariusz, mam jakieś pojęcie o powiększaniu przypału i humorystycznych grach z czasu zabawy w improv, wtedy nic mnie jednak nie zaskoczy?

Zaskoczy, zaskoczy.

Myślę to tonem w jakim powiedziałby to Kropla Deszczu, bo nikt nie powie tego tak pięknie i pewnie jak trzylatek przecież.

Z Pstrokatym Brzuszkiem rozmawialiśmy za to o wyrabianiu sobie dobrych nawyków. Przypomniały mi się wtedy takie tricki behawioralne, które praktykował instruktor improv, typu podszczypywanie albo strzelanie sobie w nadgarstek gumką recepturką, kiedy się popada w niechciane schematy. Dla Pstrokatego Brzuszka jest to sprawa, nomen omen, brzuszka i trochę mu tego zazdroszczę. Na mnie niestety spadła dziś ta świadomość, że mam do wypracowania taki nawyk w sprawie serca i są szanse, że nawet w spalonych kiedyś w tym piecu, który utrzymywał mnie ostatnie dwie noce po minus dwadzieścia przy życiu, pamiętnikach z liceum, nigdy nie byłem tak egzaltowany.

A ja potrafię być szalenie egzaltowany, przecież dlatego je zjarałem.

Żyj tak, jakbyś pisał scenariusz tragikomedii, pamiętasz? 

Believe me or not, dziś jednak żałuję sfajczenia pamiętników, mam ochotę spróbować sprzedać te dwadzieścia lat depresji. Skoro była kiedyś przebrnęła przez całego tego bloga, to wierzę, że jest czytelnik, który to kupi po opracowaniu. A przecież śmiałem się, czytając je na wyrywki przy przerabianiu na podpałkę.

No więc, jak mówi Mimbla, przecież nigdy nie przewidzisz. Nie przewidzisz, że kiedy podejmiesz tę decyzję, że wychodzisz z sercem, zostaniesz wzięty za żart do tego stopnia, że zamiast jasnej odpowiedzi, otrzymasz jakąś dziwaczną, to brzydkie słowo, no ale jednak, litość, bo może nie masz przyjaciół.

"Kupię mu pączki i pooglądamy filmy" to jest dobra odpowiedź bonusowa, jeśli wcześniej odpowiedź na propozycję wyjścia do teatru brzmi "hell yeah", a nie kiedy brzmi "wtf, chyba żartował z tą randką, ale jeszcze się upewnię u wspólnej koleżanki".

Nie przewidzisz, czy może uprzesz się na możliwie jak najdłużej zapomnieć, że podejmując decyzję o sprawdzeniu, czy wolno Ci zawalczyć o to szczęście, tak blisko, że na wyciągnięcie ręki, brakuje tylko zgody żeby je chwytać za dłoń, będziesz w konsekwencji musiał w końcu podjąć też decyzję, że tę pierwszą decyzję trzeba odwołać, nadpisać taką decyzją że już nie. I to jest najmniej romantyczna decyzja na świecie. Ale tak trzeba, c'nie?

To jest pytanie do Mimbli na następną kawę - jak przestać. Niepokoiła się ostatnio, że źle to znoszę, że wydawałem się za pierwszym razem trochę spokojniejszy i patrzący na jakieś perspektywy, że przecież tego kwiatu to pół światu. Tak jest, ale najpierw trzeba przestać. Ja wiem, jak to się potrafi rozmyć z czasem, byłem przez, ile, dekadę prawie, w związku, w którym z początku było dwieście procent wzajemnej troski, czułości itd. itp. Aż w końcu przestało, pewnie kiedy przestaliśmy razem cokolwiek planować, a ja nie chciałem za bardzo przypominać, że był w tym jakiś plan kiedyś, bo musielibyśmy ułożyć nowy, inny.

Ale teraz muszę sam to jakoś gwałtowniej uciąć.

Stąd pewnie te żarty o tinderach i zakładaniu gay-targeted of, w poszukiwaniu gwałtownych i efekciarskich ucieczek, jakby ten film mógł się zrobić ciekawy jednak.

W praktyce, to jednak piszę razem z życiem scenariusz tragikomiczny, godny pamiętników nawet jeszcze nie licealisty, raczej gimnazjalisty (już nie ma?). Przecież ja muszę umrzeć od tej rany kłutej. Za każdym razem, widząc ją, potrzebuję sam sobie wbijać nóż w serce, żeby to zamordować, tak? Nie jak do tej pory, że na chwilę umieram, kiedy ją widzę. Automord to ma być. I kiedy jej nie widzę w sumie też. Metaforycznie te noże, wiadomo. Bo gumka recepturka na nadgarstku to niestety nie ten kaliber emocji.

Czy może da się przestać jakoś inaczej? To nie ma wyłącznika. Żart to by było że sprawdzić czy nie alkohol (wszyscy wiemy że nie), ale przecież częścią tej tragikomedii jest, że ja jestem naprawdę wporzo typem. Nie jakimś księciem z bajki i na pewno jednak jest jakimś problemem, że nie sram kasą (było nie było, Ona jest księżniczką z pałacu na Podkarpaciu), no i oficjalnie za starym, tak. Ale jednak zadbanym, wolnym od nałogów wszelakich, z dystansem i nawet jakimiś pasjami innymi niż same gry komputerowe (które ona w sumie też lubi, więc to by nie była aż taka red flag, jak upierają się w sieci), uważnym, słuchającym i z sercem. I nie mieszkam z mamą!

Prawieże odfajkowana checklista z fejkowych listów o love stories do redakcji kobieta onet. Nie wiem dlaczego mi czasem ten syf wyskakuje w feedzie, nie wiem dlaczego go czasem czytam, może to kariera dla mnie? Umiem pisać pod ten sam target.

To nie jest typ, który odwala jakieś dzikie akcje w nieszczęśliwym afekcie. On sobie próbuje wykoncypować, jak to rozwiązać z klasą, no ale na razie mu nie wychodzi z klasą (doceń sam siebie: z klasą jest zaprosić na randkę przed rozmową o emocjach i z klasą jest zrobić krok czy dwa kroki wstecz w relacji która nigdy nie będzie taką jakiej pragniesz), bo mu wychodzi, że trzeba, jak w żarcie, zabić serce serią przypadkowych ran kłutych. Bo przy jednym dźgnięciu szansa na sukces to raptem siedem procent. Może przy ranach kłutych łyżką jest większa?

For fucks sake, kiedyś będę żałował, że nie da się spalić internetowego pamiętniczka. "I'm in love with my sadness", wiadomo, skoro wciąż tak bawią mnie te skreślenia domu. Śmieszno i smutno.

czwartek, 19 lutego 2026

Wełniany ocieplany płaszcz Magnat r.M

Dzień zaczyna się od dowcipu: wchodzę do kuchni i od razu podkłada mi pod nos kota, mówi że jako emotional support.

No tak, jadę na wieś do rodziców, no tak, to powinno być bardzo miłe, że pamiętasz, że nie przepadam za tymi wyjazdami. Wciąż lubię Cię o wiele, wiele za mocno, tj. chyba nic się nie zmieniło jeszcze, więc szczególnie doceniam te chwile, kiedy jesteś tak tępa (jeśli to udajesz to jesteś o niebo lepsza ode mnie), że nie dostrzegasz żartu. Jesteś ostatnią osobą na świecie z którą porozmawiam o emotional support. Od kota biorę, kiedy sam przychodzi, no ale nie dowiesz się o czym sobie gadamy, bo o Tobie. Dałaś mi niedawno do zrozumienia, że muszę zabić w sobie różne takie emocje, wyrośnięte w minionym półroczu. Łatwiej to robić nawet u rodziców, niż przy Tobie. Jesteś obecnie jedynym na świecie zjawiskiem przez które wyję o emotional support.

Albo przez które chichram się jak szaleniec, kiedy pod koniec tego średniego anime ("Gasaraki" jest lepsze, kiedy się już okazuje, że te namiastki mecha-porn są pretekstowe i mocniej idzie w horror, oprócz tego że w NGE pod koniec, gdyż ponieważ never nuke a country twice, I guess), bohater krzyczy:

"Abandoning your soul won't resolve your sorrow!"

A mnie się przypominają ostatnie żarty o życiu po heartbreaku, o tinderze, albo wręcz of, bo na dobrą sprawę jedyne komplementy jakich słucham w życiu dostaję od queer-kolegów...

O wiele mniejsze marzenie, niż zabranie fajnej kobiety do teatru, to był fajny płaszcz kiedyś. Próżne takie, by się chciało ładnie wyglądać, a ja nigdy nie umiałem sobie dobrać płaszcza ładnego. Chodziły za mną takie mocniej militarystyczne kroje kiedyś, wojsk lotniczych, albo jaki zgrabny trencz, nie pykło nigdy, choć raz jeden z sieciówki był blisko. A dzień po tym, jak mi powiedziała nichuja w sprawie wyjścia do teatru, wyjechaliśmy z Bazylem i Herbacianą na Mistrza i Małgorzatę do Łodzi. Nie do końca siadło mi to przedstawienie-rock-opera i do tego zniszczyłem sobie wtedy, zahaczyłem, szwy poszły, taki krótki płaszcz. Mam go z czasu tamtych prób z elegancją z okresu w korpo, ale długo już udaję że nie mam, bo w sumie przestał mi się podobać.

Zapomniałem go dziś zabrać do Mamy na ratunek. Upiorne to nieco. Płaszcz jest czarny i chcę go odratować na pogrzeby, ale przecież jej tego nie powiem, że może to na jej imprezę. To już trochę ten wiek, że się człowiek zastanawia, kiedy coś jebnie na amen. W grudniu rodzice przerabiali czterdziestą rocznicę ślubu, a ja byłem wtedy na granicy, żeby w ogóle nie przyjechać.

Stąd ona pamięta, że nie lubię tam jeździć przecież.

Pod koniec krótko poprzedzającej jubileusz wizyty na wsi, Mama pytała o szatana w piosenkach na mojej playliście, jakbym zapraszał do jej świętego domu zło. I jeszcze nie przyszła z tym do mnie sama, wiedziała, że to będzie afera, przysłała Tatę. Tymczasem ja jej szorowałem z brudu drewniany sufit i ani przez sekundę nie skontaktowałem, że remix piosenki zespołu Kombi, oryginał zresztą też, ma w tekście tego szatana, zdecydowanie bohatera negatywnego. A kwestia religii zawsze była między nami trudna i wciąż nie umiem się nauczyć, że ten cholerny bóg to mimo wszystko też jest miłość i troska, nawet jeśli kiedyś przysłonił szereg spraw, w których, będąc nastolatkiem, mogłem potrzebować wsparcia. Obraziłem się, że przyjeżdżam pomóc a dostaję komentarze o szatanie, jakby znów czytała dzieciom swoje wykłady o bogu z kartki.

Wytworem szatana muszą być nie tylko pieniądze i wykłady z kartki, ale też sieciowe second-handy. Mam z internetów fajny granatowy płaszcz, skoro tamten czarny rozwaliłem w Łodzi, to pierwszy zakup w sklepie, który dobrze wyszedł i może mnie zbyt rozochocił, bo szatańsko się nabrałem, że następne też tak dobrze pójdą. Nope, nope. Mam teraz też kurtkę którą muszę spróbować sprzedać przez zbyt krótkie rękawy i szczęśliwie nie mam już grafitowego płaszcza z pagonami, który tak super wyglądał na zdjęciach, że nawet Ikona Stylu Daniel Craig, antyfan płaszczy dwurzędowych, mówił, że może będzie świetny.

Na zdjęciu tak, świetny. Na mnie? Cóż, był taki film aktorski z Super Mario Bros, o którym należałoby zapomnieć, gdyby nie tępaki-mięśniaki z malutkimi główkami w nim. Mniej więcej tak sam siebie odbierałem, jak oni wyglądali, kiedy założyłem ów płaszcz, zbyt obszerny i jeszcze, a fe, z poduszkami w ramionach.

Ale nie mam go już, bo na moim Tacie wygląda świetnie. Tato był oficerem, to nie dziwne, że w takich rzeczach potrafi wyglądać. Sprawdziliśmy dziś, kiedy przyjechał mnie zabrać na to wiejskie zesłanie, gdzie mam aż pięć stworów do zaopiekowania. Nie mam przy tym wątpliwości, że większości tak potrzebnego emotional support dostarczy ulubiony pies Rudzik, śliczny jak pluszowa maskotka. Tuli się we mnie, mruczy, gładzę go po mordce i za uszami, i robię mu wyrzuty, że nie jest nią, bo wolałbym tak jej, hehe. Znaczy chlip.

Pogodziłem się z Mamą po tej aferze grudniowej, która wprawdzie odbyła się wtedy jedynie we mnie, ale jednak. Opowiedziałem jej o tej piosence, z siedemdziesiątego ósmego jest, tytuł ma "Pieniądze". To jej młodość, ale tej akurat nie znała. "Słowa mają moc", mówi, ostrzegawczo. Mama jest nawiedzona i nie jest to obelga w jej uszach - jest "na wiedzy", wiedźma. Ja też wiem mamo, niedaleko pada japko, w książkach dla młodzieży był ten którego imienia nie wolno wymawiać a do tego sam miałem wpisy i tagi typu "sprawcza siła słowa" kiedyś, kiedy przypadki splatały życie i litery akurat.

Jak za chwilę, bo najważniejsze jest, kiedy Tato wchodzi do kuchni w swoim nowym eleganckim płaszczu i Mama mówi mu tak, że nie mogła powiedzieć nic silniej dla mnie gorzkiego i słodkiego równocześnie, że serducho przeskoczyło bit po równo na smutno i wesoło, bo na te czterdzieści wspólnie zapracowali.

"Chyba potrzebuję zabrać Cię do teatru!"

Tato, idź! Ja bym nie dyskutował ani przez sekundę.

wtorek, 17 lutego 2026

"You good, BRO?" 💀

 Inne rzeczy, zupełnie inne rzeczy.

Słucham starej muzyki, słucham nowej muzyki. Uciekam ostatnio od piosenek, które wprost podbijają emocje, jak te playlisty z zajęć, muzyka pop o miłości mi nie służy i choć wszelkie możliwe remixy wicked game są cudne, to trzeba dać na wstrzymanie. Krakowski spleen niech zostanie, leci na Salsation ten taneczny! Śpiewam. Ale ogólnie to gra jak Telefon Tel Aviv i okolice, tylko trzeba przejść do "What it was will never again" (niebo było, niebo, ale zjadłeś owoc zakazany, tj. przyznałeś się, że chciałbyś dążyć żeby tak zostało), zamiast zapętlać ten "Sound in a dark room". Ściągam sobie różne piosenki z YT, porządkuję bałagan, który już miałem w plikach na dysku. Będzie porządek - pójdzie na tablet. Fajne są takie znaleziska nie przez algorytm - jak ściągam z tego YT Telefon Tel Aviv, to patrzę co tam wrzucił jeszcze ten ktoś, kto wrzucił tę płytę. Jak inaczej trafić na Sinusstøv? I najbezpieczniej czuję się tulony przez jakieś nastrojowe elektroniczne rzeczy z chrobotaniem - jeszcze Utah Saints, jeszcze Arms & Sleepers, nawet jeśli ogólnie jest zimno, a nie jak w ulubionej ich nucie.

Trzeba odkopać Lali Punę może?

Powinno być ciepło. Nie wszędzie ze szczegółami opowiadam tę ostatnią sytuację, no ale wśród znajomych mi jakoś ludzi nie ukrywam, że sercowo jestem w drzazgach. I wtedy okazuje się, że nawet bez wnikania we wszystkie szczegóły, robią się Ci ludzie jeszcze bliżsi. Są cudowni, są cierpliwi, posłuchają, poklepią po ramieniu, przytulą, czasem opowiedzą jakąś swoją historię, może nawet określając ją jako "haki", żebym też na nich coś miał. Czuję wdzięczność za nocne gadanie na komunikatorze z Lawyer Spice, za walentynkową pizzę z Pstrokatym Brzuszkiem, za spotkania na Wilanowskiej z Mimblą, za troskę i wsparcie Daniela Craiga, który bez chwili namysłu dał mi przecież od razu przestrzeń żeby się rozjebać i wypłakać, i pewnie nawet usłyszał za dużo, usłyszał czego nigdy nigdzie nie zapiszę, ale miał wyrozumiałość i cierpliwość do wszystkiego.

Staram się mieć cierpliwość i wyrozumiałość też. Na zumbie typ mi mówi, dałeś czadu, widzę go w sobotę w Koneserze, okazuje się trudnym charakterem, nie może przestać gadać, kiedy mu mówię cześć, wiem przez te pięć minut przed zajęciami, że ma dwadzieścia dwa lata, pisze książkę fantasy o Afryce, w której jest jakaś twierdza, ma jakąś koleżankę która mu to czyta i daje uwagi, bo sama zna się na Afryce. No i widzę typa, który koniecznie chce komuś o sobie opowiedzieć. Przecież też tak mam. Pewnie nigdy nie zaproszę na naleśniki, tzn. to niezbyt dobre wrażenie wstępne, ja chyba się aż tak nikomu nie narzucałem. Mam nadzieję. Ale słucham. Wiem jak dziwny typ na zumbie może mieć przejebane przecież.

No i choruję, na razie jutrzejsze zajęcia z Różyczką stoją pod znakiem zapytania, najgorsze było w niedzielę, dobrze że jeszcze mi został ketonal na ból głowy, zrobiłem sobie dziś dzień przerwy, na szczęście obyło się bez leków, no ale katar i kaszel grube. Mogła mi to sprzedać, mimo że nigdy się nie dotkniemy, przecież choruje od miesiąca non stop. Na pewno jest dzielniejsza ode mnie i znosi bez komentarza, że nie mogę na nią patrzeć. Jak cudownie było na nią kiedyś patrzeć. I ściemnione uśmiechy też niezbyt mi wychodzą, no ale choroba to dobra wymówka. 

Ona inicjuje rozmowy, ja ich nie podejmuję. Nie umiem na razie rozmawiać, tj. wiem jak to może być (niebo), nie chcę sobie przypominać i znów tęsknić. Chyba na razie lepiej rozmawiać o pogodzie, nawet jeśli miałoby tak już w ogóle zostać. Kot, kiedy wstaje z popołudniowej drzemki i przychodzi się przytulać (do mnie w sumie jedynie jak jej nie ma), słyszy to, czego ona nigdy nie usłyszy, tj. że trzeba przestać. Ona tego nie wie, więc potrafi powiedzieć coś co brzmi jak osikowy kołek w moje serce wampira. Śmiertelne ucięcie głowy jest kiedy mówi o tym, że nie wiadomo kiedy ja żartuję w kuchni i na chwilę się zacina, a ja słyszę jak jej chroboczą zębatki głowie, że by pasowały do piosenki Lali Puny, kiedy sobie przypomina, że to co dla mnie najważniejsze to wcale nie był żart.

Ale tak sobie przecież wybrałem, że dam radę to przetrwać.

"Bro". Herbaciana kiedyś pytała czy ja ją traktuję jak młodszą siostrę. A ja nie potrzebuję młodszej siostry. Młodsza siostra powtarzała mi, że krzywdzę kobiety. Dlatego ona została zaproszona na randkę, żeby ewentualnie sobie o emocjach pogadać gdzie indziej niż pod tym dachem i żeby pod żadnym pozorem jej nie zrobić krzywdy jakimś mówieniem wprost jak z głupiego filmu dla nastolatków.

Ale jeśli nie wybrnę, to trzeba będzie przemyśleć słowa Daniela Craiga o stawianiu siebie na pierwszym miejscu. "Ona nie chce zmieniać mieszkania bo w sumie wam się razem dobrze mieszka", napisała Herbaciana. Będę się musiał wtedy czepiać tych słówek, że "w sumie", że "wam" (nie będzie żadnych nas przecież), że jestem dla niej żartem i że na informację o mojej nadinterpretacji dotyku, do którego tęsknię, bardzo brzydko powiedziała "faceci" i tego nie nadpisze już żadna troska dnia powszedniego.

Oczywiście wszystko jej wybaczę, jeśli zmieni zdanie. Jaki to jest etap żałoby, to utrzymujące się wyparcie, że było nichuja? Wciąż jakiś wczesny?

Miały być zupełnie inne rzeczy, ale nie da się uciec tak zupełnie, kiedy się mieszka pod jednym dachem, ech.

Zacząłem nową grę, dałem się oszukać, że to będzie fajny boss rush, Eldest Souls, jest to boss rush, ale bardzo mocno bullet hell. Może potrzebuję teraz właśnie czegoś takiego, co wymaga super skupienia i wygranych okupionych potem i krwią, ale też może odpadnę po trzech bossach. Bo ja nigdy nie lubiłem bullet hell.

Jest czym zająć ręce w każdym razie. No i oglądam anime, "Gasaraki", kiedy nie mam siły na książkę. Średnia rzecz, gdybym nie potrzebował ucieczki, dawno bym to rzucił, no ale są mechy i wciąż liczę, że pojawią się jakieś lepsze z alternatywnej rzeczywistości. A jak nie to trudno, dociągnę do końca i przed następną serią przeczytam recenzję (żeby przypadkiem się nie okazało że to anime bullet hell).

Muszę wystawić trochę ogłoszeń na vinted, robiłem tam zakupy, mam super swetry, ale nie wszystko się udało, pewnie długo będą wisieć mniej udane płaszcze w szafie (kończy się sezon, było nie było, coraz bliżej wiosna), jeden zostawiam, dwóch się muszę pozbyć, to loteria, no ale w sumie wydałem ostatnio na ciuchy mniej kasy niż za ćwierć płaszcza ze sklepu, więc nie bolą tak wtopy. I wiem już z czym trzeba ostrożniej. I w ogóle wiele więcej mi nie trzeba.

Staram się wyglądać sensownie chyba pierwszy raz od "coś się tak wystroił" sprzed lat. "Dla Ciebie, przecież", nie odpowiedziałem wtedy, tak zapiekło, ale w sumie miałem już w głowie, że sprawia wrażenie jakby jej nie zależało. Czy może projektowałem na nią jakieś swoje emocje, bo mnie coraz mniej zależało?

Za chwilę znów będą ze dwa tygodnie odwyku, może to będzie już dość żałoby? Po obu, hopefully?

czwartek, 12 lutego 2026

Powtarzaj za mną

To że mówi, że się zmartwiła, kiedy nie było mnie w domu mieszkaniu na noc, to nic nie znaczy, o niczym nie świadczy. To że mówi to drugi raz za kilka godzin, że siedziała do późna z tymi nowymi paranormalnymi opowieściami i paznokciami (przegapiłeś tu szansę na naukę mówienia drobnych komplementów na nowo mimo wszystko) i nagle jej to przeszło przez myśl, że mnie nie ma wciąż jeszcze, w tym nastroju strasznych opowieści, więc może trzeba się martwić, to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy, kiedy mówi, że źle spała i w ogóle później nie wstała na jakieś sprawy pracowe, bo leżała jeszcze w łóżku jak wszedłeś do domu po plotach z Mimblą.

Nic z rzeczy, które Ci się wydawały wcześniej, nie było naprawdę, c'nie? Łącznie z tym wieczorem, kiedy przekonywałeś sam siebie, że the right way w tej dziwnej relacji to nie jest łapać dziewczynę za rękę przy oglądaniu seriali, tylko kiedyś zaprosić na randkę, nawet jeśli masz wrażenie, że po chwili sama wręcz podstawia swoją dłoń do chwytania (jakby sprawdzała, choć sekundę wcześniej waliła w twoją laserami z oczu, the girl uses confusion, it's super effective), a później na chwilę się zrobiła w kuchni taka flirty, jakby prowokowała żebyś podszedł za blisko (ale pięć minut wcześniej mówiła o różnicy wieku rodziców, the girl uses confussion a lot). To wszystko były złudzenia, bo widzisz rzeczy, które chciałbyś widzieć, tak mamy ogólnie w rodzaju ludzkim, nie jesteś wyjątkiem.

Ona chciała w zaproszeniu na randkę zobaczyć żart, więc zobaczyła.

Gdyby kontynuować tę rozmowę z kuchni, należałoby przyznać, że sobie ze mną poradziła.

To nic nie znaczy, o niczym nie świadczy, że zauważa jakąś nieobecność, to nie jest uświadomienie sobie braku (nie projektuj na nią swoich emocji, to ty czujesz brak i tęsknotę i masz to przepracować żeby nie), to uprzejme zauważenie, więc bądź po prostu czujny i gdyby przypadkiem znów chciała okazywać taką troskę, że cię nie ma w domu mieszkaniu na noc, to powiedz żart w tym tonie seriali o duchach i potworach, i poczwarach, że pierwsza się dowie, jeśli umrzesz tam gdzieś na mieście, bo pomożesz babci straszącej w bloku zrzucać rzeczy z półek.

Powtarzaj za mną, ponieważ zgodnie z wytycznymi, które sam sobie nawymyślałeś, nie ma tu już miejsca na nic ponad czułe i życzliwe próby wyśmiewania samego siebie, wieczną naukę podejścia do spraw z poczuciem humoru.

"W jednym roku mieszkałem ze żmiją która zachowywała się jak była żona i z kobietą która nigdy nie będzie żoną". Lubisz takie symetryczne, kontrastowe żarty. Twoje życie uczuciowe to materiał na dobry stand-up, c'nie?

Powtarzaj za mną, że troska i wdzięczność, okay, w końcu na pewno coś tam lekko się przyjaźniliście przez ten rok i nie ma powodów, żeby przestać być wdzięcznym i troskliwym, i lekko zaprzyjaźnionym, ale jednak pamiętaj, że jesteś dla niej żartem - to brzmi brutalnie, to na pewno nieuczciwe (przecież nie zakochałbym się w niej gdyby nie była lepsza niż ta bzdura), ale co ja mogę innego, żeby zrobić następny krok. Głowa do góry, uśmiech może i fałszywy, ale o uśmiechniętych ludzi nie trzeba się martwić. I przeganiaj te złudzenia, że mógłbyś być czymś więcej, powiedziała przecież jasno nichuja.

Przez te, ile, dwadzieścia pięć lat już pewnie, dałeś radę odkochać się w końcu z każdej kobiety, ze wszystkich dwóch których dotykałeś i ze wszystkich - a tych przecież było o wiele więcej - których nie, to tym bardziej z tej też dasz w końcu radę, nawet jeśli na razie nie masz jeszcze najmniejszej ochoty, bo serce masz jeszcze głupsze od jej kota.

Wybacz, Kocie, ty jedna byłaś przy mnie w Sylwestra, myślę że to dobry żart, potrzebuję ich. Sorry, że nie jestem dla Ciebie równie dobry jak matka, ona sobie z tobą pożartuje, pogada o wszystkim, poprzekomarza, a ja to tylko czasem coś pochlipuję, że trzeba przestać się w niej kochać. Nawet nie jesteś pierwszym kotem z którym tak rozmawiam, ten typ tak ma. No i nie robiłbym tego, gdybyś czasem sama nie przychodziła po czułość. Doceniam! 

Nichuja, jesteś dla niej do kurwy nędzy za stary, zrób sobie z tego czarny żart, że jesteś za stary na emocje i dalej sobie żartuj, że założysz tindera, zrobisz zdjęcie całkiem spoko po dwóch latach bycia fit brzucha, podpiszesz "nic specjalnego ale może lubisz żyły" i wtedy się okaże, czy do realizowania potrzeby dotyku potrzebne są emocje, skoro twoje wyglądają na żart (Chcesz zobaczyć żart? Poczekaj aż zdejmę spodnie, iksde. Już, już, dość, miało być życzliwie...). Wiesz że nie założysz. Wiesz? Różyczka się śmiała z pomysłu. Lawyer Spice mówi, że jesteś porządny chłopak i może to jednak nie miejsce dla ciebie. Mimbla chyba sama trochę umarła w środku, kiedy usłyszała, że mnie wzięto za żart, również po konsultacjach ze wspólnymi przyjaciółmi.

Zapytała czy czuję się przez nich zdradzony. Nie wpadłby mi ten pomysł do głowy. Uznali tam że się czuję jakoś samotny i szukam towarzystwa. Mieli rację, tylko że przecież zupełnie nie w ten sposób, co wymyślili.

A to też jest jakiś żart, że wszyscy cię wzięli za głupszego niż jesteś. Gdybyś był głupszy, nie wiedziałbyś, że to jest kobieta warta zaproszenia do teatru.

-

Powiedziała dziś że ma plany na weekend. No to nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz, c'nie? Za chwilę nuciła piosenkę z mojej playlisty, ledwie słyszalną z pokoju. Supercute, ech.

Nigdy tak nie życzyłem zdrowia dzieciom na Krańcu Świata jak teraz, niech się wyliżą z przeziębień i niech Bazyl z Herbacianą idą na randkę i dadzą mi to miejsce do wyjścia z domu i zajęcia się czymś, jakbym pojechał do opieki nad chłopcami smażyć naleśniki i razem pograć w coś, a oni niech sobie skorzystają coś z życia.

Powiedziała dziś też że się czuje staro bo wymienia ręczniki, które jeszcze chyba pamiętają liceum, na nowe. Myślę, że lepszego żartu dziś już nie usłyszę (a prowadząca Salsation czasem ma w harmonogramie żart na koniec zajęć, no ale nie ma szans), niż ten, że kobieta, która mi dopiero co powiedziała nichuja, bo jestem dla niej za stary, czuje się staro. Brutal, but funny as hell.

-

Powtarzaj za mną zamiast loopować Telefon Tel Aviv.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Sound in a dark room

W piątek wróciłem z zajęć tak nie bardzo jeszcze późno, tzn. została tam jakaś przestrzeń na bycie przestrzenią wspólną. Przez chwilę było tak, jakby nic nigdy się nie wydarzyło, tj. był żart za żart, było "cieszę się że przynoszę ci radość", kiedy robiłem sobie podśmiechujki z jej przeziębionego głosu. Mówi że się wkręca w jakieś nowe pseudo-para-dokumenty, lubi te klimaty historii o duchach, stąd było Supernatural przecież też. Było opowiadanie o zapisach na zajęcia i odwoływaniu i niezdecydowaniu, i układaniu nowego grafiku pod zmiany w priorytetach. I pokazywanie wymiataczy na telefonie. I oddawanie telefonu. I dotknięcie dłoni przez przypadek, i zatrzymanie serca na sekundę tego przypadku, i to kurwa parzy do tej pory, i jak znam siebie, Starego Wertera, to będzie parzyć długo jeszcze.

For fucks sake, jak ja tęsknię. Wciąż w ten sposób, w który mi nie wolno.

Na drugi dzień uciekłem chodzić po sklepach, zamiast wracać do domu po zajęciach już na szesnastą. Nie znalazłem nowych butów (w cenie którą gotów byłbym zapłacić), znalazłem trochę rzeczy w second-handzie, bo ciągle mi brakuje na zajęcia ciuchów w których czułbym że przynajmniej wyglądam dobrze, skoro jeszcze dobrze nie zatańczę. Daniel Craig ma mnie kiedyś zabrać na obchód takich sklepów w okolicy, wtedy się może mocniej obłowię, no ale jeden zestaw za kilkanaście złotych złożyłem. Fajnym miejscem ucieczki jest Galeria Renova, market z pizzerkami po cztery złote jest i ciuchland też jest.

Potrzebuję systemu pakowania jakiegoś prowiantu, może termos na herbatę, skoro tak długo nie ma mnie w domu, żarcie na mieście, nawet ciepłe bagiety z żabki po kilkanaście złotych, jest na dłuższą metę drogie. I mniejszy stuff kąpielowy, te szampony i żele zajmują za dużo miejsca. I jakiegoś laptopa? Stary Samsung, nawet ze swoimi bieda parametrami na dzisiejsze, byłby jak znalazł, szkoda że mu klawiatura nie stykała i sprzedałem. Tablet który kupiłem do czytania chyba za mały. Ale może do samego pisania?

W niedzielę akurat wstałem pierwszy, więc już byłem po kawie i po śniadaniu, nie musiałem nic specjalnie unikać, tj. jak zapytała czy pijemy kawę, to powiedziałem że jestem po i wróciłem do blogowania na NWO. Miałem zajęcie, uff.

Coś robiłem w kuchni, wpadła tam na dwie sekundy, po godzinie spędzonej na malowaniu w łazience.

"Ja chyba napiszę do tego LOTu, bo oni myślą że ja jestem Koreanką, po koreańsku mi wyświetlają reklamy."

Kobieto, Ty chcesz mnie zabić, prawda? Ja cię lubiłem i w uwalonym farbą do włosów t-shircie i z włosami poczochranymi i z nałożoną odżywką.

Dwie sekundy zatrzymanego serca. Tej śmierci chyba nie zamaskowałem, musiałem wyglądać jak straszny stwór z Supernatural. Po co się tak odwalasz że chyba lepiej jak na Sylwestra, idziesz na randkę czy co, bawisz się mną, wchodzisz do tej kuchni się pokazać jakby, że zrobiona jak bogini, a ja umieram, bo wciąż pamiętam tak świeżo, że nigdzie nigdy ze mną nie wyjdziesz, nie wyszykujemy się ani do teatru, ani na zimowy spacer, ani na wiosenny spacer później, ani nigdzie, umieram, umieram, umieram, serce na chwilę nie bije, elektryka wysiada, oczy patrzą i buntują się i nie widzą, bo chciałyby widzieć jedynie ją, ale od tego umrę, więc widzę nie widzę, patrzę jej w oczy bez słowa, nie komentując jak dobrze wygląda. Nie powinno się oczekiwać komentarza od mężczyzny, któremu się powiedziało że nichuja, c'nie?

(Kiedyś nauczę się na nowo mówić jej drobne komplementy, ale dopiero jak przestanie mi stawać serce, kiedy na nią patrzę.)

Nie wróciłem już tego dnia do życia - w autobusie byłem zasępiony i przegapiłem przystanek na zajęcia, ocknąłem się dopiero jak zaczął wjeżdżać na jakieś obce ronda, dobrze że w miarę szybko, to zawróciłem jakoś z buta i zdążyłem. Zapomniałem zapisać się na wszystkie wtorkowe zajęcia, mam nadzieję że w ostateczności przynajmniej na Zumbę z Różyczką wejdę, choć może będę musiał na ładne oczy, Trenerka Danse Macabre wybaczy. Nawet o zapisach na Salsation zapomniałem, a tam się dziewczęta zapisują przez boty, taka jest konkurencja o miejsca.

Trzeba po prostu przetrwać, przecież wiesz jaką machinę wprawiłeś w ruch. Skoro nichuja, to trzeba po prostu przetrwać, cokolwiek nie będzie. Wróciła do domu i pada pytanie - kiedy wyjeżdżam. I tłumaczy się od razu z tego pytania, że tak ogólnie pyta, bez związku z czymkolwiek. To nigdy nie brzmi, jeśli jest tłumaczone, że jest bez związku z czymkolwiek (np. ja całkiem niedawno, pytając o jej wyjazdy, planowałem termin na zaproszenie na randkę; myślę że cokolwiek planuje ona, nie jest równie miłe), więc trzeba po prostu przetrwać, jeśli się wyprowadzi, albo jeśli po powrocie okaże się że w koszu na śmieci są opakowania po prezerwatywach. It's not my fucking business, po co jej potrzeba wiedzieć, kiedy mnie nie ma w domu.

Paczki po prezerwatywach w koszu na śmieci to bywa mindfuck, wynosiłem kiedyś u byłej śmieci, były tam opakowania, już nam się chyba wtedy sypało dość mocno, do tej pory nie mam pojęcia, czy to ja z nią takich używałem. Słabo sobie takie sprawy przypominać, nawet jeśli uparłem się wtedy że muszę ufać.

Czuję się jak komentator sportowy, który sprzyja jednej z drużyn, ale od samego początku meczu wiadomo, że przegraliśmy. No bo zaczęło się od wzięcia mojego zainteresowania za żart (jaki to jest zone? you're joking-zone?), przeszło przez "nichuja" i teraz muszę dotrwać do jakiegoś końca tego meczu, kiedy nie da się odrobić już strat.

Wiedziałeś, co robisz i że potrzebujesz to zrobić, niezależnie od wyniku. Ganbare, typie, ganbare.

czwartek, 5 lutego 2026

Soundtrack mojej ucieczki #2

 - Przegrzał mi się mózg na tej salsie - mówi do mnie, nachylając się specjalnie podczas tradycyjnego Kapitana Trenerka Danse Macabre. Nie szkodzi - odpowiadam, dysząc przy tych swoich pompkach, - Pewnie nikt oprócz mnie nie zauważył że zrobiliśmy w refrenie jedno kółeczko mniej. No i tym sposobem ja znam już chyba piątą wersję tej salsy, bo w tygodniu jak układ wchodził na sale, widziałem jego wykluwanie się przez cztery dni z rzędu.

To zawsze robi na mnie duże wrażenie, jak w trakcie zajęć TDM wymyśla układ, jedna z moich ulubionych piosenek - Sois Pas Timide - powstała tak jakoś od ręki niemal, choć ze wsparciem Trenerki Damy Pchełek. To znaczy "nie bądź nieśmiały", pewnie przydałoby się dziś po wyjściu z kerfa z taką z różowym szalikiem, aż się za nią odwróciłem, ale pomyślałem że akurat wyglądam jak menel za mocno, zła decyzja, wyjść na zakupy w dresie, tym bardziej że mam super płaszcz nowy, trzeba było w nim. Minęliśmy się znów za trzy minuty. Albo te dwa tygodnie temu, jak mi dziewczyna przy kasie na Placu Unii koniecznie chciała kliknąć aplikację, żeby zaproponowane przez kasjerkę promocje weszły, to mogło być nic, ale też ten uśmiech mógł być zaproszeniem do zaproszenia na kawę. Mężczyzna który nie zapyta to mężczyzna który nie wie, czyż nie? Albo w sobotę na pętli Młociny, stanęła trochę za blisko, a później w autobusie też zerkała.

Ech, za świeże wszystko, co już wiem, skoro zapytałem, c'nie?

Ale też myślę, że potrzebuję spróbować z kimś zupełnie, zupełnie obcym, właśnie zaczepionym w niespodziewanej sytuacji na mieście, skoro w miejscach w które chodzę regularnie, uciekam zapominać; łamane na być szczęśliwym. Po co psuć to relacjami (przecież na razie walczę ze sobą, czy warto mieć te emocje mimo wszystko), skoro zgrzewający się od trudnych rzeczy mózg na chwilę zapomina, a kiedy akurat się nie zgrzewa to jest jakoś tak wesoło i może nic więcej nie trzeba oprócz wejścia w przygody z serwisów randkowych.

Różyczka mówiła że tam się koleżanki umawiają na "ruchańsko". Nie umiałbym? Czy może jednak? Nie, za mało pewności siebie, no i ta świadomość, że ciało nie działa już tak samo jak kiedyś.

Ostatnio w nowym miejscu na Gocławiu koleżanka pytała czy znam tytuł piosenki z rybą. Przecież znam, przecież to moja ulubiona od Trenerki Danse Macabre, tj. przemyca czasem na swoją Zumbę piosenki z czasu jak robiła Salsation i one zawsze są dla mnie za trudne, i stają się ulubione, więc "Loin" mam w topce. To znaczy "daleko" (ucieknijmy gdzieś) i kiedy powtarza się tam ten filet, czyli "fidel", to śpiewają, że będą sobie wierni. Może warto zwrócić na koleżankę uwagę, wyczaić jak ma na imię, jak i na koleżankę która z zaciekawieniem komentuje moje nadruki na koszulkach, jesteśmy znajomymi na insta.

W końcu nikt nie oczekuje dziś mojej wierności, c'nie? Wręcz najważniejsza lekcja lat dwudziestych to było nie pozostawać wiernym złudzeniom odnośnie osoby która wprost powiedziała coś na kształt "nichuja". Czy na pewno ją odrobiłem?

W każdym razie właśnie tak trafiłem na Salsation, w końcu, przez te piosenki ulubione u Trenerki Danse Macabre i przez sugestię rzuconą przez koleżankę z Konesera, żeby iść sprawdzić, przez co koleżanek z Konesera praktycznie już nie widuję, no i trenerkę Danse Macabre też mniej. Ale też trochę z - pogodnej, żeby nie było - rezygnacji, kiedy na Gdańskim laski znów mnie przestawiały po sali i jeszcze zamiast powiedzieć cokolwiek na kształt "dziękuję że mi ustępujesz ulubionego miejsca", to "sorry, typie". No to następnym razem jak zobaczyłem przy zapisywaniu się na zajęcia Salsation o tej samej godzinie, poszedłem na Salsation. A TDM mówi mi na koniec zajęć, że przyjdź jutro, ostatnio mnie pochwaliła, bo na insta podliczam w tym roku zajęcia, jakoś mi głupio, że nie jest to już dla mnie priorytet jak kiedyś, więc zamiast na Gdański (gdzie nigdy nie zaczepiłem Śpiewającej, choć pewnie należało było, skoro ze Skakanką wyszło coś tak dziwnego, że się nie odzywamy) idę na Salsation do koleżanki komentującej nadruki na koszulkach... W sumie nie powinienem się przejmować, potrzebuję więcej tańca a mniej fitnessu, kolana czują różnicę na plus, a przecież składam się teraz z czterech żeber i trzech ścięgien, nie powinienem tak cisnąć jak u TDM miesiącami.

Więc Salsation. Niewygodne, bo nie ma w Zdroficie trzysta metrów od bloku, ale... Ależ to był doskonały pomysł! Znów jest super trudno, bo choreografie są trochę bardziej złożone, znów jest super trudno, bo są też o wiele bardziej techniczne, zaczyna się to od izolacji, co i rusz są jakieś falki, które wreszcie zaczynają mi jako tako wychodzić, ale jest też z milion ruchów których nic a nic jeszcze nie rozumiem. I muzyka też ciekawsza. Uwielbiam, to jest nowy priorytet, obok szkoły tańca naturalnie. Tu z kolei jakoś mniej mi ostatnio siedzi Reggaeton, wolę Commercial, ale trudno opuścić Cudowną. Może to trochę kwestia dopłat, z poprzednim karnetem na zajęcia miałem taniej.

W szkole tańca część koleżanek nie odpowiada mi ostatnio cześć, Salto, MonkeyG, Tańcząca z Kamerą też jakaś oziębła, trochę mam wtf, może nie trzeba było rzucać Cudownej tego info, że przechodziłem sprawy sercowe ostatnio. Nieeeeee, przecież po co by miała komuś rozpowiadać, wydaje mi się. To są dziewczyny w których oczywiście jestem za każdym razem zakochany, kiedy widzę jak cudownie tańczą, no ale nie rozmawialiśmy nigdy przecież. Nie ma powodów do przejmowania się. W niedzielę robimy drugi raz choreografię, która chyba jako tako mi wchodziła już na pierwszych zajęciach, mam zamiar wymiatać!

W szkole tańca byliśmy ostatnio też na integracyjnym seansie filmowym, zgadaliśmy się z Wiedzącą Czego Chcącą i jej nażeczonym, był Asterix Misja Kleopatra, był KIiller, chyba było fajnie, choć okazało się oczywiście że nie jest to miejsce na poznawanie kogokolwiek. Sami samotni informatycy wokół, nawet gdyby był ktoś do poznawania, to z chłopaków są lepsze partie niż ze mnie. Przynajmniej wiem po co tam poszedłem, it's something.

To kłamstwo, niestety, jeszcze ze mnie nie zeszło, czasem w sekundę nagle się okazuje z niczego, że jestem w kawałkach i muszę złapać kilka oddechów żeby się poskładać i nie wyć. Brzmi to prawie jak z książki, zacząłem (ponownie, po dwudziestu latach z hakiem, bo kiedyś nie skończyłem) Malazańską Księgę Poległych, składał się tam jakiś starożytny tyran w walce ze smokami, kiedy go rozwalały w drzazgi. Gamers don't die, they respawn, mam na jednej z koszulek.

Żałuję że przegapiłem w grudniu pokaz, z ubiegłorocznej grupy została tylko jedna koleżanka. Obiektywnie to chyba lepiej, tj. dałem sobie na wstrzymanie jak się źle czułem w listopadzie, robię takie rzeczy z trudem, no ale pokaz w szkole tańca to fajny challange, pierwszy był świetną przygodą. Dziś śniło mi się, że mamy pokaz i zapomniałem całej choreografii, bo kićkają mi się wszystkie na lewo i prawo, skoro w ciągu tygodnia przerabiam teraz po kilka. I mimo tego próbowałem tam wejść, wystąpić, nie poddać się. Nic więcej z tego snu nie pamiętam.

I na razie mogę o tym opowiedzieć tylko tutaj, I guess.

Ona, co jej się śniło, opowiada przez telefon mamie.

W końcu ta urocza salsa na zajęciach jest do "We don't talk anymore". Like we used to do, jeszcze ten miesiąc temu, opowiadając sny i głupoty przy stole w kuchni. Daniel Craig, którego poprosiłem o wsparcie na drugi dzień po koszu, żeby się móc rozsypać w drzazgi na chwilę przy kimś ("What it sounds like" z ostatniej chwili w niebie ma to "broken glass"), powiedział coś tak ślicznego i mądrego - że z tego może być mocniejsza przyjaźń.

Prawda?

Na razie czasem rozmawiamy o pogodzie. Ale skoro o to chodzi, że ja mam przestać tęsknić, to pewnie tak musi być.