Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

poniedziałek, 30 czerwca 2025

To że masz paranoję nie oznacza że oni nie chcą cię dorwać (but in a good way, I guess)

Gdzieś po drodze zniknęła z zajęć Różyczka - choć nadal mamy sporadyczny kontakt na insta. Ogólnie rzecz biorąc, to nie wiem nic, nie powiedziała, dlaczego odpuszcza (znaczy powiedziała coś w co nie do końca wierzę, ale przecież sam mówiłem takie rzeczy też), no ale mam swoje podejrzenia, bo przecież był taki moment, że i ja odpuściłem. Opadło we mnie wszystko kiedyś, kiedy usłyszałem plotkę, że zadzieram nosa, od kiedy się uczę tańczyć też, a do tego robię przykrości instruktorkom.

Dżizaskurwajapierdoleitpitd - jak mógłby zadzierać nosa ktoś, kto z trudem patrzy na samego siebie w tych lustrach, a bez luster i tak czuje się jeszcze durniej?

Instruktorkom, czyli komu? No, Damie Pchełek, z którą relacja przecież wydawała się na przełomie 24/25 wreszcie całkiem wyregulowana i poprawna, a za chwilę kazała spadać na drzewo, czego nie da się powiedzieć w miły sposób, w jak ładne słówka by się tego nie ubierało. No i od razu te plotki. Przeszło mi po dłuższej przerwie, choć teraz to poza zajęciami unikam DP jak ognia. Wiem że Różyczka po drodze też miała z nią jakieś przygody, każdy sobie tę relację rozwiązuje po swojemu.

A może sobie dopowiadam bez sensu, ale przecież ciężko myśleć o tym inaczej, jeśli Różyczka była godzinową rekordzistką ptasiego teamu. I to pomimo wyjazdów!

W każdym razie ten zryw w kierunku celebrowania dnia urodzin pokazałem też na insta, wylistowałem pod tym kątem mniejsze grono, tj. mam tam kilka koleżanek z zumby, które czasem zapytają czy ze mną ok., jak mniej chodzę, to jest super, ale nie chciałem żeby wszyscy wiedzieli, że te urodziny mam. No więc Różyczka wiedziała, Lawyer Spice wiedziała, tyle. A kiedy wszedłem na drugi dzień na salę po przerwie spowodowanej zmordowaniem łydek, to na wejściu rozpostarła ręce do przytulenia Serce Sali, mam z nią taką historię wczesną z Kapitanem, że jest moją trzecią trenerką w tej dziedzinie.

Skąd to przytulenie? Tylko Różyczka mnie tak witała. Hej, no potrzebuję tego, jak każdy. Nie pytałem o szczegóły, choć paranoja jest taka, że te dziewczyny mają jakąś grupę wiadomości na temat dziecka specjalnej troski, znaczy mnie i może jednak wiedziała o urodzinach. Ostatecznie to chyba dobrze, c'nie?

-

Zajeżdżam się znowu, poszedłem wczoraj na zumbę, choć miałem w perspektywie trzy godziny u Cudownej. A dziś kolejne cztery. Nie wiem czy znów wczoraj Cudownej nie podpadłem, na wszelki wypadek złapię trochę dystansu, wejdę dziś do szkoły prawie równo z dzwonkiem, czasem mam wrażenie, że potrzebuje ode mnie odpocząć. To nie jest jakieś takie przerażliwione i drażliwe wrażenie, myślę że to jest ok., odczytać tak pewne komunikaty i odpuścić. Ja na lekach mniej się boję gadać, co mi ślina na język przyniesie, wcześniej bałem się gadać cokolwiek, to też trzeba w samym sobie podregulować pewnie, co warto, czego nie warto. Wiem, że bawią mnie często jakieś trzecie, czwarte kroki w żarcie o którym pomyślałem i wychodzę na dziwaka, dopiero tam zaczynam, nikt nie rozumie ocb. Albo zapamiętuję co ludzie mówili, później mi się to kojarzy, a im się kojarzy, że to może jednak kiepsko coś przypominać, wyciągać z innych zajęć. Pewnie powinienem być cichszy, wyjdę na tajemniczego!

Jest we mnie ta obawa, że za dużo entuzjazmu znów się skończy jakimś "idź sobie", trzy razy zastanawiam się, czy powinienem przerobić zdjęcie z przygotowań do pokazu na wersję z kamehamehami, ale jednak się decyduję. Czyli czasem jednak pomyślę, nie wszystko jest na rympał!

Jak to leciało, między bodźcem a reakcją jest miejsce na wolność wyboru?

-

Sypie mi się klawiatura, ma lekko ponad rok, chyba już nigdy nie kupię mechanicznej. Potrzebuję wymienić switch w lewym shifcie, albo wyczyścić, to ma być w sumie zaleta, że da się je samodzielnie serwisować. Może jeszcze będzie spoko. Próbowałem ostatnio wrócić do MS Designer Keyboard, ale brakuje przycisków nawigacyjnych do tekstu, uwielbiam ją, ale zostanie tylko na wyjazdy, bo jednak Home/End itp. to mój chleb powszedni, tym bardziej jeśli się wróciło intensywniej do blogowania (nawet na NWO!). Do tego niedawno kupione słuchawki bezprzewodowe coś się fochują i grają po cichu, sprawdzę czy aby restart telefonu nie pomoże, ale jeśli nie, to w sumie nie wiem co.

(Znalazłem właśnie że słuchawki mają własną oddzielną od telefonu regulację głośności, wszystko gra przynajmniej tutaj, uff!)

Pralka też wygląda jakby jednak coś było nie tak, wstawiłem dziś ją i znów trzeba było spuszczać wodę z filtra żeby otworzyć. Not cool, kiedy właśnie straciłem pracę, żeby się zaczynały sypać różne drogie rzeczy. Pewnie równolegle z szukaniem roboty warto rozglądać się za lokatorem.

Na razie napięcie rośnie, niestety. Zniknęła oferta pracy, która mnie jakoś interesowała, nawet nie zdążyłem spróbować. No ale recesja to recesja.

-

A urodziny były zupełnie fajne, bez zadęcia, bez spiny, zresztą przyjechałem do przyjaciół przede wszystkim zrobić naleśniki, zamówić pizzę na kolację i przez kilka godzin w ogóle nie byłem pewien, czy się przyznawać, co to za impreza. Ale jednak się przyznałem, postawiliśmy na pizzy świeczki, odśpiewano mi sto lat, ich chłopaki są wyćwiczeni po zjazdach rodzinnych, lecą bez końca tę upiorną piosenkę. Wcześniej pograliśmy w Wipeouta, ależ to jest dobre, może warto sprawdzić, czy ta wersja z PS3 może wreszcie już się dobrze emuluje na PC? No bo kupować PS5 czy nawet PS4 pod tę wersję odpicowaną na maxa to jednak głupio. A swojego PS3 z Krańca Świata nie zabiorę, na pewno korzystają częściej niż ja.

Może pogram na przełomie lipca i sierpnia, kiedy jadę do opieki nad kotami.

W ogóle historia dnia tamtego jest taka, że nauczyłem młodszego z chłopaków robić miotełkę, tj. taki ruch rodem z break dance'u, którego nauczył mnie ze trzydzieści lat temu Najlepszy Wujek Na Świecie. Kiedy to było, może miesiąc temu. No i teraz on to już potrafi na pewno lepiej ode mnie, a jak pokazał w szkole, to później występował z tą miotełką na jakiejś gali zakończenia roku chyba, gdzie dzieciarnia tańczyła.

Dumnym! To teraz trzeba samemu opanować flare... Żeby tylko się trzydziestodziewięcioletnie nadgarstki nie posypały. Kierunek plaża? No nie wiem, po poprzednim wciąż jeszcze się łuszczę. A o breaku też czasem rozmawialiśmy z Różyczką, że to by było super.

poniedziałek, 20 lutego 2012

ba dum tss tss tss tss tss tss tss tss tss tss

1. Reakcja! (żeby nie za daleko)*

Nie mam pojęcia, dlaczego Kosmos Kosmos nazywa się właśnie tak, to może być cytat z czegokolwiek, a może być po prostu, a może jeszcze zostanie kiedyś cytatem. Na razie wtajemniczono mnie, że jest hipsterski, ale również wyjaśniono, że podczas mojej bytności hipsterów w okolicy nie było, więc pewnie powinienem sądzić po wystroju - kolorowych żarówkach i kosmicznych mackach. Specjalnie pytałem, czy w tym roku w ogóle jeszcze się o hipsterstwie mówi, dla mnie to nie są rzeczy oczywiste, ale podobno się mówi, więc ja też.

Do tego kosmosu^2 przyjechało 19 wiosen, zrobili spotkanie Kosmopolitanii, czyli że nie tylko koncert, ale też jakiś panel dyskusyjny, tak to wygląda w opisie zawsze, że będą dyskutowane dzieła i idee, jako stały niebywalec wydarzeń kulturalnych miałem o tym przesadne wyobrażenie, sprowadziło się do wywiadu z PDW, przy którym nie było słychać pytań. I wtedy znów przerwa, kiepski czas, bo poszedłem sam, jak zwykle na czas, czyli jak zwykle za wcześnie, czyli czułem się kiepsko, ale o tym dalej, przewińmy do wyjścia Street City Nomads, piszą, że acid electro i prosty punk, pewnie im się to zmieniło od początków działalności, na koncercie jednak przeważało pulsownie i tss, tss, mniej było kawałków jak Pojebane społeczeństwo, a więcej jak ten o lesie. Bardzo często mam tak, że zespoły bardziej podobają mi się koncertowo niż studyjnie, to też jest taki przypadek. W każdym razie wokale wypadają fajniej w niezbyt ciemnej (bo im światła nie zgasili przez pół koncertu) piwnicy.

Wiosny wyszły na scenę późno, o jedenastej dopiero (a ja muszę ściągnąć jedenaście z linka), więc stałem tam już w bardzo rozziewanym stanie. W ogóle byłem w kiepskim stanie, na szczęście tego wieczora nie męczył mnie katar, ale zmęczyła mnie praca, jak zwykle muszę napisać, że sam siebie zmęczyłem, ale cóż - coś tak w robocie (koncertowo!) zjebałem, w pracy, czyli to pewnie znaczy, że grono zainteresowanych osób jest szerokie, do tego pewnie zorientują się wcześniej, niż ja sam - tak było. W poniedziałek dopiero zapadną jakieś wyroki. Może przesadzam, z jednej strony honest mistake, a z drugiej będę rozmawiał z szefem, przy którym nie zdystansuję się językiem obcym. No i chodzi o to, że idąc na koncert czułem się obco, czekając na koncert czułem się jeszcze gorzej, w trakcie koncertu, który w tle miał planetę z pierścieniami, poczułem się odwrotnie niż z Tobą, Tobą, i Tobą, mogli sobie ludzie szaleć, mogła mi jedna (nie) taka (jak bym chciał) nachalnie wchodzić w kadr (co i tak jest ubzdurane), ale ja już byłem w trybie nie dotykaj mnie, i tak nie da się. Jesteśmy kosmosami i dzielą nas kosmosy. Inne rzeczy ubzdurane. Zero kontaktu. Kiedy później rozmawialiśmy o tekstach, nie potrafiłem tego powtórzyć, choć niby miałem jakieś refreny znać - nareszcie sam do końca.

I to się nie zmieniło od poprzedniego razu, przy premierze Pożegnania ze światem Marcin mówił, że żegnają się również z dotychczasową twórczością, ale nawet jeśli Tryp i 11 brzmią inaczej, albo Wiosny mniej delikatnie szarpią strunę, to wciąż chodzi o wejście w czarne, oślizgłe miejsce, napisałbym cuchnące, ale mam katar, więc do mnie samego to mniej przemawia i nie jest to konkurs epitetów, i o wyjście z niego trochę innym, naprzeciw cudzym kosmosom. I starać się mniej szorstko.

2. Przed koncertem uratował mnie telefon

Dziennik pokładowy, 17.02.2012, 20:31 - 21:40.
- O godzinę za wcześnie kosmos kosmos.
- Dobre są te fantazyjne kształty na ścianach - jakaś namiastka zajęcia.
- Wcale nie siedzi mi się tu łatwiej, kiedy schodzi się coraz więcej ludzi.
- No to super. Po pierwsze primo - skończył mi się sok. Po drugie primo - obok się jakaś para usadawia.
- Posiedzisz - nauczysz się mieć Angry Birds na telefonie. Albo chodzić na koncerty o godzinę później.
- Ciężko na piersi - panika.
- Zaczynam słyszeć jakieś bębny, to pewnie jeszcze chwilę, bo resztę nagłaśniali kiedy przyszedłem.
- Uchachana ekipa z łodzi - Widzew! Jebać Legię!
- Tłumione w ustach ziewnięcia.
- Nie wszystkie stłumione.
- Po wywiadzie z PDW. Kibel. Umiarkowanie czysty. Można by przeczekać?
- Typ niesie trzy browary, chwila refleksji, czy mnie nie zawadzi, ale jednak to fachowiec.
- Długa przerwa. Albo ja stoję w zbyt eksponowanym miejscu, dostaje sumę wszystkich minut. Chyba właśnie wszedł k.

3. Po koncercie nie poszliśmy do Planu C

A zanim gdziekolwiek poszliśmy, postaliśmy trochę na zimnie i miałem okazję wytłumaczyć, dlaczego po takim koncercie czuję się lepiej niż przed, czyli mniej więcej to, co napisałem na początku. Miałem okazję uścisnąć Marcinowi dłoń, kiedy zbierali się do samochodów, zaraz mieli jechać do Łodzi. Oswoiłem się z towarzystwem, znalazłem jakieś styczne orbity do rozmowy, anarchiści snuli plany, w Planie B zapytali mnie, co sądzę o miejscu, to znów kwestia hipsterstwa, bo anarchiści hipsterscy nie są, może trochę przesadzają, bo kiedy powiedziałem mu, że ma fajną koszulkę, taką z wiosnami, to się ucieszył i mówił, że ma bandamę na szyi, żeby druga koszulka spod spodu nie wystawała, choć okej, na co dzień też ją nosi. Odpowiedziałem, że ciężko mi się wypowiadać o miejscu, w którym spędziłem raptem dziesięć minut, fakt, pierwsze wrażenie było fatalne, ale wcale nie przez mniej anarchistycznych ludzi ubranych ładniej niż ja, tylko przez ten sufit nad schodami, który sprawiał wrażenie atakujące nawet kogoś mojego nieokazałego wzrostu.

Porozmawiałem z filmoznawczynią, nie wiadomo skąd wziął mi się w tej rozmowie Hesse (bo na pewno nie padło tam dosłownie tylko dla obłąkanych, co innego mi się skojarzyło), do tego obiecałem obejrzeć reżyserską wersję Blade Runnera, i uciekłem po trzeciej dopiero, głównie przez wzgląd na sobotnią misję, chyba też mogę napisać, że kosmiczną, bo wpuszczałem dzieciaki do CNK.

Dla równowagi od tej całej kultury całe sobotnie popołudnie spędziłem oglądając hollywoodzkich X-Menów, cztery filmy, tylko Wolverine'a nie udało się nigdzie dorwać.

*Na wypadek cytowania.

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.

środa, 23 czerwca 2010

Okoliczności, tła, warunki atmosferyczne

[1] Bardzo ciepły poranek daje siłę do obudzenia się godzinę przed budzikiem, wstania razem z budzikiem i wykradnięcia z siostrzanego pokoju żelazka. Prasuję spodnie i nie prasuję koszuli, tylko biorę taką z krótkim rękawem lnianą, skoro już teraz jest ciepło. Chyba pierwszy taki raz w tym roku, że wychodzę z domu z gołymi rękoma. Takim zmarźluch w tych latach i to całe zimno poranne jest zdaje się główną przyczyną moich odnośnie świata bajkowości wątpliwości. Na wszelki wypadek i tak mam w torbie bluzę.

[2] Autobus jest już gorący, czyli zaczynam żałować podkoszulka. Ale jak tu nie mieć podkoszulka w korporacyjnej pracy, nosić plamy potu na wierzchu. Niech plamy potu będą pod spodem, a na wierzchu ten kołnierzyk i len, to lekkie i ładne. Dosyć jest w tym busie tłoczno, dosyć też tłoczno jest na drodze, więc mam pewne opóźnienie, co na szczęście nie oznacza spóźnienia. Wjeżdżamy na Marymont i rozkminiam, czy podjedzie do przystanku i nawróci, czy zajedzie na pętlę, nie mogę wyczuć który kurs ma pierwszą opcję, lepszą, bo nie trzeba się do metra przebijać pięcioma pasami. Nie pamiętam nic z drogi poza słońcem.

[3] W metrze tłoczno, mogę sobie z zegarem policzyć opóźnienie. W metrze są miejsca dla wózków, czego w sumie nie wiem, ale widząc panią z wózkiem - przepuszczam ją przodem. Bo nie muszę wiedzieć, że tam u góry jest naklejka przecież. Na następnej stacji wbija się kolejna, okej, mieścimy się. A na następnej trzecia, z bliźniakami i z niejakimi problemami. I podnosi hałas, że jej miejsca nie robią, wskazując na tę naklejkę, o której się dzisiaj dowiedziałem. Pewien pan sugeruje, że mogłaby jednak poczekać, używając jednak błędnego argumentu, że tutaj ludzie do pracy jadą. No więc mnie się wydaje, że mogłaby poczekać po prostu dlatego, że w wagonie stoją już dwa wózki i tak jakby na więcej nie ma miejsca, w tej specjalnej wózkowej przestrzeni, co wcale nie jest winą pana spieszącego do pracy. Wręcz rzekłbym, że to lekko nieodpowiedzialne, wciskać się z dziećmi w ten tłok i mieć pretensje, że na rehabilitację - to trzeba było wyjść dziesięć minut wcześniej na wypadek przygód. Bo to nie jest tak, że tam zawsze tyle wózków, widziałem dzisiaj miesięczną statystykę wózków w tej godzinie. Z tłumu odzywa się głos, że chamstwo (do pana), a mnie jakoś wstyd za nas wszystkich i nie wiem dlaczego niby za siebie, skoro od początku stoję w legalnym miejscu i nie mam jak się bardziej kompresować.

[4] Okoliczności zbiegają się wygodnie, wjeżdżam windą z typem kanapkowcem, na wejściu mam od kogo pożyczyć piątaka i zapewniam sobie jedyną taką kanapkę ze skrzynek - czyli jest obiad. A ja nawet mam w szufladzie piątaka do oddania. Wiem, kto doceni taki dowcip bardziej niż ja i dostaję odpowiedź, że made my day. Później sprawdzam www Lampy i okazuje się, że w tym roku też będzie na dzień dziecka i że właściwie that made my day. Serio.

[5] W przerwie nie ma towarzystwa na spacer, siadam pod liśćmi, wydaje mi się, że to najbardziej szumem otoczona ławka. Wprawdzie przed ławką stoi śmietnik, centralnie, to jakby psuje kompozycję, ale wiesz, to by chyba było fajne, taka scena, że siedzą na wydzielonej szumem liści ze świata ławce i kosz z wystającą czarną folią nie zabija naiwnej romantyczności. Tak sobie siedzę, chmurzy się, więc jednak idę, bo bluza w biurze.

[6] Przy Polu Mokotowskim jest plac zabaw. Na placu zabaw nie ma dzieci, za to jest czterech gości z tej samej firmy, ale z innego kraju. Siedzą na karuzeli, kręcą się, śmieją. Niespodziewanie dostrzegam w nich człowieka.

[7] Z naprzeciwka idzie samotny człowiek, starszy przynajmniej dwukrotnie, a może jeszcze pół. Idzie szybko, pewnie. Widzę w nim coś znajomego, tylko nie wiem co, może podobnie szybko idziemy. I wtedy on patrzy na zegarek i już wiem na pewno, że to nie jest dla niego sielski spacer po parku, tylko wyścig wokół w biurowej przerwie. Trochę jesteśmy inni.

Chmurzy się. Dzień trwa.

P.S. Przemyślane i ostrożne korzystanie z parkowej infrastruktury zabawowej przez osoby powyżej dziesiątego roku życia to jeszcze nie jest wandalizm!

środa, 16 czerwca 2010

Praca zaczyna się wcześnie, kiedy noc kończy późno

Więc wyszliśmy, zniesmaczeni byciem powodem pewnego zniesmaczenia, w humorach nietęgich, na pewno nie można powiedzieć, że z wywalonymi jajcami, bo przecież wtedy byśmy nie wyszli. Wyszliśmy we dwóch, trzeźwo i mniej trzeźwo, a noc była zupełnie ciepła, więc trochę bardziej i trochę mniej prosto zdążaliśmy ulicą Pereca, ale nie tego, o którym cokolwiek wiem, a który zdaje się wiele wiedział o życiu i pewnie takich gaf nie popełniał. Wyszliśmy z tego modnego klubu, do którego trafiliśmy nie inaczej niż przypadkiem i przecież w żadnym wypadku z własnej winy, albo nawet chęci, bo my wiemy! My wiemy, że zachowanie nasze jest bądź co bądź dziecinne, do modnych klubów w żadnym wypadku nie przystaje i jedynie przypadkiem nasze zaprzyjaźnione towarzystwo zaprosiło nas - dla towarzystwa, bez złych intencji zupełnie. A myśmy postanowili dać szansę, sprawdzić się, stanąć w szranki z ową dojrzałą rzeczywistością klubową i, zygzakiem, przez osiedla i kebaby, trafiliśmy. Weszliśmy bez płacenia, zostawiliśmy torby i toboły, przywitaliśmy się i z całych sił próbowaliśmy. Ja próbowałem, no bo pytałem przecież, pst, słuchaj, po co są te chwile, kiedy każdy patrzy w inną stronę i na nikogo konkretnego i jest cisza. Albo o co chodzi z tą bliskością, oni się bez przerwy łapią za dupy, a jeśli dobrze rozumiem, to razem nie są, a tamta zaręczona, tak? Ta całkiem sympatyczna, a tamta jak się uśmiechnie, co robi bez przerwy, to wypada rzec jak Kalina Jędrusik - Mój Boże! - jakby słońce w tej piwnicy wschodziło, pomimo fajka w zębach. A słuchaj, jeśli ja mówię, że pomimo fajka, to to coś znaczy, nie? I tak to trwało, to niebieskie coś za cztery złote, to jest tanio, nawet tańce, towarzyskie kuksańce, a mnie kiedyś siostra nauczyła kilku trików z disko-samby, więc z nauczoną koleżanką mogliśmy mieć poczucie błyszczenia na parkiecie. Ja miałem, a później nie miałem z koleżanką nienauczoną, ale o błyszczącym uśmiechu, więc coś za coś, jeszcze mam czas nauczyć się tańczyć. I imieninowe sto lat, okej, mogę. I niewywalone jajca, bo jak tu jajca wywalić w okrągłej loży, gdzie sam kształt siedziska jest cokolwiek krępujący i niejako wymusza ucisk... no, wiesz czego, nie dupy w każdym razie. Aż pewien pan, domyśliwszy się najwyraźniej, co mnie uwiera, podchodzi niespiesznie, z twarzą wyrozumiałą, pucołowatą nieco, jak cherubinek, tylko z wejrzeniem takim, z takimi w oczach kurwikami troszeczkę i mówi - Słuchajcie, bo chyba nie rozumiecie, ale to nie jest przedszkole. To nie jest plac zabaw i jesteście tu li tylko przez wzgląd na owe urodziny wyśpiewywane. Ja poprawiam, że imieniny, to kurwiki mu się w oczach ćmią, bo chyba nie rozumiem, a kiedy to się dzieje, to ja zaczynam rozumieć, że on mój ból i ucisk zrozumiał, i daje mi szansę na upust, najpiękniej w świecie mnie ratuje i mogę legalnie, na kurwie, opuścić lokal, z którym się niezbyt zrozumieliśmy. Bo on mi to wytłumaczył - To jest jeden z najmodniejszych klubów w Warszawie! A nie jakieś!

Więc szliśmy w stronę Centralnego i ja byłem bardzo wyrozumiały, oraz miałem pewną frajdę z prób zrozumienia, dostrzeżenia rzeczy, które mój towarzysz pod wyraźnym wpływem tego niebieskiego uważał za bardzo naturalne i godne dostrzeżenia. Jak płotki przy chodniku, albo billboardy Calzedoni (no dobra, to łatwe). Ale kopanie papierowej torby na środku jezdni to mniej, albo pokazywanie faka losowym ludziom w czarnym BMW, a bo oni mi pokazują faka, kiedy ja rowerem tędy. Oczywiście w momencie kopania torby podjeżdża straż miejska i zaczyna wysyłać dosyć wyraźne sygnały zainteresowania, to jest dostosowuje się do naszego niespiesznego tempa, dając przykład nadzwyczajnych uzdolnień z dziedziny kierowania furgonetkami, bo jeśli my idziemy lekkim zygzakiem, sinusoidalną trasą w kierunku Mariottu, to oni muszą jechać jeszcze wolniej, niż my idziemy. Więc szacun, ale tylko przez chwilę, bo w krytycznym momencie zaczyna padać deszcz. Więc oni jadą dalej, a mój towarzysz, jak już wspomnieliśmy, w stanie jakiejś rozszerzonej świadomości, od razu wie - Bo ich nigdy nie ma jak pada! Tylko jak nie pada, to są i mnie zawsze chcą za browar spisać i spisali i co z tego, ale jak pada, to już ich nie ma!

piątek, 5 lutego 2010

Listy z podróży

Może to wyglądać tak, że bardzo wiele ostatnio podróżuję. Albo przynajmniej, że jestem jakoś ładnie spostrzegawczy w trakcie tych podróży, tak przez chwilę myślałem, choć przecież ciężko nie dostrzec rzeczy, które się na człowieka same pchają. Więc to nie do końca tak. Nie do końca też zostało wyjaśnione, jaki jest cel tych wypraw, czy to wyprawa jest celem, czy może nigdy nie była i trochę ją jakby oswajam.

Był oczywiście taki czas, że nie trzeba było się z niczym oswajać, że nic nie było celem - ani podróż, ani miejsce.

Miałeś kiedyś pięć lat? Są tacy, którzy się nie przyznają. Może cztery, może to już sześć? Masz pojęcie, kiedy nauczyłeś się pisać? Kiedy nauczyliście się pisać, to nigdy nie były samotne podróże. Chodzi o pisanie literami, czyli to bardziej zaawansowane stadium, bo dziecko ponoć często pisuje do mamy listy zanim w ogóle pozna litery - koślawo sinusoidalne szlaczki przez kartkę papieru, szlaczki jak rysujący się wykres przy łóżku pacjenta, jak pulsujące życie. Za jakiś czas orientuje się, że szlaczek powinien być przerywany, później zaczynają się litery, aż w końcu możemy wyruszyć w podróże na niby.

Brało się zeszyt, bardzo popularny model szesnaście kartek i najlepiej żeby w kratkę (Kto w ogóle wymyślił, żeby pisać w linie? Albo ta trauma, jak przypadkiem nowy zeszyt w linie zaczęło się do góry nogami!). W zeszycie wypisuje się ponumerowane miejsca, różne, różniaste. Na początku wypisywaliśmy kraje, pewnie znałem wtedy więcej nazw krajów niż dzisiaj. Mogły też być kontynenty, można było napisać USA, ale można było Ameryka. Kilkadziesiąt miejsc nigdy nie widzianych, nawet w telewizji te miejsca nie były przecież widziane, człowiek słyszał. Na pewno byłem bardzo osłuchany.

Skończywszy takie przygotowania siadało się razem, niekoniecznie w kółku, czy po turecku, jak komu wygodnie. Mogło być nas dwoje (rodzeństwo), ale chyba mogła być też czwórka (zaprzyjaźnione rodzeństwo). Czy to był jeszcze Gocław, czy już tylko Białołęka, czy i tu i tu - nie wiem, fajnie jest założyć, że Gocław, bo wszyscy byśmy wtedy pisali bardzo młodo.

Więc siedzimy i podpatrujemy na siebie, każdy ze swoim zeszytem tajemnym. Sprawa zeszytów nie była otwarta, żeby nie było za łatwo - czasem podkradało się zeszyty, żeby sprawdzić fajne miejscówki. I ktoś zaczyna - mówi liczbę, patrzy zuchwale, ale wyczekująco, czeka, żeby się dowiedzieć, dokąd właśnie podróżuje. Ktoś otwiera swój zeszyt, wynajduje liczbę i już wiadomo, wszyscy mają radochę z tej podróży.

Bardzo szybko zaczęliśmy urozmaicać sobie zabawę - można przecież podróżować do ludzi, nie wiesz, jak nazywa się państwo Indian, ale możesz jechać do Indian, albo do Żółwi Ninja. Wielką radochę sprawiała podróż na księżyc, albo po prostu w kosmos. Kiedy podróżowałeś do łóżka koleżanki, to wszyscy Cię wyśmiewali, że musisz iść spać. Ale szczytem obciachu była podróż do kibla, nikt nie chciał trafić na kibel.

Rekordowo miałem w zeszycie ponad sto dwadzieścia miejsc i to chyba jest granica dla mnie nie do przeskoczenia, bo nawet na mapówki więcej niż te sto trzydzieści nigdy nie mogłem się nauczyć.