Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lampa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lampa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

czwartek, 23 września 2010

Piękni piętnastoletni

Poszliśmy w sobotę na ten Dżem, ale to nie był gwóźdź programu. Było raczej chłodno, więc bardziej miał szansę na bycie gwoździem do trumny, jakie to jest opatrzone zestawienie, więc nie doczekaliśmy piosenek znanych i ładnych, tych, które lubię z dwóch pierwszych płyt. Taka kapela, która nieprzerwanie gra niemal od czterdziestu lat, puszcza nowe płyty i jakoś się rozwija, musi mieć do siebie wiele dystansu i wiele dystansu do publiczności, skoro jednak grają nowsze utwory, na które reakcje są mało żywiołowe, za to z Cegłą zawsze szał ciał. Dzień, w którym pękło niebo oczywiście nie był grany. Ale bardziej mi tu chodziło o spotkanie, o oczyszczenie po piekle poprzednich dni - architekt Mroczny Krzyś, Katastrofa ze Smorką, lubię słuchać ludzi. Obiecali iść ze mną na Mistrza i Małgorzatę, mam cztery wejściówki na drugiego października, to została jedna. Jakoś powątpiewam w zapoznanie chętnej niewiasty, więc być może załapie się na nią Cytat. Wejściówkę, choć na niewiastę też by się na pewno chciał załapać.

Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.

Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.

We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.

Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.

Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.

A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Bowiem jeśli mieszkasz nad morzem, to tak jakbyś był jedną nogą w nieskończoności. Morze to jest symbol czegoś, co się zaczyna tuż obok ciebie, a kończy nie wiadomo gdzie.
Bo mam wrażenie, że kilka dni wcześniej czytałem gdzie indziej coś identycznego, o morzu, tylko już nie mogłem znaleźć gdzie. Może w Króliku stepowym, kartkowałem, nie było. Królik jako książka z poprzedniej dekady znacząco różni się od czytanych wcześniej Strachoty czy Żulczyka, rozbijające, że teraz wszystko bardziej na zewnątrz, a tam tylko do środka. A z nieskończonością, z nieuchwytnością, morze jest ładne, ale chyba jednak każdy może mieć coś takiego, zawsze obok siebie. Dlatego wciąż jesteśmy w drodze. Na razie jedziemy do Młota, żeby pograć w Guitar Hero. Czy to aby nie trochę hipsterskie? Czy hipster to nie jest XXI-wieczny typ banana? Oczywiście nigdy naprawdę nie zrozumiałem, o co chodzi z bananowymi knajpami, teraz tych hipsterskich żartów też do końca nie kminię.

Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.

Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.

piątek, 6 sierpnia 2010

Cukierek na lato, to znaczy trzy dni urlopu - start!

Musiałem kupić bilet na Offa, to oczywiście nie bilet tylko karnet, ciekawe jaka jest różnica. Akurat urwała się chmura, akurat nie miałem żadnej kurtki ani bluzy, Cygan mówi przy wyjściu, żebym teraz szedł jak zawsze do pracy. Do pracy zawsze idę tak, że pomiędzy metrem a budynkiem ktoś mnie mija, dogania, czyli idę tak jakby ociągając się, choć z mojej perspektywy to jest po prostu bez pośpiechu. Słuchaj, mówię mu, lecę po wejściówkę na fajną imprezę, zależy mi, to chyba mogę się pospieszyć i tylko przy okazji mniej zmoknę.

Tak lało, że pojęcie mniejszego zmoknięcia i tak nie funkcjonowało.

Wracałem i dzwonił znajomy, proszę, proszę, wszyscy chcą teraz na rower, chyba u niego nie padało. Ekstra mówię, tylko tutaj mokro w tej Wawce, a ja bym się spakował, przed wyjazdem ogarnął. Ale kiedy dojechałem do swojego przystanku wyszło na to, że mieliśmy skraj urwania, więc oddzwaniam, jednak bierz rower, damy radę, spakować się mogę rano jakoś. Wziął i zaczęło lać, kiedy już przyjechał do punktu zbornego u Smoczego, siedzieliśmy tam jeszcze godzinę, a później jeździliśmy asfaltem i chodnikami, bo błoto jest fe. Słuchaj, mówię mu, tutaj też mamy jakieś ścieżki rowerowe. Albo pokazuję te działa i amfibie, kiedyś był jakiś czołg, albo mówię, tutaj zapoznawaliśmy ze Smoczym pierwsze kobiety kiedyś, coś cicho, może już nie funkcjonuje.

Wróciłem do siebie jakby późno i znów się nie spieszyłem do pakowania. Co to, wcale nie taka wielka logistyka, byle znaleźć zaginione koszulki, tu oświecił mnie brat, że wyschnięte rzeczy lądują w szafie o kiedyś innym zastosowaniu i w istocie, sporą część puli stanowią moje zaginione rzeczy. To wstałem w środę, w dniu wyjazdu trochę wcześniej i przemęczyłem się z żelazkiem, znalazłem buty, do których trzeba będzie dokupić sznurówki, pomyślałem o bluzie na ewentualne chłody, pełna gotowość bojowa w dwadzieścia minut - poza tymi sznurówkami oczywiście.

Praca się dłużyła, ale często mi powtarzali, że jestem taki miły, żebym częściej może wyjeżdżał. Niech się taki dzień nawet dłuży, w którym chwalą za dobre maniery, a co! Pompowanie ego. Jaki ja muszę być na co dzień nieznośny.

I nawet w pociągu pozytywy, niepewność co do wagonu, bo jak to, druga klasa i sześć miejsc w przedziale, a to nie było kiedyś po osiem? Taka Pani, która ze mną też niepewna, wiec pytam obsługi, tak to jest druga klasa. Poprzednio jechałem dwa lata temu, w ogóle, przez półtora roku nie ruszałem się z miasta i z jakim skokiem cywilizacyjnym się spotykam. Udaje mi się kupić Lampę i przerabiam część o wycieczce do Moskwy, bardzo fajna relacja i wywiad, mam w przedziale matkę z kilkuletnim dzieckiem, dziewczynka skacze po siedzeniach, piszczy i tak dalej, ale wbrew obiegowej opinii o cudzych dzieciach w podróży - nie przeszkadza mi to. Może dlatego, że nie miała do towarzystwa braciszka, przecież nieszczęścia chodzą dopiero parami.

Swoją drogą, bardzo śmiałe te dzieci teraz. Niewiele pamiętam z kolejowych podróży kiedy miałem trzy-cztery lata, ale na pewno taki śmiały nie byłem, siostra też nie. W ogóle od obcych trzymaliśmy się z daleka, bez ufności, choć bardzo zaufaliśmy jednego razu torbie cukierków, którymi częstowały zakonnice. Ale takiego śmigania to na pewno nie było.

Przez opóźnienie o mało nie wysiadłem w Sosnowcu, na szczęście od tego mam język, żeby dopytać, czy to na pewno to, skoro wygląd stacji nie odpowiada wspomnieniom. Później skojarzyłem, że jeszcze do Katowic bez opóźnienia nie dojechałem chyba - mogliby naprawić rozkład. Spod dworca odbiera mnie Pogromca Dinozaurów, od razu ma dobrą i złą wiadomość, na szczęście wyszło na dobre.

czwartek, 29 lipca 2010

Wpis przedterminowy - występują kobiety, superświadomości i boskie nasienie

Ponieważ należę w tym tygodniu do grupy wysokiego ryzyka w kontekście prezentowania czegoś na tym strasznym zebraniu, prawie tradycyjne notatki sporządzam zawczasu. Już nawet ominę te czterdzieści na rowerze, tyle kręcenia i nawracania, że nawet mi się nie chce trasy rysować. To Głaz znalazł taką zabawkę, przez co pewnie nie będzie mi się chciało tworzyć tego typu molochów. Jeden Pogromca Dinozaurów może być zawiedziony, już nawet wyrażał zawód, ale na pewno udawał. Technika idzie do przodu, jeszcze nie inwestuję w gps, skoro całe lata podejmowałem decyzję o liczniku, ale doceniam, że nie muszę sklejać tych map z print screenów.

Coś mnie rano podkusiło, żeby przetrzeć oczy po drugim budziku, to jest esencja wstawania przecież, dopiero dzisiaj się zorientowałem. W dzieciństwie bywało, że nie mogłem z rana otworzyć oczu, coś je kleiło i już, mama robiła tajemne okłady wtedy. Raz czy dwa. Zbierają się we śnie drobiny świata wokół oczu, pewnie zazdrosne o ten świat pod rozedrganymi powiekami, a ponieważ nadmiar zazdrości szkodzi, to nieumyślnie blokują powieki. Jasne, da radę je rozewrzeć, ale wciąż uginają się pod ciężarem zazdrosnego świata. Więc należy umiejętnie wsadzić w oko paluch i dopiero podreptać do jakiegoś zlewu. A w każdym razie tak mi się to dzisiaj ułożyło - nie chce mi się dokładnie liczyć, ale budzików mam teraz przynajmniej pięć, na przestrzeni godziny i piętnastu minut, więc zaskoczyłem siebie i pewnie zawstydziłem budziki (czy to aby nie przebrzmiałe?).

Praca też do pominięcia, zrobiłem szkic prezentacji na jutro, jutro dopnę do tej dziesiątej, wszystkim podobał się przekrzywiony napis, który pewnie wyleci, no bo to był napis draft version, jaka szkoda. Wydawało mi się, że nowa Lampa gdzieś na mieście już, gdyż napisano tekst ukazał się, więc z biura poszedłem poszukać. Myślę Traffic, dawno tam nie byłem, pójdę sobie do Kruczej, nie ciągle tą Marszałkowską. Na placu zainteresowała się mną taka blondynka, no musiała, taka jej rola, z naręczem czegoś wyglądającego na pierwszy rzut oka jak gazetki. Dziękuję, nie chcę, ale wpycha w ręce i trajkocze, dobra, wezmę, idę, trajkocze, że wkładki do butów i nie wiem jak użyć, aha, nie chcę wkładek, nie potrzebuję, to oddaj w prezencie i to reklama, będą kosztowały osiemdziesiąt dziewięć złotych, ale teraz darmo. Patrzę z powątpiewaniem na toporne rysunki, a ona dalej coś trajkocze, że teraz milion pompek i moje, a ja że bym nawet zrobił, gdybym chciał, a ona okej, ale wie Pan, żartowałam. Chyba ze cztery razy żartowała, uszliśmy tak skokowo pięć metrów, nie dało się tego oddać, aż się przyznała, że zbierają na akademik datki za te wycinane wkładki. Aha, mówię, a ta na mnie naskakuje, że co, studentów nie lubię! Nie wiem który to akademik, ale słaby pijar ma, poprosiłem, żeby tyle nie kłamała, bo to natężenie żartów było irytujące, po co ludzi tak wariować, wreszcie oddałem wycinane wkładki i poszedłem, zestrachany, omijając z daleka brunetkę z podobnym naręczem z drugiej strony placu.

W Trafficu Lampy nie widziałem żadnej, nie wiem, czy w ogóle mają w ofercie, może w ogóle nie mają? Popatrzyłem na te półki pełne słów do czytania, pewnie ze dwie dziesiątki literackich periodyków, Zeszyty Literackie (na strychu przy Św. Bonifacego widziałem kiedyś pierwszy numer), nie wiadomo, za co się łapać i przecież facet jestem, kupuję wedle ścisłego planu, więc tutaj nie kupuję, bo nie mają. Zajrzałem z ciekawości do Ha!artu, bo kojarzę jakieś powiązania Piotra Czerskiego i do teraz nie mogę nadziwić się własnej przenikliwości, że widząc kadry z klocków lego, od razu wiedziałem - Hamlet. No co, korona może być do czego innego nawiązaniem niby? Musi być jakaś ogólnoludzka superświadomość wdychana z powietrza, bo jeśli o Szekspira idzie, nie mam ani promila wiedzy Stefana Dedalusa.

W ogóle tak się na tym znam, że równie dobrze mógł to być Makbet, nie przyglądałem się kadrom, w każdym razie myśl potwierdziło przekartkowanie do początku historii.

O Ulissesie wspominaliśmy dzisiaj przy śniadaniu, najpierw była Mechaniczna pomarańcza w HD, a ja czytałem, mówię, ja bym nie dał rady, zbyt psychodeliczne, mówi, ja zaprzeczam, że po trzech stronach ogarnia się język i rosyjskojęzyczne stylizacje (tę wersję czytałem), a ciężko to przeczytać właśnie Ulissesa. Wiem, bo mam zakładkę przy dwieście dwudziestej stronie i od kiedy podjąłem tegoroczną walkę, przeczytałem przynajmniej dziesięć innych książek, dziś zaczynam pożyczone godzinę wcześniej Rowerem i pieszo przez czarny ląd. Rozmówca przytaknął rozbawiony, bo sam miał Joyce'a na końcu języka, mówi najlepsze na usypianie, pół strony wystarcza, podobnie mówiła kiedyś katechetka o papieskich encyklikach, zacne towarzystwo, Joyce, zacne. Za to zaskoczyłem go własnogłownie wysnutym wnioskiem, że Stefan z ekipą z początku książki to nie są starcy i zasugerowałem mniej poważne podejście, jasne, Grecja i mity, ale zdaje się wykształcenie klasycystyczne na początku XX wieku wciąż było podstawą edukacji, nie można wszystkiego brać na poważnie tylko dlatego, że brnąc przez szkoły nie czytamy starożytnych komedii. Ja tam nie czytałem nawet później, a dla dwunasto czy trzynastolatka w gimnazjum i tak fajniejsze byłoby zdjęcie cenzury z Parandowskiego, skoro wykładowca filozofii wywoływał demaskacją Posejdona chichoty dwudziestolatków - bo on jakoś musiał na tę Afrodytę pianę ubić.

To kojarzy mi się z Herbertem, jakież nieestetyczne skojarzenie, ale jest flow, to lecimy! Kolega leci do Grecji, Kreta w planach wakacyjnych, a ja po skończeniu szkoły kupiłem Labirynt nad morzem, bo nadziałem się na fragment gdzieś na koniec ostatniej liceum i później w trakcie pomocy komuś. Oczywiście fragmenty wybrane do szkolnych analiz okazały się zupełnie niereprezentatywne jeśli chodzi o zbiór esejów, to były te luźne, ogólne fragmenty, przypadek konfrontacji Grzesia z Lekcji łaciny z belferem Gombrowicza. Przyniosłem mu tę książkę, niech chociaż przeczyta jak Herbert płynie i wysiada na wyspie, bo ładne, nawet jeśli nie przebrnie przez kombinowanie z nieudolnie rekonstruowanymi freskami minojskich pałaców.

Szkic o Akropolu z tego zbiorku uświadomił mi kiedyś coś, co najwyraźniej przegapiłem w toku szkolnej edukacji - że wszystkie te greckie świątynie skrzyły się kolorami, złotem, przepychem, a doskonała estetyka połamanych kolumnad i białych marmurów jest wynikiem setek lat brandzlowania się historyków nad geometrycznymi sztuczkami optycznymi. Fajne to. Oczywiście Herbert szeroko to opisuje i tłumaczy, ja tylko przypadkowo stawiam nieestetyczną klamrę - na szczęście ładne zdania w temacie można znaleźć u źródła.

Może kiedyś znajdę, może ktoś napisał, jak tymi niewyspanymi oczyma patrzeć rano na świat, może to nie jest takie trudne, jakaś mała podpowiedź, jakaś miła perspektywa. Dobranoc.

poniedziałek, 31 maja 2010

Cure for optimism i oszukuję system!

Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.

Mlaskanie.

Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.

Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!

I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.

Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.

Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.

To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.

Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.

Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.

Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!

środa, 24 marca 2010

do byle gdzie #3 - prawda o świecie

Widziałem ostatnio na fejsie komentarz, że najlepsze czy najmądrzejsze, co o Muchach napisano, mamy teraz w "Lampie". Dziś kupiłem, będąc przypadkiem w empiku (Głaz reklamował w okolicy emipku buty, aż dziwne, że tak bez jąkania przyjęli) i fajosko się zaskoczyłem - bo sam w okolicach przed ósmym marca, kiedy wspominałem płytę poprzednią i szykowałem się do odsłuchu tej nowej, myślałem, że Muchy to taki Lady Pank. Wszystkim zainteresowanym polecam zaopatrzyć się w papierowe wydanie, bo recenzja składa się z dwóch akapitów, przy czym na papierze są ujęte w o wiele czytelniejsze kolumny niż na stronie.

W poniedziałek widziałem się z rodzicami, marudziłem im, że Exupéry jest bardzo nie do czytania dla mnie, a w każdym razie takie są jego kawałki o wojnie, człowieku, kamieniach i świątyniach. Oni zdaje się przeczytali wszystkie jego książki (a na pewno czytali te trzy, przez które ostatnio przebijam się ja), do tego mają perspektywę dzietną, wychowawczą, perspektywę przemian ustrojowych, przemijania pokoleń, całą masę perspektyw, z których pewnie też byłbym gotów się zgodzić, że gość jest okej. Na razie w ogóle nie docierają do mnie jego analizy, porównania człowieka (jednostki) do kamieni budujących świątynię (Człowieka), albo kawałki o byciu częścią czegoś, oddziału lotniczego, wojska, narodu, państwa. To nie ja. Fajnie pisze o tym Jacek.

Tak! To ta sama strona, naprawdę łudziłem się, że przeczytasz, no weź, przynajmniej drugi akapit i nie przejmuj się, jeśli - jak ja - nie masz pojęcia co to jest MGMT, widać jesteś nie dość indie. Spoko, nie musisz.

Jeśli Exupéry, to wiadomo, że "Mały Książę", jako tako dał radę też z "Ziemią, planetą ludzi" - tutaj wpisuję sobie w google, żeby upewnić się co do tytułu i oczywiście znajduję taki zespół na majspejsie, straszne, ciary przechodzą - ciekawsze są takie myśli z samolotu, o niezbadanych jeszcze wtedy połaciach planety, albo zdradliwych polach, zdradliwych dla lądującego awaryjnie pilota. Do tego opowieści o pięknie pustyni, o umieraniu na pustyni, teraz wiem, o czym była ta płyta Gazpachoo. W której recenzjach powoływano się na książkę "Ziemia, planeta, ludzie", myślałem, że może przepisywano ją z obcego języka bez sprawdzenia tytułu, ale też nie, bo poza oryginalnym "Terre des Hommes" mamy "Wind, Sand and Stars" i "Wind, Sand und Sterne". Czyli taka pomyłka, a ja dowiaduję się, że Anglicy i Niemcy żyją na tym samym piasku, słyszą ten sam wiatr, ale jednak pod innymi gwiazdami.

Później siostra zachęcała rodziców do sponsorowania jej nowego hobby, włos jeżył się na głowie na te kwoty, znaczy - znam przecież ludzi, którzy mają aparaty pięć razy droższe niż popularny 450D, co kto lubi. Więc tylko zauważyłem, że do obróbki zdjęć to trzeba i tego grata zmienić razem z monitorem (hej! mam tu na KINESKOPIE 1024x768 i czasem jakieś linie, zniekształcenia), a na podsumowanie dodałem, że ja bym chciał dotację na dętkę rowerową, bo guma była. Dzisiaj rozważałem zasobność portfela, tego wirtualnego, jak tu dożyć do końca miesiąca i czy stać mnie na jakieś spotkania w klubach (a fe!), czyli wpadłem na stronę konta. I nie za bardzo zgadzała mi się ta zasobność, więc sprawdziłem historię:

DOFINANSOWANIE ZAKUPU DĘTKI DO ROWERU
15,00 PLN

Naprawdę muszę dodawać, że rodzice są ekstra?