Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 sierpnia 2025

A śniło mi się że przesoliłem pomidory

Rozmawiałem ostatnio z lekarzem, że wróciły do mnie emocje. Te wzruszenia na ulicy, łzy napływające do oczu, przełykanie smarków. Może trochę za mocno, no ale to w gruncie rzeczy lepiej niż żeby ich nie było. Czytam "Drogę Królów" i też lekko chlipię jak się coś dzieje, choć akurat książki to są dla mnie wyciskaczami łez często i bez leków - "Hyperion", "Pozwól rzece płynąć", albo powroty do Feista, kiedy Pug dostaje nazwisko od umierającego Borrica, to mnie niszczy zawsze.

Mówię mu też, że te emocje to często nadpisują działanie leków, jeśli są jakieś gorsze, bo wprawdzie sypiam na tabletkach prawie jak zdrowy człowiek, nie wybudzając się w nocy, ale np. kiedy w domu była współlokatorka-żmija (sukces, wyprowadzona, choć zgodnie z przewidywaniami odmówiła zapłaty czynszu za ostatni miesiąc, taka to słowna i wiarygodna osoba), to wciąż się zdarzały problemy z usypianiem.

No a wczoraj się jednak posypało, jakaś emocja rozczarowania może to jest.

Obudziłem się po staremu, z półtorej godziny od kiedy usnąłem i przewalałem bez sensu ze dwie godziny z boku na bok, aż nie zaczęło widnieć. Wstałem, zrobiłem tosty, obżarłem się, dopiero dało się znów usnąć. Trzeba było zjeść od razu, ale przecież obżarłem się też przed snem. Są te nadzieja i złudzenie zawsze, że to tylko na chwilę i nie poczytasz, nie pograsz, nie zjesz, męczysz się.

Skąd to?

Skakanka nie chce dać się zaprosić na kawę, nie przychodzi. Wolałbym myśleć, że to przypadek, ale ponieważ nie umiem myśleć że nie wszystko na świecie kręci się wokół mnie, to myślę, że może ona myśli, że ją wtedy spławiłem jakoś. Przerażone zwierzątka też syczą i straszą, wydaje mi się, że nie syczałem, ale może jednak?

No i może to jednak powinna być Tank Girl. To są takie rzeczy zupełnie bez znaczenia, ale są to też rzeczy, które uwielbiam, jak mi się łączą w głowie, kosmiczne nitki zszywające nagle rzeczywistość w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zamawiam sobie koszulkę "Tank Girl", fajne rysunki to są, był taki komiks kiedyś. Skąd ja to wiem, to nie wiem, może to jest jedna z tych rzeczy które zobaczyłem w dzieciństwie u kuzynów w Krakowie, byli supercool, mieli Transformersy, Lobo, Dreamcasta, albo może nawet nie u nich, tylko w klubie-domu-kultury gdzie nas kiedyś zabrali, gdzie grali w jakieś planszówki czy warhammery.

To bez sensu, ale co ja mogę innego niż wyeksponować nadruk na fotce podsumowującej zajęcia? Może ona nie obserwuje instruktorki na fejsie. Czy jest na fejsbuku grupa spotted-zdrofit/zumba?

No i grzebię sobie w internetach w sprawie "Tank Girl" i za chwilę okazuje się, że autor jest również projektantem Gorillaz, a ja dopiero co obczajałem koszulkę "Demon Days" w sklepie, zazdrościłem takiej typowi który wszedł kiedyś do szkoły tańca na recepcję, pytać o możliwość wystawienia galerii przed godzinami zajęć. To jest podejście dobre do życia, sięgać i sprawdzać. A komiksiarz od Gorillaz to Jamie Hewlett. No i nagle się Skakanka kojarzy z ulubionymi rzeczami, choć nie poszliśmy na kawę.

Chciałbym przeżyć tę sytuację zaproszenia i mieć jasność, czy się będzie czym przejmować (udawajmy przez chwilę, że nie przejmuję się już teraz), czy rozglądać się za kimś innym na kawę. Boję się w szkole tańca, bo tam jestem szczęśliwy i nie chciałbym żeby to jebło jak sen (nie dramatyzuj, to jedna noc dopiero), ale w sumie w tych momentach jak nie uciekam od myśli, że cały świat kręci się wokół mnie, to widzę tam te dziewczyny które w rozmowie wspominają o "samotnych wieczorach" albo pytają czy "chodzę czasem do knajp przy Ząbkowskiej".

A może one też już mają klarowną sytuację, czasem się ludzie mijają po prostu, c'nie?

No albo trzeba olać plotki ptasiego teamu i po prostu zapytać, czy ktoś ją tam zna jednak i ma jakieś namiary.

Wczoraj instruktorki mnie zagadały, dlaczego głównie na Gdański chodzę. Bo w sumie najmocniej lubię atmosferę, a do tego w Koneserze niezbyt mi pasują godziny ostatnio. Nie mówię, że jeszcze chciałem stąd kogoś zaprosić na kawę, może powinienem? Gdyby to była sama instruktorka Danse Macabre, to może jeszcze, ale nie przy Damie Pchełek, ech.

Dama Pchełek pisała do mnie na insta później, choć przestała mi kiedyś odpisywać na fejsie, a za chwilę laski plotkowały że ja komuś jakieś przykrości robiłem, bo sobie próbuję rozliczyć kroczki w ósemce. Przeszedł mi już wkurw i rozczarowanie, mam tę relację zresetowaną i wolę trzymać dystans. Zgrabnie ktoś o niej powiedział, że sama "żongluje dystansem". Ta kawa to może mogła się wydarzyć z rok temu, albo jeszcze pod koniec zeszłego, teraz już nie ma szans.

Ale różową koszulkę zumbową to niech mi załatwi! Wiedząca mówiła, że mi do twarzy w różu.

Co ja mam z tymi t-shirtami ostatnio, nie mam kasy na takie pierdoły przecież. Mam w tym tygodniu trzy CV do przygotowania pod jakieś oferty pracy które wpadły w oko. Do it!

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Czekając na przechwycenie bratanka, bo mam teraz czas

 Zjarałem się, jak to z upodobaniem powtarza mi Salty, poprzeczka jest przy mnie zawieszona wyjątkowo nisko, na popołudnie na plaży należy zabierać przeciwsłoneczne smarowidła. No i jakoś z sensem może się obracać względem słońca trzeba, żeby wyszło równo. Cóż, nie wyszło. Pewnie należało jednak być w ruchu i popracować nad saltem. W tygodniu, w tygodniu, przed słońcem w zenicie może też.

Rozbolała mnie po powrocie głowa, na szczęście to tylko głowa, tj. bez migrenowego wiercenia za oczami. Obejrzałem Stargate, przypomniane niedawno podczas oglądania odcinka Supernatural z tricksterem, takie zmierzenie się z koszmarami z piramid, bałem się tego filmu w dzieciństwie, pamiętam go z telewizora na wsi u babci. Za dużo słońca też potrafi mi tak dowalić, wiem od roku, kiedy to jechaliśmy na kawalerski brata, siekło we mnie w drodze. Reprezentacja przerżnęła wtedy jakiś mecz, ale w trasie na dwa samochody i tak było wesoło. To też na dobrą sprawę mógł być najbardziej wakacyjny wyjazd mojego dorosłego życia, z tymi podejściami pod górki różne, Łysica to była taka sobie, moim zdaniem nawet fajniejsza jest Miedzianka, z której można było dojrzeć Chęciny.

Przez chwilę myślałem później, czy może samemu tak nie pojeździć na weekendy, ale zumba była życiem. Minąłem się przed chwilą z jedną z koleżanek w drodze do autobusu, nawet poznała mnie pod czapką. Na razie mam przerwę na obolałe łydki. Przetrenowałem tą nocą ze środy na czwartek, ale co, warto było. A przecież dziś trzeba trzy godziny zajęć przetrwać, to super zajęcia są u Cudownej, z radością będę udawał że nie syczę z bólu.

Producent z już byłej pracy pytał dzisiaj, czy jestem w pracy, zabawne że nie wiedział jeszcze, że już po mnie. Dodaliśmy się na fejsie, lubię gościa, robił co mógł żeby nam pomóc, choć oczywiste było, że szef ma nas gdzieś przez te półtora roku. Chciałbym dzisiaj odesłać sprzęt, może jak wrócę do domu będą już dane (update, nie ma). Powtarzam sobie, że pakując gogle do pudła czuję ulgę, że to już koniec - w końcu więcej tu było nieprzygody i nieprzyjemności przez ostatnie kilkanaście miesięcy, zjazd w dół od rozmowy o awansie, skoro się wypełnia obowiązki lidera projektu. Figa.

Ale w dzienniczku snu, który monitoruje mi zmiany w tej dziedzinie od kiedy biorę happy pills, zanotowałem na razie, że napięcie rośnie. Jak mogłoby nie w sumie, nawet jeśli spodziewałem się wypowiedzenia i staram się zachować przed wszystkimi twarz, to jednak jakoś boli. Spina brzuch, szkoda że nie core w tych miejscach dzięki którym mniej garbiłbym się w tańcu.

Rozmawiałem dopiero co z szefem szkoły tańca, mówił że pracował jako tester przy pierwszym Wieśku i zwolnili go od razu po. Od tamtej pory już nie pracuje dla kogoś, tylko na swoim - software house i szkoła tańca. Do przemyślenia, co ja jestem w stanie sprzedawać, nie sprzedając się komuś. Ale na razie przede wszystkim portfolio.

środa, 22 stycznia 2014

Pardon, to wciąż tu bywasz? Czyli katastrofy A.D. 2014.

Najważniejsze oczywiście jest, że kolega mi podrzucił informację o jakiejś zniżce na steamową wersję Morrowinda. Wyobraziłem sobie, jak instaluję mody bez konwertowania, a do tego wyobraziłem sobie, jak wszystko przechodzę jeszcze raz, bo inny język to trochę inny świat przecież, w sumie jakieś piętnaście złotych wyszło? No i złożyłem ulubionego herosa, niespiesznie zacząłem zgłębiać misje, czytając i podążając za sugestiami o znalezieniu sobie jakiejś przykrywki, po raz setny zbierając grzybki na bagnach. Złaziłem pół lochów, żeby tylko nie za szybko musieć odnieść legendarną dwemerową kostkę, nie pchałem się za drzwi poziom zamka 32, choć miałem już stosowne zaklęcie, przecież i tak dostanę później klucz. Wróciłem, zdałem raport, odłożyłem książki do poczytania... i następnego dnia gra zaczęła mi się wykładać od razu po załadowaniu save'a, kiedy stary cukrojad Caius mówi - Do you wan't something from me?

I nie działa nic, żadne wrye mash ani konsola, togglescripts pozwala wyjść i przenieść się gdziekolwiek, ale ponowne jego odpalenie wywala grę. Podobno popularny bug.

Luz, mam autosave przed operacją Arkngthand, z przyjemnością powtórzę za kilka dni.

Dzwoni dzisiaj ICE, czyli mama, choć akurat tata, że jedzie do mnie brat. No bo zgubił telefon, więc mi mówią. Aha. Nie denerwuję się za bardzo, to się kiedyś musiało stać, że ktoś zgubi telefon, który ja wypożyczam z firmy, bo tak możemy. Zobaczymy, jak się sprawa potoczy, a może się jednak jeszcze znajdzie? W każdym razie brat niepocieszony, ale oszamał tosty z czekoladą, bo on mi kupił toster na parapet i ustalenie jest takie, że zawsze ma tostowy dla niego być. Więc jest.

Później poszedłem na koncert i to chyba ma być główny punkt całej mojej tu obecności, nawet jeśli najważniejszy jest Morrowind, a poza nim najwięcej dumy na przestrzeni tygodnia przyniosła mi zwycięska przeprawa przez duet Ornstein & Smough. Poszedłem na Mszę Świętą w Altonie, odwiedzając ten kwartał w centrum miasta, którego nie znam wcale a wcale. Są takie kwartały, w których nigdy nie zdarzyło mi się szlajać i to jest przygoda na moją miarę. Jaki Gnuśny taka przygoda. Na miejsce szedłem wzdłuż koryta, którym teraz chyba za płotem jest Świętokrzyska, ale już wracałem z drugiej strony bloku, pierwszy raz szedłem z tamtej strony bloku. Może kiedyś nauczę się tej przestrzeni.

Na miejscu okazało się, że miejsce zajmuje powierzchnię na miarę przygód Gnuśnego. Oraz że porozkładane na krzesłach karteczki wcale nie znaczą, że już zajęte, więc miałem siedzące. I zaczęli jakimś jękiem, który może kojarzę ze Złej Krwi, a może z innych nagrań, ale później już było inaczej. Znaczy, poleciałem po bandzie w jakieś majaki, o ciężkim czasie w pracy, bohaterach książkowych i chyba jakichś mangowych też. Przysnąłem znaczy się w tym hałasie. Latka lecą, dopominam się wszystkich koncertów siedzących, będę mógł marudzić na braki atmosfery. Wcześniej do mnie jakoś nie dotarło, jaki jestem zmęczony, żyłem swoje zwykłe życie, załadowałem bilet po 280, bo zapomniałem o wyrabianiu hologramu, a tu masz, świsty, chroboty i zawodzenia, a ten jaki odprężony. Ciągle wiedziałem, że jestem na koncercie, ale wizualizacje miałem zupełnie niepodobne do tych z projektora (nie żadne komputerowe animacje, tylko optyka i dziwne wycinki, ścinki, materiały, pędzelki i płyny, hipnoza). No i za nieokreślony czas wracam osobistą optyką na koncert i myślę bardziej składnie - podoba mi się. Przed Prytem w Chmurach Zmywak coś reklamował, że materiał na cyberpunkową mangę czy co, chyba bardziej by mi tu Msza pasowała, 11 jest takie bardziej pierwotne, jak parszywy będzie świat, kiedy już skończymy ten świat, apokalipsy. Za to Dokalski z ekipą mogliby ilustrować jakieś cyberpunkowo-oniryczne orgie, jakby wymieszać przebitki z Matrixowego Zionu z pokręconym filmem Lyncha. Odbywamy pewną drogę, chłopaki stopniowo porządkują i organizują sample, Olgierd kombinuje przez chwilę z jakąś piszczałką zamiast trąbki, robi się transowy rytm i bit, a później dźwięki w ogóle wskakują na jakiś mistyczny-buddystyczny poziom, a z wizualizacji robi się czerwony kosmos gwiazd, który kojarzy mi się też z najwstydliwszym uniesieniem ever, czyli o jakichś piłkach i plastrach miodu w kosmosie. Funkcjonował gdzieś znów ten obrazek - człowiek idzie ulicą pełen dobrych co do życia przeczuć, przypomina sobie coś wstydliwego sprzed lat ośmiu, dalej idzie przygnębiony. Ale nawet się nie przygnębiłem. Nawet przez chwilę myślałem, czy osobiście nie wyrazić uznania, że przyszedłem tu taki zmęczony, a wychodzę wypoczęty i zadowolony, z przemyśleniami, że żadne nagrania nie oddają sprawiedliwości, ale jednak zwracanie się do obcego człowieka wciąż mnie bardzo przeraża. Uwaga, człowiek.

No i ostatecznie nie wiem, czy odjazdy, czy proza życia, chyba jednak nic nie wygra z prozą życia, bo kiedy koncert miał się ku końcowi i było to czuć mocno, to poczułem też telefon. Odrzuciłem, odpisałem "koncert. co tam!", poprawiłem się "?" i na wyjściu z lokalu dostałem tak:

nastawilem pralke, zasnalem. budzi mnie wkurwiona sasiadka z dolu. wstaje, patrze podloge, wszystko plywa. sasiadka drze japsko ze jej mieszkanie zalalem. ja w szoku. generalnie z pralki woda lala sie caly czas na mieszkanie i pod nie, zalewajac kolejne na dole. jest kurwa zle. [...]

To akurat nie brat mój, ale też go lubię. Szedłem do metra nową trasą, bo je było widać i z tej strony, było zimno, więc myślałem zimno dokładnie tak samo, jak ów człek we wrześniu albo październiku, ale jeszcze prawie było lato, powtarzał w lokalu "prawie, prawie, prawie, prawie", obwieszczając sukces, który tylko on sam widział, ale wszyscy inni wcale. Dopiero przyszedł po chwili i chyba trochę przypadkiem. Tylko mnie było zimno, więc powtarzałem zimno, nie wiem więc, co przyjdzie, jeśli to można jakkolwiek przekładać.

środa, 11 lipca 2012

Hop do przodu, bęc

W Take My Head, w tej żałosnej melodii, za każdym razem słyszę Final Fantasy VII. Nie wiem, który motyw, może main theme, jednak jest zupełnie inny, ale na skojarzenie nic nie poradzę. Pewnie Uematsu miał podobne instrumentarium kiedyś, przecież wtedy nie było mptrójek, zresztą siódmy Final to była gra na trzy cedeki, nie było szans na orkiestrową ścieżkę dźwiękową nawet w mp3.

Bardzo dobrze, że nie goniłem porannego kolarza dalej, tak skutecznie zabrałem się za jeżdżenie, że dojechałem lewą kostkę, chyba mogę powiedzieć, że epicko, skoro rozchodzi się o okolice ścięgna Achillesa. Rozchodzi się, mam nadzieję, jeździć też mogę, ale raczej nie z rana do pracy, po pracy na spokojnie, wreszcie to ja będę zawalidrogą. Albo i nie, mogę się przecież obrazić na rower.

Dentysta mnie nie znieczulał, to pani jest, chyba dobrze mi życzy, bo dzwoniła specjalnie do koleżanki z chorej kasy, żeby mnie jutro przyjęła z rana i w ogóle mam proces zepsuć i pominąć recepcję. Hasło torbiel kiedyś mroziło krew w żyłach, dziś to już aha, no ale dziś chodzi o mnie i nie ma związku z, dajmy na to, drogami rodnymi. Czyli tak, muszę znów tak piekielnie rano wstać, nie wypada do enefzetu wbijać dojechanym, jakie szczęście, że nie będę tam rowerował jutro, bo załatwiłem to (się) dzisiaj. Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, chyba pierwszy raz mi się udało.

Leniwe tempo powrotu zainspirowało przejazd ulubioną serwisówką pkp, ten kawałek od Ronda Starzyńskiego do Żerania, trochę jeszcze było za wcześnie, kolory świata nie zachwycały, nie łupały melancholią i nieskończonym smutkiem. W ramach rekompensaty zobaczyłem tira na postoju, kierowca na rozłożonym stołeczku, grill wyciągnięty, coś tam sobie przekładał. Nie mogę sobie przypominać takich rzeczy, aż mi ślinka cieknie, przaśny, wakacyjny klimat, a ja urlop za dwa tygodnie dopiero. Czytam ostatnio W drodze, jeszcze wtedy nie robili w zakamarkach postojów na grilla, a w każdym razie nie w towarzystwie autostopowiczów, albo nie do połowy książki. Skręciłem na odremontowany wiadukt, niestety lepiej mi się teraz wchodzi po schodach z rowerem niż ciśnie na pedały. Zajechałem do (panika, nowa ksywka... uff) Majtana, no bo dzwonił dzisiaj, kiedy ja w fotelu. Wpuścił, ale mówi, że nie dzwonił - no bo szefowa przypadkowo wzięła dziś mój telefon, może coś wcisnęła. I tak jeszcze muszę ojcu wytłumaczyć, co to za obca kobieta odbierała.

Pomarudził na lokatorów i może wreszcie pozbyłem się złej karmy, bo wystrzelałem jednego z ucha, że planuje imprezę w weekend - dostałem zaproszenie. W życiu bym nie wpadł, że opiekun lokalu zaproszony nie jest i nie ma pojęcia. No bo on śmiga w sobotę na jakieś wesele, o tym ja nie miałem pojęcia. Można komuś zepsuć misternie pleciony plan? Polecam się na przyszłość.

wtorek, 10 lipca 2012

Piękna pszczoła

Znów mnie wywiało, miałem gdzieś rozpoczęty nowy post, to jest rozpoczety w sensie tytułu, miało być I Kant understand, nadciśnienie - o kaleczeniu obcych języków i wycieczce do Lasek, gdzie moim bohaterem został Michał. Wprawdzie po drodze dwukrotnie niemal skręciłem kostkę, ale oznakowanie zapadniętego chodnika z pewnością przydało się nawet po moim wyjściu.

Mógł być też tytuł Staying in, w kontrze do poprzedniego tytułu, chyba czasem widziałem jakiś sens w rozmawianiu ze sobą tytułami postów, teraz będzie o to sporo trudniej, bo poprzednią zawartość przerzuciłem w inne miejsce. Takie tam archiwum. Jednak jeszcze nie dotarłem do wariantu pantonieja.blogspot.com. Ale może powinienem sobie zająć adres?

Mam dzisiaj szalony dzień, ja wiem, że dopiero południe, ale mój dzień zaczął się dziś chwilę po szóstej, czyli trochę już trwa. Bujałem się wczoraj na rowerze, wcześniej ze dwa tygodnie wstecz i ogólnie tak to od dwóch lat wygląda. Były kiedyś takie lata, że w trakcie jednego wypadu przejeżdżało się przez dwie burze, raczej nie były opisywane, może w jakichś komentarzach, dzień w dzień tak. Wczoraj wyszło tak, że dzwoniłem do Ba i He (może zmieniać ksywki po resecie?), Bahenej i Hebyla, bo mam im oddać pojemniki, w których kiedyś wyniosłem słodkości. Już je oddawałem po drodze, okazało się, że to inne pojemniki. Wreszcie znalazłem dobre, ale oni dopiero mieli wrócić późnym wieczorem, więc na rower ze mną też nie. Trudno, zobaczymy się później. Ostatnio nawala mi licznik, rejestruje może połowę trasy, prędkości nie pokazuje, zwlekam z kupnem nowego, to ściągnąłem na telefon szpiega od położenia. Ostatecznie też pokazuje średnią prędkość i nie muszę ślęczeć nad mapkami, ale jednak wiedzieć ile cisnę by się przydało, to motywuje jakoś. Na szczęście w ramach szalonego poranka znalazł się jakiś typ w obcisłym trykocie, wąskie kółeczka, minął mnie, kiedy wyjeżdżałem spod Grota, to wymyśliłem podczepić się i nie puszczać do Gdańskiego przynajmniej. Uff, skręcił, jeszcze by mi strzeliło do głowy dalej tak, śmierć.

Nie rozumiem, co się stało z dzisiejszym porankiem, na ogół wstaję ze dwie i pół godziny później, a dziś nawet śniadanie przecież, serek wiejski. Tak u mnie wygląda szaleństwo, gdybym miał nawroty choroby, ogarnę jakieś kanapki z czekoladą na poranki, do pracy dowlokłem się ledwo co. A kiedyś bez śniadań jeździłem.

Szpieg od położenia pięknie rysuje trasę, jechałem Północnym, rowerowo to drugi raz, za pierwszym jezdnią, bo zjeżdżałem do Marymonckiej. Nie wiem, czy da się zjechać do Wybrzerza Gdyńskiego rowerem, podejrzewam tam jakieś barierki-szmerki, więc tym razem śmigałem tą dramatycznie wąską kładką przy jezdni. Nie oswoiłem jeszcze krawędzi, w drugą stronę drałowałem raz z buta, publiczność na fejsie doceniła, tym razem wcale nie było lepiej, na ładnie narysowanej mapie widać, że jadę tam dziesięć-dwanaście na godzinę, na szczęście GPS nie jest na tyle dokładny, żeby było widać, jak trzęsą mi się ręce.

I jeszcze muszę tym rowerem wrócić dziś, przecież spałem ledwie pięć godzin, przecież mam dentystę, przecież bez znieczulenia nie dam rady, przecież ono mnie ostatecznie uśpi, jak po tym wsiąść na rower? To w ogóle dozwolone? Sprawdzę, dam znać. Hebyla kazała dbać o siebie, to wszystko ich wina jest, że wpuścili mnie na herbatę późno i nie wyganiali wcale, dopiero o północy padło pytanie, czy ja przypadkiem nie pracuję dziś. No tak. Bahnej mówi - No co, ja przecież też. Jak dobrze pamiętam, to on codziennie śmiga do pracy rowerem, mistrz, kiedyś codziennie śmigał do szkoły. Sprawdzał, czy mi licznik styka, niestety styka, gdzie indziej przyczyna.

Kombinują tam, żeby podnająć pokój, trochę się boję, że przez to nie będziemy już leżeć na podłodze i puszczać kawałków, w początkach odwyku od bloga okazało się, że na samej podłodze brzmienie nie jest najlepsze, ale leżało się przednio. Akurat wtedy przypomniałem sobie o Archive, okazało się, że jednej z dostanych (tj. dostałem kiedyś od kumpla pliki, nie myślcie sobie, że mam w domu jakieś płyty, płyt nie słucham już) płyt w ogóle nie słuchałem jeszcze, sami wykonawcy najmniej ją teraz lubią, nie zgadzamy się więc.

I ciągle nie kupiłem słuchawek. KSC75 wciąż za siedem dych, chyba nie chce mi się szukać innych, ale chyba głupio mi znów kupić te same, ledwie wytrzymują rok, sprawdzałem przynajmniej trzy razy już.