Słuchaj, wiemy przecież, że straszny ze mnie maruda. Tak ogólnie, więc pewnie nie do końca wierzysz w tę słabość przy porannym wstawaniu z łóżka. Może ja sam ją sobie jakoś mitologizuję, jest w ogóle takie słowo? I ciężko mi teraz, po latach, odczarować. Dzisiejszego poranka też nie odczarowałem, choć przyznam szczerze - było znośnie. Od kilku dni staram się czytać rano w autobusie i metrze, do czego nie mogłem się zmobilizować przez większą część ciemnej zimy. Mam dzięki temu za sobą Aurelianów (choć skończyłem wczoraj w domu, no ale autobus pomógł) i mogę starać się zrozumieć ten jakby oksymoron - realizm magiczny.
Ile pamiętasz mądrych słów z języka polskiego? Oksymoron pojawił się w moim podręczniku gdzieś przy okazji Młodej Polski, nie wiem, może chodziło o poezję Tetmajera? Korab-Brzozowskiego, Kasprowicza? Tam była chyba strona o Tatrach również, więc może ten ostatni. Ilu pamiętasz poetów okresu Młodej Polski? Czy w ogóle pamiętasz coś ze szkoły i czy nie masz wrażenia, że może jednak powinieneś, albo że po prostu byłoby fajnie? Wiedzieć na pewno, kiedy pisze się byłoby, a kiedy było by. Ilu w ogóle znasz poetów, tylko nie liczą się śpiewający, albo posiadający w internecie blogi. No dobra, nie musisz się interesować poezją. Niczego nie musisz, nawet nie musisz sam umieć ocenić, czy coś na miano poezji zasługuje.
Znasz to o prześlizgiwaniu się po powierzchni zjawisk?
Słuchaj, teraz będzie jeszcze bardziej nudno, przestanę kombinować o wynoszeniu czegokolwiek ze szkół, niech to sobie robi dajmy na to Masłowska, choć być może za dużo ma na to już lat. Teraz wrócę do dnia dzisiejszego, ale przewinę dzień roboczy, kiedy wołano mnie do okna, bo przechodziła moja aktualna, nieosiągalna Pani Wiosna z jakiegoś bardziej biznesowego piętra. Mogę się krótko zastanowić nad słusznością myślenia o komunikacyjnym czytelnictwie, takiego, jakie prezentuje aktualnie poznawany bohater Murakamiego (oni i tak wszyscy tacy sami, powieści i dżezmeni), to jest - czy ma rację w dzieleniu książek na książki prawdziwe i czytadła do tłoku w metrze. No bo ja przecież dałem radę Marquezowi i w metrze, wcale nie czuję, żebym na tym stracił, zresztą w domu najczęściej chyba czytam leżąc na brzuchu, głowa wystaje znad łóżka tylko i książka na podłodze. A ferajna Murakamiego pewnie czyta w jakichś wygodnych fotelach, jakoś na pewno walczą, żeby w tych japońskich klitkach wygospodarować dedykowane miejsce na fotel i lampę przy nim. Przewinę nawet powrót, bo znowu jechałem z Rozdroża, jak to może wyglądać, jak zwykle, siadam na krawężniku, cieszę się, że ścieżka nie idzie od razu przy nim, więc nikt mnie nie rozjeżdża. Najbardziej i tak lubię jeździć stamtąd o jakiejś godzinie wieczornej, kiedy świecą zawsze ulubione pomarańcze. Zjadłem ostatnio pomarańczę, myślę, że to była pierwsza w życiu. Da się przeżyć tyle lat bez pomarańczy? Chyba się da, ja jestem konsekwentny w bzdurach, kiedyś w dzieciństwie uznałem, że z pomarańczy tylko sok i tej też bym pewnie nie zjadł, gdybym tylko nie zapomniał o śniadaniu.
Przewinę do takiej właśnie godziny wieczornej, o której w innych częściach miasta świecą już pomarańcze. Niestety, u mnie na osiedlu ktoś zdecydował się na te drugie, w kowbojskiej czapce. Tak mi się wydaje, dawno na nie nie patrzyłem. I tak, jasne, wiem, że gdybym pomarańcze znał z osiedla, to w krytycznym momencie pisania esemesa (a fe!) w ogóle bym o nich nie pomyślał. To też było dwa lata temu, ale pewnie będzie z tego pizza, więc jakiś zysk jest.
Trochę czytam te książki w komunikacji, żeby zapomnieć o braku hartu ducha na rower. Do pracy znaczy się, gdybym tylko miał rower po pracy, to bym bez problemu jechał. Ale spróbuj przekonać mnie do czegokolwiek ambitnego przez pierwszą godzinę po przebudzeniu. Nie da się. I nie wiem, dlaczego dwa lata temu mogło to mieć więcej sensu, kiedy sam siebie przekonywałem. Ale dzisiaj, kiedy wróciłem do domu, po tym jak uciekłem od jakiegoś jasnowłosego obiektu, który nie wiem, co czytał na miejscu obok, dzisiaj poszedłem na rower. Odczarowuję w tym roku bzdurę długich wypadów, odczarowuję pomysł, że dziesięć minut przygotowań do wyjścia powinno owocować przynajmniej godziną podróży, skąd to się w ogóle wzięło? Pół godziny też jest okej, przecież wiesz, że wcale nie trzeba dnia rozciągać do czterdziestu ośmiu godzin, że wystarczy bardziej być w drodze i czas będzie szeroki nawet w pięciu godzinach po pracy, czterech od wejścia do domu, trzech jeśli odciąć kuchnię i prysznic, dwóch pomijając gapienie się w sufit, wchodzenie na pocztę, fejsa, wiadomości, zupę i nieaktualizowane blogi.
Okej, trochę ściemniam, nie mam jeszcze ani formy, ani nie przeczyściłem, nie nasmarowałem i nie zająłem się rowerem jak należy po zimie. Więc trochę jest jakby nieprzygotowany do większych wypadów.
Pojechałem ścieżką przy Strumykowej, złą stroną ronda, za pętlą przepuszczałem autobus, który za chwilę dogoniłem na przystanku, kiedy drugi mijał go powoli z naprzeciwka, na wąskiej drodze. Skręciłem w lewo, a za chwilę w prawo, do wału, przez lasek, który kiedyś wydawał się dzikimi ostępami i można było w okolicy spotkać sarny, a teraz ma po dwóch stronach płoty i nawet wał jest bardziej cywilizowany, bo położyli na nim chodnik. Jadę chodnikiem na południe, dziękuję spacerowiczom za przepuszczenie, oraz zastanawiam się, skąd właściwie płynie ten prom. Kiedy chodnik się kończy, mijam już tylko biegaczy, spacerowiczom się nie uśmiecha, zrobili się jacyś wygodni. Kiedy chodnik się kończy, to nagle słyszę zewsząd śpiew ptaków. Po lewej, zaraz pod wałem mam ten sam płot, po prawej takie same drzewa, ale w głowie realizm magiczny, który na chodniku był nie do końca jeszcze uświadomiony, bardziej przed chodnikiem, na nowej ścieżce przez swobodnie dostępny już ostęp. Mam z tego frajdę, bo wiem przecież, że najdalej po tygodniu przestanę na nie zwracać uwagę, chyba że o poranku, o piątej, jadąc rowerem przez Choszczówkę, ale to się już nie może zdarzać, tak samo jak codzienne, wielogodzinne wypady gdziekolwiek.
Myślałeś kiedyś, że to bezcelowe napinanie niczym się właściwie nie różni od bezcelowego przerzucania kanałów na kanapie, z ręką za poluzowanym paskiem? Tyle, że się spocisz, ale amerykańscy naukowcy donoszą, że więcej niż pół godziny wysiłku dziennie szkodzi!
Jeszcze większą frajdę mam po zjeździe z wału, bo zamiast ptaków słyszę "Gangsta Paradise" przemieszane z chyba jakąś Lady Gagą. Myślę, że to zabawne, nie wiedzieć, czy to na pewno Lady Gaga, ale wiedzieć, jak takowa mniej więcej wygląda, za to nie mieć pojęcia, jak może teraz wyglądać dajmy na to Piotr Klatt (to chyba lepiej nawet, teraz), albo jak kiedykolwiek wyglądał Joe Strummer, albo Ian Curtis, albo - olaboga! - Bob Marley. Jeśli kiedykolwiek przegrałeś od kumpla katalog "Wujek Bob", możesz być pewien, że kiedyś będzie Ci śpiewał przez cały weekend, nawet jeśli by to miało być (no proszę!) dwa lata później. Dobra, ale skąd taki muzyczny koktajl? Właśnie wyjechałeś na objazdowe wesołe miasteczko, ma wszystkie atrakcje, które pamiętasz z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy rozkładało się w dzikim polu na Gocławiu (teraz stoi tam blok oczywiście). Może to nawet to samo, wtedy wszystkie atrakcje były trzy razy większe, ale przecież miałeś dwa razy niższą perspektywę. I każda atrakcja ma swój podkład dźwiękowy. Wtedy na czasie była "Lambada", ale nie wiem, czy grali ją w miasteczkach.
środa, 31 marca 2010
poniedziałek, 29 marca 2010
Żadne tam dziewiętnaście wiosen
Pompa, nie wiem jak to działa, znaczy skąd zaczęto jej używać na określenie radosnej głupawki, że się z czegoś pompuje, że się łapie pompę. Zrobiła mi dzisiaj wcale nie taki lekki dzień, rozpoczęty już wczoraj niemożnością uśnięcia, to rozbraja psychicznie - słabo przespana noc przed poniedziałkiem. Wstawanie samo w sobie zawsze jest straszne, ale cały dzień udawania, że jest się żwawszym niż zombiak (ale zombiak bez celu, bo jak mają cel, to całkiem nieźle potrafią potrafią popylać przecież), to nie jest fajne. Przecież.
Znowu poszedłem na Rozdroże, chciałem w autobusie obejrzeć odcinek dostarczonego serialu na telefonie, ale choć telefon daje radę, słuchawki rady nie dają i wszystkie basowe odgłosy giną w szumie silnika. A więc męskie głosy też, a więc nie ma szans, bo to jest jakiś serial o glinie. To wziąłem się za książkę, ale tutaj z kolei poczęła mnie morzyć senność, czytanie przy szumie silnika tak właśnie na mnie działa. Podejrzewam, że może to mieć związek z maszyną do szycia, która szumiała mi nad głową przez połowę dzieciństwa i spało się smacznie, nauczyło. Może powinienem szum autobusu spróbować nagrać i puszczać do snu nocnego?
Książka schowana, zamykam oczy i usiłuję spać. Ktoś się dosiada, albo już wcześniej się dosiadł, dziewczyna i chłopak, dżentelmen, bo to ona siedzi. Gdyby była bez chłopaka, to bym się pewnie przyjrzał i pisał teraz o obiekcie, no ale na takie z chłopakami nie patrzę, jeszcze mi coś o dostawaniu kociej mordy powiedzą, straszne. Więc siedzą i rozmawiają, wyobrażam sobie, że pewnie mają gdzieś tak po dziewiętnaście lat, w sumie jedyne co widziałem, to fragment jasnego płaszcza dziewczyny i podobnej torebki. Chciała wziąć jego plecak, ale on bez plecaka - Jaki plecak? - tak pytał, kiedy chciała.
Nie usnąłem, bo chłopak zaczął mówić o momentach. To znaczy pewnie wcześniej zaczął mówić o dziewczynie, ale jakiejś nieobecnej i bliskiej jego duszy, sercu i tak dalej. Super, skoro najpierw pomyślałem, że pewnie mają po dziewiętnaście lat, to teraz doszła myśl, że ja też kiedyś tyle miałem. Jeszcze spokojna, nieinwazyjna, siedzę i uczciwie usiłuję nie słuchać, nie zwracać uwagi. Oczywiście wszyscy mądrzy ludzie powiedzą, że jeśli bardzo nie chcesz o czymś myśleć, to z miejsca poległeś, o niczym innym myślał nie będziesz. Pewne źródła donoszą, że zastępczo można w takich sytuacjach myśleć o piłce nożnej, ale ponieważ w ogóle się na niej nie znam - nie mogłem sprawdzić. Może słabo się starałem. Więc słyszałem dalej, kiedy mówił o momentach.
- Wiesz, było już kilka takich momentów, no szkoda, że przegapione, wiesz, albo ostatnio, oglądaliśmy film i po tym filmie już jej miałem powiedzieć, ale nie, i wyszedłem, ale z przystanku, takimi autobusami do niej dojeżdżam, już miałem do niej jechać, zadzwoniłem, ale nie odebrała, bo wiesz, ma coś z telefonem.
Bardzo dobrze, że ich nie widziałem, nie muszę tutaj dopisywać gestów w trakcie rozmowy, nie potrafię tego. A dziewczę podsumowuje tyradę moją myślą, którą staram się bardzo utrzymać w głowie, tak żeby nie wylazła z jakimś bezczelnym uśmiechem - Jakich momentów? Nie ma żadnych momentów, będziesz czekał na moment i wiesz, figa!
No i rozmawiają coś dalej, a ja pompuję, mam taką radochę, a jednocześnie tak bardzo usiłuję się nie śmiać, że wrzucam muzykę najgłośniej jak się da, żeby tylko ich nie słyszeć. No ale ziarno zostało zasiane, więc pewnie doskonale widać, jak krzywię wargi, jak usiłuję je mieć zasupłane. Na muzyce też się nie mogę skupić, choć ładna. Po prostu pompuję z typa, pompuję z siebie pięć lat temu (żeby chociaż etap filmu był, to by było uczciwe), no i oczywiście jestem pewien, że gość to już musi widzieć. Jestem prawie pewien, że on mówi do tej dziewczyny obok mnie patrz na niego, a ona się zaśmiewa, że nie, robię wszystko co mogę, żeby nie parsknąć, udaje mi się nie parsknąć, ale usta żyją własnym życiem, uśmiech wyrywa się na wolność. Znaczy przez jakieś kraty, nieudolnie, to musi naprawdę słabo wyglądać, w kreskówkach zawsze jest przedstawione jako sinusoidalna, rozedrgana linia ust. Przynajmniej w kreskówkach wygląda okej.
To już nawet mogłem spojrzeć na typa i może razem byśmy pompowali, może nie uraziłbym tych uczuć, no ale nie spojrzałem, poczułem tylko, jak wysiadają i wtedy dalej usiłowałem zasnąć. Tylko wiesz, jak to jest z uśmiechem. Dalej się śmiałem do siebie, i z sytuacji, dalej niby usiłowałem spać, bo po co mam oglądać tych ludzi wokół, którzy pewnie podpatrują z politowaniem na nieskoordynowane krzywienie warg. A może ktoś ze mnie pompował. Prawdziwą ulgę przyniósł dopiero przystanek - do domu szedłem uczciwie ucieszony, i takiż siedzę do teraz.
Znowu poszedłem na Rozdroże, chciałem w autobusie obejrzeć odcinek dostarczonego serialu na telefonie, ale choć telefon daje radę, słuchawki rady nie dają i wszystkie basowe odgłosy giną w szumie silnika. A więc męskie głosy też, a więc nie ma szans, bo to jest jakiś serial o glinie. To wziąłem się za książkę, ale tutaj z kolei poczęła mnie morzyć senność, czytanie przy szumie silnika tak właśnie na mnie działa. Podejrzewam, że może to mieć związek z maszyną do szycia, która szumiała mi nad głową przez połowę dzieciństwa i spało się smacznie, nauczyło. Może powinienem szum autobusu spróbować nagrać i puszczać do snu nocnego?
Książka schowana, zamykam oczy i usiłuję spać. Ktoś się dosiada, albo już wcześniej się dosiadł, dziewczyna i chłopak, dżentelmen, bo to ona siedzi. Gdyby była bez chłopaka, to bym się pewnie przyjrzał i pisał teraz o obiekcie, no ale na takie z chłopakami nie patrzę, jeszcze mi coś o dostawaniu kociej mordy powiedzą, straszne. Więc siedzą i rozmawiają, wyobrażam sobie, że pewnie mają gdzieś tak po dziewiętnaście lat, w sumie jedyne co widziałem, to fragment jasnego płaszcza dziewczyny i podobnej torebki. Chciała wziąć jego plecak, ale on bez plecaka - Jaki plecak? - tak pytał, kiedy chciała.
Nie usnąłem, bo chłopak zaczął mówić o momentach. To znaczy pewnie wcześniej zaczął mówić o dziewczynie, ale jakiejś nieobecnej i bliskiej jego duszy, sercu i tak dalej. Super, skoro najpierw pomyślałem, że pewnie mają po dziewiętnaście lat, to teraz doszła myśl, że ja też kiedyś tyle miałem. Jeszcze spokojna, nieinwazyjna, siedzę i uczciwie usiłuję nie słuchać, nie zwracać uwagi. Oczywiście wszyscy mądrzy ludzie powiedzą, że jeśli bardzo nie chcesz o czymś myśleć, to z miejsca poległeś, o niczym innym myślał nie będziesz. Pewne źródła donoszą, że zastępczo można w takich sytuacjach myśleć o piłce nożnej, ale ponieważ w ogóle się na niej nie znam - nie mogłem sprawdzić. Może słabo się starałem. Więc słyszałem dalej, kiedy mówił o momentach.
- Wiesz, było już kilka takich momentów, no szkoda, że przegapione, wiesz, albo ostatnio, oglądaliśmy film i po tym filmie już jej miałem powiedzieć, ale nie, i wyszedłem, ale z przystanku, takimi autobusami do niej dojeżdżam, już miałem do niej jechać, zadzwoniłem, ale nie odebrała, bo wiesz, ma coś z telefonem.
Bardzo dobrze, że ich nie widziałem, nie muszę tutaj dopisywać gestów w trakcie rozmowy, nie potrafię tego. A dziewczę podsumowuje tyradę moją myślą, którą staram się bardzo utrzymać w głowie, tak żeby nie wylazła z jakimś bezczelnym uśmiechem - Jakich momentów? Nie ma żadnych momentów, będziesz czekał na moment i wiesz, figa!
No i rozmawiają coś dalej, a ja pompuję, mam taką radochę, a jednocześnie tak bardzo usiłuję się nie śmiać, że wrzucam muzykę najgłośniej jak się da, żeby tylko ich nie słyszeć. No ale ziarno zostało zasiane, więc pewnie doskonale widać, jak krzywię wargi, jak usiłuję je mieć zasupłane. Na muzyce też się nie mogę skupić, choć ładna. Po prostu pompuję z typa, pompuję z siebie pięć lat temu (żeby chociaż etap filmu był, to by było uczciwe), no i oczywiście jestem pewien, że gość to już musi widzieć. Jestem prawie pewien, że on mówi do tej dziewczyny obok mnie patrz na niego, a ona się zaśmiewa, że nie, robię wszystko co mogę, żeby nie parsknąć, udaje mi się nie parsknąć, ale usta żyją własnym życiem, uśmiech wyrywa się na wolność. Znaczy przez jakieś kraty, nieudolnie, to musi naprawdę słabo wyglądać, w kreskówkach zawsze jest przedstawione jako sinusoidalna, rozedrgana linia ust. Przynajmniej w kreskówkach wygląda okej.
To już nawet mogłem spojrzeć na typa i może razem byśmy pompowali, może nie uraziłbym tych uczuć, no ale nie spojrzałem, poczułem tylko, jak wysiadają i wtedy dalej usiłowałem zasnąć. Tylko wiesz, jak to jest z uśmiechem. Dalej się śmiałem do siebie, i z sytuacji, dalej niby usiłowałem spać, bo po co mam oglądać tych ludzi wokół, którzy pewnie podpatrują z politowaniem na nieskoordynowane krzywienie warg. A może ktoś ze mnie pompował. Prawdziwą ulgę przyniósł dopiero przystanek - do domu szedłem uczciwie ucieszony, i takiż siedzę do teraz.
sobota, 27 marca 2010
Jak grom z raju, a jasnego nieba już nie było, więc siedząc - nie dostąpiłem iluminacji
W ramach uzupełniania teorii spiskowej o kradnącej sny pracy - prawdopodobnie dzwonił dzisiaj z rana jakiś budzik. Prawdopodobnie trzy, bo tyle mam ustawionych. Na pewno je wyłączyłem i pewnie przez kilka sekund byłem tam świadomy, ale to jednak za mało, żeby wstać. Nie wstałem - więc śniłem.
Wstawanie z budzikiem objawia się mrowieniem czaszki. Średnio poetycko mawiam o tym uczuciu tak - zapierdalające albo nachrzaniające (w zależności od chęci użycia przekleństwa lżejszego/mocniejszego, wiem, ogólnie nie powinienem) po powierzchni mózgu karaluchy. Najbardziej daje się we znaki przy samej pobudce, choć jeszcze nie mam na to obrazowej metafory. Koncentruje się wtedy na samym czubku głowy, można dopowiedzieć sobie tutaj cokolwiek, że to najsłabszy punkt człowieka, że dziecku się zrastają kości głowy, że energia kosmosu przez nas płynie i przez czubek głowy idzie ten nurt. I przy pobudce nienaturalnej, budzikowej, niechcianej - mózg otwarty na wszechświatowe feng szui wypuszcza z siebie różne rzeczy, fajne, cenne, dajmy na to sny. Jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, dlaczego nie miałbym sobie tak banalnie mitologizować życia?
Więc dziś znowu nic nie uciekło, bo spałem sobie radośnie do ósmej rano. Działo się a działo, choć obrazki zostały dwa. Pierwszy to dom nad morzem, pomiędzy morzem i jeziorem. Wyglądam na jezioro, ale wychodzę na morze, ktoś, chyba wujek, ma motorówkę. Jest wybajerzona, później dowiaduję się, że właściwie można w niej nawet mieszkać, ale ja po prostu chwytam za stery, niby był przykaz ostrożności, ale i tak wciskam gaz do dechy. Nie urywa głowy tylko dlatego, że to sen, nie wyśniłem owiewki, za to wyśniłem manewrowanie pomiędzy jakimiś innymi statkami, taki rejs testowy, potwierdzam moc łajby, wysiadam.
Drugi obrazek jest smutny, bo pojawił się w nim obiekt, z którym toczyłem rozmowę bardzo przyjemną. W autobusie, niestety nie mam pojęcia o czym, za to mam poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zainteresowania, czyli wygląda to obiecująco. Może za łatwo i za bardzo nieżyciowo, musi się coś zepsuć - umawiamy się na przystanku Płochocińska. I jadę autobusem, który się tam nie zatrzymuje, myślę, że spoko, bez paniki, przejechał przystanek, ale zatrzyma się na następnym, to spokojnie zawrócę, lekko tylko spóźniony. No i figa, dalej nie wiem, co było, ale na pewno jej nie spotkałem. I usłyszałem od kogoś, albo pomyślałem, że jestem w ciekawej sytuacji - to jest moment obudzenia, kiedy z zaciekawieniem patrzę na godzinę, choć już wiem, że będę dzwonił o spóźnieniu.
Nikt się tym nie przejął, luźno się pracowało, grał jakiś kawałek z "Electric Avenue", ale ani Eddy Grant, ani Velvet, tylko reggae z okolic polinezyjskich, o których mało kto wie, czyli tym bardziej nie ja. Wyszedłem do Rozdroża, usiadłem na krawężniku i patrzyłem na napinających zewsząd rowerzystów. Zazdrościłem im, ale spoko, przecież mam dętkę, już wkrótce i ja powinienem jeździć. Ale iluminacja przyszła dopiero za dwadzieścia minut, kiedy już siedziałem w 503, obiekt czytający jakieś hiszpańsko wyglądające notatki zmył się z autobusu, a przenajpiękniejsza Meme mazała po ścianach czymś niestosownym (ja np. mazałem kiedyś kredkami). Przejechały radiowozy, zrobiło się gwarnie - no dobra, żadna to iluminacja, ale żaden też ze mnie bohater Coelho, w ogóle to chyba wolno mi pisać o zastrzykach światła? - po prostu wbiłem się z autobusem w przejazd rowerowej masy krytycznej. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych ucieszyłem się, chwyciłem za telefon sprawdzić, czy Bazyl przypadkiem właśnie nie wyjeżdża spod kolumny, nie wyjeżdżał, ale przypomniał o urodzinach Gargulca. Znaczy - kazał bardziej się zastanowić, czy to dzisiaj, zasugerował. Więc zacząłem kombinować datę, po drodze tłumacząc siedzącej naprzeciwko pani, że to taka akcja społeczna z tą masą, przyjmując na klatę jej brak ciepłych uczuć dla rowerzystów w zaistniałej sytuacji (ale jednak się uspokoiła po wyjaśnieniu, pozytyw). A datę wykombinowałem tak:
W 2004 byłem pod koniec marca na konwencie w Białymstoku. W weekend, ale wyruszyłem w podróż już w piątek, celowałem w konkretny pociąg, którym jechała z Katowic i Łodzi część ekipy. I wtedy też były urodziny Gargulca, odwiedziłem go przed wyjazdem. Musiałem przestawić kilkadziesiąt miesięcy w kalendarzu telefonu (nie znalazłem opcji przestawiania lat) żeby okazało się, że faktycznie, sześć lat temu dwudziesty szósty to też był piątek. Więc oddzwoniłem do Bazyla, że jak najbardziej, że widzimy się pod bramą i idziemy odwiedzić.
Powiedziałem tam pewnie przynajmniej połowę z zapisanych tu przez ostatni miesiąc rzeczy, czyli wyjaśnia się cel istnienia - mało kto ma mnie ochotę słuchać. No i dobrze, muszę wykombinować nazwisko tej jedynej słusznej fizyczki, przy której nie nie znosiłem fizyki, w ogóle nie gadamy o polityce, raczej o pracy, albo chęci na Teatr Telewizji, albo przegapionym przeze mnie "Mistrzu i Małgorzacie" w BOKu. Nie rozchodzimy się do domów po wyjściu, tylko robimy rundkę do pętli, Światowida, Mehoffera i rozstajemy się na równych prawach, tam przy światłach, gdzie odległości do klatek zawsze wyglądały na podobne.
Wstawanie z budzikiem objawia się mrowieniem czaszki. Średnio poetycko mawiam o tym uczuciu tak - zapierdalające albo nachrzaniające (w zależności od chęci użycia przekleństwa lżejszego/mocniejszego, wiem, ogólnie nie powinienem) po powierzchni mózgu karaluchy. Najbardziej daje się we znaki przy samej pobudce, choć jeszcze nie mam na to obrazowej metafory. Koncentruje się wtedy na samym czubku głowy, można dopowiedzieć sobie tutaj cokolwiek, że to najsłabszy punkt człowieka, że dziecku się zrastają kości głowy, że energia kosmosu przez nas płynie i przez czubek głowy idzie ten nurt. I przy pobudce nienaturalnej, budzikowej, niechcianej - mózg otwarty na wszechświatowe feng szui wypuszcza z siebie różne rzeczy, fajne, cenne, dajmy na to sny. Jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, dlaczego nie miałbym sobie tak banalnie mitologizować życia?
Więc dziś znowu nic nie uciekło, bo spałem sobie radośnie do ósmej rano. Działo się a działo, choć obrazki zostały dwa. Pierwszy to dom nad morzem, pomiędzy morzem i jeziorem. Wyglądam na jezioro, ale wychodzę na morze, ktoś, chyba wujek, ma motorówkę. Jest wybajerzona, później dowiaduję się, że właściwie można w niej nawet mieszkać, ale ja po prostu chwytam za stery, niby był przykaz ostrożności, ale i tak wciskam gaz do dechy. Nie urywa głowy tylko dlatego, że to sen, nie wyśniłem owiewki, za to wyśniłem manewrowanie pomiędzy jakimiś innymi statkami, taki rejs testowy, potwierdzam moc łajby, wysiadam.
Drugi obrazek jest smutny, bo pojawił się w nim obiekt, z którym toczyłem rozmowę bardzo przyjemną. W autobusie, niestety nie mam pojęcia o czym, za to mam poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zainteresowania, czyli wygląda to obiecująco. Może za łatwo i za bardzo nieżyciowo, musi się coś zepsuć - umawiamy się na przystanku Płochocińska. I jadę autobusem, który się tam nie zatrzymuje, myślę, że spoko, bez paniki, przejechał przystanek, ale zatrzyma się na następnym, to spokojnie zawrócę, lekko tylko spóźniony. No i figa, dalej nie wiem, co było, ale na pewno jej nie spotkałem. I usłyszałem od kogoś, albo pomyślałem, że jestem w ciekawej sytuacji - to jest moment obudzenia, kiedy z zaciekawieniem patrzę na godzinę, choć już wiem, że będę dzwonił o spóźnieniu.
Nikt się tym nie przejął, luźno się pracowało, grał jakiś kawałek z "Electric Avenue", ale ani Eddy Grant, ani Velvet, tylko reggae z okolic polinezyjskich, o których mało kto wie, czyli tym bardziej nie ja. Wyszedłem do Rozdroża, usiadłem na krawężniku i patrzyłem na napinających zewsząd rowerzystów. Zazdrościłem im, ale spoko, przecież mam dętkę, już wkrótce i ja powinienem jeździć. Ale iluminacja przyszła dopiero za dwadzieścia minut, kiedy już siedziałem w 503, obiekt czytający jakieś hiszpańsko wyglądające notatki zmył się z autobusu, a przenajpiękniejsza Meme mazała po ścianach czymś niestosownym (ja np. mazałem kiedyś kredkami). Przejechały radiowozy, zrobiło się gwarnie - no dobra, żadna to iluminacja, ale żaden też ze mnie bohater Coelho, w ogóle to chyba wolno mi pisać o zastrzykach światła? - po prostu wbiłem się z autobusem w przejazd rowerowej masy krytycznej. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych ucieszyłem się, chwyciłem za telefon sprawdzić, czy Bazyl przypadkiem właśnie nie wyjeżdża spod kolumny, nie wyjeżdżał, ale przypomniał o urodzinach Gargulca. Znaczy - kazał bardziej się zastanowić, czy to dzisiaj, zasugerował. Więc zacząłem kombinować datę, po drodze tłumacząc siedzącej naprzeciwko pani, że to taka akcja społeczna z tą masą, przyjmując na klatę jej brak ciepłych uczuć dla rowerzystów w zaistniałej sytuacji (ale jednak się uspokoiła po wyjaśnieniu, pozytyw). A datę wykombinowałem tak:
W 2004 byłem pod koniec marca na konwencie w Białymstoku. W weekend, ale wyruszyłem w podróż już w piątek, celowałem w konkretny pociąg, którym jechała z Katowic i Łodzi część ekipy. I wtedy też były urodziny Gargulca, odwiedziłem go przed wyjazdem. Musiałem przestawić kilkadziesiąt miesięcy w kalendarzu telefonu (nie znalazłem opcji przestawiania lat) żeby okazało się, że faktycznie, sześć lat temu dwudziesty szósty to też był piątek. Więc oddzwoniłem do Bazyla, że jak najbardziej, że widzimy się pod bramą i idziemy odwiedzić.
Powiedziałem tam pewnie przynajmniej połowę z zapisanych tu przez ostatni miesiąc rzeczy, czyli wyjaśnia się cel istnienia - mało kto ma mnie ochotę słuchać. No i dobrze, muszę wykombinować nazwisko tej jedynej słusznej fizyczki, przy której nie nie znosiłem fizyki, w ogóle nie gadamy o polityce, raczej o pracy, albo chęci na Teatr Telewizji, albo przegapionym przeze mnie "Mistrzu i Małgorzacie" w BOKu. Nie rozchodzimy się do domów po wyjściu, tylko robimy rundkę do pętli, Światowida, Mehoffera i rozstajemy się na równych prawach, tam przy światłach, gdzie odległości do klatek zawsze wyglądały na podobne.
czwartek, 25 marca 2010
Piosenka zawodzących wielorybów
Jest taki zawodzący efekt dźwiękowy, może gitarowy, pewnie te elektryczne mogą robić tego typu przestery, który tak właśnie mi się kojarzy - z zawodzącym wielorybem. Na pewno wiesz o co chodzi, takie wzuuum, taka rzewność, powtórzcie coś takiego trzy razy w piosence i robi się melancholia i nieskończony smutek. Choć Corgan raczej nie sięgał po tego typu środki, a w ogóle widzieliście tylną okładkę "Lapmy"? Wypisz wymaluj. W każdym razie jest to pewnie najbanalniejszy ze sposobów, żeby wywoływać we mnie taki stan.
Nie czytałem zbyt wiele w ostatnich tygodniach, ten Exupéry to trochę już zaszła sprawa. Taki jestem, że lubię robić rzeczy na sposób totalny, za jednym razem. Słabo idzie mi rozsmakowywanie się, powolne podskubywanie. Dlatego pewnie nie oglądam seriali, a do podróży komunikacją staram się wybierać krótsze formy, bo jak książka, to najlepiej na dwa, trzy dni, do połknięcia w całości. Nie rozumiem też, jak można jeden film oglądać przez trzy wieczory. Noż - albo oglądać, albo nie. Stąd zwlekałem z czytaniem Marqueza w autobusie i metrze, to nie są listy z podróży, ani felietony z Madrytu, po co zostawiać w połowie rozdziału? Zupełnie niepotrzebnie, albo wręcz przeciwnie, to musiało być dzisiaj, kiedy byłem odpowiednio niewyspany, na tyle, żeby usłyszeć w metrze wieloryby.
Jestem po jednej trzeciej "Stu lat samotności", to jest moment śmierci króla. Książka jest bardzo sprytna, różni ludzie znikają i pojawiają się w najodpowiedniejszych momentach, potrafią być jak diabły, demony, jak Mefistofeles. I w momencie śmierci króla jest to wszystko zrobione, magia i atmosfera, pojawienie się mglistej postaci, której bez przedstawienia bym nie rozpoznał, która przychodzi do króla. Widzę, że ostatnia strona rozdziału, pół strony pustej poniżej i też jestem odpowiednio, sprytnie zrobiony, drzewem i odejściem, a do tego kwestią bliskości stacji, na której wysiadam - koniec czytania na dziś. Fajnie, że zmieściłem się z rozdziałem w podróży, może da radę czytać książki. I wtedy, w ostatnim akapicie, dostaję zupełnie niespodziewany zastrzyk światła, kiedy za oknem spada deszcz maleńkich żółtych kwiatów.
Byliśmy w grudniu na koncercie Myslovitz, brat, siostra i jej jedna koleżanka (to chyba nieodpowiedzialne pisać w przypadku kobiet, że przyjaciółka, nigdy nie wiadomo). Kiedy zaczęli dźwiękiem robić deszcz maleńkich żółtych kwiatów, tłumaczyłem jej, że to jest siostry ulubione i dlatego robi jej i ojej, i je! Zresztą ja też lubię i poznaję, niewiele rzeczy poznaję po pierwszych nutach przecież, może to po prostu charakterystyczne. Siostra jeszcze bardziej lubi "Myszy i ludzi", ale to chyba mniej koncertowe. Ciekawe, czy ma pojęcie, że obie ulubione kompozycje wzięły się z książek.
Na mnie takie niespodziewane odkrycie podziałało lepiej nawet niż zawodzące wieloryby. Może połowa, albo większość piosenek Myslovitz wzięła się z książek i jeszcze o tym nie wiem. Jestem prawie pewien, że gdybym najpierw czytał Marqueza, a później usłyszał piosenkę, w ogóle przegapiłbym nawiązanie. To znaczy - wychodząc z założenia, że kwiaty się przez pozostałe dwie trzecie książki nie pojawiają. Chyba nie powinny. Za tym jednym razem aż się zaświeciłem przy nich, to jest ciepło. Bo lubię takie nawiązania, lubię nagle wiedzieć, to jest to puszczenie oka, albo uśmiech świata.
I czwartkowe zebranie w pracy też łatwiej po tym przeżyć.
Nie czytałem zbyt wiele w ostatnich tygodniach, ten Exupéry to trochę już zaszła sprawa. Taki jestem, że lubię robić rzeczy na sposób totalny, za jednym razem. Słabo idzie mi rozsmakowywanie się, powolne podskubywanie. Dlatego pewnie nie oglądam seriali, a do podróży komunikacją staram się wybierać krótsze formy, bo jak książka, to najlepiej na dwa, trzy dni, do połknięcia w całości. Nie rozumiem też, jak można jeden film oglądać przez trzy wieczory. Noż - albo oglądać, albo nie. Stąd zwlekałem z czytaniem Marqueza w autobusie i metrze, to nie są listy z podróży, ani felietony z Madrytu, po co zostawiać w połowie rozdziału? Zupełnie niepotrzebnie, albo wręcz przeciwnie, to musiało być dzisiaj, kiedy byłem odpowiednio niewyspany, na tyle, żeby usłyszeć w metrze wieloryby.
Jestem po jednej trzeciej "Stu lat samotności", to jest moment śmierci króla. Książka jest bardzo sprytna, różni ludzie znikają i pojawiają się w najodpowiedniejszych momentach, potrafią być jak diabły, demony, jak Mefistofeles. I w momencie śmierci króla jest to wszystko zrobione, magia i atmosfera, pojawienie się mglistej postaci, której bez przedstawienia bym nie rozpoznał, która przychodzi do króla. Widzę, że ostatnia strona rozdziału, pół strony pustej poniżej i też jestem odpowiednio, sprytnie zrobiony, drzewem i odejściem, a do tego kwestią bliskości stacji, na której wysiadam - koniec czytania na dziś. Fajnie, że zmieściłem się z rozdziałem w podróży, może da radę czytać książki. I wtedy, w ostatnim akapicie, dostaję zupełnie niespodziewany zastrzyk światła, kiedy za oknem spada deszcz maleńkich żółtych kwiatów.
Byliśmy w grudniu na koncercie Myslovitz, brat, siostra i jej jedna koleżanka (to chyba nieodpowiedzialne pisać w przypadku kobiet, że przyjaciółka, nigdy nie wiadomo). Kiedy zaczęli dźwiękiem robić deszcz maleńkich żółtych kwiatów, tłumaczyłem jej, że to jest siostry ulubione i dlatego robi jej i ojej, i je! Zresztą ja też lubię i poznaję, niewiele rzeczy poznaję po pierwszych nutach przecież, może to po prostu charakterystyczne. Siostra jeszcze bardziej lubi "Myszy i ludzi", ale to chyba mniej koncertowe. Ciekawe, czy ma pojęcie, że obie ulubione kompozycje wzięły się z książek.
Na mnie takie niespodziewane odkrycie podziałało lepiej nawet niż zawodzące wieloryby. Może połowa, albo większość piosenek Myslovitz wzięła się z książek i jeszcze o tym nie wiem. Jestem prawie pewien, że gdybym najpierw czytał Marqueza, a później usłyszał piosenkę, w ogóle przegapiłbym nawiązanie. To znaczy - wychodząc z założenia, że kwiaty się przez pozostałe dwie trzecie książki nie pojawiają. Chyba nie powinny. Za tym jednym razem aż się zaświeciłem przy nich, to jest ciepło. Bo lubię takie nawiązania, lubię nagle wiedzieć, to jest to puszczenie oka, albo uśmiech świata.
I czwartkowe zebranie w pracy też łatwiej po tym przeżyć.
środa, 24 marca 2010
do byle gdzie #3 - prawda o świecie
Widziałem ostatnio na fejsie komentarz, że najlepsze czy najmądrzejsze, co o Muchach napisano, mamy teraz w "Lampie". Dziś kupiłem, będąc przypadkiem w empiku (Głaz reklamował w okolicy emipku buty, aż dziwne, że tak bez jąkania przyjęli) i fajosko się zaskoczyłem - bo sam w okolicach przed ósmym marca, kiedy wspominałem płytę poprzednią i szykowałem się do odsłuchu tej nowej, myślałem, że Muchy to taki Lady Pank. Wszystkim zainteresowanym polecam zaopatrzyć się w papierowe wydanie, bo recenzja składa się z dwóch akapitów, przy czym na papierze są ujęte w o wiele czytelniejsze kolumny niż na stronie.
W poniedziałek widziałem się z rodzicami, marudziłem im, że Exupéry jest bardzo nie do czytania dla mnie, a w każdym razie takie są jego kawałki o wojnie, człowieku, kamieniach i świątyniach. Oni zdaje się przeczytali wszystkie jego książki (a na pewno czytali te trzy, przez które ostatnio przebijam się ja), do tego mają perspektywę dzietną, wychowawczą, perspektywę przemian ustrojowych, przemijania pokoleń, całą masę perspektyw, z których pewnie też byłbym gotów się zgodzić, że gość jest okej. Na razie w ogóle nie docierają do mnie jego analizy, porównania człowieka (jednostki) do kamieni budujących świątynię (Człowieka), albo kawałki o byciu częścią czegoś, oddziału lotniczego, wojska, narodu, państwa. To nie ja. Fajnie pisze o tym Jacek.
Tak! To ta sama strona, naprawdę łudziłem się, że przeczytasz, no weź, przynajmniej drugi akapit i nie przejmuj się, jeśli - jak ja - nie masz pojęcia co to jest MGMT, widać jesteś nie dość indie. Spoko, nie musisz.
Jeśli Exupéry, to wiadomo, że "Mały Książę", jako tako dał radę też z "Ziemią, planetą ludzi" - tutaj wpisuję sobie w google, żeby upewnić się co do tytułu i oczywiście znajduję taki zespół na majspejsie, straszne, ciary przechodzą - ciekawsze są takie myśli z samolotu, o niezbadanych jeszcze wtedy połaciach planety, albo zdradliwych polach, zdradliwych dla lądującego awaryjnie pilota. Do tego opowieści o pięknie pustyni, o umieraniu na pustyni, teraz wiem, o czym była ta płyta Gazpachoo. W której recenzjach powoływano się na książkę "Ziemia, planeta, ludzie", myślałem, że może przepisywano ją z obcego języka bez sprawdzenia tytułu, ale też nie, bo poza oryginalnym "Terre des Hommes" mamy "Wind, Sand and Stars" i "Wind, Sand und Sterne". Czyli taka pomyłka, a ja dowiaduję się, że Anglicy i Niemcy żyją na tym samym piasku, słyszą ten sam wiatr, ale jednak pod innymi gwiazdami.
Później siostra zachęcała rodziców do sponsorowania jej nowego hobby, włos jeżył się na głowie na te kwoty, znaczy - znam przecież ludzi, którzy mają aparaty pięć razy droższe niż popularny 450D, co kto lubi. Więc tylko zauważyłem, że do obróbki zdjęć to trzeba i tego grata zmienić razem z monitorem (hej! mam tu na KINESKOPIE 1024x768 i czasem jakieś linie, zniekształcenia), a na podsumowanie dodałem, że ja bym chciał dotację na dętkę rowerową, bo guma była. Dzisiaj rozważałem zasobność portfela, tego wirtualnego, jak tu dożyć do końca miesiąca i czy stać mnie na jakieś spotkania w klubach (a fe!), czyli wpadłem na stronę konta. I nie za bardzo zgadzała mi się ta zasobność, więc sprawdziłem historię:
DOFINANSOWANIE ZAKUPU DĘTKI DO ROWERU
15,00 PLN
Naprawdę muszę dodawać, że rodzice są ekstra?
W poniedziałek widziałem się z rodzicami, marudziłem im, że Exupéry jest bardzo nie do czytania dla mnie, a w każdym razie takie są jego kawałki o wojnie, człowieku, kamieniach i świątyniach. Oni zdaje się przeczytali wszystkie jego książki (a na pewno czytali te trzy, przez które ostatnio przebijam się ja), do tego mają perspektywę dzietną, wychowawczą, perspektywę przemian ustrojowych, przemijania pokoleń, całą masę perspektyw, z których pewnie też byłbym gotów się zgodzić, że gość jest okej. Na razie w ogóle nie docierają do mnie jego analizy, porównania człowieka (jednostki) do kamieni budujących świątynię (Człowieka), albo kawałki o byciu częścią czegoś, oddziału lotniczego, wojska, narodu, państwa. To nie ja. Fajnie pisze o tym Jacek.
Tak! To ta sama strona, naprawdę łudziłem się, że przeczytasz, no weź, przynajmniej drugi akapit i nie przejmuj się, jeśli - jak ja - nie masz pojęcia co to jest MGMT, widać jesteś nie dość indie. Spoko, nie musisz.
Jeśli Exupéry, to wiadomo, że "Mały Książę", jako tako dał radę też z "Ziemią, planetą ludzi" - tutaj wpisuję sobie w google, żeby upewnić się co do tytułu i oczywiście znajduję taki zespół na majspejsie, straszne, ciary przechodzą - ciekawsze są takie myśli z samolotu, o niezbadanych jeszcze wtedy połaciach planety, albo zdradliwych polach, zdradliwych dla lądującego awaryjnie pilota. Do tego opowieści o pięknie pustyni, o umieraniu na pustyni, teraz wiem, o czym była ta płyta Gazpachoo. W której recenzjach powoływano się na książkę "Ziemia, planeta, ludzie", myślałem, że może przepisywano ją z obcego języka bez sprawdzenia tytułu, ale też nie, bo poza oryginalnym "Terre des Hommes" mamy "Wind, Sand and Stars" i "Wind, Sand und Sterne". Czyli taka pomyłka, a ja dowiaduję się, że Anglicy i Niemcy żyją na tym samym piasku, słyszą ten sam wiatr, ale jednak pod innymi gwiazdami.
Później siostra zachęcała rodziców do sponsorowania jej nowego hobby, włos jeżył się na głowie na te kwoty, znaczy - znam przecież ludzi, którzy mają aparaty pięć razy droższe niż popularny 450D, co kto lubi. Więc tylko zauważyłem, że do obróbki zdjęć to trzeba i tego grata zmienić razem z monitorem (hej! mam tu na KINESKOPIE 1024x768 i czasem jakieś linie, zniekształcenia), a na podsumowanie dodałem, że ja bym chciał dotację na dętkę rowerową, bo guma była. Dzisiaj rozważałem zasobność portfela, tego wirtualnego, jak tu dożyć do końca miesiąca i czy stać mnie na jakieś spotkania w klubach (a fe!), czyli wpadłem na stronę konta. I nie za bardzo zgadzała mi się ta zasobność, więc sprawdziłem historię:
DOFINANSOWANIE ZAKUPU DĘTKI DO ROWERU
15,00 PLN
Naprawdę muszę dodawać, że rodzice są ekstra?
niedziela, 21 marca 2010
do byle gdzie #2 - pokora
Bądź dobry. Rzadko jesteś naprawdę dobry, więc tym bardziej musisz się starać, żeby w ogólnym rozrachunku było na plus. Doczyść w kuchni tę podłogę, zajmij się podłogą w łazience. Nie przejmuj się, że włażą do niej z butami, teraz to sam nawet wejdź, najwyżej później przetrzesz jeszcze raz.
Idź do zsypu po rower, znieś na piętro i idź po drugi. Słyszałeś, że siostra idzie, to pewnie będzie jej łatwiej, kiedy sama nie będzie musiała znosić. Już po fakcie zapytaj, czy idzie na rower i czy ma w kołach powietrze po zimie. Usłysz, że ojej, ale czy my mamy w ogóle pompkę? Miej wewnętrzną pompkę, kiedy zobaczy Cię przy swoim rowerze z pompką zewnętrzną, jak doprowadzasz do stanu ujeżdżalności. Patrz wyrozumiale, kiedy zapyta, czy nie za wiele tego powietrza, bo jak jest za wiele, to na szkle się łapie gumę. Powiedz, że nie ma takiej siły (a już na pewno nie w Twoich rękach) żeby takim maleństwem za dużo było, że gumę łapie się od nieostrożnej jazdy, albo zupełnie losowo, albo od uszkodzonej obręczy, ale raczej rzadko od szkła samego.
Czuj się z tym dobrze, weź plecak z kłódką i zapasowym kluczem i zanim pojedziesz w trasę, odwiedź na boisku brata - może wie, gdzie się zawieruszył klucz podstawowy. Nawet jeśli nie wie, nie przejmuj się, dzisiaj jesteś okej. Pewnie sam zgubiłeś przez zimę, pewnie znajdziesz przy porządkowaniu półek. Wymyśl trochę dłuższą trasę niż dzień wcześniej. Najlepiej do pracy, przetestować dojazd, bo robią wiadukt na nowo i trzeba się zorientować w przejazdach. I pomyśl, że ekstra będzie napinać Traktem Królewskim w niedzielne popołudnie, naprawdę fajnie się nim jeździ po tym odnowieniu. Albo że zatrzymasz się na chwilę pod kolumną, naprawdę kilka razy tam w ubiegłym roku siedziałeś z rowerem - dla samej frajdy z siedzenia.
I kiedy przejedziesz już cały kilometr - nie klnij tak w duchu na dętkę, ani na świat, ani na los, ani na bieg wypadków. Prowadząc rower, sprawiaj wrażenie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, że z początkiem wiosny ktoś prowadzi rower zamiast na nim jechać. Nie myśl, żeby jednak całe dnie spędzać przy komputerze, albo że kupisz sobie PS3 z FFXIII i telewizorem do zestawu. Nikogo nie obchodzi, jaki jesteś obrażony. Pomyśl raczej, że na pewno zaraz wpadniesz na siostrę, uświadom sobie zawczasu, że to nie jej wina i krakanie, żeby za bardzo nie syczeć na nią, kiedy podjedzie do Ciebie - Ojej, złapałeś gumę! Co, podjeżdżałeś pod krawężnik?
Po prostu znajdź sobie na dzisiaj jakiś inny sposób wypoczynku. Nie wiem, napisz wpis na bloga.
Idź do zsypu po rower, znieś na piętro i idź po drugi. Słyszałeś, że siostra idzie, to pewnie będzie jej łatwiej, kiedy sama nie będzie musiała znosić. Już po fakcie zapytaj, czy idzie na rower i czy ma w kołach powietrze po zimie. Usłysz, że ojej, ale czy my mamy w ogóle pompkę? Miej wewnętrzną pompkę, kiedy zobaczy Cię przy swoim rowerze z pompką zewnętrzną, jak doprowadzasz do stanu ujeżdżalności. Patrz wyrozumiale, kiedy zapyta, czy nie za wiele tego powietrza, bo jak jest za wiele, to na szkle się łapie gumę. Powiedz, że nie ma takiej siły (a już na pewno nie w Twoich rękach) żeby takim maleństwem za dużo było, że gumę łapie się od nieostrożnej jazdy, albo zupełnie losowo, albo od uszkodzonej obręczy, ale raczej rzadko od szkła samego.
Czuj się z tym dobrze, weź plecak z kłódką i zapasowym kluczem i zanim pojedziesz w trasę, odwiedź na boisku brata - może wie, gdzie się zawieruszył klucz podstawowy. Nawet jeśli nie wie, nie przejmuj się, dzisiaj jesteś okej. Pewnie sam zgubiłeś przez zimę, pewnie znajdziesz przy porządkowaniu półek. Wymyśl trochę dłuższą trasę niż dzień wcześniej. Najlepiej do pracy, przetestować dojazd, bo robią wiadukt na nowo i trzeba się zorientować w przejazdach. I pomyśl, że ekstra będzie napinać Traktem Królewskim w niedzielne popołudnie, naprawdę fajnie się nim jeździ po tym odnowieniu. Albo że zatrzymasz się na chwilę pod kolumną, naprawdę kilka razy tam w ubiegłym roku siedziałeś z rowerem - dla samej frajdy z siedzenia.
I kiedy przejedziesz już cały kilometr - nie klnij tak w duchu na dętkę, ani na świat, ani na los, ani na bieg wypadków. Prowadząc rower, sprawiaj wrażenie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, że z początkiem wiosny ktoś prowadzi rower zamiast na nim jechać. Nie myśl, żeby jednak całe dnie spędzać przy komputerze, albo że kupisz sobie PS3 z FFXIII i telewizorem do zestawu. Nikogo nie obchodzi, jaki jesteś obrażony. Pomyśl raczej, że na pewno zaraz wpadniesz na siostrę, uświadom sobie zawczasu, że to nie jej wina i krakanie, żeby za bardzo nie syczeć na nią, kiedy podjedzie do Ciebie - Ojej, złapałeś gumę! Co, podjeżdżałeś pod krawężnik?
Po prostu znajdź sobie na dzisiaj jakiś inny sposób wypoczynku. Nie wiem, napisz wpis na bloga.
sobota, 20 marca 2010
do byle gdzie
Czyli opowiem, jak powinna wyglądać pierwsza wycieczka rowerowa w sezonie. Złośliwi mogliby wytknąć mi wizytę przy budowie Północnego w ubiegłym tygodniu, ale tacy tu nie zaglądają, no i wszyscy wiedzą, że liczy się dopiero od byle gdzie i nowinek. Tam wszędzie już byłem, mogę opowiedzieć kiedy indziej, nawet jeśli wyglądało to zupełnie inaczej niż dziś albo tydzień temu, bo w most nikt nie wierzył.
Żeby nie było za łatwo - wycieczka powinna rozpocząć się wizytą. Odwiedź kogoś, kogo dawno nie widziałeś, a jest tak blisko, że aż wstyd napinać doń rowerem. Natknij się na wózek przed wejściem i przywitaj się z dzieciakami - niewielu jest takich ludzi, z którymi dokładnie wiesz, ile razy się w życiu przywitałeś. To jest drugi raz. Przywitaj się z matką i odkryj, że ojciec przycina drzewkom gałęzie. Pogadajcie o zbliżających się urodzinach (ale kogoś nieobecnego), po czym zaproponuj, że pojeździsz tym wózkiem po działce. Pomyśl, że pokażesz dzieciakom kawał świata, przejdź dziesięć metrów, zatrzymaj się, przykucnij, popatrz tam gdzie dzieci i powiedz - Więc teraz widzicie wielkie, piękne, choć zasnute chmurami niebo. Niebo ma to do siebie, że jest wielkie i piękne a za chmurami nawet niebieskie.
Przejdź jakieś piętnaście metrów, naucz się skręcać wózkiem, zatrzymaj, przykucnij, upewnij się, że perspektywa się dzieciakom nie zmieniła i powiedz - Więc teraz widzicie wielkie, piękne, choć zasnute chmurami niebo. Niebo ma to do siebie, że jest wielkie i piękne a za chmurami nawet niebieskie.
Postaraj się dostać szklankę wody, pogadaj jeszcze z ojcem i kiedy odstawi dzieci do domu możesz ruszać w trasę.
Pojedź Mehoffera, obok jakiegoś nowego sklepu w miejscu, gdzie kiedyś była fabryka mebli. Napoć się podjeżdżając pod wzniesienie w lesie, to dla Twojego dobra, trzeba jakoś wrócić do formy. Skręć w lewo przed samymi torami i jedź aż do stacji, która w sumie też jest dosyć nowa. Przejedź zaraz za nią przez tory, ciekawe, kiedy zaklajstrują skutecznie ten przejazd, który już niby powinien być niesprawny, ale widać przecież, że nie pierwszy dzisiaj tędy jedziesz.
Dalej na wschód, nie śpiesz się, bo w sumie jest błoto, ta droga jest strasznie nierówna i masz przed sobą jakiś samochód, który chlapie. Pomyśl, że w takim terenie na rowerze można szybciej, ale nie pchaj się, on i tak za chwilę skręci. A Ty dojedź do płytówki odbijającej na północ i zachwyć się, jaki widać na niej tłok. Będzie taka tłoczna tylko dzisiaj, jutro i przez trzy dni kiedy już naprawdę przyjdzie wiosna, później ciężko zobaczyć na raz więcej niż te dziesięć osób teraz. Zmień chwyt na kierownicy, odblokuj amortyzator z nadzieją, że on cokolwiek daje w rowerze za niewygórowane przecież pieniądze i przez następnych kilka kilometrów pomyśl kolejno o górze Księżyc, spotykaniu saren, Małgorzacie, równej, równoległej drodze niepłytowej trochę bardziej na wschód, ale ona nie jest w lesie, o ptakach, których na razie więcej i tak słychać w nielesie, może trzeba było wziąć słuchawki. Dojedź tak do zwykłej drogi z pędzącymi samochodami i zdziw się, że jakaś para trafiła się przy drugim końcu płytówki, bo przecież to mniej ludna okolica.
Jedź do Legionowa i przejedź pod wiaduktem. Zastanów się, gdzie miał być ten dobry kebab, pewnie gdzieś z drugiej strony, trzeba kiedyś będzie. Przejedź obok trzech typów z piwem, dostań się do podziemnego przejścia na perony - rozpoznasz je po tabliczce "wyjście do miasta" u dołu schodów. Zastanów się, gdzie niby to miasto, bo widziałeś je dopiero kilometr dalej, w żadnym razie u szczytu schodów. Oceń, że tunel słabo przypomina ten przy Wschodnim, czyli nie wsiadaj na rower, tylko go doprowadź do wyjścia z drugiej strony. Usłysz, jak kobieta literuje dzieciom "wyjście do miasta" i miej frajdę z tego, że ona też musiała zwrócić na tabliczkę uwagę zmierzając w odwrotnym kierunku od wskazywanego.
Nie jedź przy torach, tylko uliczkami. Nie skręcaj za często, uciesz się, że znasz jednego typa z tych okolic, który znaczy, że nie samo piwne dresiarstwo tu mieszka. Rób taki zygzak lewo-prawo, jak ze starych gier, kiedy ludziki chodziły po kwadratach, czyli przemieszczenie się pomiędzy stykającymi się rogami wymagało dwóch ruchów, bo na ukos nie. Wyjedziesz w ten sposób z miasta, wyjazd będzie ekstra, bo tabliczka stoi w okolicy linii drzew - taki tam mur. Patrz na mijane tabliczki z nazwami ulic i zorientuj się, że przypadkiem trafiłeś do punktu styku trzech miejscowości - wyjazd z Legionowa, wjazd do Jabłonny, ale jeszcze tabliczka z insygniami Chotomowa. Ale istnieje możliwość, że gdzieś tam po drodze była sekwencja lewo-lewo-prawo, więc pewnie się zgubiłeś.
Dojedź do ulicy chyba na K, której nazwę pamiętałeś w wakacje jeżdżąc nad Narew. Nie jedź już do Chotomowa, bo to pierwsza wycieczka w sezonie, jesteś jeszcze leszczem, nie masz plecaka z piciem, i tak ledwie wrócisz do domu. To bardzo gładka droga, fajosko się na niej pedałuje, więc pociśnij jeszcze trochę. W Jabłonnej podczep się pod typa w pro rowerowym kombinezonie i wyprzedź go, bo nie to, że jesteś jakimś kozakiem, ale jednak jedzie tak z kilometr za wolno na Twoje tempo i wygodniej będzie jechać przed nim. Miej nadzieję, że nie odbierze tego jako afrontu, plamy na honorze, tak jak Ty to zawsze robisz, kiedy wyprzedza Cię inny bajker, najczęściej jakiś zasuszony dziadek w jeszcze bardziej pro kombinezonie niż ten typ miał.
Dojedź do Leśnej Polanki i zjedź z górki do Światowida. Wbij się na ścieżkę w nielegalnym miejscu i przed nosem 516. Nie miej już siły na wyprzedzanie kogokolwiek, po prostu postaraj się utrzymać na ogonie typa przed tobą. Powoli odbij na swoje osiedle i wystukaj kod do klatki. Nie czekaj na windę, ktoś ją przetrzymuje, a to chytre pomęczyć jeszcze nogi wnoszeniem na trzecie (zaledwie przecież). Kiedy okaże się, że brat kupił mleko, a Ty masz kornflejksy - będziesz naprawdę zadowolonym człowiekiem.
Żeby nie było za łatwo - wycieczka powinna rozpocząć się wizytą. Odwiedź kogoś, kogo dawno nie widziałeś, a jest tak blisko, że aż wstyd napinać doń rowerem. Natknij się na wózek przed wejściem i przywitaj się z dzieciakami - niewielu jest takich ludzi, z którymi dokładnie wiesz, ile razy się w życiu przywitałeś. To jest drugi raz. Przywitaj się z matką i odkryj, że ojciec przycina drzewkom gałęzie. Pogadajcie o zbliżających się urodzinach (ale kogoś nieobecnego), po czym zaproponuj, że pojeździsz tym wózkiem po działce. Pomyśl, że pokażesz dzieciakom kawał świata, przejdź dziesięć metrów, zatrzymaj się, przykucnij, popatrz tam gdzie dzieci i powiedz - Więc teraz widzicie wielkie, piękne, choć zasnute chmurami niebo. Niebo ma to do siebie, że jest wielkie i piękne a za chmurami nawet niebieskie.
Przejdź jakieś piętnaście metrów, naucz się skręcać wózkiem, zatrzymaj, przykucnij, upewnij się, że perspektywa się dzieciakom nie zmieniła i powiedz - Więc teraz widzicie wielkie, piękne, choć zasnute chmurami niebo. Niebo ma to do siebie, że jest wielkie i piękne a za chmurami nawet niebieskie.
Postaraj się dostać szklankę wody, pogadaj jeszcze z ojcem i kiedy odstawi dzieci do domu możesz ruszać w trasę.
Pojedź Mehoffera, obok jakiegoś nowego sklepu w miejscu, gdzie kiedyś była fabryka mebli. Napoć się podjeżdżając pod wzniesienie w lesie, to dla Twojego dobra, trzeba jakoś wrócić do formy. Skręć w lewo przed samymi torami i jedź aż do stacji, która w sumie też jest dosyć nowa. Przejedź zaraz za nią przez tory, ciekawe, kiedy zaklajstrują skutecznie ten przejazd, który już niby powinien być niesprawny, ale widać przecież, że nie pierwszy dzisiaj tędy jedziesz.
Dalej na wschód, nie śpiesz się, bo w sumie jest błoto, ta droga jest strasznie nierówna i masz przed sobą jakiś samochód, który chlapie. Pomyśl, że w takim terenie na rowerze można szybciej, ale nie pchaj się, on i tak za chwilę skręci. A Ty dojedź do płytówki odbijającej na północ i zachwyć się, jaki widać na niej tłok. Będzie taka tłoczna tylko dzisiaj, jutro i przez trzy dni kiedy już naprawdę przyjdzie wiosna, później ciężko zobaczyć na raz więcej niż te dziesięć osób teraz. Zmień chwyt na kierownicy, odblokuj amortyzator z nadzieją, że on cokolwiek daje w rowerze za niewygórowane przecież pieniądze i przez następnych kilka kilometrów pomyśl kolejno o górze Księżyc, spotykaniu saren, Małgorzacie, równej, równoległej drodze niepłytowej trochę bardziej na wschód, ale ona nie jest w lesie, o ptakach, których na razie więcej i tak słychać w nielesie, może trzeba było wziąć słuchawki. Dojedź tak do zwykłej drogi z pędzącymi samochodami i zdziw się, że jakaś para trafiła się przy drugim końcu płytówki, bo przecież to mniej ludna okolica.
Jedź do Legionowa i przejedź pod wiaduktem. Zastanów się, gdzie miał być ten dobry kebab, pewnie gdzieś z drugiej strony, trzeba kiedyś będzie. Przejedź obok trzech typów z piwem, dostań się do podziemnego przejścia na perony - rozpoznasz je po tabliczce "wyjście do miasta" u dołu schodów. Zastanów się, gdzie niby to miasto, bo widziałeś je dopiero kilometr dalej, w żadnym razie u szczytu schodów. Oceń, że tunel słabo przypomina ten przy Wschodnim, czyli nie wsiadaj na rower, tylko go doprowadź do wyjścia z drugiej strony. Usłysz, jak kobieta literuje dzieciom "wyjście do miasta" i miej frajdę z tego, że ona też musiała zwrócić na tabliczkę uwagę zmierzając w odwrotnym kierunku od wskazywanego.
Nie jedź przy torach, tylko uliczkami. Nie skręcaj za często, uciesz się, że znasz jednego typa z tych okolic, który znaczy, że nie samo piwne dresiarstwo tu mieszka. Rób taki zygzak lewo-prawo, jak ze starych gier, kiedy ludziki chodziły po kwadratach, czyli przemieszczenie się pomiędzy stykającymi się rogami wymagało dwóch ruchów, bo na ukos nie. Wyjedziesz w ten sposób z miasta, wyjazd będzie ekstra, bo tabliczka stoi w okolicy linii drzew - taki tam mur. Patrz na mijane tabliczki z nazwami ulic i zorientuj się, że przypadkiem trafiłeś do punktu styku trzech miejscowości - wyjazd z Legionowa, wjazd do Jabłonny, ale jeszcze tabliczka z insygniami Chotomowa. Ale istnieje możliwość, że gdzieś tam po drodze była sekwencja lewo-lewo-prawo, więc pewnie się zgubiłeś.
Dojedź do ulicy chyba na K, której nazwę pamiętałeś w wakacje jeżdżąc nad Narew. Nie jedź już do Chotomowa, bo to pierwsza wycieczka w sezonie, jesteś jeszcze leszczem, nie masz plecaka z piciem, i tak ledwie wrócisz do domu. To bardzo gładka droga, fajosko się na niej pedałuje, więc pociśnij jeszcze trochę. W Jabłonnej podczep się pod typa w pro rowerowym kombinezonie i wyprzedź go, bo nie to, że jesteś jakimś kozakiem, ale jednak jedzie tak z kilometr za wolno na Twoje tempo i wygodniej będzie jechać przed nim. Miej nadzieję, że nie odbierze tego jako afrontu, plamy na honorze, tak jak Ty to zawsze robisz, kiedy wyprzedza Cię inny bajker, najczęściej jakiś zasuszony dziadek w jeszcze bardziej pro kombinezonie niż ten typ miał.
Dojedź do Leśnej Polanki i zjedź z górki do Światowida. Wbij się na ścieżkę w nielegalnym miejscu i przed nosem 516. Nie miej już siły na wyprzedzanie kogokolwiek, po prostu postaraj się utrzymać na ogonie typa przed tobą. Powoli odbij na swoje osiedle i wystukaj kod do klatki. Nie czekaj na windę, ktoś ją przetrzymuje, a to chytre pomęczyć jeszcze nogi wnoszeniem na trzecie (zaledwie przecież). Kiedy okaże się, że brat kupił mleko, a Ty masz kornflejksy - będziesz naprawdę zadowolonym człowiekiem.
czwartek, 18 marca 2010
Sto książek, których nie czytałem
Trafiłem przez blipa na takie zestawienie - większość ludzi czytała przynajmniej sześć ze stu wypisanych książek. Podoba mi się, gdyby tworzyć jakąś mitologię, numerologię internetu, to liczba sześć jest jedną z ważniejszych - trzeba maksymalnie sześciu podań ręki, żeby skontaktować się z dowolną osobą na świecie, wszystkie portale społecznościowe się z tego wywodzą. A pewnie mamy w sieci inne ważne szóstki - czy to znaczy, że internet jest diabłem?
Ludzie komentują, chwalą się, ile z listy przeczytali, obwieszczają np. czterdzieści sześć, ja ze swoimi dwudziestoma bym nie miał startu. Ale wcale nie muszę mieć, mam frajdę z odnajdywania sprytnej reguły w doborze książek do listy. Jest wystarczająco sprytna, żeby sprowokować kilka minut rozmowy w zespole, to się ceni.
Kolega dostał kiedyś książkę w stylu "Sto najlepszych filmów w historii", już dawno zapomnieliśmy o pomyśle obejrzenia ich wszystkich. Może taka lista zupełnie z kosmosu odnośnie książek będzie bardziej motywująca, książki czyta się samodzielnie, a internet jest całkiem niezłym źródłem tytułów dla człowieka, który już się nie uczy. Ale do rzeczy - jak działa ta lista?
Po pierwsze - żyjemy w tak bogatym świecie, atakuje nas tak wiele informacji, że ludzie, którzy w ogóle nie interesują się czytaniem, w ogóle do niej nie dotrą. A jeśli dotrą, to są tam trzy przenikające się kategorie książek, które po prostu muszą objąć każdego, kto umie czytać.
Największą, ale też w gruncie rzeczy najmniej mocną jest klasyka. Książki, o których mówi się, że nie wypada nie znać, arcydzieła literatury światowej. Odnoszę wprawdzie wrażenie, że głupio o czymkolwiek w XXI wieku mówić, że nie wypada nie znać (BBC w sumie marudzi, że czytano zaledwie sześć), wiem ile jest wszystkiego, ale jednak kupuję Marqueza. Do tego większość książek wywodzi się z kultury anglosaskiej, a kto ma być głównym odbiorcą BBC? Jasne, że potwierdzą. Ale to i tak najsłabsza kategoria.
Drugą są książki popularne, książki marki, zjawiska na równi biznesowe co kulturowe. Tutaj wpasowuje się i "Kod Leonarda Da Vinci" i "Cień wiatru". "Władca Pierścieni", "Opowieści z Narnii", teraz już nawet "Alicja w Krainie Czarów" - maszynki do zarabiania pieniędzy. Filmy, kolorowe wznowienia, nie musisz interesować się literaturą, żeby zetknąć się z reklamami w metrze, nadziewać na nie na najbardziej eksponowanych półkach w empiku. A dzieciaki chcą mieć takie piórniki i zeszyty, część pewnie i książkę przeczyta.
Tu mamy płynne przejście do trzeciej i najmocniejszej kategorii - książek dla dzieci, albo czytanych w dzieciństwie. Wspomniane już "Alicja" i "Narnia" (która jest bezczelnie na liście rozbita na dwie pozycje - całość i pierwszy tom), a kto nie dostał na Pierwszą Komunię obok wypasionego Wigry 3 wypasionego wydania Biblii? Same pozycje z czasów, kiedy nie w pełni świadomie wybieramy, co czytać, wystarczą na obsadzenie kilku miejsc z minimalnej szóstki. Wprawdzie jakoś przegapiłem "Anię z Zielonego Wzgórza", ale "Kubusia Puchatka" chyba się nie da w dzieciństwie ominąć. Nie ma na liście Muminków, też ominąłem, obiecałem sobie jednak kiedyś przeczytać - wygląda ekstra.
Więc właściwie żadna sensacja, czy licytacja, przekrzykiwanie się. Mogę sobie przypomnieć, że są rzeczy, o których słyszałem, rozważałem, ale nie było okazji. "Wielki Gatsby" pojawił się w którejś z książek Murakamiego, "Myszy i ludzie" u Myslovitz (a u siostry widziałem "Mieć czy być" Fromma), to wystarcza, tak sobie zbieram książki do czytania. Świat jest słowem, jest wielkim hipertekstem, niebieskie internetowe odnośniki ładnie wpisały się w schemat kontrolowanego chaosu w naszych głowach. Przy spotkaniach, na imprezach, każdy wspomina, że bał się Buki, bo to nas na pewno łączy, jest wspólne, rozumiemy się. Później lektury obowiązkowe przestają być obowiązkowe, z kumplem kłócimy się w liceum o Wertera, bo trafia w okres uczuciowych niestabilności, zakochań, ale innych rzeczy mamy wspólnych coraz mniej. Nowych uczymy się z losowych miejsc - czytam na czyimś blogu o "Wilku stepowym", kupuję i na okładce widzę "Ulissesa", to jedyny powód dla licznych prób przebrnięcia przez niego.
Ludzie komentują, chwalą się, ile z listy przeczytali, obwieszczają np. czterdzieści sześć, ja ze swoimi dwudziestoma bym nie miał startu. Ale wcale nie muszę mieć, mam frajdę z odnajdywania sprytnej reguły w doborze książek do listy. Jest wystarczająco sprytna, żeby sprowokować kilka minut rozmowy w zespole, to się ceni.
Kolega dostał kiedyś książkę w stylu "Sto najlepszych filmów w historii", już dawno zapomnieliśmy o pomyśle obejrzenia ich wszystkich. Może taka lista zupełnie z kosmosu odnośnie książek będzie bardziej motywująca, książki czyta się samodzielnie, a internet jest całkiem niezłym źródłem tytułów dla człowieka, który już się nie uczy. Ale do rzeczy - jak działa ta lista?
Po pierwsze - żyjemy w tak bogatym świecie, atakuje nas tak wiele informacji, że ludzie, którzy w ogóle nie interesują się czytaniem, w ogóle do niej nie dotrą. A jeśli dotrą, to są tam trzy przenikające się kategorie książek, które po prostu muszą objąć każdego, kto umie czytać.
Największą, ale też w gruncie rzeczy najmniej mocną jest klasyka. Książki, o których mówi się, że nie wypada nie znać, arcydzieła literatury światowej. Odnoszę wprawdzie wrażenie, że głupio o czymkolwiek w XXI wieku mówić, że nie wypada nie znać (BBC w sumie marudzi, że czytano zaledwie sześć), wiem ile jest wszystkiego, ale jednak kupuję Marqueza. Do tego większość książek wywodzi się z kultury anglosaskiej, a kto ma być głównym odbiorcą BBC? Jasne, że potwierdzą. Ale to i tak najsłabsza kategoria.
Drugą są książki popularne, książki marki, zjawiska na równi biznesowe co kulturowe. Tutaj wpasowuje się i "Kod Leonarda Da Vinci" i "Cień wiatru". "Władca Pierścieni", "Opowieści z Narnii", teraz już nawet "Alicja w Krainie Czarów" - maszynki do zarabiania pieniędzy. Filmy, kolorowe wznowienia, nie musisz interesować się literaturą, żeby zetknąć się z reklamami w metrze, nadziewać na nie na najbardziej eksponowanych półkach w empiku. A dzieciaki chcą mieć takie piórniki i zeszyty, część pewnie i książkę przeczyta.
Tu mamy płynne przejście do trzeciej i najmocniejszej kategorii - książek dla dzieci, albo czytanych w dzieciństwie. Wspomniane już "Alicja" i "Narnia" (która jest bezczelnie na liście rozbita na dwie pozycje - całość i pierwszy tom), a kto nie dostał na Pierwszą Komunię obok wypasionego Wigry 3 wypasionego wydania Biblii? Same pozycje z czasów, kiedy nie w pełni świadomie wybieramy, co czytać, wystarczą na obsadzenie kilku miejsc z minimalnej szóstki. Wprawdzie jakoś przegapiłem "Anię z Zielonego Wzgórza", ale "Kubusia Puchatka" chyba się nie da w dzieciństwie ominąć. Nie ma na liście Muminków, też ominąłem, obiecałem sobie jednak kiedyś przeczytać - wygląda ekstra.
Więc właściwie żadna sensacja, czy licytacja, przekrzykiwanie się. Mogę sobie przypomnieć, że są rzeczy, o których słyszałem, rozważałem, ale nie było okazji. "Wielki Gatsby" pojawił się w którejś z książek Murakamiego, "Myszy i ludzie" u Myslovitz (a u siostry widziałem "Mieć czy być" Fromma), to wystarcza, tak sobie zbieram książki do czytania. Świat jest słowem, jest wielkim hipertekstem, niebieskie internetowe odnośniki ładnie wpisały się w schemat kontrolowanego chaosu w naszych głowach. Przy spotkaniach, na imprezach, każdy wspomina, że bał się Buki, bo to nas na pewno łączy, jest wspólne, rozumiemy się. Później lektury obowiązkowe przestają być obowiązkowe, z kumplem kłócimy się w liceum o Wertera, bo trafia w okres uczuciowych niestabilności, zakochań, ale innych rzeczy mamy wspólnych coraz mniej. Nowych uczymy się z losowych miejsc - czytam na czyimś blogu o "Wilku stepowym", kupuję i na okładce widzę "Ulissesa", to jedyny powód dla licznych prób przebrnięcia przez niego.
wtorek, 16 marca 2010
Wyobraźnia punkt zapalny
Czasem przypominam sobie jedną historię przeczytaną lata świetlne wstecz, kiedy poważnie pisało się o blogach jako nowym zjawisku popkulturowym, rewolucji słowa w internecie. Kilka lat później najpopularniejsze blogi to w gruncie rzeczy dzienniki tematyczne, zaś Czerski mówi "takiego Wacka" i rzadko bo rzadko, ale wrzuca luźne wpisy i opowieści jak z początków blogosfery.
Ta konkretna pochodzi z jakiegoś ciemnego tła. Na pewno nigdy nie miałem tego bloga w zakładkach, w ogóle niewiele ich miałem w zakładkach, zacząłem ich używać w czasie, kiedy ludzie dawno przesiedli się na czytniki rss. Dziewczyna opowiadała o wyjeździe na zieloną szkołę, coś z warsztatami, ze wspólnymi zajęciami, na których bawili się w kończenie zdań, albo układanie ciekawych zdań, za podstawę mając słowo, albo w skojarzenia. Jak widać bardzo dziurawa ta historia. Dziewczyna potwornie się tych zajęć wstydziła, bo raczej mało odkrywcze były jej zdania, czy słowa, czy skojarzenia, cokolwiek by to nie było. Jeżeli cokolwiek było, może nic nie wymyśliła, zacięła się bez pomysłu. Środkiem zaradczym miały być tematyczne wpisy na blogu, wpisy ćwiczeniowe, na podstawie słów losowanych ze słownika i regularnego tworzenia tego czegoś. Bardzo mi się to podobało, pomyślałem, że przecież można sobie tak ćwiczyć wyobraźnię, giętkość umysłu.
Egzaltowana nastolatka, egzaltowany nastolatek, już wtedy pęd do tego, czego ostatnio uosobieniem jest chyba doktor House - natychmiastowej, celnej, błyskotliwej odpowiedzi. Zawsze i wszędzie. Żeby naprawdę wiedzieć, gdzie są te kluczyki od czołgu, jeśli człowieka zbudzą w środku nocy. A ja już wtedy pewnie nawet nie pamiętałem numerów kapsli z Mortal Kombat - jedynej takiej rzeczy, którą potrafiłem recytować na zawołanie, numer, postacie (że mówi się "postaci" to później, to jakaś szósta podstawówki dopiero) na kapslu, czy z filmu, czy z gry.
Różne źródła donosiły wtedy, że ludzie się dzielą na twórców i odtwórców, na mistrzów i rzemieślników. Na tych, co czuli się lepsi, bo czytając "Władcę Pierścieni" doznali objawienia, olśnienia obcego czternastoletnim kolegom z klasy i wydawało im się, że oto przekręcili klucz w zamku wyobraźni, że to początek światów. I tych, którzy nie czytali. Pamiętaj leszczu, że Bazyl opowiadał już wtedy o "Mistrzu i Małgorzacie", o jej nieszczęsnym kolanie, czego ty prawdopodobnie i tak nie zrozumiałeś w jakieś sześć lat później.
Jeszcze mi wtedy nie przeszło przez myśl, żeby prowadzić bloga, był pamiętnik - świetne miejsce na egzaltację, na Małgorzatę, na ramiona Nocy zamiast gejucha Morfeusza (taka perspektywa). Oraz na więdnące przekonanie o przynależności do którejkolwiek z tych dwu kategorii, kiedy okazywało się, że nawet bycie rzemieślnikiem wymaga sporo wysiłku. Jak określić ten punkt, jak zdecydować, czy człowiek się poddał, czy po prostu wie, że jest jakaś granica nie do przekroczenia? Pogodzenie się z faktem, że niektórzy zawsze myślą dwa kroki do przodu. Zaraz obok tych, którzy rozwiązują zadania wymagające podstawienia wartości do wzoru, ale jeśli do uzyskania wyniku trzeba użyć dwóch wzorów, to płaczą nad kartką, nie widzą pierwszego wzoru, sami nie wpadną na jego istnienie.
Jakie czasy tworzę, w których pisze się o historiach - ten blog miał takie tło, takie kwiatki, taki durny animowany obrazek, zamiast: z prasy, książki, takiego zina, kartki szeleściły. Ja jeszcze widzę różnicę pomiędzy rzeczywistością wirtualną i zwykłą, a dla mojego młodszego brata to może być zestawienie słów bez głębszego znaczenia, bo to wszystko jest i sprawia wrażenie, że zawsze było. Sprawdź znaczenie słowa wirtualny.
Więc są ludzie, którzy mówią, że koszulka mechanicznej pomarańczy i ludzie, którzy chwytają za długopis i rysują na pomarańczy zębatki, przekładnie, sprężyny. I to drugie jest kluczem do lśnienia.
Ta konkretna pochodzi z jakiegoś ciemnego tła. Na pewno nigdy nie miałem tego bloga w zakładkach, w ogóle niewiele ich miałem w zakładkach, zacząłem ich używać w czasie, kiedy ludzie dawno przesiedli się na czytniki rss. Dziewczyna opowiadała o wyjeździe na zieloną szkołę, coś z warsztatami, ze wspólnymi zajęciami, na których bawili się w kończenie zdań, albo układanie ciekawych zdań, za podstawę mając słowo, albo w skojarzenia. Jak widać bardzo dziurawa ta historia. Dziewczyna potwornie się tych zajęć wstydziła, bo raczej mało odkrywcze były jej zdania, czy słowa, czy skojarzenia, cokolwiek by to nie było. Jeżeli cokolwiek było, może nic nie wymyśliła, zacięła się bez pomysłu. Środkiem zaradczym miały być tematyczne wpisy na blogu, wpisy ćwiczeniowe, na podstawie słów losowanych ze słownika i regularnego tworzenia tego czegoś. Bardzo mi się to podobało, pomyślałem, że przecież można sobie tak ćwiczyć wyobraźnię, giętkość umysłu.
Egzaltowana nastolatka, egzaltowany nastolatek, już wtedy pęd do tego, czego ostatnio uosobieniem jest chyba doktor House - natychmiastowej, celnej, błyskotliwej odpowiedzi. Zawsze i wszędzie. Żeby naprawdę wiedzieć, gdzie są te kluczyki od czołgu, jeśli człowieka zbudzą w środku nocy. A ja już wtedy pewnie nawet nie pamiętałem numerów kapsli z Mortal Kombat - jedynej takiej rzeczy, którą potrafiłem recytować na zawołanie, numer, postacie (że mówi się "postaci" to później, to jakaś szósta podstawówki dopiero) na kapslu, czy z filmu, czy z gry.
Różne źródła donosiły wtedy, że ludzie się dzielą na twórców i odtwórców, na mistrzów i rzemieślników. Na tych, co czuli się lepsi, bo czytając "Władcę Pierścieni" doznali objawienia, olśnienia obcego czternastoletnim kolegom z klasy i wydawało im się, że oto przekręcili klucz w zamku wyobraźni, że to początek światów. I tych, którzy nie czytali. Pamiętaj leszczu, że Bazyl opowiadał już wtedy o "Mistrzu i Małgorzacie", o jej nieszczęsnym kolanie, czego ty prawdopodobnie i tak nie zrozumiałeś w jakieś sześć lat później.
Jeszcze mi wtedy nie przeszło przez myśl, żeby prowadzić bloga, był pamiętnik - świetne miejsce na egzaltację, na Małgorzatę, na ramiona Nocy zamiast gejucha Morfeusza (taka perspektywa). Oraz na więdnące przekonanie o przynależności do którejkolwiek z tych dwu kategorii, kiedy okazywało się, że nawet bycie rzemieślnikiem wymaga sporo wysiłku. Jak określić ten punkt, jak zdecydować, czy człowiek się poddał, czy po prostu wie, że jest jakaś granica nie do przekroczenia? Pogodzenie się z faktem, że niektórzy zawsze myślą dwa kroki do przodu. Zaraz obok tych, którzy rozwiązują zadania wymagające podstawienia wartości do wzoru, ale jeśli do uzyskania wyniku trzeba użyć dwóch wzorów, to płaczą nad kartką, nie widzą pierwszego wzoru, sami nie wpadną na jego istnienie.
Jakie czasy tworzę, w których pisze się o historiach - ten blog miał takie tło, takie kwiatki, taki durny animowany obrazek, zamiast: z prasy, książki, takiego zina, kartki szeleściły. Ja jeszcze widzę różnicę pomiędzy rzeczywistością wirtualną i zwykłą, a dla mojego młodszego brata to może być zestawienie słów bez głębszego znaczenia, bo to wszystko jest i sprawia wrażenie, że zawsze było. Sprawdź znaczenie słowa wirtualny.
Więc są ludzie, którzy mówią, że koszulka mechanicznej pomarańczy i ludzie, którzy chwytają za długopis i rysują na pomarańczy zębatki, przekładnie, sprężyny. I to drugie jest kluczem do lśnienia.
piątek, 12 marca 2010
Na pewno nie obudzisz się przed budzikiem, jeśli tylko wyłączysz budzik
Warszawski sen, sen na ulicach miasta. Z szeregiem ludzi, ale z twarzy i interakcji to tylko Głaz, właściwie nie mógł się trafić nikt lepszy. Najpierw szliśmy na południe, to od razu jest jasna metafora, jasna dla mnie, bo czytałem "O bohaterach i grobach", oraz czytałem teksty tematyczne, żeby dotarły do mnie kierunki świata. Na południe od Białołęki to jest Gocław, czyli moje dzieciństwo.
Żeby tak od początku było wiadomo, o co we śnie chodzi, niby słabe. Ale czasem w ogóle nie wiadomo, to może jednak się tym ucieszę.
Trafiamy na miejsce i przez chwilę celebrujemy sukces. Wpadamy na pomysł, że można go celebrować w jakimś klubie dla panów - o klubie dla panów wspominał w pracy szef, masz ci los, żeby mi się od razu musiał przyśnić. I idziemy, ale tylko z Głazem, tym razem na wschód. Na wschodzie ostatnio byłem na rowerze, nie mam tam nic innego do roboty, nikogo tam nie znam, tyle co jeżdżę. Marsz jest długi, świat jest jasny.
Opuszczamy blokowiska, wchodzimy między jakąś niską zabudowę, prawie że ogródki działkowe i drogę zastępuje nam wielki czarny pies. Więc geograficznie musimy być na Grochowie pod torami, bo właśnie tam mnie kiedyś pogonił pies - wprawdzie nie wielki i bardziej bury, ale to nic fajnego jechać rowerem z takim szczekaczem skaczącym do nóg. Nie stoimy, uciekamy, od razu wiedziałem, że będzie gonił. Dobrze, że przynajmniej w snach człowiek biega szybciej od psa, jeśli nie ma do dyspozycji roweru.
Pies goni nas na zachód, staramy się go zgubić, skręcamy w jakieś boczne uliczki, wbiegamy w miasto. Obaj oglądaliśmy filmy z ucieczkami biegiem przez miasto, ale nic nie przewracamy. Kiedy wydaje się, że jest okej i zwalniamy - odwracam się i krzyczę, że jednak nie, że dalej trzeba wiać. Jestem przy tym zadowolony z formy, bo biegniemy tak bez opamiętania i niespecjalnie się męczymy. Mówiłem za dnia, że całkiem szybko biegam, jeśli przed kimś uciekam.
Docieramy do stacji kolejowej, ale bez torów, znowu wokół sporo ludzi, i pojazd na tej stacji, który (to jakaś senna tradycja) ma właścicielkę. Pojazd jest wielki jak osiemnastokołowiec z amerykańskiej drogi. Porusza się dosyć powoli, my ciągle jeszcze biegniemy i ja wskakuję na bok tego pojazdu. Mam jakieś oparcie dla nóg, trzymam się wystającej rurki, czuję się jak Yattaman na Yatta-Psie. I mam z tego frajdę, więc mówię właścicielce, że przecież od dziecka tak chciałem. Zatrzymujemy się i wpychamy do kokpitu, tam są ledwie dwa miejsca, więc ja się wpycham pierwszy.
Koniec.
W pracy koleżanka zwierzyła mi się ze swojego snu. Ja się w nim jej śniłem, jak przyszedłem do jej domu w jej rodzinnym miasteczku z poleceniem wykonania jednego zadania. Polecałem tonem raczej rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Koleżanka na to dobijanie się do drzwi odpowiedziała, że przecież jest sobota, na co ja nałożyłem kaszkiet i odwróciłem się na pięcie. Proszę, jak mi łatwo przemówić do rozumu i jak szybko się z cudzą argumentacją godzę.
Żeby tak od początku było wiadomo, o co we śnie chodzi, niby słabe. Ale czasem w ogóle nie wiadomo, to może jednak się tym ucieszę.
Trafiamy na miejsce i przez chwilę celebrujemy sukces. Wpadamy na pomysł, że można go celebrować w jakimś klubie dla panów - o klubie dla panów wspominał w pracy szef, masz ci los, żeby mi się od razu musiał przyśnić. I idziemy, ale tylko z Głazem, tym razem na wschód. Na wschodzie ostatnio byłem na rowerze, nie mam tam nic innego do roboty, nikogo tam nie znam, tyle co jeżdżę. Marsz jest długi, świat jest jasny.
Opuszczamy blokowiska, wchodzimy między jakąś niską zabudowę, prawie że ogródki działkowe i drogę zastępuje nam wielki czarny pies. Więc geograficznie musimy być na Grochowie pod torami, bo właśnie tam mnie kiedyś pogonił pies - wprawdzie nie wielki i bardziej bury, ale to nic fajnego jechać rowerem z takim szczekaczem skaczącym do nóg. Nie stoimy, uciekamy, od razu wiedziałem, że będzie gonił. Dobrze, że przynajmniej w snach człowiek biega szybciej od psa, jeśli nie ma do dyspozycji roweru.
Pies goni nas na zachód, staramy się go zgubić, skręcamy w jakieś boczne uliczki, wbiegamy w miasto. Obaj oglądaliśmy filmy z ucieczkami biegiem przez miasto, ale nic nie przewracamy. Kiedy wydaje się, że jest okej i zwalniamy - odwracam się i krzyczę, że jednak nie, że dalej trzeba wiać. Jestem przy tym zadowolony z formy, bo biegniemy tak bez opamiętania i niespecjalnie się męczymy. Mówiłem za dnia, że całkiem szybko biegam, jeśli przed kimś uciekam.
Docieramy do stacji kolejowej, ale bez torów, znowu wokół sporo ludzi, i pojazd na tej stacji, który (to jakaś senna tradycja) ma właścicielkę. Pojazd jest wielki jak osiemnastokołowiec z amerykańskiej drogi. Porusza się dosyć powoli, my ciągle jeszcze biegniemy i ja wskakuję na bok tego pojazdu. Mam jakieś oparcie dla nóg, trzymam się wystającej rurki, czuję się jak Yattaman na Yatta-Psie. I mam z tego frajdę, więc mówię właścicielce, że przecież od dziecka tak chciałem. Zatrzymujemy się i wpychamy do kokpitu, tam są ledwie dwa miejsca, więc ja się wpycham pierwszy.
Koniec.
W pracy koleżanka zwierzyła mi się ze swojego snu. Ja się w nim jej śniłem, jak przyszedłem do jej domu w jej rodzinnym miasteczku z poleceniem wykonania jednego zadania. Polecałem tonem raczej rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Koleżanka na to dobijanie się do drzwi odpowiedziała, że przecież jest sobota, na co ja nałożyłem kaszkiet i odwróciłem się na pięcie. Proszę, jak mi łatwo przemówić do rozumu i jak szybko się z cudzą argumentacją godzę.
czwartek, 11 marca 2010
Żadne tam wheel of conclusion (rokroczne)
Więc siedzę na zebraniu w pracy. Wytracam czas. Może coś napiszę, może co linijkę, a nie jak dziecko w pierwszej podstawówki (draft jest na papierze). Pamiętam, że na chwilę przed opuszczeniem klasycznej miałem w brudnopisie kilka takich strumieni myśli. Szczególnie podczas zajęć profesora Domańskiego. Jeśli o jakichkolwiek zajęciach akademickich można powiedzieć, że są przepiękne, to te mam pierwsze na liście.
Niewielki pokój, osiemdziesięcioletni profesor, który czyta i opowiada - o tym, gdzie, u jakich autorów są odniesienia do Amarilla, jak powstawała ta cała poezja z pamięci, o pastwiskach i łąkach. O swoim Mistrzu Kumanieckim, kto teraz tak mówi o kimkolwiek? Kto w ogóle mówi z taką dbałością, tak pięknie i celnie akcentując? Nie znam. A tam miałem poczucie obcowania z Mistrzem.
Salkę wypełniali w większości pierwszoroczniacy, jak to w ogóle było możliwe, żeby ludzie z ledwie obkutą odmianą λόγος z przyjemnością wysłuchiwali tego wciąż obcego, tajemnego języka? Przychodziła zaledwie jedna - śliczna - dziewczyna z trzeciego roku, reszta to my. Jeszcze przez pierwsze dwa wykłady coś tam staraliśmy się notować, później odrabialiśmy nasze podstawowe lekcje, Trojaczki i ten podręcznik do greki (staro) za dychę z biblioteki. Nie Μορμολυϰη. Zawsze mi się podobała ta nazwa - Mormolyke - nigdy nie skorzystałem z tej książki. Tylko wiem, że wstęp miała przyjemny.
Dostałem ją od przewodniczącej samorządu, za friko, w prezencie. Ładne, trochę wstyd rezygnować po takim prezencie. To mógł być dobry rok dla klasycznej, PWN wydał akurat słowniki, mieliśmy się z czego uczyć i z czym pracować. Rok później nigdzie ich już nie było, osiągały jakieś rekordowe ceny na aukcjach - to jest ze trzy razy więcej niż myśmy płacili. Trafiłem na gronie temat, odezwałem się do dziewczyny i sprzedałem za tyle, co sam zapłaciłem. Uwierzyć nie mogła - dołożyłem jej to Mormolyke, niech się komuś przyda.
W ogóle - przewodnicząca samorządu sprawiała wrażenie takiej miłej cioci. Na pierwszej imprezie integracyjnej pożyczała mi jakieś dwa złote na ostatnia wodę i pogłaskała mnie wtedy po włosach - tak jak się głaszcze czterolatka. To było naprawdę super.
Nie wiem, jak to się stało, że trafiłem do samorządu. Nikt by się tego po mnie nie spodziewał wcześniej, a tu masz, głośno agituję do studiowania na klasycznej podczas dni otwartych. Jeszcze chyba nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce sam zrezygnuję.
Szkoda, że na cotygodniowych zebraniach raczej nie opowiada się ładnych rzeczy. Raczej nie raportuje się z przejęciem, w naszym angielskim nie ma żadnej tajemnicy - częściej pokraczność i nieumiejętność po prostu.
Hej, to jeszcze nic nie znaczy, staram się tu nie nudzić, kreatywnie wykorzystuję czas, powiedzmy.
Niewielki pokój, osiemdziesięcioletni profesor, który czyta i opowiada - o tym, gdzie, u jakich autorów są odniesienia do Amarilla, jak powstawała ta cała poezja z pamięci, o pastwiskach i łąkach. O swoim Mistrzu Kumanieckim, kto teraz tak mówi o kimkolwiek? Kto w ogóle mówi z taką dbałością, tak pięknie i celnie akcentując? Nie znam. A tam miałem poczucie obcowania z Mistrzem.
Salkę wypełniali w większości pierwszoroczniacy, jak to w ogóle było możliwe, żeby ludzie z ledwie obkutą odmianą λόγος z przyjemnością wysłuchiwali tego wciąż obcego, tajemnego języka? Przychodziła zaledwie jedna - śliczna - dziewczyna z trzeciego roku, reszta to my. Jeszcze przez pierwsze dwa wykłady coś tam staraliśmy się notować, później odrabialiśmy nasze podstawowe lekcje, Trojaczki i ten podręcznik do greki (staro) za dychę z biblioteki. Nie Μορμολυϰη. Zawsze mi się podobała ta nazwa - Mormolyke - nigdy nie skorzystałem z tej książki. Tylko wiem, że wstęp miała przyjemny.
Dostałem ją od przewodniczącej samorządu, za friko, w prezencie. Ładne, trochę wstyd rezygnować po takim prezencie. To mógł być dobry rok dla klasycznej, PWN wydał akurat słowniki, mieliśmy się z czego uczyć i z czym pracować. Rok później nigdzie ich już nie było, osiągały jakieś rekordowe ceny na aukcjach - to jest ze trzy razy więcej niż myśmy płacili. Trafiłem na gronie temat, odezwałem się do dziewczyny i sprzedałem za tyle, co sam zapłaciłem. Uwierzyć nie mogła - dołożyłem jej to Mormolyke, niech się komuś przyda.
W ogóle - przewodnicząca samorządu sprawiała wrażenie takiej miłej cioci. Na pierwszej imprezie integracyjnej pożyczała mi jakieś dwa złote na ostatnia wodę i pogłaskała mnie wtedy po włosach - tak jak się głaszcze czterolatka. To było naprawdę super.
Nie wiem, jak to się stało, że trafiłem do samorządu. Nikt by się tego po mnie nie spodziewał wcześniej, a tu masz, głośno agituję do studiowania na klasycznej podczas dni otwartych. Jeszcze chyba nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce sam zrezygnuję.
Szkoda, że na cotygodniowych zebraniach raczej nie opowiada się ładnych rzeczy. Raczej nie raportuje się z przejęciem, w naszym angielskim nie ma żadnej tajemnicy - częściej pokraczność i nieumiejętność po prostu.
Hej, to jeszcze nic nie znaczy, staram się tu nie nudzić, kreatywnie wykorzystuję czas, powiedzmy.
poniedziałek, 8 marca 2010
Na południe od granicy, na zachód od słońca
Tytuł książki jest na tyle fajny i nic nie mówiący, że spokojnie nadaje się też na tytuł notki tematycznej. Ciekawi mnie, kiedy Murakami wymyśla dla książek tytuły - na koniec, przed, w trakcie. Często biorą się jakoś z treści, dobra, to chyba w ogóle głupie, żeby książka miała tytuł przed napisaniem. Wydawało mi się, że "Zrób mi jakąś krzywdę" miało się na początku nazywać "Gamecube girl", a może to jakaś nazwa robocza, nie chce mi się przekopywać blogu Żulczyka.
Zapoznałem się szybko z opiniami i odczuciami w biblionetce i z kanapy. Nie żebym był stałym bywalcem (może to jest pomysł, dawno nie uczestniczyłem w żadnym forum, gdzieś tak od pięciu lat?), trafiłem tam kiedyś przypadkiem, więc wiedziałem, gdzie szukać. W ogóle, od kiedy istnieje Wikipedia i od kiedy nie mam ciśnienia na japońszczyznę - przestałem w internecie czegokolwiek szukać. Kiedyś to faktycznie było internet exploration, teraz nie ma w tym żadnej tajemnicy. Nie umiem wybierać, co mnie ciekawi, zostały może dwa miejsca, w które powracam. Za dużo wszystkiego.
Piszę głównie dlatego, że chyba udało mi się odebrać tę książkę inaczej niż odbierano ją w tamtych miejscach. Nie chodzi o inny zestaw objawień, raczej wydaje mi się, że działo się coś zupełnie innego niż napisane. Więc, Przypadkowy Wędrowcze (może będę gdzieś kiedyś indeksowany, jeśli zacznę się podpisywać ze stroną w komentarzach), jeśli zależy Ci na tajemnicy, to zamknij kartę. Spoiler alert i tak dalej.
Książka jest o kryzysie wieku średniego, okej. To wymyślili wszyscy, to jest jasno napisane, trzydzieści sześć lat i wspomnienia. Kochająca żona i dziecięca fantazja, starcie, ktoś nawet przerobił to na film czy spektakl (a przy muzie maczał palce Tymon, oczywiście czuję, że to mi powinno coś mówić). Gdybym ja pisał scenariusz, to Shimamoto wystąpiłaby tylko jako dziewczynka we wspomnieniach Hajime. Nikt nie przyszedłby do baru, gość by gadał sam do siebie i jeździł sobie na wycieczki. Ja to odebrałem jako książkę o niedoszłym samobójcy, a nie rozdartym kochanku. Może gdyby od początku nie było widać ubzduranej Shimamoto, przedstawienie nie miałoby żadnego sensu. Monologi o tym, jak to mu jest źle, że nie ma już żadnych ideałów, że nie bardzo miał w życiu ideały, że za łatwo mu się żyje, że nic go nie rajcuje, że kocha żonę i dzieci, ale to nie do końca to. Może po prostu z perspektywy dwudziestokilkulatka bardziej zwracam uwagę na wątek negacji rzeczywistości niż romans z przyjaciółką z dzieciństwa. Za mało empatii, żeby wczuwać się w ojca, głowę rodziny, przedsiębiorcę (a fe!). Ja zwracałem uwagę na te wskazówki odnośnie umierania, nie wiem, czy przegapiłem inne. Teść opowiadający o samobójczej próbie Yukiko, dziecko Shimamoto, sto kilkadziesiąt w deszczu na autostradzie - "mam ochotę chwycić za kierownicę i gwałtownie skręcić". Bo ostatecznie po Shimamoto nie pozostaje zupełnie nic, nie ma nawet koperty z jakiejś pośredniej czasoprzestrzeni. No i na samym końcu Hajime jest przy tym umarłym dziecku - widzi deszcz padający na morze. Więc piszcie sobie o ckliwości i uniwersalności historyjki - że w każdym kraju znajdziesz szczęśliwe głowy rodziny, które nagle tracą te głowy dla tajemniczych przyjaciółek z dzieciństwa. Dla mnie to drugi plan, pretekst.
Nie żebym się znał na literaturze, ale czy to nie jest tak, że gdzieś od połowy dwudziestego wieku nie tworzy się już fabuł, tylko fabuły są pretekstami? Fabuły to mają książki o smokach, mają wydarzenia, mają jasne punkty zwrotne. Biorę Feista i mam książkę o bieganiu przez lochy, rozkminianiu bogów-dzieci, obronie królestw i ratowaniu światów.
Biorę Palahniuka ("Fight club" spoko, choć czytany przypadkiem i długo po filmie, inaczej bym nie wiedział; "Udław się" już mniej, jeszcze mnie nie rajcuje niesmak) i każdy jest w jakiś sposób zwyrodnialcem, a rzeczy się, za przeproszeniem, wysrywają z kosmosu. Przeczytałem Żulczyka (pewnie też się należy notka tematyczna) i największe wrażenie robi na mnie sztuka Wiktora, wychowani w latach dziewięćdziesiątych, festiwale są dla pryszczatych nastolatków (ja tam nigdy nie jeździłem), ale samochody z gum Turbo i tak rządzą. Ckliwa historyjka miłosna to chyba też wspomnienie pewnego czasu?
Oczywiście wiem, że jest tego wszystkiego tak wiele i tak jest to niepojęte, że wypisuję farmazony dla czystej frajdy. Zajrzałem na - a jakże! - Wikipedię, cieszę się, że wydumałem sobie te słowa przed przeczytaniem. Arbitralne decyzje twórcy, to chyba z tym mam problem.
Zapoznałem się szybko z opiniami i odczuciami w biblionetce i z kanapy. Nie żebym był stałym bywalcem (może to jest pomysł, dawno nie uczestniczyłem w żadnym forum, gdzieś tak od pięciu lat?), trafiłem tam kiedyś przypadkiem, więc wiedziałem, gdzie szukać. W ogóle, od kiedy istnieje Wikipedia i od kiedy nie mam ciśnienia na japońszczyznę - przestałem w internecie czegokolwiek szukać. Kiedyś to faktycznie było internet exploration, teraz nie ma w tym żadnej tajemnicy. Nie umiem wybierać, co mnie ciekawi, zostały może dwa miejsca, w które powracam. Za dużo wszystkiego.
Piszę głównie dlatego, że chyba udało mi się odebrać tę książkę inaczej niż odbierano ją w tamtych miejscach. Nie chodzi o inny zestaw objawień, raczej wydaje mi się, że działo się coś zupełnie innego niż napisane. Więc, Przypadkowy Wędrowcze (może będę gdzieś kiedyś indeksowany, jeśli zacznę się podpisywać ze stroną w komentarzach), jeśli zależy Ci na tajemnicy, to zamknij kartę. Spoiler alert i tak dalej.
Książka jest o kryzysie wieku średniego, okej. To wymyślili wszyscy, to jest jasno napisane, trzydzieści sześć lat i wspomnienia. Kochająca żona i dziecięca fantazja, starcie, ktoś nawet przerobił to na film czy spektakl (a przy muzie maczał palce Tymon, oczywiście czuję, że to mi powinno coś mówić). Gdybym ja pisał scenariusz, to Shimamoto wystąpiłaby tylko jako dziewczynka we wspomnieniach Hajime. Nikt nie przyszedłby do baru, gość by gadał sam do siebie i jeździł sobie na wycieczki. Ja to odebrałem jako książkę o niedoszłym samobójcy, a nie rozdartym kochanku. Może gdyby od początku nie było widać ubzduranej Shimamoto, przedstawienie nie miałoby żadnego sensu. Monologi o tym, jak to mu jest źle, że nie ma już żadnych ideałów, że nie bardzo miał w życiu ideały, że za łatwo mu się żyje, że nic go nie rajcuje, że kocha żonę i dzieci, ale to nie do końca to. Może po prostu z perspektywy dwudziestokilkulatka bardziej zwracam uwagę na wątek negacji rzeczywistości niż romans z przyjaciółką z dzieciństwa. Za mało empatii, żeby wczuwać się w ojca, głowę rodziny, przedsiębiorcę (a fe!). Ja zwracałem uwagę na te wskazówki odnośnie umierania, nie wiem, czy przegapiłem inne. Teść opowiadający o samobójczej próbie Yukiko, dziecko Shimamoto, sto kilkadziesiąt w deszczu na autostradzie - "mam ochotę chwycić za kierownicę i gwałtownie skręcić". Bo ostatecznie po Shimamoto nie pozostaje zupełnie nic, nie ma nawet koperty z jakiejś pośredniej czasoprzestrzeni. No i na samym końcu Hajime jest przy tym umarłym dziecku - widzi deszcz padający na morze. Więc piszcie sobie o ckliwości i uniwersalności historyjki - że w każdym kraju znajdziesz szczęśliwe głowy rodziny, które nagle tracą te głowy dla tajemniczych przyjaciółek z dzieciństwa. Dla mnie to drugi plan, pretekst.
Nie żebym się znał na literaturze, ale czy to nie jest tak, że gdzieś od połowy dwudziestego wieku nie tworzy się już fabuł, tylko fabuły są pretekstami? Fabuły to mają książki o smokach, mają wydarzenia, mają jasne punkty zwrotne. Biorę Feista i mam książkę o bieganiu przez lochy, rozkminianiu bogów-dzieci, obronie królestw i ratowaniu światów.
Biorę Palahniuka ("Fight club" spoko, choć czytany przypadkiem i długo po filmie, inaczej bym nie wiedział; "Udław się" już mniej, jeszcze mnie nie rajcuje niesmak) i każdy jest w jakiś sposób zwyrodnialcem, a rzeczy się, za przeproszeniem, wysrywają z kosmosu. Przeczytałem Żulczyka (pewnie też się należy notka tematyczna) i największe wrażenie robi na mnie sztuka Wiktora, wychowani w latach dziewięćdziesiątych, festiwale są dla pryszczatych nastolatków (ja tam nigdy nie jeździłem), ale samochody z gum Turbo i tak rządzą. Ckliwa historyjka miłosna to chyba też wspomnienie pewnego czasu?
Oczywiście wiem, że jest tego wszystkiego tak wiele i tak jest to niepojęte, że wypisuję farmazony dla czystej frajdy. Zajrzałem na - a jakże! - Wikipedię, cieszę się, że wydumałem sobie te słowa przed przeczytaniem. Arbitralne decyzje twórcy, to chyba z tym mam problem.
sobota, 6 marca 2010
Punkty mana, to brzmi źle, tak się czepnę
Skoro czytam książkę o porwaniu piętnastolatki, to głupio nie wspomnieć minut przed i po empiku. Przed wyszedłem z pracy, szesnasta trzydzieści, ładnie, efektownie, najwcześniej jak się da, staram się utrzymywać ten stan rzeczy - pierwsze dwa miesiące wychodziłem godzinę później. Wychodzi ze mną Motor, ja coś przebąkuję o Rozdrożu, ale przecież czytałem o jednym pasie dostępnym na Modlińskiej, czyli wcale nie mam ochoty od razu napinać na Białołękę. - To jedź ze mną do centrum. - A dobra, masz rację, podjadę, może empik.
Schodzimy na peron, akurat wjeżdża pociąg, tłumy, kobiety z wózkami, machamy ręką, siadamy, czekamy. Mówię, że właściwie szedłbym z buta do tego centrum, pyta dlaczego nie, mówię, że przecież zaprosił do wspólnej podróży, on mówi - Chodźmy z buta. Poszliśmy więc, na ślepo, bo wspomniany wcześniej śnieg zacinał. Opowiedział o tym, jak może wyglądać bycie piłkarzem na Cyprze, znaczy, tam nie ma śniegu. I rozstaliśmy się pod skrzyżowaniem z Alejami, ja po książki, mówię, że się z pięć razy po drodze zakocham. On po buty, mówi, że bez przesady, on by się zakochał gdzieś pod Złotymi dopiero.
Po zakupach idę do Złotych, znaczy idę na autobus z Centralnego, a do Złotych do toalety. Naprawdę. Z naprzeciwka idzie Motor, halo, cześć, uśmiech szelmy i już wiemy, że pierwsza godzina pracy w poniedziałek będzie obfitowała w pytania o moje stosunki z galeriankami.
Schodzimy na peron, akurat wjeżdża pociąg, tłumy, kobiety z wózkami, machamy ręką, siadamy, czekamy. Mówię, że właściwie szedłbym z buta do tego centrum, pyta dlaczego nie, mówię, że przecież zaprosił do wspólnej podróży, on mówi - Chodźmy z buta. Poszliśmy więc, na ślepo, bo wspomniany wcześniej śnieg zacinał. Opowiedział o tym, jak może wyglądać bycie piłkarzem na Cyprze, znaczy, tam nie ma śniegu. I rozstaliśmy się pod skrzyżowaniem z Alejami, ja po książki, mówię, że się z pięć razy po drodze zakocham. On po buty, mówi, że bez przesady, on by się zakochał gdzieś pod Złotymi dopiero.
Po zakupach idę do Złotych, znaczy idę na autobus z Centralnego, a do Złotych do toalety. Naprawdę. Z naprzeciwka idzie Motor, halo, cześć, uśmiech szelmy i już wiemy, że pierwsza godzina pracy w poniedziałek będzie obfitowała w pytania o moje stosunki z galeriankami.
piątek, 5 marca 2010
Albo nie wiedziałem, że "Acid Food" ma tekst, albo chodziło mi o inny kawałek
Odpalam Mogwai, bo chcę mieć coś w słuchawkach, a CSU nie jest jak Mogwai, pewnie to to. Ktoś szeroko tłumaczył, skąd wziął się post rock, oraz że najbardziej rozpowszechniony pogląd cisza-hałas stanowi ułamek, wtedy do mnie dotarło, że faktycznie, słowo post może sobie znaczyć zerwanie ze schematem zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo, refren, czy coś takiego, przy czym wcale nie oznacza wpadania w bojaźń diabła (jaką ja miałem wtedy frajdę, że zaczęli od long way from home i skończyli ostatnią z jedynej ogarniętej płyty). Okej, robienie nowych rzeczy ze starych, to coś jak Sonic Youth i używanie pałeczek od perkusji na gitarowych strunach? Mieli coś takiego.
Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.
Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?
Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.
Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.
Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.
Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).
Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.
Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.
Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.
Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.
Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.
Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.
Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.
Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.
Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.
Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.
I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.
Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".
Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.
Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.
Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.
Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?
Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.
Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.
Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.
Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).
Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.
Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.
Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.
Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.
Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.
Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.
Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.
Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.
Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.
Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.
I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.
Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".
Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.
Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.
wtorek, 2 marca 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)