Więc wyszliśmy, zniesmaczeni byciem powodem pewnego zniesmaczenia, w humorach nietęgich, na pewno nie można powiedzieć, że z wywalonymi jajcami, bo przecież wtedy byśmy nie wyszli. Wyszliśmy we dwóch, trzeźwo i mniej trzeźwo, a noc była zupełnie ciepła, więc trochę bardziej i trochę mniej prosto zdążaliśmy ulicą Pereca, ale nie tego, o którym cokolwiek wiem, a który zdaje się wiele wiedział o życiu i pewnie takich gaf nie popełniał. Wyszliśmy z tego modnego klubu, do którego trafiliśmy nie inaczej niż przypadkiem i przecież w żadnym wypadku z własnej winy, albo nawet chęci, bo my wiemy! My wiemy, że zachowanie nasze jest bądź co bądź dziecinne, do modnych klubów w żadnym wypadku nie przystaje i jedynie przypadkiem nasze zaprzyjaźnione towarzystwo zaprosiło nas - dla towarzystwa, bez złych intencji zupełnie. A myśmy postanowili dać szansę, sprawdzić się, stanąć w szranki z ową dojrzałą rzeczywistością klubową i, zygzakiem, przez osiedla i kebaby, trafiliśmy. Weszliśmy bez płacenia, zostawiliśmy torby i toboły, przywitaliśmy się i z całych sił próbowaliśmy. Ja próbowałem, no bo pytałem przecież, pst, słuchaj, po co są te chwile, kiedy każdy patrzy w inną stronę i na nikogo konkretnego i jest cisza. Albo o co chodzi z tą bliskością, oni się bez przerwy łapią za dupy, a jeśli dobrze rozumiem, to razem nie są, a tamta zaręczona, tak? Ta całkiem sympatyczna, a tamta jak się uśmiechnie, co robi bez przerwy, to wypada rzec jak Kalina Jędrusik - Mój Boże! - jakby słońce w tej piwnicy wschodziło, pomimo fajka w zębach. A słuchaj, jeśli ja mówię, że pomimo fajka, to to coś znaczy, nie? I tak to trwało, to niebieskie coś za cztery złote, to jest tanio, nawet tańce, towarzyskie kuksańce, a mnie kiedyś siostra nauczyła kilku trików z disko-samby, więc z nauczoną koleżanką mogliśmy mieć poczucie błyszczenia na parkiecie. Ja miałem, a później nie miałem z koleżanką nienauczoną, ale o błyszczącym uśmiechu, więc coś za coś, jeszcze mam czas nauczyć się tańczyć. I imieninowe sto lat, okej, mogę. I niewywalone jajca, bo jak tu jajca wywalić w okrągłej loży, gdzie sam kształt siedziska jest cokolwiek krępujący i niejako wymusza ucisk... no, wiesz czego, nie dupy w każdym razie. Aż pewien pan, domyśliwszy się najwyraźniej, co mnie uwiera, podchodzi niespiesznie, z twarzą wyrozumiałą, pucołowatą nieco, jak cherubinek, tylko z wejrzeniem takim, z takimi w oczach kurwikami troszeczkę i mówi - Słuchajcie, bo chyba nie rozumiecie, ale to nie jest przedszkole. To nie jest plac zabaw i jesteście tu li tylko przez wzgląd na owe urodziny wyśpiewywane. Ja poprawiam, że imieniny, to kurwiki mu się w oczach ćmią, bo chyba nie rozumiem, a kiedy to się dzieje, to ja zaczynam rozumieć, że on mój ból i ucisk zrozumiał, i daje mi szansę na upust, najpiękniej w świecie mnie ratuje i mogę legalnie, na kurwie, opuścić lokal, z którym się niezbyt zrozumieliśmy. Bo on mi to wytłumaczył - To jest jeden z najmodniejszych klubów w Warszawie! A nie jakieś!
Więc szliśmy w stronę Centralnego i ja byłem bardzo wyrozumiały, oraz miałem pewną frajdę z prób zrozumienia, dostrzeżenia rzeczy, które mój towarzysz pod wyraźnym wpływem tego niebieskiego uważał za bardzo naturalne i godne dostrzeżenia. Jak płotki przy chodniku, albo billboardy Calzedoni (no dobra, to łatwe). Ale kopanie papierowej torby na środku jezdni to mniej, albo pokazywanie faka losowym ludziom w czarnym BMW, a bo oni mi pokazują faka, kiedy ja rowerem tędy. Oczywiście w momencie kopania torby podjeżdża straż miejska i zaczyna wysyłać dosyć wyraźne sygnały zainteresowania, to jest dostosowuje się do naszego niespiesznego tempa, dając przykład nadzwyczajnych uzdolnień z dziedziny kierowania furgonetkami, bo jeśli my idziemy lekkim zygzakiem, sinusoidalną trasą w kierunku Mariottu, to oni muszą jechać jeszcze wolniej, niż my idziemy. Więc szacun, ale tylko przez chwilę, bo w krytycznym momencie zaczyna padać deszcz. Więc oni jadą dalej, a mój towarzysz, jak już wspomnieliśmy, w stanie jakiejś rozszerzonej świadomości, od razu wie - Bo ich nigdy nie ma jak pada! Tylko jak nie pada, to są i mnie zawsze chcą za browar spisać i spisali i co z tego, ale jak pada, to już ich nie ma!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.