czwartek, 29 lipca 2010

Wpis poterminowy - suplement do kwestii kobiecej

Już po tym strasznym zebraniu, ale wciąż jeszcze w pracy, szedłem do sklepu zrobić sprzętowy rekonesans. No i znowu mnie zaczepiła kobieta, tym razem ponad placem Indian, ewentualnie placem pana-od-krzesła, brunetka tym razem, w zielonej kamizelce z białymi literkami - wiadomo. Zachowała przy tym o wiele więcej klasy niż wczorajsza blondynka, pomachała przyjaźnie, uśmiechnęła się, podeszła, czy mam chwilę, a mnie olśniło, znalazłem dobrą, bezbolesną odpowiedź, więc też się uśmiechnąłem, przepraszająco - W pracy jestem.
Żadnej przykrości, żadnego ryzyka udzielania kłopotliwych odpowiedzi na pytania o losy świata i natury, jasne, ja się światem przejmuję i czasem go trochę ratuję, jeśli tzw. warstwa fabularna gry przewiduje.
Nawet głową kiwnęła, żadnych grymasów, nic, spoko. No!

Jaki byłem zadowolony z siebie, jaki dumny! Od razu kombinowałem, że tak samo mogłem wczoraj skłamać i byłby spokój, nie musiałbym szokować natrętnie szokującej żartami zbieraczki datków prośbą, żeby aż tyle nie kłamała, bo irytujące, nie musiałaby oskarżać o niechęć do studentów, jedno małe kłamstewko i wszyscy zdrowi.

Tak właśnie szedłem i omal ponownie na nią nie wpadłem, od wczoraj zmieniła miejsce nagabywania. Prawie jestem pewien, że odwróciła się skwaszona, oto co mi ze szczerości przyszło.

*

To miało być wysłane do tego miejsca, ale ktoś urwał kabel od internetu, więc wybrałem się na zorganizowany przez Bazyla i Herbacianą i jeszcze koleżankę przejazd rowerowy przez błota i chaszcze, do stawianego mostu, który z drugiej strony włazi nad wodę już trochę, do kanału dalej i powrót na tyłach różnych takich zakładów chemicznych. Wszystko zwieńczone wproszeniem się na kolację i nawet dostałem ciasto na wynos. Szafa gra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.