Znów mnie wywiało, miałem gdzieś rozpoczęty nowy post, to jest rozpoczety w sensie tytułu, miało być I Kant understand, nadciśnienie - o kaleczeniu obcych języków i wycieczce do Lasek, gdzie moim bohaterem został Michał. Wprawdzie po drodze dwukrotnie niemal skręciłem kostkę, ale oznakowanie zapadniętego chodnika z pewnością przydało się nawet po moim wyjściu.
Mógł być też tytuł Staying in, w kontrze do poprzedniego tytułu, chyba czasem widziałem jakiś sens w rozmawianiu ze sobą tytułami postów, teraz będzie o to sporo trudniej, bo poprzednią zawartość przerzuciłem w inne miejsce. Takie tam archiwum. Jednak jeszcze nie dotarłem do wariantu pantonieja.blogspot.com. Ale może powinienem sobie zająć adres?
Mam dzisiaj szalony dzień, ja wiem, że dopiero południe, ale mój dzień zaczął się dziś chwilę po szóstej, czyli trochę już trwa. Bujałem się wczoraj na rowerze, wcześniej ze dwa tygodnie wstecz i ogólnie tak to od dwóch lat wygląda. Były kiedyś takie lata, że w trakcie jednego wypadu przejeżdżało się przez dwie burze, raczej nie były opisywane, może w jakichś komentarzach, dzień w dzień tak. Wczoraj wyszło tak, że dzwoniłem do Ba i He (może zmieniać ksywki po resecie?), Bahenej i Hebyla, bo mam im oddać pojemniki, w których kiedyś wyniosłem słodkości. Już je oddawałem po drodze, okazało się, że to inne pojemniki. Wreszcie znalazłem dobre, ale oni dopiero mieli wrócić późnym wieczorem, więc na rower ze mną też nie. Trudno, zobaczymy się później. Ostatnio nawala mi licznik, rejestruje może połowę trasy, prędkości nie pokazuje, zwlekam z kupnem nowego, to ściągnąłem na telefon szpiega od położenia. Ostatecznie też pokazuje średnią prędkość i nie muszę ślęczeć nad mapkami, ale jednak wiedzieć ile cisnę by się przydało, to motywuje jakoś. Na szczęście w ramach szalonego poranka znalazł się jakiś typ w obcisłym trykocie, wąskie kółeczka, minął mnie, kiedy wyjeżdżałem spod Grota, to wymyśliłem podczepić się i nie puszczać do Gdańskiego przynajmniej. Uff, skręcił, jeszcze by mi strzeliło do głowy dalej tak, śmierć.
Nie rozumiem, co się stało z dzisiejszym porankiem, na ogół wstaję ze dwie i pół godziny później, a dziś nawet śniadanie przecież, serek wiejski. Tak u mnie wygląda szaleństwo, gdybym miał nawroty choroby, ogarnę jakieś kanapki z czekoladą na poranki, do pracy dowlokłem się ledwo co. A kiedyś bez śniadań jeździłem.
Szpieg od położenia pięknie rysuje trasę, jechałem Północnym, rowerowo to drugi raz, za pierwszym jezdnią, bo zjeżdżałem do Marymonckiej. Nie wiem, czy da się zjechać do Wybrzerza Gdyńskiego rowerem, podejrzewam tam jakieś barierki-szmerki, więc tym razem śmigałem tą dramatycznie wąską kładką przy jezdni. Nie oswoiłem jeszcze krawędzi, w drugą stronę drałowałem raz z buta, publiczność na fejsie doceniła, tym razem wcale nie było lepiej, na ładnie narysowanej mapie widać, że jadę tam dziesięć-dwanaście na godzinę, na szczęście GPS nie jest na tyle dokładny, żeby było widać, jak trzęsą mi się ręce.
I jeszcze muszę tym rowerem wrócić dziś, przecież spałem ledwie pięć godzin, przecież mam dentystę, przecież bez znieczulenia nie dam rady, przecież ono mnie ostatecznie uśpi, jak po tym wsiąść na rower? To w ogóle dozwolone? Sprawdzę, dam znać. Hebyla kazała dbać o siebie, to wszystko ich wina jest, że wpuścili mnie na herbatę późno i nie wyganiali wcale, dopiero o północy padło pytanie, czy ja przypadkiem nie pracuję dziś. No tak. Bahnej mówi - No co, ja przecież też. Jak dobrze pamiętam, to on codziennie śmiga do pracy rowerem, mistrz, kiedyś codziennie śmigał do szkoły. Sprawdzał, czy mi licznik styka, niestety styka, gdzie indziej przyczyna.
Kombinują tam, żeby podnająć pokój, trochę się boję, że przez to nie będziemy już leżeć na podłodze i puszczać kawałków, w początkach odwyku od bloga okazało się, że na samej podłodze brzmienie nie jest najlepsze, ale leżało się przednio. Akurat wtedy przypomniałem sobie o Archive, okazało się, że jednej z dostanych (tj. dostałem kiedyś od kumpla pliki, nie myślcie sobie, że mam w domu jakieś płyty, płyt nie słucham już) płyt w ogóle nie słuchałem jeszcze, sami wykonawcy najmniej ją teraz lubią, nie zgadzamy się więc.
I ciągle nie kupiłem słuchawek. KSC75 wciąż za siedem dych, chyba nie chce mi się szukać innych, ale chyba głupio mi znów kupić te same, ledwie wytrzymują rok, sprawdzałem przynajmniej trzy razy już.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.