Warszawska noc, idę traktem stosownym, bo Królewskim, oczywiście zaczepia mnie taka czarna, bo tam teraz zaczepiają dziewczęta. Nie miała różowego parasola, więc się właściwie nie spodziewałem. Odmawiam jej propozycji chyba całkiem kulturalnie (świetnie też sobie już w podobnej sytuacji radzę z telefonem - Chciałabym panu przedstawić ofertę... - Dziękuję uprzejmie, nie interesują mnie oferty, do widzenia - piętnaście sekund!), bo ona proponuje kawę, herbatę (to może jeszcze gazetę, też w dzieciństwie wydawało mi się, że na tym polegają dżentelmens kluby) i dopiero ewentualnie kobiety. Trochę wygląda, jakby miała wybuchnąć płaczem, trochę jest chyba w tej sytuacji zagubiona, bo ona do mnie na pan, a ja jej pytam, gdzie jej się kończy rewir, że może odpuścić klienta i cześć.
Już jestem przy wieży, skręcać na dół będę, widzę dwie oznaczone, czyli z parasolami, ale od razu też widzę, że gonią jakichś typów, czyli będę miał spokój. Szczególnie jedna wygląda, jakby nie chciała odpuścić zdobyczy. Skręcam za nimi za róg i nie wiem, czy się jednak nie pomyliłem. Dziewczyna stoi przy barierce nad trasą, patrzy w dal, może na pylony Świętokrzyskiego, może w koronę Narodowego, a może trochę bliżej, w te wieże Floriana, gdzie - to dawno ustalone - powinno pojawiać się kiedyś oko Saurona. Rzekłbyś, że wygląda to wręcz melancholijnie i obcisła mini czy różowy parasol to tylko popularny objaw zachłyśnięcia się nagłą wolnością w wielkim mieście, gdzie Patrycja mieszka ledwie od października, kiedy przyjechała ze wsi opodal Małkini uczyć się socjologii.
Przechodzę znów za róg, do schodów, do autobusów. Upatrzeni przez dziewczęta panowie solidarnie odlewają się na ścianę wieży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.