Wróciłem wczoraj z zajęć z okrutną ochotą na słodycze. Wiadomo, godzina nawet najmniej umiejętnych tańco-skoków to od razu się załącza uzależnienie od cukru. Och, jak walczyłem ze sobą, żeby nie polecieć po jakiś przesłodzony napój. Bo mnie od cukru wysypuje od razu, nie lubię tego.
W tej walce wydarzyło mi się zatem mnóstwo katastrof, prowadzących, niestety, do sromotnej porażki.
Najpierw wymyśliłem, że może zamiast jakiegoś syfu, to może po prostu sok marchewkowy. Oczywiście nie mam soku marchewkowego, ale mam marchewki, to też moja próba oszukiwania samego siebie, że mam jakieś słodycze. Słabo działa, ale ogólnie i tak je lubię przecież. Problem w tym, że sokowirówki to ja nie mam, nawet właściwie nie bardzo bym chciał.
A może to błąd, hmm?
No okazało się, że żaden blender, a te mam dwa, nie daje rady marchewce. Do marchewki to po prostu trzeba mieć sokowirówkę, wychodzi. I wyszła mi jakaś taka breja, nie nadająca się na pierwszy rzut oka do niczego. Czyli to pierwsza katastrofa.
Myślałem jak to uratować i przypomniałem sobie, że z marchewki to czasem się nawet i ciasta piecze, sam nawet na soku marchewkowym raz już zrobiłem naleśniki, a współlokatorka to chyba i na patelni potrafi placek marchewkowy usmażyć. No to hej-ho, let's go! Dorzuciłem jajko, soli, mąki, mleka, nawet sody oczyszczonej kapkę, wymieszałem i na patelnię.
I i tak poszedłem do sklepu po jakieś napoje przecukrzone, ech. Czyli katastrofa druga.
Trzecia katastrofa jest chyba dość oczywista - nie bardzo ten placek eksperymentalny wyszedł. Pewnie trzeba było mniej oszczędzać na czymś albo nie ruszać dłużej, bo może i przez chwilę bardzo ładnie sobie wyrastał, ale jednak ostatecznie oklapł i wyszedł zakalcowaty. Co nie znaczy że niejadalny, no ale nie będę tego typu eksperymentu już powtarzał bez przepisu. Improwizowane placki z banana - skuteczniejszego na cukrowe ciągoty niż marchewki - wychodzą o wiele sensowniej.
Żeby nie było, bawi mnie to jakoś, ta kuchenna przygoda. Najmniej przygód staram się mieć w życiu w kuchni, niejadek od najmłodszych lat, obojętny na eksperymenty.
Zaryzykuję, że chodzi tu w jakiś sposób o taką rzecz, że opowiedziałbym. Tylko komu?
Czas mija. Staram się nie zajechać kolan mocniej niż były w wakacje, odpoczywałem tam po drodze, a w poniedziałek nawet chyba uda mi się dotrzeć na zajęcia zdrowe kolanka. Zamarudziłem sobie ostatnio, kiedy robiłem te kilka dni przerwy znów, współlokatorce, że arrrrghhhhhh&@^%$&#^!@#%&$!@ (tak najlepiej mogę wyrazić brzmienie i sens tego dźwięku wstępnego), "drugi dzień nie poszedłem na żadne zajęcia". Mówi mi - zrób coś innego, na randkę idź.
Chyba już mógłbym powiedzieć, że nie mówię nie, tylko też nie wiem kto by nie powiedział nie, co przecież nie powinno mieć znaczenia aż takiego, tj. szuka się wtedy innej opcji, jak w amerykańskim serialu. W końcu dawno już za mną godne licealisty boleści z tagami z serialu typu make adjustments go get it energized.
Powtarzam sobie w głowie, że jak podgolę boki, to z daleka nawet można pomyśleć, że dziesięć lat młodszy. Mieszczę się w ulubione spodnie w kratę księcia Walii, a nawet mam nowe buty, testuję na krótszych dystansach ostatnio, ale myślę ogólnie, że są szałowe. Tymczasowa współlokatorka wrześniowa, ponownie matka od pięknego psa Tofu, też mówiła że spoko i właśnie do tych spodni.
Z drugiej strony - kupiłem słuchawki bezprzewodowe, tj. zostałem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku jakoś. Dlaczego? Bo jednak drażliwy jestem strasznie. I w moich przygodach typu fitness, bywało że miałem wrażenie, jakby się na mnie recepcja boczyła (o wrażeniach że towarzystwo na sali coś tam czasem ma, to już było, to już starałem się podregulować, ponaprawiać, uff, jest o niebo lepiej), więc żeby nie narażać recepcji na zapewne bezzasadne nastroje, zostałem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku po dwakroć, bo wchodzę tam w słuchawkach i przez bramki przechodzę kodem QR z aplikacji na telefonie.
Jak to bezpiecznie, nie musieć się odezwać do nikogo. Miałem tam wcześniej taką sytuację, że koleżanka mówi - fajna koszulka, albo inna koleżanka pyta, czy przyniosłem dobry humor. I za każdym razem jak później chciałem tę koleżeńskość pociągnąć, to zdawało mi się, że wyszło straszliwie creepy. Stąd ta cofka.
Napisano tak o moim poczuciu humoru, że creepy, w okolicy przetasowań wiosenno letnich. I to było w pierwszej chwili zupełnie cool, tj. było grą w otwarte karty, kawa na ławę, wiemy na czym stoimy, można się pośmiać. No ale te informację zmoderowano. Co niestety, zrobiło na mnie wrażenie, że poczucie odnośnie mojego bycia creepy nie jest odosobnione, że może cały ten ptasi-team, który przecież ogólnie robi tam jakieś sympatyczne rzeczy typu urodziny dla prowadzącej, ma takie poczucie. Może za bardzo chciałem być w tym ptasim-teamie, że wyszło na odwrót. Okay, nie muszę - zresztą po kilku kolejnych miesiącach jest wyraźnie lepiej. Ba! Wracam na salę po trzech dniach przerwy i słyszę "nie było cię!". Znaczy ktoś zauważył, to miłe.
Trudno nie zauważyć oczywiście, ale przecież to i tak miłe, kiedy powiedziane głośno.
Dziękuję.
W każdym razie pomyślałem wtedy, na wiosnę jeszcze, że jestem tym typem od how do you do fellow kids. I teraz w kontaktach międzyludzkich co chwilę mi się zapala lampka ostrzegawcza - czy to aby nie creepy? Nie przejmowałbym się nią jakoś wybitnie, ale jednak zajęcia są tam przestrzenią wspólnego relaksu, nie potrzeba nikomu, żebym się z czymkolwiek narzucał, więc też cofka. Szukam tu jakiejś równowagi, tj. żeby nie było, że się za siebie wstydzę - ja z pełnym przekonaniem wciąż uważam, że żart, nie w pełni zresztą wymyślony przeze mnie, z piosenkami kłócącymi się pod fotkami na fejsie, był o wiele lepszy, jeśli to były piosenki kłócące się na fejsie, a nie że wszyscy wiedzą kto je pisze.
Ale przecież nie muszę, jeśli to komuś wadzi, prawda?
A zabawa w śledztwo i alternatywny Kapitan to wciąż czołówka najweselszych dni nie tylko roku, ale w ogóle całego życia. Więc, raz jeszcze.
Dziękuję!
Staram się wymyślać rzeczy, w związku z różnymi informacjami zwrotnymi od świata i siebie, które zaczynają się ode mnie. To pewnie wciąż najważniejsze z tych czasów okołolicealnych, c'nie? Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.