Zasługujesz na więcej. To było best I could do tego ostatniego dnia marca. Chciałbym móc być facetem, który daje Ci wszystko na co zasługujesz, ale wiem że w Twoich oczach nigdy nie będę facetem od którego przyjęłabyś cokolwiek więcej niż kubek z głupawym nadrukiem. Wciąż pracuję nad tym, żeby to zaakceptować, bo pewne sprawy nieźle rozumie głowa, a w ogóle nie rozumie ich serce.
Przepraszam że Cię okłamałem. Samego siebie też, no ale nigdy nie wiesz naprawdę dopóki nie sprawdzisz i się nie przetestujesz. Sprawdziłem na dwa razy, czy pójdziesz ze mną na randkę. Tego pierwszego dnia byłem przekonany, że udajesz że nie rozumiesz zaproszenia, żeby mnie delikatnie spławić. Więc kolejny wieczór był festiwalem konfuzji.
Przepraszam, że ten list to będą czasem nawiązania do jakichś skrawków rozmów i sytuacji o których może już dawno zapomniałaś. Na pewno kilka razy powtórzyłem, że nie staję do walki w sprawach, o których wiem że mogę je przegrać. To nieprawda. Zaprosiłem na randkę kobietę, która nie tylko wzięła to za żart, ale wręcz na drugi dzień przyszła do mnie z pączkami, bo chyba nie mam przyjaciół. Czy facet może przegrać bardziej? Długo łudziłem się, że uda mi się zapanować nad emocjami, jakie budzi we mnie ta kobieta. Przecież bez najmniejszej wątpliwości powiedziała mi, że nic między nami nie będzie.
Przede wszystkim okłamałem Cię, że to zaproszenie na randkę to było tylko takie nieszczególnie zobowiązujące sprawdzanie zainteresowania. Nie było.
Przez kilka miesięcy uważnie i ostrożnie podchodziłem do granic, jakie czułem, że wyraźnie kreślisz w naszych kontaktach. Tak interpretowałem to powtórzone dwa tysiące sto trzydzieści siedem razy przy serialu “związki z dużą różnicą wieku to pedofilia” - jako coś do czego nie dopowiadasz głośno “więc trzymaj ręce przy sobie, nie pomyśl sobie za dużo”.
Kiedy usłyszałem to dostatecznie wiele razy, postanowiłem, że pewnie będziesz się czuła bezpiecznie, jeśli w ogóle nie będę Cię dotykał. Nieźle mi się udawało, myślę, choć na pewno byłbym szczęśliwszy, gdybym mógł odpowiadać zaczepnie, kiedy z okrzykiem “walcz ze mną!” wystawiasz przed siebie piąstki. Uwielbiam tę dziewczynę. Jestem przy niej szczęśliwy.
A później któregoś jesiennego dnia wyjechałaś. Zostałem w mieszkaniu sam i nagle dotarło do mnie, że tęsknię za Tobą jak Winchester młodszy za krwią demonicy.
Uwielbiam czas przy Tobie. Lubię Cię, podziwiam Cię, inspiruje mnie Twoja pogoda ducha i dystans do złośliwości życia. Powtarzasz czasem, że “niektóre rzeczy trzeba po prostu przetrwać”. Dawałem więc przez jakiś czas radę przetrwać, że za Tobą tęsknię. Za żartami o dziurach w mózgu. Za tym że czasem masz siłę się ze mną kłócić o bzdury a czasem po prostu mówisz “not today” i to też jest spoko. Za wspólnymi posiłkami i wzajemnym motywowaniem do pilnowania białka w jadłospisie. Za tym jak na każdym kroku tańczysz i śpiewasz, to cudowne. I za tym jak wyzywasz kota od głupoli.
Żartuję sobie czasem, że mam serce głupsze od tego kota, ale na serio to jednak myślę, że serce które czuje, to jednak jest całkiem mądre serce. Nawet jeśli wszystko kończy się tak niezręcznie.
Chciałbym móc leżeć z Tobą na podłodze, kiedy wracasz zmęczona po pracy. Chciałbym przynosić Ci kawę do łóżka. I płatki z bananem, byle nie przejrzałym.
Nie mogłaś tego wiedzieć, ale ja bardzo biorę do siebie, jak mi ktoś mówi “mógłbyś mi robić kawę”. To mogło być ważniejsze niż kiedy zaczęłaś mnie dotykać przy kocie po dłoniach. Chciałbym móc robić dla Ciebie kawę i chciałbym żebyś mnie dotykała. Nawet już za pierwszym razem myślałem, czy tak nie powiedzieć:
“Salty, czy Ty byś ze mną poszła na randkę? Nie? To pliz nie dotykaj mnie po dłoniach, bo it’s confusing as hell.”
Ale nie powiedziałem, bo chciałbym. Silly me.
Chciałbym mieć zgodę żeby Cię utulić i gładzić po włosach, kiedy mówisz że męczyłaś się w nocy, spałaś ze trzy godziny tylko i masz głupi mózg. Nie masz. Chciałbym mieć prawo przytrzymać Twoje ręce, kiedy spadasz ze stołka i pomagam Ci wstać z podłogi. Zostać dla Ciebie przystojnym kocurem i nauczyć się robić takie rzeczy, jakie się podobają.
Przepraszam za tę ucieczkę. Niestety, to była w pełni, z gorącą krwią, zaplanowana ucieczka.
Ja zimą nie robiłem się coraz bardziej chory. Ja od stycznia nie umiałem przestać płakać, a z czasem płakałem coraz więcej, zamiast coraz mniej. Na początku umiałem trzymać fason, kiedy byłaś w domu. Trochę wyjeżdżałem, trochę wyjeżdżałaś. I okazało się, że i tę walkę przegrywam. To nie serce mam głupsze od kota, to jednak głowa ze złudzeniami, że to możliwe - wycofać się z takich uczuć. Kiedy widziałem Cię ostatni raz, to też od razu za tymi niedomkniętymi drzwiami wyłem i jak pijak nie mogłem trafić w dziurkę od klucza przy zamykaniu mieszkania. Nawet się ucieszyłem, że jedyne pytanie jakie padło, to “od czerwca?”, bo na mocniej dociekliwe mógłbym nie umieć odpowiedzieć bez łez. Wybacz tę tanią melodramatyczność, ale prosząc Cię o wyprowadzkę, czułem jakbym sobie sam wycinał serce.
Ogólnie nie mam problemu z płaczem przy ludziach. A tym bardziej przy kobiecie, którą kocham. Ale też czuję, że kobieta która mnie odrzuciła nie powinna oglądać moich łez w swoim temacie.
Zażartowałem kiedyś, że ten kocyk-poduszkę daję jedynie ludziom, których nienawidzę, bo trzeba go później zwinąć. Powiedziałaś wtedy “teraz wiem co o mnie myślisz”. Pomyślałem, że gdzieś po drodze jednak przeleciało Ci przez dziury w mózgu, jak mówię, że jesteś mądra, albo supercute, albo że jestem z Ciebie dumny, albo że uważam że osoba którą zaprosisz do wspólnego życia będzie bardzo szczęśliwa.
Chciałbym być tak szczęśliwym mężczyzną, jak przy Tobie. Wymyślać jakieś wspólne szczęście, co robimy, jak do niego docieramy, z pracą, szkoleniami, wakacjami, prozą życia, ale również sprayowaniem choinki. To się nie wydarzy, dopóki nie przestanę za Tobą tęsknić. A tęsknię od jesieni i mimo jasno wyrażonego braku wzajemności tęsknię też całą zimę, próbując w tym wspólnym mieszkaniu znaleźć dystans, w jakim przestanę.
Ale kiedy przestaję na Ciebie patrzeć, okazuje się że wciąż Cię słyszę, a kiedy przestaję Cię słyszeć, pukasz do drzwi z pytaniem o kawę i później przychodzisz z troską i niepokojem, bo prawie mnie złapałaś na płaczu. A następnego dnia przynosisz rurkę z kremem. Jesteś przecudowna. Jesteś kochana. Skoro nie mogę być Twoim facetem, chciałbym przynajmniej być Twoim kotem.
Kiedy wspierałaś kuzynkę po jakimś dramatycznym rozstaniu, to rzuciłaś coś takiego, że “to tylko facet”. Ja tak nie potrafię. Salty to w mojej głowie kształty odrysowanych jak na miejscu zbrodni kawałków podłogi, na których leżałaś w kuchni i przedpokoju, słodki zapach smakowej herbaty lovare (czasem coś czuję! ale czy to naprawdę była herbata?), bałagan absurdalnie sexy poczochranych włosów z nałożoną odżywką, smak holenderskich wafli i klejących kluch z koreańskich potraw, niebezpieczny błysk w oczach, kiedy wyrzucasz mnie z pokoju, wibracje ciasno opiętego jeansami tyłka, kiedy walasz mi się po łóżku w zabawie z kotem, wspomnienie jakiejś niezręcznej erekcji, zanim jeszcze zacząłem tęsknić, przegrywana czasem walka z grawitacją biustu, który na poważnie zainteresował mnie dopiero, kiedy pokochałem dziury w mózgu - uwierz, że mają jeszcze większą siłę przyciągania (może są czarne?), więzisz tam pełno światła.
Dziękuję za te wieczory, jak z wpisu z pamiętnika. Były dla mnie warte każdej późniejszej łzy. Przepraszam za to smarkanie między łzami, domyślam się, że na maxa słabo się przy tym zasypia.
Myliłem się, myśląc, że poradzę sobie, mieszkając wspólnie.
Przepraszam.
TL;DR: zmieniasz mieszkanie żeby nie żyć pod jednym dachem z zazdrosnym dupkiem.
Baaajo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.