poniedziałek, 13 lutego 2012

Poprasówka, prawie jak stanowisko

Staram się z dystansu patrzeć na aktualne zawirowania wokół ACTA, przecież żadna ze stron nie uznałaby mnie niewinnym, bo już w życiu sporo się naściągałem, ale oprócz tego coś tam też kupiłem, na ogół pewnie nabijając kabzę jakiemuś korpo potworowi czy czemuś takiemu. Czytam wypowiedzi, Żakowski stara się odrabiać punkty u internautów (dobrze kojarzę, że gdzieś tam stracił? ja zapomniałem, ale internet na pewno pamięta), WO jedzie Żakowskiego, a dalej to już zupełnie bez nazwisk, w sumie dobrze, bo w internecie przecież się to dzieje, ja nawet (nielegalnie!) nie mam teraz nazwiska na fejsie, choć gdzieś tam ma je zapisane na pewno. I dopiero wczoraj pomyślałem, coś chyba niewesołego to jest, co trudno będzie z poniższych notatek (nie zobaczycie ich) złożyć w logiczną całość, tym bardziej, że, jak to w internecie, wciąż dochodzą nowe wątki, chociażby dziś tematycznym manifestem dzieli się Czerski, uwzględniony w planie i bez tego, a teraz muszę przez niego zapobiegawczo powiedzieć, że wydawało mi się, że kolejne generacje nic istniały tylko na papierze już wczoraj. W końcu miałem się tym pochwalić.

Planowe notki blogowe, tfu, to chyba te najgorsze.

Zacznijmy od fejsa, na którym dla odmiany od kolejnych demotywatorów i kwejków, prawdziwą furorę robił ostatnio pudelek. Też ważna strona, kiedy prawie cztery i pół roku temu zaczynaliśmy pracę, była w zespole osoba odpowiedzialna za pudelkową prasówkę, oraz osoba, która przechwytywała wszystkie informacje o Kim z rodziny, do pewnego momentu, prawniczej. Ów pudel również zajął stanowisko, wyszło mu to lepiej niż choćby Palikotowi, wiecie, że ja normalnie z pudelka nie wrzucam, ale teraz wrzucę, a kiedy teksty z pudla namiętnie zaczyna przeklejać intelektualna przyszłość narodu, po równo studenci kulturoznawstwa, języków i politechnik, to sygnał jest jasny - coś się dzieje. Kij w mrowisko włożył w tekście Z Pudelkiem na barykady Paweł Wroński, pudel nie pozostał dłużny, a dalej to już spirala nienawiści - kto ma z kim powiązania, kto zarabia na plikach, wasza spółka straci, blablablabla. Nie doczekałem się niestety kolejnego komentarza pudla, a szkoda, to chyba Varga domagał się w jakimś niedawnym felietonie polemik, tu miałem istne Celebrity Deathmach.

Również na fejsie toczyła się krótka dyskusja o komentarzach pod serwisami GW, tam akurat chodziło o oskarowe nominacje i powszechny antysemityzm, zamiast wypowiedzi o filmie, ale mnie wydawało się, że to ogólna przypadłość serwisów portalowych. Po komentarze na poziomie chodzi się na strony i fora tematyczne, te na onecie czy pod serwisami agory odpala się dla beki (a może jest taka strona na fejsie?). Tym bardziej zaskoczyły mnie komentarze pod wspomnianą wyżej wojną - z których większość jest po prostu uczciwym komentarzem, bez wycieczek osobistych, ludzie tłumaczą, przyklaskują pudlowi, bo przecież tak właśnie jest - większość pieniędzy na kulturę nie ma. Oczywiście pojawiają się też hasła ogólnie pozostające w cieniu złodziejstwa - patenty, tańsze zamienniki i leki, albo niejawne ustalenia - ale przecież nie o tym pisał pudel i nie o to toczy się spór. Spór toczy się o to, co od dekady powtarzają różni ludzie, ale do tej pory dyskusje się rozładowywały. Nie pamiętam tej o Generacji Nic Wandachowicza, chyba zaczynałem wtedy liceum, brak zainteresowania światem, nie wiedziałem, że coś się dzieje. Żulczyk wspominał o pokoleniu 1200 brutto (patrzyłem na wskaźniki inflacji, dziś to powinno być 1400), kiedy już liceum kończyłem, też to przegapiłem, czyli bardzo słusznie z dziennikarskich zapędów nic nie wyszło.

Ostatnio zapamiętałem hiszpańskie indignados, czytałem o umowach śmieciowych, chwilowo mnie to nie dotyczy, ale boję się. To nie jest oczywiste, jak bardzo się boję, trzeba zajrzeć we wspominane ostatnio tabelki w excelu, które przypominają, że nie chcemy się wpierdolić w kredyt na całe życie. Kosztem kultury przede wszystkim pewnie. Od lat nie słucham Głaza, że powinienem się trochę bardziej i trochę częściej bawić. Zgodziłem się być zakładnikiem tych tabelek - w końcu mam ten fart, może nie aż taki, jak Smoczy i Bazyl z mieszkaniami, ale jednak jest szansa, że nie zawsze tak będę, może ledwie przez pół życia.

Jeśli cokolwiek może mi się w tych sprawach podobać, to daty, znowu luty i znowu spada na głowę nierozumiem.

O tych pokoleniach, które Czerski usiłował liczyć - ja byłem wtedy na Jana Pawła II, kiedy palili tysiące zniczy, Wielki Elektronik nas wyciągnął. Ale nikt z nas nie szukał pojednań, nikt nie mówił o pojednaniach, może nie wiedzieliśmy, że są jakieś pojednania, w końcu ja się nie interesowałem światem, nikt z nas na to nie wpadł. Wręcz najwięcej dowiedziałem się o nich właśnie z książki Czerskiego, ale to już było rok później. Zanotowałem wczoraj - media same to wymyślały. Chciały widzieć coś, czego nie było. A teraz znów widać, może nawet bardziej, skoro skacze spora część Europy. Fantastyczny tłum, mógłbym być częścią takiego tłumu. Kiedy Cytat z Cyganem mówią o meczach, to bardzo ważna jest oprawa. Wspólna sprawa. Wiesz, że lubię Róże Europy, nawet znalazłem się kiedyś w niezręcznej sytuacji z PDW, to chyba jedyna sytuacja z PDW, proponował wódkę w temacie, przecież ja nie piję, trochę boję się, że może mnie pamiętać. Właśnie u nich to czułem, właśnie to mi się podobało, że tam wszędzie jesteśmy my, mamy dla was kamienie, jesteśmy rock'n'rollowcami, jestem pewien, że Ty i Ty, i Ty.

Tylko wiecie, boję się. To w ogóle nie jest głębokie, mam to pod samą skórą. Może dlatego trzymam dystans. Nie wierzę Wam. Nie ufam. Podobają mi się te teksty o tworzeniu nowego, no bo tak jest, internet wywrócił świat, dlaczego godzić się na okopywanie biznesowych modeli. Pewnie dzisiaj kupię płytę Gettokosmos, pewnie nawet za trochę więcej niż wołane prosto do artystów pięć złotych. Ale nie mogę odpędzić tej myśli, że wyszliśmy na ulice, czego nie zrobiła Generacja Nic, ani inne pokolenia, o których nie przeczytałem, wcale nie za wolność naszą i waszą. Mam wrażenie, że wyszliśmy, bo zabierają nam igrzyska. To jedno, co pokolenie tysiąc dwieście brutto miało poza chlebem - megaupload i seriale, wszystkie te fantastyczne, naprawdę fantastyczne amerykańskie seriale, przy których zapomina się, jak trudno się realizować, jak trudno wierzyć w marzenia, kiedy tysiąc dwieście brutto i mieszkania budowane wcale nie tańsze - po prostu coraz mniejsze. O wiele bardziej podoba mi się manifest Czerskiego, ale jednak mam wrażenie, że wyszliśmy na ulice głównie dlatego, że w konsekwencji mogą nas odpiąć od Matrixa. Nie lubię tego.

Tak, nie mogę się zdecydować, czy wyszliście, czy wyszliśmy.

czwartek, 9 lutego 2012

Echo cyklu zebraniowego - mój bohater Puyol

Najlepsza rzecz, jaką spotyka się na firmowych zebraniach, to ptasie mleczko. Wcześniej bywała całkiem niezła czekolada, ale nie mogłem o tym napisać, bo zebrania odbywały się nowym trybem i autentycznie nie miałem czasu na notatki. Naprawdę - ciężko mieć czas na notatki, jeśli zebranie rozpoczynam ja i wychodzę, kiedy skończę mówić. Dziś stary tryb powrócił, tryb w którym się siedzi tam przez dwie godziny, ale na szczęście częstotliwość będzie miał miesięczną, za tydzień znów ledwie chwila. Przyjmijmy, że blog korzysta na tych dłuższych zebraniach, kiedy muszę jakoś odpędzać nudę.

We wtorek odwiedzałem Smorkę i Katastrofę, już jakiś czas mieszkają razem, tak, to znak czasu, choć bardziej do myślenia dał mi ostatnio telefon od ciotki, która zapraszała na rodzinną osiemnastkę kuzyna. Jak to? Kiedy się ostatnio widzieliśmy, wprawdzie odstawał już mocno od ziemi, ale jednak wciąż był z niego dzieciak. Niespodzianka. To oczywiście przez pracę, w której może i wiele się dzieje, ale narzuca życiu bardzo jednostajny rytm. Cztery i pół roku, dni urlopowych w sam raz na podróż dookoła świata, taką staromodną. Albo wezmę duży procent do września, albo zaczną się przedawniać, nie chcemy tego przecież, no i świat można okrążyć teraz sporo szybciej niż kiedyś. A S&K chcą iść ze mną na polsko-ukraiński koncert czternastego, więc może dotrę. No ale.

Ja mam problem nawet z bliskimi podróżami, nie dotarłem w piątek na MKL, bolała mnie głowa, jakaś kumulacja na koniec spokojnego pod tym względem tygodnia, nie pomogła czekolada od Protestanki, nie pomogło półtorej godziny drzemki. Na jesieni dentysta zalecał pozbycie się ósemek, oczywiście chirurgiczne zabiegi w jamie ustnej to nie jest mój ulubiony sposób spędzania czasu, więc zwlekam, pomimo nerwowych nacisków i takich tam. Pamiętam polonistę z ostatniej klasy liceum, profesor Dudziak, ogromna rezerwa do wszystkiego, ale któregoś dnia wszedł do sali i na wstępie warknął, żeby struny nawet szarpać nie próbować, bo ósemki.

Sam warczę przede wszystkim w pracy, wiadomo, wspominałem, że mam życie-pracę, na szczęście powarkiwanie, często okraszone mało wyrafinowanymi wulgaryzmami, powiązane jest ze spotkaniami z przerw obiadowych. Te spotkania też już są niemal obowiązkowe, tak ze trzy miesiące temu warczałem na pewno trochę mniej, wtedy graliśmy w Mortal Kombat, jugglowałem za trzydzieści procent obrażeń, nie było źle. Niestety, krwawy turniej poszedł w odstawkę, kiedy w biurze pojawiła się FIFA12, a sporty drużynowe to nigdy nie była moja para kaloszy, ja z tych ostatnich wybieranych do drużyny. Więc pomimo nauczenia się triku z obrotem wokół własnej osi na piłce w biegu (a to znaczy, że kiwam się w grze wielokrotnie lepiej niż w rzeczywistości), który nawet ze trzy razy skutecznie zastosowałem, przegrywam sromotnie, jeśli nie jestem w drużynie z Motorem. Tym niemniej z niepokojem spoglądam teraz na zegar, zebranie jest na kursie kolizyjnym z meczem. Nawet z trzema.

Na pewno częściej wygrywałbym, gdyby dać mi jedenastkę złożoną z samych Puyoli, ten chłopak ratuje mi każdą sytuację, która w ogóle jest do wyratowania, raz nawet strzelił bramkę. Sam nie rozumiem tych taktyk, krycia, obrony, zabranie komukolwiek piłki jest ponad moje siły, więc zostawiam te zadania drużynie. Atak jest łatwiejszy (co nie znaczy, że łatwy), trzeba podawać tam, gdzie po drodze nie stoi żaden Brazylijczyk. Swoją drogą - przeklęty Pato. Cytat nimi gra, bo mają najwięcej gwiazdek, on się umie kiwać, a ja wciąż nie wyciągnąłem żadnych wniosków z tego, że nigdy nie zrobił triku z obrotem na piłce.

***

Raczej słabo się zgrywam z Cytatem, ostatni mecz 1:5 bodaj. Przeklęci Cygan z Motorem.

wtorek, 7 lutego 2012

jesionowe paranoje moje

Okłamałem Was ostatnio, bo Skyrim (a.k.a. The Elder Scrolls V Skyrim, w Neo Plus mieli kiedyś taką zasadę, że im dłuższy tytuł, tym gra kiepściejsza) oficjalnie wyszło jedenastego, ale wiadomo, że u nas jedenasty to święto, więc dystrybucja cichaczem podsyłała na dzień wcześniej. Moje szczęście, że specjalnie na tę okazję kupiłem PlayStation 3, bo nie musiałem czekać do oficjalnego systemowego pozwolenia, jak na PC, tylko od razu po pracy mogłem grać - dziesiątego czyli. W pracy, przecież nie mam w domu telewizora. Tak, spędziłem tamten weekend w biurze, tak, nie tylko tamten. Nie poszedłem na koncert Kobiet, będę pamiętał tę datę, koncertu na którym nie byłem, przeciwnie do tego sprzed spłonięcia filozoficznej, który przekonał mnie do sprawy. Myślę, że gdybym urodził się Chińczykiem, miałbym szansę umrzeć w gamingowej kafejce - byłbym tym jednym z trzech na pewnie już blisko półtora miliarda, o którym napiszą w mediach.

Może ktoś jeszcze pamięta Młota, on to czasem czyta, to pozdrowię i pochwalę go, że mniej więcej na dwa tygodnie przed premierą wkręcił się w temat, dzięki czemu udręka oczekiwania była nieco lżejszą i miałem z kim dyskutować dobór perków, które do internetu przepisywali zachodni bywalcy tematycznych wystaw. Specjalnie zamówiliśmy w tym samym sklepie, żeby razem odebrać, godziny mijały, to wcale nie było jeszcze pewne, że będzie, a co jeśli nie, jeśli wszyscy już będą grać, a nam przyślą w poniedziałek? Na dwie godziny przed zamknięciem punktu odbioru, po kilku telefonach, zostawiałem Młota, kierując się do innego sklepu, straciłem wiarę i choć jednocześnie serce mi się darło, bo mieli tylko jedną kopię, to silniejszą była ta myśl, która często pojawia się w dyskusji o umowie kontrpodróbkowej: nie mogę czekać trzech dni, kiedy wszyscy już będą grali! Tak działamy w globalnym świecie, ja akurat w przypadku tej serii. Ale skończyło się happy endem, bo kiedy wysiadałem już do drugiego sklepu, przyszedł sms o możliwości odbioru, od razu dzwonił Młot, to jednak spotykamy się na miejscu.

Wsiadłem w metro powrotne i nawet zapomniałem o miłości, naprawdę, albo nie, ale jednak uparłem się zapomnieć, bo tak naprzeciw po prawej siedziała taka właśnie, jakich cały świat ma może kilka tysięcy, skoro w jednej Warszawie trafiłem trzy, a jedna nawet znów się ostatnio przyśniła, znów nic nie mówiła, chyba robiła imprezę, na której byli sami faceci, starałem się zgrywać rozluźnionego, kursowałem od niej do równie niemego towarzystwa, a ostatecznie jakaś zupełnie inna, nagła, kazała mi zaglądać w swój dekolt. Ta we śnie o już nie samych facetach i królowej, nie ta z metra, nic Wam o niej nie powiem, pewnie miała jakieś jesienne kozaki na niezbyt wysokim obcasie i blu jeansy, w szczegóły fizis uparłem się przecież nie wgłębiać. Słuchaj, to zabrzmi głupio, ale kocham cię od pierwszego wejrzenia, spoko jeśli ty mnie nie, bo ja bede grau w gre przez kilka miesięcy teraz, możesz się do mnie przyzwyczaić przez ten czas, oczywiście jeśli zgodzisz się spędzać ze mną weekendy w pracy, inaczej może być ciężko. Ale mamy fajny telewizor, piszesz się?
Jak fajosko wygląda kawał tekstu kursywą, może by się pisała, choć pewnie nie pozwoliłaby podróżować z Lidką. A przeglądarki różnie renderują tekst, może tylko u mnie tak. Tymczasem - niemalże leciałem do tego Sferisa, od Wierzbna do Sferisa na Dobrej jest kawałek, pewnie powinienem był wysiąść na Racławickiej, pewnie nie mogłem, skoro uciekałem przed powyższym scenariuszem. Ale i tak czekałem na Młota, bo jednak byłem pod sklepem pierwszy.

Więc największym rozczarowaniem nie jest ta z tych onych, które wyłączają mózgi, ani nie aż takim rozczarowaniem jest gra, ani nawet przegapiony koncert Kobiet nie jest rozczarowaniem, choć z siwobrodej (hahaha, kto łapie dowcip?) perspektywy czasu wiem, że jeśli już, to trzeba ją było przekonywać do siebie Radiowozami. Największym rozczarowaniem w sprawie Skyrima jestem ja sam, który zobowiązałem się wesprzeć redakcję tematycznego serwisu, ale po dwóch czy trzech pierwszych tekstach przestałem się wyrabiać w życiu z czymkolwiek i to mniej przez wzgląd na granie w grę, bardziej przez sześćdziesiąt nadgodzin w styczniu, trochę mniej w grudniu, ale z workshopami pracowymi i w ogóle. I uwalam kolejne terminy, choć zdawać by się mogło, że jak coś jest pasją, to się opracuje bez względu na wszystko. Ups. My bad, dałem ciała, ciągle jeszcze staram się pozbierać, mam nadzieję wyrobić się zanim przyjdzie jakiś mejl typu dzięki za taką pomoc, wypierdalaj z wesołej gromadki, sam bym na pewno miał ochotę takiego wysłać.

To ma być pisanie terapeutyczne, że jak się przyznajesz do problemu, to problem przepada, a w każdym razie łatwiej sobie z nim poradzić. Zadziałało świetnie z tymi nadgodzinami, kiedy na początku stycznia wszystkim wokół chwaliłem się chujowym wykresem zeszłorocznych wpływów, że moja życiowa refleksja sprowadza się do tabelek w excelu. Które skrupulatnie wypełniam od kilku lat i jeśli ktoś życzy sobie prześledzić zmiany cen pasztetu podlaskiego, służę pomocą, choć pewnie nie odnotowałem kiedy dokładnie z półek zniknęły większe puszki. Sam sobie wbijałem szpilę, żeby się zająć czymś oprócz pracy i trochę zadziałało, przez Katastrofę zamówiłem płytę ewy braun, przeczytałem dorwanego lata temu pdfa o myszach i ludziach Steinbecka, no i jest szansa, że znów będę częściej strzykał jadem w internecie.

W końcu nic się nie zmieniło, oczywiście to jest temat na jakąś współczesną powieść (bo w niewspółczesnych się zmieniało), wciąż nie wstaję do pracy, przy czym świat mam po swojej stronie, gdybym dziś wstał, to na roście Mota Groweckiego i tak się ktoś rozkraczył, stałbym w korku jak stałem, ale pewnie bez książki, którą do autobusu zaoferował brat - Człowiek z wysokiego zamku - a on wrócił do domu, kiedy mnie tam powinno dawno nie być. Wstęp o Dicku, wszędobylski LEM-komórka-KGB, w pracy widzą, mówią dobre, mówią Blade Runner i empatia, opieka nad elektrycznymi owcami, która świadczy, co znów łączy, zbiega się z Prytem i jest anegdotką po raz kolejny potwierdzającą słuszność podjętych działań, klik w mózgu. On pokazał dzisiaj kadr i napisał, że nie zdał testu, ja filmu nie widziałem, ale wiedziałem od razu, co to za maszyna, czyli że mamy wszyscy mózgu zwoje zmutowane nie tylko internetem, bez internetu też.

sobota, 21 stycznia 2012

!UR gonna be alone again, roboczo niewidziane filmy

Doczekałem się, dziesiątego listopada wyszło Skyrim, od tej daty rozgrzeszam się za niebycie, może trochę przed, albo w ogóle się rozgrzeszam, bo to żaden grzech nie być, żaden grzech również walić w świat skojarzeniami i dygresjami, więc choć pomyślałem, że może to bez sensu, to jednak znów wrzucę kursywą Czy Erich Fromm wiedział jak żyć i nie będę szukał w internecie, czy na pewno tak. W ogóle nic ostatnio nie słuchałem, Myslo też nie, jakieś jutubki, nawet robiłem listę odtwarzania Ewa Braun, ale zmienili tam layout i nie chciało mi się szukać, gdzie to teraz. Zepsuły mi się słuchawki i nie kupiłem nowych, zepsuł mi się niby to niezniszczalny iRiver T10, myślę, że wcale się nie zepsuł, tylko ten włącznik coś się na mnie obraził, już wcześniej dawał znaki, trzeba było dociskać pod kątem lekko. Chętnie bym uciekł w internet szukać remedium, bo przecież jak to, znowu się wdrażać w pisanie, na pewno się nie uda.

Wdrażać się, na takie przedstawienie sprawy brak mi słów.

Mam wprawdzie drugie słuchawki, ale one mają trzy metry kabla i są otwarte, ten kabel jest pozawijany wokół okołobiurkowych struktur w pracy, która o wiele bardziej jest ostatnio dla mnie domem niż miejsce zameldowania, więc gdzieżby tam je wynosić. I szkoda ich, wielkie i wygodne, nawet dubstep daje radę, choć charakterystyka, o której więcej kiedyś czytałem, niż sam jestem w stanie ocenić, nie jest w ogóle basowa. W pracy buczało ostatnio Twin Prix, z dotarciem do którego mam historię, cieszę się na tę myśl, bo to jest łącznik między pół roku temu i dziś. Srsly, to ważne, naprawdę się cieszę, mam ciepło w coraz wątlejszej, korporacyjnej klatce piersiowej (guess what: znów piszę z(za) biur(k)a), cieszę się, bo mogę się przyznać, że rozważałem zamknięcie interesu i przeniesienie się pod jakiś adres w stylu pantonieja-dot-blogspot-dot-kom (Kto z was zna takiego?). I nie chodzi o Was, o Ciebie, Ciebie, Ciebie, kimkolwiek jesteś (dzień okularnika, dzień okularnika), tylko o mnie, bo miałem wrażenie, że się nie udałem.

O, blogger się zmienił od mojej ostatniej bytności, kiedyś nie musiałem wstawiać znaczników do akapitów. Tak, po każdym wpisanym wciskam Podgląd i podważam, rozważam. Muszę kupić marchewkę, może jutro w drodze do zameldowania.

Łącznik to znów historia o internecie, pewnie w tym czasie ładniejszą byłaby o jakiejś pipie, ale nie, chodzi o fejsa, wiecie, gdzie całe dnie spędzają ludzie i wysyłają zaproszenia do znajomości i nawet już przestałem się nad tym zastanawiać, kto z nich mnie interesuje, bo po usuwaniu znów zapraszali, powiadamiali. Nie spodziewałem się tam Marcina Pryta, to oczywiście znaczy, że wcale nie jestem internetowym wyjadaczem, bo w internecie po pierwsze nie należy się spodziewać, a już na pewno nie należy być zaskakiwanym czymkolwiek na fejsie ani podchodzić do niego nazbyt poważnie, co niby wiem, ale jednak wciąż boli mnie klikanie w przyciski interfejsu typu "Odrzuć" zaproszenie, przecież nie chcę nikogo odrzucać, mam inne plany zwyczajnie. Czyli kiedy do znajomości zaprasza mnie Marcin Pryt, to w pierwszej chwili mam wrażenie, że chodzi konkretnie o mnie, że wie o mnie, choć skąd niby, a nie o przynależność do grup 19 Wiosen i lubienie Trypa. Przetrawiłem tę nobilitację i w sugerowanych wydarzeniach doszły mi muzyczne Marcina, właśnie stąd mam Twin Prix. Dzięki, Marcin, nieźle izoluje od korpoświata wokół.

A skoro pozwalamy już sobie na dygresje, to przez chwilę jednak czułem się ostatnio dinozaurem. Kiedy zobaczyłem oburzonego Julesa, zastanawiałem się, kto wyciągnął z sieciowego lamusa goatse. A to po prostu urocza piosenka, którą w czasach (nomen omen ktoś nawet do mnie powiedział ostatnio) usuwania znajomości większość świetnie czuje.

Wyszedłem wczoraj z pracy, to już jest cenne, że wyszedłem, bo przestało to być w moim przypadku oczywiste, Katastrofa zapraszał na kręgle, wykręciłem się z poprzedzającego je filmu 3D, może to źle, katastrofa by była jeszcze wspanialsza. Kręgielnia w Galerii Mokotów to w ogóle nie jest moje miejsce, jest skrajnie nie moje, no i zawsze zostaje jeden kręgiel, jakże to tak. Przez większość wieczoru czułem się źle, obudziłem się pod koniec, bo zwęszyłem wyjście, szedłem wreszcie zadowolony, przez pasy po białych pasach. Mówię Katastrofie (nomen omen napisałem już dzisiaj), że słyszę Greka Zorbę - Ale gdzie, gra gdzieś? Nie, po prostu słyszę. Ostatnio słyszałem go na weselu Herbacianej i Bazyla, nasze pokolenie nie zna kroków. Nie oglądałem, nie czytałem. Może nadrobię, dziś nadrobiłem młodego rudego Sinatrę, co wzięło się z dyskutowania zjawiska filmów noir z Protestanką, w wyniku czego zgłosiłem się do Głaza po tytuły. Czy to nie jest piękne, powiedzieć Bogart, Sokół maltański, a dostać Rzymskie wakacje i Śniadanie, o którym dzień wcześniej gdzie indziej pisałem: nie oglądałem*? Przecież Głaz ma Audrey na ścianie.

Dzięki za uwagę, wszyscy poszukujący dat okularników, dzięki Asterix, może to nie będzie ostatni raz, kiedy ktoś odkopuje archiwa, może będzie jeszcze więcej archiwów, tyle przede mną katastrof. Keep calm and fus ro dah, uprzedzam, pewnie będę coś pisał też o grach. Tylko nadrobię zaległości w pisaniu o grach, bo inaczej nie wypada opowiadać.

*Ale trochę wiedziałem o co chodzi, bo przecież bawiłem się w robienie plakatów. Więcej ich było, Daimos też! Nie pochwaliłem się tam, to przynajmniej tu się przypomnę, wszystko aktualne poza datą - trzeciego lutego!

poniedziałek, 26 września 2011

[FB] Kroniki Konradoxu

Na szybko, na świeżo, może jeszcze jesteście zainteresowani. Krokami Ghula pokierowała Nika, w Pełnometalowego Alchemika wcielił się Krzyś. Na szczęście nie musiał ratować świata, świat bardzo na tym skorzystał, bo w rękach takiego alchemika długo by nie poistniał - wkrótce któraś z przebrzydłych (choć jednocześnie bajecznie kolorowych) kreatur rozgromiła go i do gry wszedł Nekromanta. W międzyczasie uDuchowiony Leprechaun zdecydował się szukać złota w innych światach. Co oczywiście było decyzją słuszną - bo tym sposobem wymknął się podstępnej śmierci.

Kostucha czaiła się na każdym kroku: zrzucając lawiny na polany czy prowokując poślizgnięcia w Orlich Górach. Podróżnicy opierali się dzielnie, rosnąć przy tym w stożki. O tym, że Sprite rósł w siłę w tempie wykładniczym, o tym to wiecie, ale że ów Mroczny-Jeździec-O-Jelenich-Bodaj-Rogach kończył grę z siłą na poziomie dwóch smoków (nie ma to jak dobry bojowy rumak) niekoniecznie. A przecież Ci mniejsi też się wykazywali - nieskromny już w tym momencie skryba zapomniał na chwilę o swojej smoczej Nemezis i przepuścił szturm na gniazdo Orlego Króla (lecz mniejeszego tego, na szczycie gór), zyskując piękny, połyskujący oktarynowo młotek. Radość z błyskotki wybił mu po chwili z głowy Ghul sprzymierzony ze Spritem - wiadomo, Gnuśny nie miał szans. Nie on jeden zresztą.

Nawet niespodziewane zaklęcia paraliżujące nie mogły na długo zatrzymać magicznie wykoksowanego Dzwoneczka. Zasłużenie nałożył Koronę Władzy i wszystkim herosom (błąkającemu się po łąkach Nekromancie, Ghulowi spod bramy, galopującemu Rogaczowi i Znów-Mi-Zabrali-Fajną-Zabawkę-I-Przegrywam-Wojownikowi) przyszło po raz ostatni rozczulić się, jak piękny jest ten świat, po którym stąpają, pożegnać towarzyszące dusze czy inne zombiaki, poklepać po pysku wiernego od dwóch tur rumaka (Skończyło się rumakowanie!), westchnąć nad niepokonanym smokiem i wreszcie wydać ostatnie, zielonostożkowe tchnienia w rytm pulsującego nad planszami zaklęcia rozkazu.

I poszli w noc, ale te historie sami Wam muszą opowiedzieć.

środa, 6 lipca 2011

Jest już późno, piszę bzdury

Któregoś czerwcowego dnia miałem sen tak bajkowy, że Disney nie podskakuje. Oczywiście w ogóle już go nie pamiętam, trochę uciekania, przepychania się, trochę horroru też, ciemności w magazynach, skradanie się. Kiedy to mogło być, poprzedni, na pewno zanim cokolwiek pisałem, nawet niekoniecznie w tym stuleciu. A może w początkach. Że skradam się w ciemnym magazynie wśród klockowych konstrukcji, kolorowych, dziecinnych, chyba nie miałem takich klocków, ale są w każdej kreskówce czy amerykańskim filmie - kolorowe sześciany z literkami zamiast drewnianych skrzyń. Odkrywają mnie, pojawia się olbrzym i zaczyna mnie gonić, a ja żeby mnie nie sięgnął, muszę polecieć. I chwieję się w tym locie, to jest bardzo lekkie i bardzo ciężkie zarazem - uczucie bliźniacze temu, jakie wywołują niektóre kobiety. Lot koncentruje się w klatce piersiowej.

Dziś wpadłem na pomysł, że chwiejność lotu w moich snach ma źródło w grze Prehistorik 2, której bohaterowi zdarzało się latać na lotni. Nie mam pojęcia jak należy obchodzić się z prawdziwą, lęk wysokości nie zachęca mnie do wyszukiwania takich informacji, tą dwuwymiarową trzeba było manewrować na zmianę w górę i w dół, żeby nie spaść. Brat się niedawno nudził, uruchomił jakąś flashówkę z dżomonster, z pingwinem to nie działało już tak dobrze.

Czerwcowy sen bajkowy też kończył się lotem, choć już nie tak samodzielnym. Wyobraźcie sobie powietrzny statek, taki właśnie, któremu nawet Disney nie podskoczy, nawet kosmiczna Planeta Skarbów (nie wiem nic o Wyspie), choć bardzo ją lubię. To cały latający kompleks, drewno, para, śmigła, mechanizmy i przekładnie, bajkowy steam punk, z wielkimi błoniastymi skrzydłami. Tam właśnie dzieje się całe ganianie, jest ktoś wielki, choć nie aż tak olbrzymi jak kiedyś, nas jest paczka i nocą skradamy się po pokładzie. Żeby nas nie złapał. Kiedy zaczyna świtać - jesteśmy na łące, jest wiosennie zielona trawa, są majestatyczne chmury, wypychamy z hangaru samolot, mniejszy, ale utrzymany w tej samej poetyce, co cały kompleks - bracia Wright i brązowe, błoniaste skrzydła, przez które przeziera słońce. Więc może to już taki późniejszy poranek. Prawdopodobnie udało nam się zdystansować wroga, rozpędzamy się spokojnie, odrywamy od trawy, lecimy.

W tym momencie odnajduje się wróg, ciemna, kulista postać, nagle bardzo ucieszona i jak najlepiej nam życząca. Radośnie biega po całym statku i krzyczy - Lećcie! - jakby była pełnym dumy rodzicem.

Wierzcie albo nie, ale o tym, że rodzic może być dumny z dziecka, pierwszy raz przeczytałem we wstępniaku pierwszego numeru Neo Plus, gdzie Gulash produkował się o rozstaniu z redakcją Secret Service i tak mi się to zawsze kojarzy - z pisklęciem opuszczającym rodzinne gniazdo (młody orzeł?). Oczywiście nie mam wątpliwości, że rodzice bywali ze mnie dumni trochę wcześniej nawet, po prostu nie widziałem. Niewiele widzę poza czubkiem własnego nosa, wciąż staram się z tym pogodzić. Przykład - to powyższe jest najważniejszym chyba, co działo się w czerwcu, skoro od tego zaczynam. Co wybrać innego, tego jeszcze nie wiem - wyjdę teraz z biura, może uda się kupić przedłużacz, może uda się napisać coś o dzisiaj, a później wrócę do wcześniej.

***

Nie da się niestety o zakupach napisać nic ciekawego. Akurat nie spałem w autobusie, wysiadłem do Oszołoma, może to jest jakoś nowe, bo straszliwie nie chciało mi się tam robić zakupów od sam nie wiem kiedy - i kornflejksy kupował mi brat na zlecenie, przy okazji większych zakupów. Pewnie przedłużacz też mógłby kupić i pewnie nawet kupiłby od razu dobry. Ja kupiłem zły, zorientowałem się po wstawieniu mikrofalówki na lodówkę, nawet powstrzymałem się od szpetnych przekleństw. I dobrze - znalazłem w domu inny, który pasował, zamieniłem je miejscami, wszystko gra, znaczy świeci się, rano spróbuję zrobić zapiekanki.


***

Ciągle nie jeżdżę rowerem do pracy, w ogóle rowerem za bardo nie jeżdżę, da się policzyć na kciukach moje czerwcowe wypady. Raz, na początku, zajechałem do Aleksandrówki pod Mińskiem, było ognisko i wchodziłem na drzewo. I na koniec, kiedy odezwał się do mnie Ziomek, czy może nie jadę na masę. Ostatnio byłem dwa lata temu, na pewno też w okresie wakacyjnym, czasem powtarzam, że na masę krytyczną należy czasem pojechać, żeby przypomnieć sobie, dlaczego się nie lubi jeździć na masę - przestoje i tłok. Tym razem masa nie była w ogóle męcząca, więc korzyść podwójna, bo moje tegoroczne spotkania z Ziomkiem też da się policzyć na kciukach, wystarczy jedna ręka. Urwałem się chwilę wcześniej z pracy na tę okazję, wpadłem do domu po rower, a na Zamkowym zarzekałem się, że to ma być rytuał przejścia, po masie znów zaczynam jeździć rowerem do pracy.

Sami widzicie, że pogoda nie zachęca, a do tego nie widzieliście, jak straszliwie kichałem od ostatniej niedzieli czerwca. I osłabić musiała mnie właśnie masa, bo przecież nie nocne spacery z psami po Gocławiu. Skąd wywiozłem książki, to na pewno już był rit de passage, bo do mnie idealnie stosuje się stwierdzenie o konieczności przeczytania tysiąca stron dla zapisania jednej. Jeśli nie czytam, to nie piszę, kropka. Zmuszajcie mnie proszę do czytania.

Oświecona podrzuciła mi Kamczatkę (Marcelo Figueras). Głowę daję, że miałem już tę książkę w rękach, prawdopodobnie przeglądając tanie opcje na Wileńskim. Ona też kupiła taniej - za dychę, sądząc po naklejce. Mnie wtedy po prostu nie zainteresował tytuł. Jak to dobrze, że jest Oświecona! Jak ta książka jest śliczna, piękna, poruszająca i tak dalej. W Argentynie dziewczyna Supermena to nie jest amerykańska Lois, tylko Luiza. Może się tłumacz zapomniał? Podobnie Lukas przynajmniej raz jest Łukaszem. Nie czepiam się, takie wybicia z rytmu po prostu najmocniej mi uświadamiają, że totalnie pogrążyłem się w lekturze. Lukas jest od Harry'ego osiem lat starszy i dyskutuje z nim o takich rzeczach jak wyższość postaci Batmana nad Supermanem. Co przypomina mi, jak kiedyś nie rozumiałem głoszonej przez Wujka wyższości Trójki Drombo nad Yattamanami. I warto przeczytać posłowie - które tłumaczy dodatkowo, dlaczego książka jest tak dobra. Bo nie jest o tym, o czym miała być.

Hej, to co najmniej równie ważne jak sen. Dobranoc.

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.