piątek, 5 lipca 2024

Dzień bez kicania, bez pisania, ale i bez migreny!

 No i co, nie pojechałem wczoraj na zajęcia, tj. miałem po południu wrażenie, że bolą mnie kolana od siedzenia samego, nic ambitniejszego nie muszę z nimi robić. Nie obyło się bez walki, tj. na godzinę przed spoglądałem wciąż na wolne miejsca w aplikacji, choć dwie godziny wcześniej tak odpowiedzialnie się wypisałem. Czy było warto?

Nie, nie było. Dziś kolana jeszcze gorzej, po okropnej nocy. Foch.

Próbowałem położyć się wcześniej, na chwilę się udało, usnąłem na pół godziny, później wybudziłem, przewracałem się z boku na bok ze dwie godziny do pierwszej-drugiej. Gdyby to jeszcze nie było oczywiste, poświęciłem tego dnia nie tylko zajęcia, ale również wpis na bloga, bo powstała w głowie durna myśl, żeby ćwiczyć te słowa, choćby o zupełnie niczym, dzień w dzień teraz. Tutaj można.

To może dzisiaj będą dwa, huehue.

Przez cały dzień zajmowałem się głównie jakimiś rzeczami ucieczkowymi, czyli sprzątałem jakieś sprawy które tego w ogóle nie wymagają. Ikony na pulpicie poprzestawiałem trochę. Wyczyściłem fejsa do cna niemal, odznaczając się ze zdjęć i kasując treści (część kopiując z wsteczną datą w to archiwum życia, przecież i tak już pełne ściemy, ale lubię ją), bo irytuje mnie ostatnio reklamowaniem słabej jakości pornografii. Przecież ja nigdy nie klikam w porno na fejsie, a do tego jaki on skołowany, kiedy mu dużo blokuję te kobietki, to albo zaczyna mi podsuwać wartości chrześcijańskie (przez co od razu żałuję że nie klikałem w kobietki), albo muskularnych mężczyzn, samotnie lub w parach, co może mi jakoś osobiście nie wadzi, ale spośród dostępnych opcji ostatecznie jednak wolałem te kobietki.

No ale trzyma mnie przy fejsie kontakt z tymi kilkoma osobami, lista starych znajomych z którymi w ogóle nie ma innego kontaktu czy ewentualnej szansy na kontakt (bo realnie to max dziesięć osób się uzbiera z którymi się odzywamy) i blog Nie wszystek ogram oczywiście. Myślę sobie - zamiast wchodzić na główną, zrobię sobie jakiś skrót bezpośrednio do profilu bloga i oprócz messengera ze strony jako takiej nie będę już korzystał może? Tak już od lat jest, że przecież nie korzystam, tylko czasem scrolluję bez sensu.

Marudzę tu, a przecież dzień mógł potoczyć się o wiele gorzej, tj. w środę zaliczyłem aurę migrenową. Wstępnie wpadam wtedy w panikę, depresję, uciekają chęci do życia, ale uczę się brać się w garść, odsapnąć wtedy, albo wypić kawę (o dziwo, czasem pomaga), oddychać głęboko, postarać się rozluźnić wiecznie spięte kark i szyję. Jeszcze nie łupnęło we mnie, czyli ogólnie należy się cieszyć, że jest dobrze!

środa, 3 lipca 2024

Dzień bez niedźwiedzia spod góry

 Napiszmy dla odmiany, że bywam może jeszcze nie mądry, ale przynajmniej minimalnie niegłupi, bo zostawiłem sobie na śniadanie jednego naleśnika. No ale teraz to już dramat, tzn. ewentualny powrót do domu oznacza konieczność gotowania, bo nic nie ma nawet w zamrażarce.

Nie umiem wstawać przed siódmą trzydzieści ostatnio niestety, może to nierealne, jeśli się nie usypia przed północą. A okolice północy to przecież jak na mnie i tak nieźle całkiem. Jest tu jakiś konflikt interesów, było cudownie czasem, kiedy usypiałem przed dziewiątą i budziłem się automagicznie, bez budzika, w okolicach czwartej-piątej, ale przecież to nierealne, jeśli się zasuwa na godzinę dwudziestą pierwszą na zajęcia taneczne.

Wybory, wybory, to trudne.

Mógłbym dojeżdżać na zajęcia taneczne do trenerki w inne miejsca i chodzić spać wcześniej? Niby tak, ale najpierw to trzeba zacząć wstawać wcześniej. No i w sumie całkiem nieźle pasuje mi obecny grafik (nieobecny, bo odpoczywam, ha!), ale też tęsknię do dobrego samopoczucia.

Przyjechałem dziś do kotów na rowerze, bo o wiele łatwiej tak się ewentualnie dostać do brata, no i być może jutro skoczę znów na zajęcia na Gdański, już bez mylenia autobusowych przystanków, bo pedałując. A może nie, zobaczymy jak kolana to znoszą, biorę pod uwagę już wcale w tym tygodniu nie iść, a nawet jeśli jutro, to na pewno później już nie. Byłoby solidnych kilka dni przerwy do kolejnego wtorku.

Załatwiałem dzisiaj sprawunki dla gospodarzy, trzeba było odebrać z pralni marynarkę. Właściwie sam powinienem oddać do pralni garnitur, na weselu braciszka się nie oszczędzałem, nawet jeśli marynarkę w krytycznym momencie zostawiłem na krześle, tj. w momencie podrzucania bratem do sufitu. Przeszedłem się spacerowo ten kawałek, Myśliborską i Książkową, obok klatki w bloku żarówie, gdzie mieszkaliśmy kiedyś, a który doskonale widać dzięki temu z samolotu. Zastanawiałem się, czy nie wpadnę na kogoś znajomego, czy w ogóle z kimś z tego starego osiedla byśmy się rozpoznali, przychodzi do głowy Niedźwiadek, tylko czy on tam wciąż mieszka? Wielki Elektronik na działce kawałek dalej. Nikogo, to zresztą byłoby największe zaskoczenie świata, wpaść na Niedźwiadka, kiedy się nie odzywa do nas nigdy, a zawsze mu Herbaciana wysyła fotkę z uśmiechem, jak się tu u Bazylego spotykamy grupką pamiętającą szkołę podstawową.

Co ja bym temu Niedźwiadkowi powiedział? Słuchaj, pamiętasz jak się tłukliśmy godzinami w Tekkena 3 albo w CTRa, gdzie podglądałem na split screenie którędy jedziesz, żeby paskudnie celować bombą przez całą długość levelu w gzyms ze skrzynką? No to wiesz, sam teraz też pracuję przy grach video i to, jak wszystko, ma górki i dołki, ma plus i minus, ale ogólnie jest całkiem w porządku i na pewno o wiele szczęśliwiej niż kiedyś w korpo się czuję. Nawet wydaliśmy drugą grę studia w pudełku, tylko jeszcze nie było okazji, żeby mi kopię podesłano, czekam niecierpliwie na tę pamiątkę - moja (nie tylko, wiadomo, ale niewiele tam jest obszarów w których nie grzebałem) gra na PlayStation.

Zamiast tego w drodze powrotnej przyuważyłem jakiegoś małolata podskakującego przy paczkomacie, bez namysłu przeciąłem ulicę w nielegalnym miejscu i uratowałem sytuację, ściągając mu pudło z najwyższej komórki. Taki ze mnie bohater!

wtorek, 2 lipca 2024

A na blogu o giereczkach też był dziś wpis, jestem w gazie!

Byłem przekonany, że dzisiejszy dzień nie ma szans przynieść nic ciekawego, tj. skoro jestem na zesłaniu, sam jeden, w miejscu gdzie gębę mogę otworzyć co najwyżej do kota, to co się może w takim dniu wydarzać. Co najwyżej na wieczór, kiedy pojechałem na zajęcia. No co, odpoczywam, czyli nie chodzę codziennie, ale ze dwa razy w tygodniu to może jednak można?

Dziwnie łapie aplikacja bloggera na telefonie enter z klawiatury, uważa że to zatwierdzenie całego pola tekstowego. Nie powinno dziwić, że dziwnie działa, pewnie nikt tego nie używa już od lat. No a ja będę! To najdziwniejszy setup na jakim pisałem, telefon z wpiętą kablem klawiaturą. Bo mi się nie chciał sparować przez BT i nie mam chęci na razie szukać, dlaczego taki z niego złośnik. W końcu jestem w domu tylko na chwilę.

Niby nie miało się nic wydarzać na Krańcu Świata, a jednak wydarzyło się pukanie do drzwi. Zawsze myślę, że to jacyś koledzy przybyli po chłopców na plac zabaw czy boisko, ale ostatnio zaskakują mnie sąsiedzi z jakimiś swoimi sprawami i stoją przed drzwiami, biedni, skołowani, kiedy otwiera zupełnie obca twarz. Zawsze jednak staję na wysokości zadania: poprzednio wygrzebałem robota kuchennego, bo Pan chciał pichcić urodzinowego torta. Dzisiaj przybyła Pani, że potrzebuję coś wydrukować. Już widziałem w oczach strach, że nic z tego nie będzie, a jednak okazało się, że mój komputer jest już dawno z miejscową drukarką sparowany i też się wszystko pięknie udało. Śmieję się, że znam ten dom lepiej niż jakby mieli gosposię, no ale jak może być inaczej, jeśli pół czasu zamknięcia pandemicznego spędziliśmy wspólnie, a do tego ja często odpowiadałem za obiady.

Głupi jestem, to w drodze na zajęcia nie pomyślałem, że przecież z Białołęki mam tramwaj do metra i na Dworzec Gdański mógłbym tym sposobem dotrzeć, pewnie byłoby najszybciej. A ja sobie ubzdurałem, że 518 jeździ bezpośrednio, ale on ma teraz w jakimś innym miejscu przystanek, więc ostatecznie jechałem prawie jak do siebie, tj. 509 do Starzyniaka i tam w tramwaj. I tak byłem sporo za wcześnie, nie lubię tego, niezbyt elegancko się integruję z pozostałymi uczestnikami zajęć, więc często wolę wyczekać startu w szatni. Ale jak czekam za długo, to mi dobre miejsca na sali zajmują. Co robić, jak żyć. Choć ostatnio to i mniej mi zależy na miejscach z przodu, skąd lepiej widać weteranki i prowadzącą, po prostu mam upatrzone miejsca z łatwym dostępem do wody i ręcznika.

Dzisiaj zresztą kicałem bardzo oszczędnie dla stawów i kolan, nawet niezbyt często trzeba było do nich latać. Lubię tę salę za oświetlenie, mniej rażę samego siebie w lustrze.

Dzisiejszy nocleg w domu, dostałem zlecenie żeby wysłać matce pięknego Tofu paczkę, co normalnie robi współlokatorka, ale wyjechała o wiele dalej niż ja. Sprawnie to załatwiłem, wyciągnąłem zachomikowanego w niedzielę naleśnika z zamrażarki, mam nadzieję za wpis na blogu dostać choć w połowie tak obfity zastrzyk endorfin jak wczorajszy (wiem, wiem, tak się nie da), jutro zabieram się z rana znów na Białołękę. Trzeba kiedyś wybadać, czy da radę odpalić bloggera w przeglądarce w wersji desktop (tj. na telefonie wciąż, bo czasem apki google się buntują), wpis przez apkę z fizycznej klawiatury to istna katorga. Tym bardziej powinienem być dumny z siebie! 

poniedziałek, 1 lipca 2024

Za dużo Kapitana Jacka, za dużo Kapitana Jacka, za dużo Kapitana Jacka

Nowa norma wygląda tak, że w poniedziałki o tej godzinie jestem na zajęciach rytmiczno-fitnessowych (jakie to zabawne nie chcieć reklamować na porzuconym blogu wprost czegoś co jest na jakiejś tam licencji, no ale przyjmijmy że tak tu sobie robię), ale nowa norma doprowadziła ostatnio do tego, że łydki mam spięte i napuchnięte jakbym brał jakiś doping i właściwie takie podstawowe funkcje życiowe jak pójście do biedry niemal mnie przerastają od tygodnia czy dwóch. Znaczy że może jednak to nieco za dużo, znaczy że jednak człowiek znów przerabiał niedawno urodziny, lepiej już było.

Ale na zajęcia chodzę, choć wiem, że powinienem czasem odpocząć. Zmuszam się dziś, kiedy mnie zamówiono na dawny skraj miasta do opieki nad kotami. Jakub Żulczyk by powiedział, że to uzależnienie ucieczkowe i oczywiście miałby w tym rację. Nie szkodzi, na pewno można mieć gorsze uzależnienia niż sala fitness dziesięć godzin w tygodniu. A przecież i tak odpuściłem przy kontuzji kciuka, przez którą tylko te tańce zostały. Mam zresztą wrażenie, że czułem się bardzo dobrze dopóki nie zostały same tańce, przeplatanie tego jogą na pewno jakoś pomaga na stawy i regenerację. Ech. Jeszcze chwila, jeszcze trochę i znów pójdę robić psa z głową w dół, zupełnie jak piękny pies Tofu, który gościł u mnie przez kilka wiosennych miesięcy.

W każdym razie czuję się tak źle w ścięgnach, kolanach, stawach, mięśniach, że dzisiaj nie poszedłem, a będę czuł się tylko gorzej, bo, łudzę się, dobrze mi to robi na głowę, kicanie do rytmu, jak żyć bez tego? Np. przychodząc o tu. Bo przecież trzeba odblokować słowa, ostatnio na naszego bloga o giereczkach nawet nie jestem w stanie się odblokować, choć tam niby o wiele łatwiej i o wiele konkretniej być powinno. Nie chciałbym robić takich rzeczy pod przymusem, co się kojarzy z najgorszymi czasami w korporacji i laniem wody o zbędnych i nieważnych sprawach, którymi zajmowaliśmy się w zespole.

A w ogóle to patrząc na moje dwadzieścia lat grania w Dance Dance Revolution, zawsze kiedy trochę miałem ochotę wrócić do formy, to pewnie nie należy się dziwić nowej zajawce. Choć tak naprawdę to czasem wcale nie jest łatwo tam wrócić, to skomplikowane, zawsze tak straszliwie skomplikowane, kiedy myślisz o swoim miejscu wśród ludzi. Staram się mniej. Czy dziś naprawdę już wszystko musi być tak skomplikowane, dlaczego nie umiem się nauczyć że większość świata w ogóle nie jest o mnie?

A kiedy się na chwilę zbliżam w to miejsce, to się okazuje, że jednak jakoś jest, traktuje się mnie w tym jak dziecko i jeszcze na dokładkę śmierdzę. Ugh, to była trudna chwila, ale zmieniłem antyperspirant i podobno jest lepiej. A trenerka woła "więcej potu" przecież! No to daję z siebie wszystko.

Chciałbym zrobić o tym komiks, choć nie umiem rysować. Ale znajomi komiksiarze mnie ostatnio pięknie inspirowali, więc może chociaż sobie scenariusz rozpiszę?

Pewne skomplikowane rzeczy niedawno uprościłem, kandydatem na tytuł wpisu było brutalne, ukradzione z Wipeoutów, o których ścieżce dźwiękowej fajowy dokument ostatnio oglądałem, wypowiadane przetworzonym, robotycznym głosem "CONTENDER ELIMINATED", ale przecież to nie było tak drastycznie, było odwrotnie niż w Wipeoutach, powoli, ślamazarnie, coraz wolniej, coraz zimniej, no i innego końca nie będzie niż ten że zamiast pytać, czy jesteśmy kochankami, jak pytano z początku, zastanawiam się czy jednak nie po prostu, jak mówił ojciec, kolegami. Bo śni mi się co i rusz, że ktoś pyta, kim jesteśmy, jak przecież pytałem już kilka lat temu, opodal koncertu, bez jednoznacznych wniosków.

Była kiedyś taka chwila, kiedy popatrzyła na biednego, przygarniętego z zadupia kota i powiedziała "chcę tamtego", którego podrzucono kiedyś pod drzwi i wspólnie spędzili pół życia, nawet ja się na chwilę załapałem, włączając w to bycie obsikiwanym z transportera i bycie podawaczem przedostatnich leków. Często w ostatnich latach myślałem, że czuję się takim właśnie kotem, tylko tak samo jak z kotem, mówi mi to słowami, których nie chcę lub nie mogę zrozumieć.

No to nie jesteśmy. I już się  też nie śni.

Ostatnio to nawet mi się przyśniło, że kto inny mnie sobie odpuścił, choć w tej sprawie nigdy nie zadawaliśmy żadnych pytań! Choć są pewne szanse że w dniu urodzin zostałem spławiony gestem jakim inna koleżanka spławia chłopców z Tindera. Co byłoby cudowne, gdyby było i i tak jest przecież całkiem cudowne, nawet jeśli nie jest, bo wszystko tylko w mojej głowie, w tych chwilach kiedy nie rozumie, że nie cały świat jest o mnie, nawet kiedy na kolejnych zajęciach powtarza się sygnał, że "to na pożegnanie". Ale to też jest do komiksu, może to bezpieczniejszy sposób na przepracowywanie emocji niż zapomniany blog.

Chodzi mi po głowie coś z piosenki, tylko nie mam pojęcia której, że przepraszam, dziękuję i pozdrawiam gorąco. Może jednak całuję? Byłoby to coś z zespołu księżycowego? Miałem go ostatnio na playlistach, przerabiam starego laptopa na odtwarzacz multimedialny, tj. chciałbym ograniczyć siedzenie w sieci bez sensu, więc przerabiam komputer który już nie umie być w sieci na takie cudo. Może nawet znajdę jak mu wyświetlać jako animowaną tapetę transformację Generała Daimosa, jako cyfrową ramkę, hmm?

Przepraszam, dziękuję i pozdrawiam gorąco. Serio-serio, tj. jest, mimo wszystko, jakby lepiej. Skąd to wiem?

To już minęło kilka tygodni, jedyny na razie raz pojechałem na zajęcia w nowe miejsce z ultra śliską podłogą, ale tego dnia cała muzyka brzmiała inaczej. Jeszcze na rozgrzewce się nie zorientowałem, ale za chwilę była taka piosenka niezbyt dynamiczna, a ja mimo to miałem wrażenie, że to jakaś alternatywna wersja, spowolniona względem dwóch dni wstecz. Ale jednak nie, tego dnia wszystkie piosenki słyszałem już jakby były puszczane w zwolnionym tempie, miałem w sobie radość i łapałem piękny flow, choć żaden ze mnie tancerz przecież. W drodze na drugą godzinę wrzuciłem pierwszy raz w tym roku wyższy bieg, zdążyłem zaliczyć prysznic, bawiłem się jeszcze pyszniej i miałem uśmiech na buziu w drodze powrotnej.

To nie jest tak, że każdy dzień tak wygląda teraz, ale jednak pojawiają się. I mam takie poczucie, jakbym przez ostatnie lata widział co drugą klatkę z filmu, jakby leciał na przyspieszeniu, jakby się przewijał, bruździł i zniekształcał, jak taśma VHS. Częściowo myślę, że może trochę szkoda, częściowo że nie wypada, bo przepraszam i dziękuję i z głębi serca tego zdrowia też, chcąc się trzymać tego, że jednak prawie do samego końca walczyliśmy. Wiem o sobie i jakoś się wstydzę, że ja na samym końcu już nie. Ale może to też było potrzebne, żeby nastąpił.

Ale kiedy pędzę przez noc Mostem Gdańskim, który na ścieżce rowerowej bywa słabiej oświetlony i zdecydowanie potrzebuję nowej lampki na przód, po tym jak poprzednią pożarł piękny Tofu, albo kiedy zatrzymuję się na chwilę na zawsze ulubionym i zupełnie pustym po późnych zajęciach na Gdańskim Rynku Nowego Miasta, mam w sobie też takie nieco łzawe "lepiej późno niż później". I przybiegam o tu, w to miejsce o którym Młot powiedział w dawnym życiu, że przecież ja uwielbiam to całe "I'm in love with my sadness" (a w urodziny na spacerze prawie wszedłem do lokalu z którego grało 1979), z nadzieją, że jakoś tam wreszcie wracam do siebie.

Nawet jeśli chwilowo podpisuję się pod zasłyszaną - przepraszam, podsłuchałem to zupełnie nieumyślnie - na ulicy mantrą...

P.S. Na drugi dzień o poranku już wiem, że żaden księżycowy zespół, tylko Róże Europy w Liście do Gertrudy Burgund, ten rytm miałem w głowie; ale zapewne mam w tym nałożone kilka piosenek na siebie, bo przecież oni nie mają żadnego "przepraszam" tam. Ale jednak "całuję"! Jej, z jakiegoś powodu pasuje w tym wpisie też wers "przez ten twój cholerny nałóg"!

poniedziałek, 13 września 2021

Piąty, ósmy, pięćdziesiąty ósmy, sześćset trzydzieści

Jejku, jej, ile dzieje się. Jeżdżę, nie sam, bo bałem się robić prawo jazdy, pełen przekonania, że sterowanie wielką metalową puszką na trasie innych wielkich metalowych puszek wymaga o wiele więcej zaufania do siebie i innych niż kiedykolwiek będę miał, więc właściwie jestem wożony, choć niekoniecznie w swoich sprawach. Przeprowadzaliśmy siostrę, kilkaset kilometrów zrobione, trudny, wymagający czas, jak to bywa z rodziną. Piękne krajobrazy, aż się dziwię nieco, bo przecież Jelenia Góra piękna była. Ale może nie na tyle piękna, żeby chciało się łazić non stop po tych górach? I zimno podobno.

No to teraz będzie trochę bardziej płasko.

Może być taki plus tej sytuacji, że zacznę spać znów w ludzkich godzinach, bo wstawałem przez kilka dni około szóstej, podczas gdy wcześniej niewiele przed szóstą to udawało mi się usnąć. Teraz cała sztuka w tym, żeby nie pozwolić organizmowi się za bardzo przestawić. W końcu ten sen nocny ponoć zdrowy. Mnie by się przydało trochę zdrowia, jeśli to po trzydziestce możliwe.

A tu boli wszystko - na migreny jem kubełki lodów miętowych, na zwichnięty w połowie lata nadgarstek smaruję rozgrzewające, na dziwne rwanie gdzieś między kolanem a stopą nie wiem, wczoraj miałem wsiąść na rower, ale niepewna ta noga była. No tak, wsiadłem na rower dwa dni wcześniej, pierwszy raz po aferze z ręką, zrobić test, czy już sobie poradzi oparta na kierownicy. Zdała.

Ale może jednak za długą była przerwa w jeżdżeniu - ile to mogło być, ze dwa miesiące? - i inne elementy składowe buntują się na brak sensownej rozgrzewki.

Na Koniec Świata jedzie się ode mnie przepięknie, bo wzdłuż Solidarności dojeżdża się do Wisły i wzdłuż niej od lat jest już taki szlak, że mucha nie siada. Wyklepali, podregulowali, zrobili kładkę nad Kanałem Żerańskim, nie ma przeszkód żadnych, świateł, powrotów do cywilizacji, dopóki człowiek nie zjedzie z wału gdzie mu pasuje - czyli mnie akurat dopiero na Tarchominie. Bawią mnie zawsze wymalowane na szlaku ślimaki z hasłem "zwolnij", w odpowiednich miesiącach po deszczu ślimaki wyłażą na ścieżkę i staram się je omijać, ale przecież że zawsze coś chrupnie. Wątpię żeby hasło tyczyło się ślimaków, po prostu za kanałem blisko wału są osiedla, jest przecięcie szlaków, pewnie o taką ostrożność chodzi. Ale miło pomyśleć, że ktoś tu wyraża zmartwienie również o głupie ślimaki, bezmyślnie pakujące się pod koła.

W obie strony tak jechałem, powrót był już przez mrok, nawet rozważałem, czy nie odbić trochę, nie pojechać jednak wzdłuż Modlińskiej i później obok EC Żerań wzdłuż torów, w końcu to ulubiona trasa. Ale jak pomyślałem ile świateł jest na Modlińskiej, to mi się odechciało. Fajniej tak jechać bez przeszkód jednak - chyba że przeszkodą miałby być oświetlony rowerowymi ledami jelonek, jak około północy, kiedy przed zwichnięciem wracałem na Białołękę z domu po finale Anglia - Włochy. Straszliwie zestresowałem też wtedy przy EC kota, nie wiedział co ze sobą zrobić, kilkadziesiąt metrów dawał z siebie wszystko, biegnąc mi przed rowerem, zamiast po prostu skoczyć w krzaki.

Pewnie dobrze, że nocą nie spotkałem jeszcze dzika, dzików na Białołęce dużo, przy EC mijałem je kiedyś za dnia.

I miałem o tym napisać w piątek rano, że dobrze się dzieje, bo wreszcie znów rower, tak myślałem, że znów zrobię coś niespodziewanego i niecodziennego i opiszę jakieś przygody nie późno w nocy, tylko przed śniadaniem, to będzie motywacja żeby nie spać do trzynastej, żeby trzymać się w ryzach. Że na Białołęce byłem w punkt, usmażyłem naleśniki, towarzyszyłem w odbiorze dzieci, przegoniłem w tę i we w tę, w punkt, bo w domu, a jakże, migrena. W sobotę znów tam jadę na kilka dni zaopiekować się kotami, będę budował mechy z LEGO dzieciarni, poprzednie wreszcie zniszczyli, należą się nowe.

No ale co, migrena przyszła i do mnie, poranek był paskudny, ratowałem się dokładnie tak jak nie należy, bóle głowy zajadam lodami, ciastkami z jabłkiem, maślanymi rogalikami. Whatever works, czyż nie? Tylko jeszcze trzeba iść po nie do sklepu zawsze, bo, jak to po trzydziestce, na co dzień unikam, nie chcę wymieniać garderoby.

Ale głowa chyba już przeszła, obudziłem się dziś przed szóstą, to za mało snu, ale skorzystajmy, wróćmy do planu. Zróbmy coś niespodziewanego, choć przecież planowanego od kilku dni: wpis na bloga. Nie szkodzi że bez piosenek. Choć przyznaję, nie w pełni się wywiązałem, notuję już po śniadaniu.

Zostało wrażenie niedoziewania, utrzymuje się od tygodnia, może dłużej, ciąży. Jakby wiercił się tam ślimak, po ślimaczemu, zgubił drogę, przesuwa się o milimetry czasem, blokuje przepływ powietrza. Pewnie nie ułatwi utrzymania się na powierzchni, ale liczę, że jednak nie wrócę pod kołdrę, jak w piątek.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

To(_)nie wszystko/Po co mi ta wojna

 19 Wiosen wrzuciło dziś na FB koncert, obserwuję ten profil wciąż, jako jeden z niewielu, choć minęło pewnie z dziesięć lat od ostatniego widzianego koncertu, a plakat z pomarańczowym astronautą siedzi zachomikowany w szafie, cierpliwie czekając na idealne miejsce na jakiejś ścianie - i moment kiedy wąż w kieszeni przepuści mnie, żeby kupić antyramę. Dramatyzuję, ostatnie wpisy na blogu to były jednak nieco mniej niż przed dekadą, pewnie Wiosny również.

W jakiś sposób naprowadziły mnie te Wiosny na Pustki, ciąg przyczynowo-skutkowy mógł wyglądać jakoś tak: mam tę ulubioną płytę Wiosen na półce, mam Tryp z największym hitem, Nikogo, choć niewiele mam płyt, w sumie nie wszystkie płyty kocham z całego serca, równie dobrze mógłbym część spróbować sprzedać większym miłośnikom od siebie na olx, jak ostatnio robię z częścią książek, hmm, mam Safari Pustek, szkoda że nie mam Końca kryzysu, bo jednak to ta jest ulubioną.

Och, nic nie szkodzi, jest odsłuch całości w sieci!

Pustki - Koniec Kryzysu (Oficjalny odsłuch albumu) - YouTube

Myślę że powinienem obok pięknego plakatu z Gagarinem powiesić jakąś płaską gablotkę z ładnie ułożonymi płytami, skoro płyt nie słucham już, to i mi żadne nie przybędą. A nie mam ich wiele, zgrabne by to było. Nie mogę zbyt emocjonować się takimi sprawami, ostatnio emocjonowałem się przemeblowaniem w pokoju, potencjalnym, to nie usnąłem pół nocy i tak to trwa od tygodnia, choć zasadniczo powód jest mi od lat znany: czuwam razem z księżycem w pełni, regały potencjalne raczej nie mają nic do rzeczy.

Słuchając Pustek pomyślałem o swoim ulubionym koncercie z czasów dawnych, tj. kiedy w Fabryce Trzciny wystąpił Kawałek Kulki, Muzyka Końca Lata i Pustki właśnie. Dziwny to był wieczór, trochę się gubiłem najpierw w poszukiwaniu miejsca, następnie gubiłem się w poszukiwaniu przejścia na drugą stronę Solidarności, jeszcze wtedy było Tesco, poszedłem coś zjeść, bo byłem o wiele za wcześnie. Wymyśliłem, żeby poszukać Fabryki Trzciny, gubiąc się, bo przecież mieszkam całkiem blisko. Oczywiście Fabryki dawno już nie ma, chodziło o spacer w okolice, bez sprawdzania adresu (Otwocka, teraz już wiem), bo może spacer pomoże ze snem. Biegałem w tym roku, później zwichnąłem nadgarstek, brakuje mi ruchu, jako tako już się wylizałem, zacznę znów od spacerów.

Zgubiłem się na prostej drodze, tj. Ząbkowską doszedłem do Kawęczyńskiej, przeciąłem Otwocką, która może i by mnie do poFabryki zaprowadziła, dotarłem na Zacisze. Nie wiem, nie znam, już dawno nie spaceruję, choć przecież tak blisko mam na piękne Zacisze, niedawno przejechałem się wzdłuż kanału, mniej więcej, na wspólnej wycieczce rowerowej, kiedy jechaliśmy z Krańca Świata do mnie. W drodze myślałem, zanim zawędrowałem pod torami do Zabranieckiej, że zrobię długaśny spacer, skręcę do Żaby, pójdę do Starzyńskiego, bo skoro aż tak daleko sięgam wstecz, to mogę i przejść się obok liceum. Na Zaciszu była jakaś impreza plenerowa na koniec lata, akurat startowała, zapowiadali artystkę z długim stażem, kiedy już niby oddalałem się w stronę Targówka - Małgorzata Ostrowska.

Co ja wiem o Małgorzacie Ostrowskiej?

Nic nie wiedziałem, ale jeśli pierwotnym celem wycieczki miała być przestrzeń koncertowa ze wspomnień, to właściwie czemu nie iść na koncert współczesny, choć częściowo z repertuarem starszym ode mnie. No i chciałem, bez zaglądania w telefon, sprawdzić, kim ta Ostrowska jest, przecież coś mi tam dzwoni w głowie. Musi jakiś hicior mieć, który znam!

Ech, długo trwało zanim coś się trafiło, co nie znaczy, że tam się jakoś wycierpiałem na koncercie akustycznym, raczej obok koncertu, siadłem na ławce opodal wydarzenia. Zebrało się kilkadziesiąt osób pod sceną, śpiewali refreny, Ostrowska, stara wyjadaczka, dobrą minę do złej gry robiła, jak zapewne większość doświadczonych artystów, których piosenki przestali w radiu puszczać w połowie lat dziewięćdziesiątych i tych co bardziej współczesnych prawie nikt nie zna. Piękny głos ma Ostrowska, pięknie kokietuje, opowiada że tę piosenkę napisali z Markiem Jackowskim i faktycznie, brzmiała w niej jakby to był Maanam. Nie szukajcie jej specjalnie, akustycznie brzmiała lepiej niż nagranie na YT, chwila minęła. Siedzę na tej ławeczce i kombinuję - może to kobieta od Konika?

Ej, nie, czekałem, ale później sprawdziłem, że od Konika to jednak Urszula (a wcześniej i tak kto inny). Luz blues, nie trzeba się znać na wszystkim jak na Morrowindzie.

W końcu pojawiło się coś znanego - Meluzyna. Co mnie skołowało, bo przecież Pan Kleks to Banda i Wanda? Figa, to też się nie zgadza, choć piosenki "filmowe dla dzieci" się zgadzają. No co, to też starsze niż ja, Banda i Wanda rozpadli się - jak atom? - w roku moich urodzin, w roku kiedy atom rozpadł się na pobliski świat.

Ach, wreszcie hicior nad hiciory - SZKLANA POGODA. To chyba zanim zespół Lombard kojarzył się z obciachem, ciekawe to, nawet mnie kojarzy się z obciachem, choć o wojnie między członkami sprzed lat - Ostrowska miała powiedzieć, że z tego powodu opuszcza zespół, że obciach - dowiaduję się dopiero teraz z internetu. Biorę w tej wojnie stronę Małgorzaty Ostrowskiej oczywiście, na koncercie Lombardu nigdy nie byłem (na pewno?), a z wokalistką niespodziewanie spędziłem wieczór, więc bawi mnie, że jej nazwiska jako wykonawczyni, ewidentnie celowo, nie ma na wiki, choć wymienia się twórców coverów.

Niech będzie i taki niespodziewany koncert w ramach spaceru. W końcu Pustek już nie ma, na Muzykę Końca Lata nie bardzo ja sam mam od lat melodię, chętniej usłyszałbym Jeziora, jeśli nie są jakimś żartem Zmywaka, no a Kawałka Kulki tym bardziej dawno nie ma, choć Król karierę zrobił taką, że występuje na Męskim Graniu. Dostałem ostatnio link do finałowego koncertu, nie wiem, nie znam się, ostatnio mogło mnie interesować, kiedy występowały, a jakże, Pustki, więc nie posłuchałem za bardzo. Niejaka Sochacka śpiewała piosenkę "Dla mnie to już koniec", co mi brzmiało jak "To dobry moment" Korteza zasłyszane kiedyś, rytmicznie, tematycznie, tekstowo i proszę bardzo, nie trzeba się wcale znać na niczym, ale choć na Męskim śpiewała (chyba, urywek tylko widziałem) sama, to w studiu nagrali tę piosenkę razem.

Mogło się skończyć gorzej, mogłem, choć niby to wczesny wieczór jeszcze, chwilę przed dziesiątą, plenerowe koncerty nie trwają wiecznie, dostać gdzieś w głębi Szmulowizny w papę, kiedy z drugiej strony ulicy słyszałem donośne "to nie on!", a już jakiś naburmuszony typ zdawał się zawracać się w moją stronę. A skończyło się tak, że przyszedłem tutaj.

Jeśli jest jakaś wersja mnie, którą kiedykolwiek lubiłem, to stety, niestety, jest to jedynie ta wersja, tutaj. O czym przypomniałem sobie średnio uważnie siedząc opodal koncertu, może zazdroszcząc Ostrowskiej, że jej pomysł na życie jakoś wypalił i od czterech dekad bawi się sceną, co do tego nie było wątpliwości, nawet jeśli jej rock'n'rolla, zadziornego dziś raczej w głosie niż treści, słucha najgorsza możliwa publiczność, przypadkowa zbieranina na dzielnicowym pożegnaniu lata i nawet bardziej przypadkowy typ, który zatrzymał się opodal, żeby roztrząsać, kto zacz, on i ona.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Tym razem to ja byłem na PAX, bo tym razem to Zooltar skręcił nogę

 Anglia pojawiła się za oknem samolotu zupełnie znikąd, uderzając w nas niespodziewanie betonowym rozbiegiem dla mechanicznych ptaków. Zatraceni w rozmowie odnotowaliśmy wprawdzie komentarz stewardessy o zbliżającym się lądowaniu - Co, to już? - i choć może, wiedząc stąd i owąd, że wyspa klimat ma mżysty i mglisty, powinniśmy się byli spodziewać że biała masa za oknem nie jest po prostu kolejną warstwą chmur a okrywającą lotniskowy pas pierzyną, to jednak nagły wstrząs brutalnie przywrócił nas do rzeczywistości. Czyli jednak trochę wyżej niż rozmawialiśmy, bo przecież jechaliśmy prezentować grę o podmorskiej kopalni!

Oczywiście Anglia to jeszcze nie Londyn, lotnisko Luton, obsługiwane głównie przez najtańszych przewoźników, niczym nasz podwarszawski Modlin, nie różniło się specjalnie od dowolnego innego satelickiego lotniska, nawet miarowo skrapiane angielską mżawką. No dobrze, może było nieco bardziej kolorowo, ale przecież od tego właśnie są lotniska, żeby na chwilę kwitł sobie na spokojnie obojętny kosmopolityzm, kiedy absolutnie nie zwracamy na siebie uwagi. Autokar do Londynu był już powrotem do normalności, szeroka droga, płaskie pola i laski wokół, przecinane gdzieniegdzie liniami wysokiego napięcia. Gdybym przysnął na moment, po przebudzeniu mógłbym przypuszczać że jednak dopiero co wyjechaliśmy ciągnącą na północ nitką z Warszawy, zmierzając może do Modlina właśnie. I pewnie dałbym się oszukać. Choć te trzy godziny wcześniej odlatywaliśmy z Okęcia.

Dwadzieścia minut później zaczęła się jednak Anglia właściwa, a w każdym razie to, co ja już do końca życia będę pamiętał jako Anglię, i co chcę kojarzyć jako Anglię i jako Londyn, przede wszystkim Londyn, który zachwycił mnie od pierwszej sekundy, od najdalszych przedmieść z równiutkimi szeregami domków z czerwono brunatnej cegły, z bielonymi gdzieniegdzie ścianami i czarnymi dachówkami. Być może do tej pory wyspiarki kraj kojarzyłem z herbatą o piątej (a na lotnisku kontrolujący mój dowód mężczyzna na niepewne "good evening" spojrzał na zegarek i przepięknie odpowiedział "it is half past four, so good afternoon"), może z piłkarską reprezentacją, która, choć wychowuje się w kolebce futbolu, wciąż zawodzi swoich kibiców, może z niebieską budką policyjną Doktora, agentem 007, Harrym i mugolami czy Królową Brytyjską (ale jakoś nie z Dianą, choć na billboardach reklamują tu dziś "Modę Diany" - rzecz o sukniach i stylu księżnej), ale to wszystko przeszłość, teraz jest już tylko wszędobylska cegła, czerwona, czerwieńsza, bura, brązowa, biel okiennych futryn, jakoś tak płytko osadzonych w ścianach i smoliste dachy. I to wszystko jest tak dobre, tak ładne, nie ważne czy stare, czy nowe, świadomie wpisujące się w będący, tak myślę, konsekwencją rewolucji przemysłowej rdzawy krajobraz miejski, że oczy mógłbym w te ulice wypatrywać bezustannie.

Nie wiem jak to jest, że architekci pracujący nad powstającymi za moją ulicą, okalającymi kompleks Wytwórni wódek Koneser blokami i biurami, próbując inspirować się ceglanymi budynkami oryginalnej fabryki, nie pomyśleli o chociażby kilku białych akcentach w ponurym mieszkalnym klocu, pokrytym wprawdzie jakąś nowoczesną imitacją cegły, ale oprócz tego w połowie po prostu czarnym, którym na moje nieszczęście zasłonili połowę wschodów słońca w roku. Zesłać ich do Londynu na naukę.

Moja Anglia i mój Londyn to też stacja metra na Baker Street (uwaga, piosenka!). Gdzie spędziłem może ze trzy minuty w sumie, ale hejże, mogę sobie chyba czasem pozwolić na jakąś miłość od pierwszego wejrzenia.  Pewnie powinienem kiedyś słyszeć coś więcej o tej, wyglądającej na przedwieczną, doskonale zasuszoną plątaninie tuneli (krzyżuje się tu chyba pięć linii), w jakiś sposób ogromną, ale i podejrzanie swojską, z niezbyt wysokim sufitem i pokiereszowanymi przez czas peronami, z której, mam wrażenie, można by dojechać na Koniec Czasu i bilety w drodze sprawdzałby ów drzemiący na ogół, często oparty o gazową latarnią mędrzec Gaspar (wcale nie Kacper!).

Mój bilet zabrał kasownik przy wyjściu na Aldgate, choć wymarzyłem już sobie po drodze, że go zatrzymam, bo jak na ogół nie zbieram rzeczy, to bilety z rzadkich podróży wrzucam w skromne pudełko z dolnej półki domowej witryny. Myślę że wszystkie bilety tak się tu zabiera, co nieco boli, ale cóż, nie ma rzeczy doskonałych, choć pierwszy wieczór niezbyt wymagającego człowieka w Londynie miał zadatki. Nie bez znaczenia może też być fakt, że mój nos na ogół nie czuje, a zagadnięty o kierunek na rzekę, czyli południe od Aldgate, gdzie mieliśmy znaleźć nasz hotel, przechodzień z przekąsem odrzekł, że i owszem, dobrze idziemy i że na dobrą sprawę można iść za węchem.