poniedziałek, 23 czerwca 2025

Czekając na przechwycenie bratanka, bo mam teraz czas

 Zjarałem się, jak to z upodobaniem powtarza mi Salty, poprzeczka jest przy mnie zawieszona wyjątkowo nisko, na popołudnie na plaży należy zabierać przeciwsłoneczne smarowidła. No i jakoś z sensem może się obracać względem słońca trzeba, żeby wyszło równo. Cóż, nie wyszło. Pewnie należało jednak być w ruchu i popracować nad saltem. W tygodniu, w tygodniu, przed słońcem w zenicie może też.

Rozbolała mnie po powrocie głowa, na szczęście to tylko głowa, tj. bez migrenowego wiercenia za oczami. Obejrzałem Stargate, przypomniane niedawno podczas oglądania odcinka Supernatural z tricksterem, takie zmierzenie się z koszmarami z piramid, bałem się tego filmu w dzieciństwie, pamiętam go z telewizora na wsi u babci. Za dużo słońca też potrafi mi tak dowalić, wiem od roku, kiedy to jechaliśmy na kawalerski brata, siekło we mnie w drodze. Reprezentacja przerżnęła wtedy jakiś mecz, ale w trasie na dwa samochody i tak było wesoło. To też na dobrą sprawę mógł być najbardziej wakacyjny wyjazd mojego dorosłego życia, z tymi podejściami pod górki różne, Łysica to była taka sobie, moim zdaniem nawet fajniejsza jest Miedzianka, z której można było dojrzeć Chęciny.

Przez chwilę myślałem później, czy może samemu tak nie pojeździć na weekendy, ale zumba była życiem. Minąłem się przed chwilą z jedną z koleżanek w drodze do autobusu, nawet poznała mnie pod czapką. Na razie mam przerwę na obolałe łydki. Przetrenowałem tą nocą ze środy na czwartek, ale co, warto było. A przecież dziś trzeba trzy godziny zajęć przetrwać, to super zajęcia są u Cudownej, z radością będę udawał że nie syczę z bólu.

Producent z już byłej pracy pytał dzisiaj, czy jestem w pracy, zabawne że nie wiedział jeszcze, że już po mnie. Dodaliśmy się na fejsie, lubię gościa, robił co mógł żeby nam pomóc, choć oczywiste było, że szef ma nas gdzieś przez te półtora roku. Chciałbym dzisiaj odesłać sprzęt, może jak wrócę do domu będą już dane (update, nie ma). Powtarzam sobie, że pakując gogle do pudła czuję ulgę, że to już koniec - w końcu więcej tu było nieprzygody i nieprzyjemności przez ostatnie kilkanaście miesięcy, zjazd w dół od rozmowy o awansie, skoro się wypełnia obowiązki lidera projektu. Figa.

Ale w dzienniczku snu, który monitoruje mi zmiany w tej dziedzinie od kiedy biorę happy pills, zanotowałem na razie, że napięcie rośnie. Jak mogłoby nie w sumie, nawet jeśli spodziewałem się wypowiedzenia i staram się zachować przed wszystkimi twarz, to jednak jakoś boli. Spina brzuch, szkoda że nie core w tych miejscach dzięki którym mniej garbiłbym się w tańcu.

Rozmawiałem dopiero co z szefem szkoły tańca, mówił że pracował jako tester przy pierwszym Wieśku i zwolnili go od razu po. Od tamtej pory już nie pracuje dla kogoś, tylko na swoim - software house i szkoła tańca. Do przemyślenia, co ja jestem w stanie sprzedawać, nie sprzedając się komuś. Ale na razie przede wszystkim portfolio.

niedziela, 22 czerwca 2025

Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie (czyli też paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem c.d., bo te cytaty!)

Popołudnie jak z pocztówki lub ze starego zdjęcia, takiego z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie mogę pamiętać czy w latach 90. pod Poniatówką była plaża, bo mieszkaliśmy na Gocławiu opodal ostatniego bloku w Warszawie i Białołęce w dosłownie ostatnim bloku w Warszawie, świat pomiędzy słabo istniał. Teraz mieszkam trochę po środku, opodal tego budzącego zachwyt dziecka, kolorowego budynku na Pradze, chyba był w nim wtedy też i zabawkowy.

Dziś na tej plaży, na którą przyjechałem wygłupiać się, uczyć macaco, które wcale nie jest Macondo z Marqueza, ale chyba jednak nie mam jaj aż tak się tu w szczycie zainteresowania plażą wygłupiać, no i bolą nogi wciąż; dziś na plaży zdjąłem okulary, więc świat jest niewyraźny jak stara pocztówka czy zdjęcie z polaroida. Widzę ziarenka piasku na starym ręczniku podłożonym pod dupsko, dalej już nic nie jest wyraźne a słońce razi, że ciężko czytać opowiadania Sołtysa - które wreszcie, ile to lat, kończę. Głosy też słyszę niewyraźnie, mniej wyraźnie niż ciężarówki i tramwaje przewalające się górą. Jest faktura ręcznika, atakujące ze sporadycznymi porywami wiatru ziarna, reszta rozmazana, jak wspomnienie którego nie mam, bo jest tylko na zdjęciu z mamą na huśtawce, ma skórzaną kurtkę, spódnicę, taka jest piękna i szykowna i pochylona nad zainteresowanym czymś chyba w trawie mną, takim na chudych jak u koguta nóżkach i w zbyt krótkich, dawno niemodnych spodenkach.

Gdzie jest to zdjęcie, czy na pewno tak wygląda, pewnie gdzieś u rodziców?

Ty już takiego nie zrobisz, wiesz? Nie wiesz czy chciałeś. Raczej, chyba, nigdy nic pewnego.

To pismo w notatniku też nie jest wyraźne, nie wiem jak wygodnie pisać na plaży, nie przygotowałem się jakoś super w ten pierwszy dzień, mam ich zapewnione o wiele więcej, wyrobię się.

Tego dnia, kiedy przypomniałem sobie pierwsze chyba wspomnienie, najwyraźniejsza była dziewczyna w klubie przy Mazowieckiej. Stroboskopowe światła dyskoteki dodały jej jeszcze konturów, a lubiła też co jakiś czas podkreślić szminką usta. Dobrze wiesz, że byłeś u fryzjera dla tej dokładnie dziewczyny, choć nie mogłeś wiedzieć, czy w ogóle tam będzie. Możesz teraz mieć wrażenie, że warto żyć dla takich chwil właśnie, a tutaj to nawet długich - czują to teraz łydki przede wszystkim, choć minęło kilka dni - godzin, kiedy ona tańczyła, zdając sobie raczej sprawę, co robi, jakie to jest wrażenie, jakie wywiera wrażenie na każdym typie w klubie, atakowali ją przecież co i rusz, wierząc może, że to tańczy tylko dla niego. I za chwilę kolega ją odławiał. Też byś chciał - no ale poszedłeś do klubu wychodzić ze strefy własnego komfortu oficjalnie i tu samo wyjście się liczy u kogoś, kto nie był w modnym miejscu z piętnaście lat, a nie próbować porywać do tańca najlepszą i najpiękniejszą tancerkę, wynudziłaby się przecież.

I przecież wiesz, że ostatni taniec, oprócz tego grzecznościowego z siostrą na weselu brata, to właśnie był ostatni taniec, z którego uciekła. To strasznie bez sensu, że chciałbyś żeby pierwszy kolejny taniec coś znaczył, ale przecież kiedy zakochiwałeś się dziesięć lat temu, albo dwadzieścia lat temu, albo kiedykolwiek, to zawsze kiedy tańczyły.

Co Cię nie zabije, itp., to dlatego dziewczęta w tańcu robią jeszcze mocniejsze wrażenie.

Nie wiesz jak to opisać, myślisz banałami, że wygląda jak płynne złoto, albo może nieco mniej banalnie, że patrzenie daje taką radość i zachwyt, jak oglądanie wstrzykiwanych do wody barwników, zupełnie zaczarowane wicie się i rozpuszczanie, i rozpraszanie kolorów w przestrzeni. Mógłbyś tam siedzieć te pięć godzin i jedynie patrzeć, no ale to by było trochę creepy (to Twój style, czyż nie mówią tak?). Nie masz słów, choć na drugi dzień na torcie jedynie o tydzień przedwczesnym masz 39 i może w tym wieku to warto by było mieć już jakieś słowa. Ale, jak wiadomo, w tym miejscu w którym lubisz samego siebie nie ma miejsca na szczere słowa, więc znów robisz fikołki ze słowami, powiedz to wprost, no powiedz, chodzi o Salto, w oczywisty sposób chodzi o Salto, od tej nocy grudniowej, kiedy uciekłeś, przerażony najbardziej może tym, że to będzie tak, że zdjęcia od M. to będą zdjęcia od Salta, no i co, tak właśnie było, czy Salto naprawdę musi nawet na imię mieć to swoje M.? A Ty jesteś w samym środku tamtego występu i nie potrafisz nawet prostej falki przed taką publicznością, jaki wstyd.

Hej, pół roku później falka o wiele lepiej!

Powiedziałem Bazylemu i Herbacianej o tej nocy, że na pewno warto by się dowiedzieć czy M. z OMG ma męża, nawet nie robiąc sobie nadziei, albo po prostu żeby nie robić głupot - to urocze, ale nie tak dramatyczne jak dwadzieścia lat temu z inną na M., być może to jedyne obok wymęczonych, starczych łydek, miejsce, że te 39 robi różnicę. No ale hej, fajnie sobie podramatyzować na blogu lekko. To zresztą też osobisty inside joke, że już się jednej dziewczynie z OMG oświadczyłem. Opowiadałem też że Salty - wiesz, wiesz, wiesz że to nie przypadek, jak blisko jest Salty do Salta, wszak to ten sam grudzień - wspominała że na wianki się zasuwa żeby się sparować z kimś. I oni wtedy wpadli w jakąś taką zgodną ciszę i to jest pewien niepokój, bo Herbaciana dobrze zna Salty, to nawet nie jest OMG, to jest WTF po prostu, kiedy umowa-nieumowa brzmi tak, że jest traktowana jak młodsza siostra, a z drugiej strony są te powtarzające się komentarze że związki z dużą różnicą wieku są obrzydliwe, więc skąd ta nagła cisza. Zresztą nam chłopcom najmądrzej zawsze wyjść z założenia, że jedynie nam się wydaje, więc tak robię, mając pewność że to wskazane z Saltem i mniejszą przez tą ciszę z Salty.

Kiedy Salto wyszła już z klubu wydarzyła się taka czarna mała, podobała mi się, podnosząca okulary z nosa, jakby zapraszając do bycia zapraszaną do tańca. To jednak tak działa, że kiedy wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy, to faktycznie patrzy, przecież była tam i Maryjka z grupy wtorkowej (nie mylić z M.-Salto), może byś nie zwrócił uwagi, gdyby się ciekawie nie przyglądała, czy Ty to Ty. Tylko że ja wiedziałem co będzie i po co idę, że idę wyjść ze strefy własnego komfortu, ale nie aż tak daleko, bo tak daleko nie ma sensu po prostu. Ja teraz już od ponad roku powtarzam że się potrzebuję ogarnąć, że nic się nie wydarzy, nic nie będę wydarzał, bo rzeczy się nie dzieją same z siebie, zanim się nie ogarnę, nic z nikim, tak mówiłem o Damie Pchełek, żeby jej krzywdy nie zrobić z tamtego miejsca w którym byłem przed rokiem.

Z happy pills można mieć wrażenie że jestem w lepszym, no ale jednocześnie jest to miejsce i noc, kiedy wiedziałem, że za dwa dni w pracy czeka na mnie wypowiedzenie, więc dziewczyna podnosząca z nosa ciemne okulary żeby złapać się za oczy zanim może za ręce w tańcu, Dama Pchełek, Salty czy Salto, nie, nie, nie, nie. Kiedy wiesz że masz te swoje 39, nawet jeśli do tego jeszcze tydzień, a jesteś po prostu bezrobotnym żulikiem z Pragi, to wciąż nie jesteś materiałem na randki.

Może kiedyś nadasz się na bohatera opowiadania Sołtysa, takiego przez chwilę stojącego poza kadrem dnia dzisiejszego, niezbyt wyraźnego, nie wiadomo o czym, bo tam poza kadrem jest cała reszta, czyli wszystko, starsi ludzie przypominają sobie jak byli kiedyś inni, całe życie miga w kilku stronach.

Co mogę zrobić, żeby nie skończyć się na tych kilku stronach? Oprócz happy pills? To jeszcze za wcześnie. 

W każdym razie jestem tu sobie na plaży pod Poniatówką, bo miałem uczyć się robić salto, tzn. takie prawie salto, macaco się nazywa ten ruch. Co to jest za cyrk, że każde salto i Salto tak przeraża niemożliwością, czy to może jednak chodzi o to, że nigdy nie będziesz gotowy i to z tym trzeba się liczyć i nauczyć żyć.


środa, 18 czerwca 2025

Minus dziesięć lat do wizerunku na chwilę + I'm only human

 Czy to jest pierwsze wspomnienie? Czy może jakieś inne wspomnienia wcześniejsze jeszcze wrócą? Raczej jestem już gdzieś na połowie czasu, czyż nie?

Jest lato, dzień jak dziś, może nawet cieplejszy. Rodzice grają w siatkówkę, w kółeczku, sąsiedzka zabawa za klubem, tym w bloku przy Brygady Pościgowej. W zakamarek za tym klubem spadły mi z ręki klocki lego, zbudowane jako zegarek - może Power Rangera, ale chyba nie, chyba chodziło mi o jakąś inną, animowaną serię, dostępną na przełomie ustrojów, albo na początku nowego. Bajeranckie zegarki do transformacji czy komunikacji to była norma w seriach dla chłopców, zbudowałem swój i próbowałem przełożyć przez kratę na balkonie rękę.

Zaczepił, posypał się. Młodzież pod blokiem krzyczała - LEGO spadają z nieba.

Znalazłem jeden z tych klocków może z rok później, szukając kapsli, od razu wiedziałem że to mój.

Jest w tej grze też najpiękniejsza sąsiadka, masz tam te swoje może trzy, może cztery lata, ale z jakiegoś powodu już wiesz, że jest najpiękniejsza.

Grają w tę siatkówkę, przyglądam się i czuję jak ogromne ciepło dotyka mnie w kark. To bardzo miłe, dziś przypomniałem sobie o nim, strzygąc boki i kark na zero, bo to też jest bardzo miłe, kiedy maszynka mruczy wokół głowy i mizia ciepłymi ostrzami, musiałem od razu opowiedzieć o tym fryzjerce.

Zasmuciła się chyba nieco, bo mówię - to chyba moje pierwsze wspomnienie - a ona że nie ma takich dobrych rzeczy z dzieciństwa, raczej pamięta złe. Ja się zasmuciłem trochę - halo, o tych smutnych rzeczach z dzieciństwa to nie będę opowiadał, oczywiście też mam, wszyscy jakieś mamy.

Ale to chyba jest najwcześniejsze, takie wesołe.

Kiedy rodzice cieszą się wspólnie z innymi dorosłymi, może jakaś młodzież też jest, inaczej to wtedy w świecie na osiedlach wyglądało, poznawali się wszyscy o wiele chętniej, jeszcze w latach 90. na nowym osiedlu wciąż trochę tego było, kiedy ojcowie rozgrywali mecze przeciwko synom i oglądało to pół osiedla.

Wszyscy wokół się cieszą i są tak mili, nie wiem jeszcze co to znaczy, ale czuję że są szczęśliwi, a mnie w kark dotyka coś najcieplejszego na świecie i bardzo powoli dociera do mnie, że to dotyka mnie słońce, tak wielkie, tak ogromne, tak dalekie, że nie ogarniam świadomością, sięgam za głowę, obracam się, wiercę, dziecięcy umysł pracuje usilnie nad tematem dotknięcia, zanim godzi się z tym, że to zbyt odległe, aby objąć rozumem.

I jest mi dobrze.

niedziela, 2 lutego 2025

Dzień naleśnika

Gdzieś w środku stycznia

Sale fitness to dziwne miejsca, o wiele łatwiejsze są sale tańców, przynajmniej jeśli trafiło się do grupy formowanej od zera, nie ma w niej jeszcze polityki, niesnasek, humorów, tego wszystkiego, co mnie męczyło przez pierwsze półrocze 2024 w miejscu ucieczki. Ostatnio z koleżanką, która jakoś tam pomogła mi jednak osiąść, nie zniechęcić się, mimo odczuć, że sala chętnie bawiłaby się beze mnie, pogadałem o tym wszystkim i myślę, że potrzebowałem tam kogoś w środku, kto usłyszy moją perspektywę. Pomogło mi to, takie posiedzenie po zajęciach i spacer przez chyba najzimniejszą noc tej zimy na razie. Ludzie wystygli po zajęciach. Zgadujemy się na jakieś naleśniki, dziś nawet wysłała tę szokującą informację, że mamy jakiś oficjalny dzień naleśnika.

Chyba może mieć tu na imię Różyczka? Jako obywatelka świata, podróżniczka, przywiozła mi kartki z Władcy z Nowej Zelandii, widziałem się dziś rano z bratem, oddałem mu jedną wreszcie. Mówiła że mieści się w tych drzwiach do hobbickich gospodarstw.

Już nawet za mocno mnie nie uwiera, że chyba jednak część z tego - bo mam nadzieję że nie wszystko - powtarza w towarzystwie, towarzystwo już nie tyle traktuje mnie jak dziecko specjalnej troski, tylko niemal ultraspecjalnej, tak się ostatnio zrobiło miło. Przyzwyczaję się, mam zresztą wrażenie, że teraz już jest w tym trochę szczerej sympatii jednak. Może to że się kogoś przytula na powitanie robi aż takie wrażenie? Ten wkurzający typ nabiera ludzkich kształtów jednak.

Upadek

Zagadują mnie w przejściu podziemnym jacyś bieda-bezdomni o kasę. Przy biletomacie często. Złości mnie to jakoś, ostatnio jednemu powiedziałem, żeby się zgłosił do ośrodka pomocy. Nie dodałem że płacę na takie podatki w końcu, choć przeszło mi to przez myśl. Myślę że kiedyś może potrafiłem mniej warczeć, zamiast myśleć, że typie, przecież mnie nie stać na miesięczny, dlaczego uważasz, że się czymś podzielę. Ale to może też wciąż  konsekwencja oszusta sprzed lat, który zmyślał na Krakowskim tę samą historię bez przerwy? W każdym razie nie muszę być aż tak obcesowy, jak byłem.

Jest to jakiś mój strach w życiu, że skończę na ulicy. Bo ja ściągam na siebie uliczników, słucham ich zawsze, kiedyś to notowałem przecież. Czy umiałbym dziś wysłuchać takiej historii, jak kiedyś o Panu NN? To może nie bezdomny, ale rozumiesz, dziwnych typów, czasem pewnie z dachem nad głową, czasem bez, zawsze przecież jest za tym historia. Albo o typie, co chciał w filmie zagrać Wojtyłę, wysyłałem to niedawno komuś.

Najlepsze rzeczy, jakie kiedykolwiek napisałem, nie były rzeczami o mnie. To były te wysłuchania.

Przecież nie wszystko dobre już było, wskazują na to tańce. Nawet jeśli dziś ewidentnie nieco rozczarowałem sobą Cudowną. Och, Captain, my Captain, taka, niestety, rola ucznia, że czasem się potknie, nawet jeśli stary cap z niego.

Nie mogę się biczować za bardzo za takie nieumyślne przewinienia.

W małej szkole to i nie wybrzydzają przecież że stary, klient jest klient, c'nie? Fajowe miejsce, jest miło bez zwierzania się ze spraw, które były niemiłe.

Powrót Małpoluda

Jak ta xywka brzmi nieuprzejmie, dziś nie mam najzieleńszego pojęcia już, skąd ona się wzięła. To już będzie ponad dwa lata, jak wpadliśmy na siebie na ulicy mojej, mieszka przy tej samej, znamy się z pierwszej pracy. Do tej pory wisi mi w domu plakat, który dostałem w prezencie na parapet. No i uwielbiałem ich, a teraz, po latach, to nawet na razie nie wiem, czy wciąż są jacyś oni. Wtedy nie byłem w stanie się odezwać, żeby pójść na to piwo jakieś, choć tak się umówiliśmy, rozstając pod żabką.

A teraz sam się odezwał jednak, że może byśmy razem na siłkę. Jakie to jest chłopackie, nie widzieć się najpierw z osiem lat, później następne dwa, a za chwilę razem dźwigać jakieś durne ciężary, w ogóle nie komentując tych lat. Wyjdzie w praniu czy kto jeszcze ma żonę.

Dźwigam te ciężary, bo Cudowna sugerowała, że jeśli bolą kolana, to znaczy - trzeba ćwiczyć. Nie żebym ja mało ćwiczył, nigdy w życiu nie ćwiczyłem tyle co ostatni ponad rok już, po prostu potrzebuję wymienić część treningu na siłowy. No to nie zastanawiałem się nawet przez sekundę nad odpowiedzią na to pytanie. Wprawdzie z moim terminarzem to udaje nam się zgrać co drugi tydzień, ale to i tak jest mega super hiper i ekstra.

Może jednak miesięczny?

Wprowadziła się druga współlokatorka. Chyba nie będę myślał o niej współ, chyba to jednak jest materiał na lokatorkę, no chyba że się dotrzemy jakoś. Z Salty nie musiałem, Salty jest cool, raczej Salty musiała jakoś ze mną, jest prześwietna, że jej się chciało. No a nowa dziewczyna, trochę chyba cwaniara, poszedłem jej mocno na rękę w wielu sprawach, bo przyjaciółka przyjaciół, więc ostatecznie niech ma, niech stracę. Ale wychodzi na to, że jest cwaniara i jeszcze próbuje manipulować od początku, przeinacza słowa moje, kiedy jej rzucam, żeby kontrowersyjną sprawę omówiła z Salty, bo wszyscy domownicy się tu muszą zgodzić, musiałem tam szybko interweniować i byłem zły o to.

Może jestem rozdrażniony, bo nawiozła rzeczy, które nie wyglądają jakby się miały zmieścić na dziesięciu metrach kwadratowych, których użyczam, na razie sporo tego leży u mnie, a ja nie lubię mieć poczucia, że mieszkam w graciarni. Mam strategicznie prosty, mało urządzony pokój.

Myślę, czy to takie rozdrażnienie wstępne i czy mi nie przejdzie. Mam nadzieję. Zaproponowałem naleśnika dziś, z okazji dnia naleśnika, mówi - przez chwilę myślałam czy nie ukraść jednego. Nie trzeba kraść, dziś zdecydowanie zrobiłem żeby się podzielić!

A później słyszę przez drzwi jak chodzi po pokoju i wyje, i klnie, że nie może znaleźć kamerki. Zapukałem, zaproponowałem że pożyczę swoją.

Ale tak myślę, że już w żadnej sprawie nie pójdę na rękę.

Może to za szybko, w końcu zanim mnie polubili na sali fitness jako tako to minął ponad rok. Trudno, to zdąży się wyprowadzić, zanim nastąpi zjawisko acquired taste.

poniedziałek, 20 stycznia 2025

Ósemki na trzecim planie

Podglądam sam siebie w nagraniu. Nie ustawiam jeszcze sam telefonu, choć wiem, że to pomaga, popatrzeć i przemyśleć, ale podglądam siebie z ciekawością, kiedy wystąpię u kogoś. Najśmieszniej było kiedyś, kiedy kamera złapała, jak się poddaję i kręcę w chwilowej rezygnacji głową. Tych chwil jest wiele, ale staram się ich aż tak nie akcentować.

Raz i dwa, i trzy, i cztery jest po prostu zapamiętane. Niezbyt zgrabne, ale przecież jeszcze o poranku siódmego grudnia pewnie przez chwilę upierałbym się, pełen konfuzji, że to jest raz-i-dwa-i-trzy-i-cztery-i-pięć-i-sześć. Ale uczyliśmy się liczyć w tych ósemkach i już tak nie zrobię. W pięć i sześć majaczy sens - te biodra wiedzą, że mają już choreograficzny obowiązek zrobić coś takiego, co na wdzięcznych planach pierwszym i drugim dzieje się już od raz. Moje biodra spoglądają, na razie jeszcze bez wdzięku, w tym kierunku, ale to całkiem dużo, myślę.

W siedem i osiem dzieje się ruch nogą i ruch rękoma na raz, podobnego kilka tygodni wcześniej nie zobaczył u mnie Busta Rhymes, choć był męczony przez dwie godziny nawet. Na drugiej nawet trochę wymawiałem się przed samym sobą zbyt bliską ścianą, cwaniak.

A teraz to jest na siedem i osiem, wszystkie kończyny działają wspólnie, z zawahaniem, ale wciąż bez paniki.

Na następne raz i dwa pojawia się na trzecim planie ktoś, kogo nie poznaję. Wystawia rękę, mniej więcej jak mu kazano. Wystawia nogę, mniej więcej jak mu kazano. Ten ktoś pamięta, że w sumie co chwila mylił, która noga pierwsza, ale mówił sobie - co mi tam, ostatecznie to nic nie szkodzi.

Ten ktoś nie pamięta jednak, żeby ktoś mu kazał coś więcej tam robić z ciałem. Przecież nawet sam sobie nie kazał. A jednak na chwilę ciało na trzecim planie działa samo z siebie. Tupie może nieco mocniej, niż sugerowano, ale przecież tak słyszy. Klatka piersiowa przez sekundę kręci się i spina delikatnie, w pół drogi między lewą i prawą ręką, ale wcale nie ze spięcia, tylko dlatego, że przez sekundę-dwie, płynie sama z siebie, być może przez chwilę czując. Nie: słysząc, reagując, podglądając.

To są ze dwie ósemki, kiedy ten ktoś zdaje się obcy, bo nie walczy o życie w ramach choreografii, tylko, uwierzyłbym, tańczy.

Bohaterka pierwszego planu, stosując tzw. magię kinematografii, przedłuża tę radość, bo siedem i osiem w trzecim zestawie przeskakuje po montażu, to inna próba. Podejście w którym wprawdzie robię coś nieco innego niż bohaterka planu drugiego, którą wcześniej poprosiłem o zamianę miejsc, żebym mógł od niej ściągać, ale jednak cokolwiek tam zrobiłem, wciąż przecież pasuje i nie ma powodu do przejmowania się, czy tu należało jeszcze obrócić rękę, czy dodać innej dekoracji.

Panika jest dopiero za kolejną ósemkę. Rzeczy zupełnie nowe-dzisiejsze, których nie pomieściła głowa, mimo wstępnych sukcesów po rozgrzewce. Nagle robię już coś tak bardzo innego, że może jednak wstyd;  widzę dokładnie, kiedy to nadchodzi, bo w pierwszym kroku naprzód razem z nogą jest jakiś ruch ręką, a w drugim kroku ręce już zacięte, w ciało wkrada się paraliż. Za chwilę pojawia się też stary wróg, falowanie, więc już naprawdę sypie się wszystko niby domek ze słomy zdmuchnięty przez wilka.

Panika na wilka, pawnilka, nazwijmy ją dla oswojenia. Nie szkodzi. Rusza mnie te kilka ósemek w środku. Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył. I z tym starym wrogiem też się kiedyś dogadam.

środa, 8 stycznia 2025

Soundtrack mojej ucieczki

Skok wiary, Salto mortale (07/08.12.2024)

Cudowna może trochę nas tam wzięła pod włos, kiedy tak mówiła - mam takie marzenie - no ale skoro mówię na nią tak jak mówię, to nie mogłem nie wziąć w tym udziału. Tak nam mówiła, jak do dzieci w przedszkolu prawie, a mam to skojarzenie z przedszkolem zapewne dlatego, że opowiadała kiedyś, że w piwnicy trzymają trumny i ubawiło mnie, że to hurtowe trumny na dzieci muszą być, skoro wymiar na dorosłego.

Halloween to było.

Marzenie, że po dwóch miesiącach kursu (tu przynajmniej byłem na całym, to będzie z dziesięć czy dwanaście godzin zajęć) wystąpimy na pokazie grup szkolnym. Kiedy ja ostatnio występowałem? Bez wahania, wiadomo, choć w wiecznym zawahaniu, skoro to improwizacja i mimo trzech lat prób, ciągły strach przed sceną. W szkole tańca to odwrotnie - dokładnie wiesz co masz robić, albo prawie dokładnie, po prostu, jeśli jesteś mną, to jeszcze (powtarzam sobie) nie umiesz. Ale jednak z improv pozostało gdzieś to przekonanie, że trzeba tam wyjść na parkiet pomimo strachu, więc odpowiedziałem bez wahania - no jasne że wystąpimy.

Na drugim kursie byłem nawet krócej, bo dołączyłem kiedy ponownie skasowali mi w klubie fitness z grafiku trening funkcjonalny i zwolniło się miejsce. Jezu, jak się cieszę! Szkoła tańca miała pomagać w zajęciach na licencji z klubu, może się już przestańmy z tym migać, że się lubi zumbę (Will Smith śmiał się z Margot Robbie), no ale okazało się że zumba została inspiracją do jeszcze cudowniejszych i cudaczniejszych wygibasów. Więc priorytety są zmienione - tańce above all.

I pewnie dlatego dzisiaj nawet nie ubolewałem jakoś specjalnie, że na samą jogę poszedłem, bez wycieczki na Promenadę. Trzeba czasem pielęgnować kolana, kiedy pojawia się nowa zajawka, to łatwiejsze.

Więc miesiąc temu daliśmy dwa pokazy, nie mogę patrzeć na nagrania z tego, myślę nawet nie o sobie, tylko jak zaprezentowałem Cudowną, tak uparcie pracującą żeby mi wbić cokolwiek o baunsie, zawsze lekkim ugięciu kolan i liczeniu ósemek, że przez poprzedzający występy tydzień zorganizowała dodatkowe godzinki szkoleniowe. Bo Cudowna ewidentnie kocha co robi i mnie to super porywa i jak nigdy wierzę, że mimo postępujących zakoli i postępującej siwizny, wolno mi się tym bawić a przestrzeń do poprawy nie ma końca, nawet jeśli na występ idę mając zaufanie jedynie do jej oceny sytuacji, w żadnym razie do samego siebie.

Rozwinięcie zajawki na DDR przesunięte o dwadzieścia lat, ot.

Dostałem też ostatnio tabletki nasenne, które w ulotce są również antydepresyjne i one przypomniały o tym wiecznym strachu przed sceną, ale też przed wszystkim, o lekarce zwracającej uwagę, jak się trzęsę, kiedy mi przecież tylko bada bóle szczęki, dekadę temu ponad to już musiało być i trochę mi wyszło na to, że to jednak może być jakoś inaczej i może ja potrzebowałem czegoś takiego już wtedy, albo nawet jeszcze wcześniej (spotkania ze szkolną psycholog wcale nie były łatwiejsze, ale komu ona próbowała pomóc, nie mnie, tylko tej która mnie tam skierowała), że wcale nie musiałem na tę scenę wychodzić w wielkim strachu i przerażeniu, trzęsąc się cały, mimo upływu lat, bo ta odwaga wyjścia na scenę niczego tu nie naprawi.

Nie mam już więcej tych happy pills, niech już będzie tak jak jest teraz, bo jest lepiej.

Przeżyłem oba występy, miałem ze sobą t-shirt z Generałem Daimosem, jako symboliczne wsparcie, dostałem go kiedyś od przyjaciół z Krańca Świata. Że nie liczyłem ósemek, żeby przynajmniej lecieć do rytmu na reggaetonie to sobie nie wybaczę już, ale Wiedząca Czego Chcąca błyszczała na szczęście, może nikt nie zwrócił uwagi za mocno na mnie. Nie lubię tego opisu, że muszą powiedzieć, że od dziesięciu czy dwunastu zajęć, to brzmi, jakby wiedzieli jak źle wypadnę zanim zaczęliśmy. Trudno. Dużo emocji, znów powracające od czasu pierwszej zumby wspomnienie końca lat dziewięćdziesiątych i wyśmiewających mnie w zagranicznej szkole dzieci, kiedy próbowałem powtórzyć co tam ćwiczyły do szkolnego występu. Inne traumy i uświadomienia, dlaczego te dziewczęta w tańcu robią aż takie wrażenie - bo to w tańcu zrozumiałem że pewne wspólne miejsce już nie istnieje.

Emocje to wygłupy, poprosiłem Cudowną o zdjęcie na pamiątkę z wieczoru, są na nim grupy wszystkie które prowadziła, a miała dwa występy z amatorami i jeden z profesjonalną, biorącą udział w zawodach, grupą choreograficzną, która potrafi w tańcu nawet salta. Wydrukuję sobie do ramki, na razie mam w niej jedynie zdjęcie z Mimblą (mogła mieć i inne xywki na tym blogu, trudno, ta pierwsza przyszła) z dzieciarnią, będzie drugie. Nie zbieram zdjęć, jeśli zapełnię wszystkie pięć czy sześć slotów to może pora zakrzyknąć chwilo trwaj.

Z imprezy uciekłem, kiedy ekipa poszła na parkiet, zbyt mało jeszcze traum przepracowanych, żebym i ja tam szedł, za dużo wygłupów, żeby nie zastanawiać się, czy Salto tak aby nie patrzy, bo jakiś debil się przypałętał, wystarczy jedno takie Salto i znajomi wężykiem puszczeni przodem na parkiet, na który ich nie gonię i zostaję sam, i zaczynam mieć poczucie, że idę nocą przez jakiś las i wszędzie siedzą sowy i wszystkie patrzą i są sowami, więc są takie mądre i w tych wielkich oczach wiedzą o tym strachu, więc uciekam, uciekam, uciekam, uff.

Zapewne myląc się w tym wszystkim okrutnie i do tego zapewne zupełnie intencjonalnie (to obrona, jak z tym paplaniem przy Wiedzącej Czego Chcącej), nie byłby to pierwszy raz w tym roku. Byle nie wpaść w takie sidła jak poprzednio.

Dwa występy to dość dużo odważnych rzeczy na jeden wieczór więc może nawet tchórz sobie, tchórz.

Akapit jak lodowa cegła (31/01)

Chwilo trwaj nie krzyczałem w ostatnim dniu roku, kiedy siekła we mnie najgorsza migrena od miesięcy. Serio, nie pamiętam przez ostatnie pół roku żebym w ogóle miał choć jedną, ale może o tym się chętnie zapomina (na pewno pod koniec czerwca jedna była). Czy to jakieś tym razem zupełnie nieuświadomione zgryzoty, że nie ma planów, że raczej nikt nie proponował planów (bo pytania rzuconego na czatową grupę organizującą tańce raczej nie odebrałem żeby było do mnie, no ale uczciwie odnotujmy), czy może znów Salto, bo mieliśmy dzień wcześniej trening łączony z grupą wymiataczy, przez niską frekwencję w okresie świątecznym, no nie wiem. W głowie łupało tak że nawet za bardzo nie zwracałem uwagi na fajerwerki. Wtedy wziąłem ostatni kawałek nasennej happy pill, może to mnie jakoś uratowało, bo było wprawdzie straszliwie źle i zimno, i potliwie, i nie miałem siły wyjść spod kołdry po lodową cegłę z zamrażarki, ale już łupanie za oknem w ogóle mnie nie obeszło. Próbowałem, zanim mnie tak zmogło, odrobić dla Cudownej zaległą pracę domową. Nie dałem rady, mimo ewidentnych postępów ("Intimidated", mogę wyciągnąć rękę, spojrzeć za nią i nie pomylić kroków) nie daję rady patrzeć na siebie samego, daleko temu do tańca. Dziś sobie tłumaczę, że to już była ta pełzająca migrena. W tamtej chwili zależało mi, żeby tak skończyć rok, żeby to było dobitne i wyraźne dziękuję, bo jestem w takim miejscu, że chodzę przeżywać te nowe i śmieszne czasem przygody (kiedy na nagraniu widzę jak na chwilę się poddaję, a obok wywijaja przypadkowo uchwycona Wiedząca Czego Chcąca) ponieważ chcę i jest w tym wykrystalizowana radość, a nie dlatego, że tylko to mnie utrzymuje na powierzchni, jak bardzo długo było z klubem fitness. Co oczywiście nie znaczy, że zumba jakaś gorsza, po prostu jestem w innym, lepszym miejscu wreszcie. W którym mogę też mieć jakieś proste noworoczne cele-postanowienia: spojrzeć kiedyś na siebie bez nienawiści, z czułością i wyrozumiałością i to może być poprzez nagranie z lustrem pod koniec zajęć kiedyś. Myślę że jestem na dobrej drodze.

Nowy Rok

Powrót do pracy to jakieś dobre emocje dla odmiany. Prawie skończyliśmy projekt, poprzednio to był haj, kosmiczny zastrzyk endorfin, pozytywna adrenalina. Pewnie naiwna nadzieja, bo w firmie jednak wszystko rozeszło się po kościach, nie przełożyło się to na żadne awanse czy choćby sensowniejsze pieniądze, to ważniejsze. Więc tym razem projekt już bez emocji (i bez nieodpłatnych nadgodzin, prawie) zupełnie - a te dobre odczucia są po prostu dlatego, że po skończonym projekcie od razu jest następny, więc jest i praca wciąż, co w tej branży nie jest oczywistością ostatnio. Jak to się mawia, chujowo ale stabilnie. A przecież bez pracy nie ma zajęć tanecznych, c'nie?

Uciekam od internetu pożerającego czas tak bardzo bez sensu, że nawet człowiek działający w stronę rzeczy zbytecznych ma go już dość. Na razie jeszcze nie w gry komputerowe (ciężko się zdecydować, ale przynajmniej znów usunąłem Nuclear Throne, pożeracz czasu), ale zaskoczyłem sam siebie, bo obejrzałem chyba więcej filmów już niż przez ubiegły rok. "Quigley na Antypodach", bo jakiś klip wpadł w oko, tak o, impulsywnie. "Bękarty wojny" wreszcie. "Trzech Muszkieterów" w których za mało Evy Green, trzeba będzie znów obejrzeć ulubionych z Yorkiem i Welch, i Oliverem Reedem, który zdaje się zmarł przy kręceniu Gladiatora, i Chamberlainem, w którym się wszystkie kiedyś kochały, mewiła. I na raty "Van Helsinga", ależ był okropny. Współlokatorka...

(Dlaczego jeszcze nie ma xywki, hmm? Salty może, skoro nie lubiła żartu z sugar mommy, choć sama go wymyśliła!) 

Salty jako fajne kino przygodowe poleca Piratów z Karaibów, co niestety chyba znaczy, że współczesna młodzież naprawdę nie dorobiła się fajnego kina przygodowego, a nie że ja nie umiem nowych filmów przygodowych znaleźć. W końcu na Piratów to i ja w młodości chodziłem do kina. A wychodzi na to, że zanim mi wrzucą na streamingi drugi film o muszkieterach, w którym może i nawet będzie nieco więcej Evy Green, to trzeba szukać w produkcjach starszych niż kojarzy młodzież.

Wiedząca Czego Chcąca polecała "Prawdziwy ból" dopiero co (nie zastanawiaj się skąd się ta rozmowa, której uczestnikiem przecież nie byłeś, wzięła, na pewno nie stąd że dobrze się kłamie w miłym towarzystwie i mandarynki), może to, choć to zupełnie inna przygoda? Tytuł jak do filmu o migrenie, to może być coś dla mnie.

piątek, 6 grudnia 2024

Test drive. Climbing Kilimanjaro.

Zacząłem chodzić na nowe zajęcia. Znów. Skasowali mi niestety z grafiku "zdrowe kolanka", ale nie tak dawno spotkałem na tańcach trenera, który zasugerował że problemy z kolanami to może w dużym stopniu być brak odpowiedniej techniki. Co ma sens, w końcu chodzę na luźne zajęcia fitness, nie na naukę tańca. Techniki nas nie uczą za bardzo.

Często nawet mówią, że nie obchodzi która ręka, która noga, ma być dobra zabawa i tyle.

Zacząłem więc chodzić również na zajęcia taneczne, bo raz że technika, a dwa że po prostu chciałem sprawdzić, jak to wygląda, uczyć się tańczyć. Po prawie roku tańców-fitness dotarłem chyba do ściany jeśli mowa o nauce koordynacji i rozumienia części ciała z których te śliczne u dziewcząt a toporne u mnie ruchy wynikają, więc trzeba się zapisać do miejsca gdzie mi to rozłożą na czynniki pierwsze.

I też jest super!

Nawet jeśli jak zwykle przy nowej aktywności fizycznej, okazuje się że człowiek miał jakieś mięśnie o których do tej pory nie wiedział. Ale ile satysfakcji!

Jeszcze przyjdzie dzień, że nauczę się robić falkę!

Podobno większość facetów na kursy tańca przychodzi szukać dziewczyny teraz i jest odwrotnie niż mi kiedyś opowiadano - więcej na sali chłopa niż dam, niezależnie od tego jak bardzo zmysłowe i latino są to zajęcia. Ubawiło mnie to szczerze. Sam na razie to jednak nie szukam tańców w parze. Chyba?

Ostatnio Kraniec Świata, który przyjaźni się z nową współlokatorką, zasugerował jej znaleźć mi dziewczynę. Co za przerażająca myśl, że mi tu najbliżsi ludzie wychodzą z założenia, że sam sobie nie poradzę, gdybym naprawdę chciał.

Nowa współlokatorka nie pocieszyła mnie niestety słowami w stylu, że mogę być spokojny, bo tak starych koleżanek to ona nie ma. Ech. Mamy sezon na młodzieżowe słowo roku, trzeba podłapać może.

Tymczasem w szkole tańców, nawet jeśli się nie szuka, natrafia się na niebezpieczeństwa. We wtorek mieliśmy dodatkową godzinkę, bo jutro występ na podsumowanie dwóch miesięcy kursu. Wychodzę, już zakładam słuchawki, dogoniła mnie Wiedząca Czego Chcąca. Tak na razie myślę o niej, bo kiedy pierwszy raz wpadła do szkoły, rozstawiała mnie po kątach trochę, tj. kazała zabrać graty z miejsca do siedzenia obok mnie, bo ona tu sobie usiądzie. Znaczy umie o siebie zadbać, zrobiło to na mnie wrażenie po wielokroć, bo oprócz aspektu umie o siebie zadbać, chciało jej się ze mną gadać.

To zupełnie odwrotnie niż relacje na dotychczasowych salach tańców z początku, jakoś unormowane i coraz ostatnio lepsze, ale trzeba było na to prawie roku.

Więc dogania mnie ta dziewczyna, a ja mam okazję zobaczyć, co się dzieje ze mną pozostawionym na pięć minut sam na sam z atrakcyjną kobietą. Dzieje się samospełniająca się przepowiednia, tj. jak już mnie zaczepiła ("ooo, zakładałeś słuchawki, nie wiedziałam czy gonić, ale tak niezręcznie też iść dwa metry od siebie, skoro chodzimy na kurs razem"), to zażartowałem, że teraz pewnie będzie mój słowotok, bo taki jestem wygadany i nie umiem trzymać języka za zębami. Pojawił się ten temat na sali zresztą kiedyś też.

Wiadomo, że to stres, c'nie? Dlaczego mózg wychodzi z założenia, że lepiej wyprodukować milion myśli, zamiast zadać pytanie? Przecież wiem, że ludzi się pyta. Ja nawet jeśli nie pytam, to zapamiętuję. Np. że Szefowa Prowadząca Zajęcia nie lubi zakupów. Przecież po to słucham ludzi, żeby wiedzieć takie różne drobiazgi.

"Co dziewczyna z Żoliborza robi w szkole tańca na Pradze, trochę nie po drodze!".

"Mówiłaś że chodziłaś na hip hop kiedyś, dlaczego przestałaś?"

"W czwartek kolacja firmowa, ominiesz trening, hmm, co robicie, gdzie pracujesz, może ubieracie okropne swetry? Zrobiliśmy tak kiedyś w Samsungu, a do tego fotki w pozach jak Ginyu Force."

Tak należałoby pytać, ale dzieje się samospełniająca przepowiednia z jakąś parodią z tego opowiadania Hłaski chyba, gdzie stary cap się popisywał sprawnością przed dziewczyną syna. No ale skoro ona do mnie już chyba trzeci raz przez ostatnie dwa tygodnie powtarza że chodzę na strasznie dużo zajęć, to jakoś mi się to kojarzy, że nawet nasz wspólny reggaeton to musi być niezły trening, bo zacząłem robić o wiele dłuższe planki. A tam na reggaetonie bardzo dużo spięć brzucha przecież.

Podziękowała za odprowadzenie na przystanek.

Jejku jej, może po prostu ja się cieszę, że ktokolwiek chciał posłuchać o tym ile radości znajduję w zajęciach od roku już. Ostatecznie jeśli następnym razem nie dogoni mnie na ulicy, może pójdzie na przystanek ulicą Panieńską zamiast Sierakowskiego, metrów trasy wyjdzie jej tyle samo, to nikomu nie stanie się krzywda, nawet nie będę wiedział. Bądź uważniejszy, nie ma żadnych powodów do paniki. Jutro nie tańczymy w parze.

-

A dziewczę w salonie optycznym miało strasznie fajne oczy niedawno, w które trzeba było patrzeć, kiedy coś mierzyło. Jakieś dekoracje pod nimi jak z cyberpunkowej mangi. I też sobie coś zażartowało, że straszna pchła jest, więc muszę do niej usiąść, żeby mi ten miernik podłożyła. Bałem się powiedzieć na głos co pomyślałem.

"A to pewnie świetna tancerka, jak każda pchła na sali tańców."

Weź przestań, gościu. Weź sobie do serca noł stress zamiast noł future.

Zakolegowałem się trochę, mam nadzieję, w tym salonie, z przypadkowo spotkaną parą znaną z klubu fitness, mieszkają przy Panieńskiej właśnie, to zaprosiłem na te swoje nowe zajęcia, skoro jedne wspólne wiem że już lubią.

Czyli w sumie może nie jest jeszcze idealnie, ale jednak poziom social awkwardness mi trochę spada i nieco mniej boję się ludzi. Cool!