czwartek, 20 maja 2010

Najpiękniejsze zebranie świata, jest nas coraz mniej, czyli pewnie mówimy coraz więcej

Proszę, proszę, on jednak tu jest. Cztery godziny snu, cudowne miejsce siedzące w autobusie i gorzki wstyd przy wysiadaniu na Marymoncie, bo dwa metry ode mnie kobieta z czterolatką stały. Co to znaczy, że nie widziałeś, patrz uważniej, to sam siebie nie będziesz z porannej puszki Pandory wyzywał. Druga kawa w tym tygodniu, to pewnie piąta w tym roku, coś z biorytmem, gwiazdami i horoskopami. Pamiętam, że w czasie nastoletnim rodzice nam ją proponowali (kawę, nie ezoterykę), czy to była zasada krztuszącego papierosa, czy jednak próba budowy wspólnego rytuału, żeby posiedzieć razem, tego nie wiem. A może sami się z siostrą prosiliśmy. W każdym razie nie przetrwało to zbyt długo i dopiero praca mnie do tego jakby przymusiła. Tfu, co to za podejście, nic nie muszę, mam po prostu głęboką, wewnętrzną potrzebę nieusypiania na zebraniu. Więc pewnie jestem lekko naspidowany i stąd pisanie.

Że w nocy zapomniałem o braku obiektów to zrozumiałem, pamięta się o obiektach, jeśli są. Za to jak mogłem zupełnie zapomnieć o rozwaleniu Weaponów? Tak, zupełnie niepoważna sprawa, utrata życiowego celu, została pustka - świetna kwestia do przemyślenia na zebraniu raportującym tydzień. Dopiero teraz dociera do mnie, że tradycją czwartkowych wpisów wpasowuję się w atmosferę pomieszczenia - po prostu raportuje trochę inne rzeczy.

Weapony to takie legendarne monstra, którymi wcale nie trzeba zawracać sobie głowy. Wręcz przez większość czasu wypada ich unikać, bo co to za frajda być przez takiego kolosa rozdeptanym, bohaterstwo cierpi. Ja dobrałem się do FFVII długo po premierze, kiedy kolejna generacja konsol na dobre przejęła rynek. Pewnie nawet miałem juz za sobą FFX. Ale miałem też w pamięci Squareware, taką tematyczna kartkę z pierwszych numerów Neo (jeszcze bez Plus), że nie wypada zostawiać tych wszystkich FF-owych ludków na pastwę monstrów. Przykitrałem więc swoich herosów, za trzecim razem nieźle rozumie się mechanikę gry. I ów Emerald wytrzymał na placu boju około dziesięciu minut, a Ruby trochę dłużej tylko ze względu na długaśną animację KOR'a (takiś mocny? to rozbij ich bez KOR'a, bez limitów i bez 4x cut). Po nagrody też się nie zgłosiłem, co mi z nich teraz, a w telewizji kończył się Epizod III, powszechne zakończenie, walka, walka, żeby nie napisać depresja jest nie do opanowania. Zostało wypowiedzieć się na temat ejdżtiemelfajf, nadgryzionego jabłka (nie mylić z japkiem) i flesza.

Jeszcze tylko napiszę coś miłego o kumplu - Geniuszu - robię to z ciężkim sercem, bo bardzo długo przemawia, ale tak ładnie prosił i w ogóle zainteresował się tym potokiem w notatniku, że nie będę jakoś ściemniał (np. o pasiastej koszulce, że niby ładna, albo że ładnie wygląda), tylko uczciwie stwierdzę, że samo zainteresowanie jest sympatyczne. Elo!

Niech to się wreszcie skończy, kofeina z mózgu schodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.