Jak tu teraz tak, nie dopowiedzieć, czy napisać wszystko i czekać kamieni? W ubiegłym tygodniu odezwał się do mnie kolega, że oferta nie do odrzucenia, jadę z nim na Godspeed You! Black Emperor, należy sobie jedynie opłacić przejazd. Fajosko. No tylko że dwa tygodnie temu też odezwał się do mnie kolega i pisał, że oferta, że ma do sprzedania bilet na Godspeed You! Black Emperor. Bardzo mi się zrobiło miło, bo poprzednio widzieliśmy się dwa i pół roku temu w Mysłowicach, mamy kontakt przez fejsa bardzo sporadyczny, a on pamięta i zaprasza, czuje, wie, że to ma sens w moim przypadku i jestem wpisany na listę gdzieś w okolicy czołówki, skoro wszedłem na miejsce życiowej wybranki. Ale wymówiłem się inaczej zaplanowanym budżetem. No i teraz tak - obaj Ci koledzy to oczywiście ten sam człowiek, tylko rozłożony w czasie. Niech będzie, że Małpolud, bo jeszcze nie ma durnej ksywki tutaj. I pojechałem, zupełnie jak nie ja, bo z dnia na dzień, bez planu, bez noclegów, bez sprawdzania opcji powrotnych, niech się dzieje, co chce.
Na Wschodnim wiało, nawet nie miałem biletu, tylko czekałem na wszystko gotowe - bo on mieszka blisko, to kupił. Jakby za piękne to, jak to tak, że nic nie muszę. A jednak. Nie mieliśmy problemów z rozpoznawaniem się, bo nie dość, że przez te lata nie zaczęliśmy na posuniętych w latach wyglądać, to jeszcze peron pusty. Cześć i jazda, pogadać o sprawach okołopracowych, kto się z pierwszego składu ostał, pogadać o kredytach, pogadać o tym, co się robi w życiu, on akurat robi trochę muzyki. Jest w nim taki fajny spokój i pewność. Pytałem co z zespołem, który zostawił we Wrocławiu. Nie zależy mu, bawi się swoimi rzeczami, kontakt mają, coś do filmów czasem, może będzie więcej. Wtedy godzili prace, życie i próby do późnej nocy, nawet ja rozumiem, że nie da się tak w nieskończoność. A na depresyjnych jazgotach i plumkaniu ciężko zarobić, żeby można było się na samo to przerzucić.
Trochę takie jest GY!BE - od razu kojarzę sobie The car is on fire and there is no driver at wheel, że smutno, że jęcząco, że apokalipsa. Jakie niedopatrzenie, ów przegapiony koncert Sigur Ros w Warszawie, miałbym trzy bieguny post rocka zaliczone, mógłbym umrzeć odpowiednio smutny i rozczulony zarazem. No ale nie. Oczywiście te bieguny sam sobie rozstawiłem, trzeci to Mogwai, a jeśli coś było wcześniej, a na pewno coś było, bo z pustego w próżne to nie, to wybaczcie, ale nie znam.
Pociąg kosmiczny, monitory z informacjami jak w samolotach - prędkość, czas, stacje. Smoczy mówił, że takie są w Niemczech. Ze mnie oczywiście żaden podróżnik, więc się dziwiłem. Głośno, słychać rozmowy z drugiego końca wagonu, a do tego mniej wygodne niż w starych składach siedzenia, plecy bolą. Ale hej, ciepło przecież! W ogóle mnie ostatnio plecy trochę bolą, trzeba zacząć się ruszać, zasiedziałem się w biurze. Udało nam się nie przespać odpowiedniej stacji, udało nam się iść od razu w dobrą stronę, nawet udało nam się nie przejść za daleko, bo Eskulap był jeszcze zamknięty, to znaczy gromadził przed wejściem tłum, który wyglądał zupełnie tak, jakby był gromadzącym się przed koncertem tłumem. Gdybyśmy się czegokolwiek spodziewali, to pewnie nie przerobionej na koncertową sali gimnastycznej, ale ponieważ się nie spodziewaliśmy, to wcale nas to nie dziwiło. Tylko w kolejce zimno, ale przynajmniej wokół ciekawe rozmowy, muzyczni guru epatujący zajebistością przed kolegami. Już nie słucham Comy i takich tam. Tylko The Fall. Mark E. Smith jest Bogiem! Słuchaj, z tego się nie wyrasta. Ze wszystkiego można wyrosnąć, ale nie z post punka. Do końca życia już będę słuchał. Tak ze dwadzieścia lat miał. A dalej - tu nawet znam temat, bo o ile na The Fall załapałem się jedynie z okazji Offa i pamiętam z niego Boga bez jego muzyki, to już Archive sam trochę słuchałem, a teraz już wiem, że - tylko pierwsza płyta, bo mieli rapera wypożyczonego. Nie sposób nie zgodzić się z taką argumentacją!
Jako wsparcie wystąpił ambientowy artysta, który zdecydowanie nie porwał tłumu. Wydawał jakieś mało rytmiczne dźwięki, z których część powinna być zabroniona, po czym powiedział Thanks i tyleśmy go na widzieli. I na scenę zaczęły wchodzić gwiazdy. Co ciekawe - chwile, kiedy rozkładali się na scenie to jedyne, kiedy można się im było przyjrzeć. Bo później, pomimo, że robią strasznie dużo hałasu, właściwie jakby ich nie było. Małpolud mówił, że potrafią mieć w składzie po kilkanaście osób, widać to jakaś skłonność Kanadyjczyków, bo to samo jest z BSS przecież. Można, zamiast na nich, spokojnie patrzeć na przekładane taśmy, wizualizacje - literki, schematy, pociągi, płonące miasta. Najfajniejszy pociąg - kiedy jedzie przez tunel i w miarę jak oddala się od krańca, światło, dla mnie, zaczyna wyglądać jak głowa węża.
No dobra, a co z tą muzyką?
Bardzo dużo plam dźwięku, na początku, wstępnie bardzo rozległe te plamy. Później dodane rytmy dopiero. I wszystko we mnie się buntuje, kto w ogóle wymyślił tą salę, nie powinno się takich rzeczy słuchać w sali. Nie chodzi o to, że muzyka jest depresyjna, nie aż tak. To jest muzyka mam-ochotę-być-sam. Zilustrowałbym to Exupérym, który jako pilot wylądował kiedyś na bezludnej skale w środku Afryki i był tam sam jeden pod gwiazdami. Taką chęć to we mnie budzi.
Wracaliśmy na dworzec, uświadomiłem towarzysza, że za każdym razem, jak słychać było nowy dźwięk, on wyciągał wyżej głowę, szukając, co i na czym kombinują. A jeżdżą smyczkami po gitarach, choć mają w składzie dziewczynę ze skrzypcami. Kiedy wróciło światło, zadowolony oglądał składanie sprzętu - Strasznie dużo mają efektów. Na pewno sami się w nich gubią. Opowiadał też, że typ, od którego kupował bilety, chwalił się, że pierwszym nabywcą był Artur Rojek. No to może chce ich na Offa zaprosić w tym roku. Jego akurat nie widziałem, ale znajome twarze mignęły mi, kiedy już umierałem na dworcu. Proszę o wyrozumiałość, to była pierwsza w nocy i ból w głowie. Widzę typów, przechodzą w tę i we wtę, mają plakat pod pachą - fajne musiały być te plakaty, bo prawie każdy na dworcu miał. Krzyczę zaczepnie - Chłopaki do Mińska?
- No, tak, też?
- Prawie, do Warszawy. - Tu się zacinam, patrzę, widzę, że znam, ale nie wiem. Idą dalej, dopowiadam, że wiem o co chodzi, znam teren - Muzyka Końca Lata?
- Prawie...
Zeszli po schodach, a ja już nie chciałem krzyczeć, że dotarło, bo to był basista Maków. Może się za bardzo nie obraził. A jak ich kiedyś spotkam jeszcze, to może zapytam o wyrocznię w sprawie odmiany nazwy.
Dobrze tak spotkać kogoś, z kim się nie widziało sto lat i nagle jak się okaże, że dalej wszystko śmiga, gra i buczy, i jest dobrze w swoim towarzystwie.
OdpowiedzUsuńWłaśnie. Albo dobrze, że się czasem do człowieka odezwie ktoś, jeśli człowiek sam słabo się do innych odzywa. Co przypomina mi - K. dał znać o przednim dowcipie? Chyba go nie prosiłem, ale może sam na to wpadł. Taką wiadomość dostał:
OdpowiedzUsuńRynn zasugerowała mi, że mógłbym WOŚPgotowanie rozreklamować... W związku z czym napisano mi przedni dowcip:
" jakies matrymonialne ogloszenia, schadzki za posrednictew WOŚP
troche niesmaczne "