Jest kwiecień, więc, jak to kiedyś Rynna zauważyła, będę pisał mniej składnie i bardziej do siebie. Na pewno zauważyła, że mniej składnie, chyba nawet użyła słów w sensie egz-art-owany-wannabe, ale to nie tak. To po prostu mój kod, to jest próba zdystansowania się, ale wciąż nie odczarowania, no bo wtedy nie byłoby pisania w ogóle w temacie. Jeśli dobrze pójdzie, to tylko dzisiaj i z głowy.
Przez tydzień byłem chory, dostałem zwolnienie od lekarza i wydaje mi się, że w ogóle nie z tego powodu tam poszedłem. W poniedziałek bolało, we wtorek zaopiniował przeziębienie, kiedy już w sumie nie bolało. Przeziębienie czułem też, bo jestem notorycznie przeziębiony – zwalam na mało snu i fakt, że w mieszkaniu trzy piąte domowników są od pół roku zawsze przeziębione. Nie ma warunków dla zdrowia. Myślałem, że jednak coś te tabletki pomagają, na pewno pomagały na mniejszy katar, ale w sobotę znowu bolała mnie głowa. A chorowanie się skończyło, wczoraj poszedłem do pracy, wypoczęty w miarę i szczerze uśmiechnięty, ale ostatecznie wróciłem do punktu wyjścia, znowu poniedziałek, znowu głowa. Może powinienem zacząć analizować ciśnienia i inne takie. To wkurza po prostu, tak samo jak bezsenna noc, kiedy, niby deszczowa, ale jednak ciepła, przychodzi wiosna i nie znajdujesz w sobie siły na realizację tak głupiutkich planów, jak chociażby te rowerowe dojazdy do pracy. Serio, to by mi wystarczyło, chociażby to, choć plany związane z pracą też łatwiej realizować, kiedy szafa gra.
Jak ja ostrożnie dzisiaj piszę, no bo jestem po tej bezsennej niemal nocy i już obiecałem pisać głupoty, proszę, proszę.
Straciłem wyjście do kina, tym razem nie musiałem na Niedodzwanialną wpadać na mieście, sama się odezwała, że trzeba na Allena przecież. Znów będzie dzień okularnika, jedna z popularniejszych z rzeczy, które Was tu sprowadzają, choć nie mam pojęcia, kiedy to wypada. Czy byłem? Czekałem na Ciebie. Okej, rezerwuję. Nie okej, ja umieram. Innym razem, przyszły tydzień, to już teraz, ale teraz to już rozważamy maj. To też zabawne, napisałem jej, że różnie to bywa i mało jestem pewny, żeby nie nadawała mi wysokich priorytetów w tej sytuacji, jeśli ma coś w planach, trudno, będzie okej. Something in the Way, Nevermind, Nirvana.
To bardzo kiepskie, dostać ataku bezsennej nocy akurat dwunastego kwietnia, który znów jest wtorkiem. Spodziewałbyś się końca świata, przed południem jeszcze, ale na szczęście jesteś tak zarobiony, że nie ma czasu wracać do tego.
Są ważniejsze daty zresztą. Takie bardziej światowe – piąty kwietnia. Wtedy umarł Kurt Cobain. Wtedy strzelił sobie w głowę. Teraz już wiem, ale skąd miałem wiedzieć wcześniej, jak to dokładnie wyglądało? Miałem się interesować bliżej grungem? Kurt Cobain, gość z koszulek, samobójstwo, Smells Like Teen Spirit i Come as You Are, to jest jak zbawienie, możemy cofnąć się bardziej niż sześć lat, kiedy w Katowicach dostałem do ręki gitarę i te nuty (taby!), prawie się nauczyłem. Chyba nie mógł to być 2003, bo wtedy jeszcze Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów nie miał gitary żadnej, ale mógł być 2004, kupił ją jako rekwizyt do zdjęć. Asucon 9, czyli schyłek chyba, już wszyscy wokół mówili, że druga liga konwentów, ale przynajmniej turniej DDR dawał radę.
Aha, i oglądałem dwa sezony Californication, to musi być koło ósmego kwietnia już, bo nie od razu go znaleźli przecież. Tyle wiedziałem do zeszłego wtorku, kiedy trafiłem na artykuł rocznicowy i autentycznie się zawstydziłem, że wcześniej zdążyłem publicznie napisać dom, w którym kompletnie już nie pamiętam, co było, poza tym może, że chciałem sobie strzelić w bolący łeb. Z tych okolic znalazłem też (choć tu było trudniej) I Awake, Soundgarden, na nich też załapałem się kiedyś w VH1, a Black Hole Sun dostało swój rebus na tablicy w pracy, ale teraz dowiedziałem się, że Cobain lubił ich wczesne nagrania. To znalezione na pewno wcześniejsze niż to z VH1. Tropy. Wiecie, fejsbuk to wcale nie jest największe zło, można się zainteresować. Czasem słyszy się takie rzeczy - zastanawiam się, czy się nie wypisać - to się wypisujcie, jeśli inaczej nie umiecie.
Ja wczoraj np. wysłałem wiadomość, podobną trochę do jednego z najładniejszych mejli, jakie napisałem w życiu, w zamyśle przynajmniej, bo wtedy poszedł mejl w zamian za smsa, teraz dłuższa wiadomość, też jak mejl w sumie, i z piosenkami, w zamian za krótki komentarz. Mam w dokumentach katalog nazwany listy, dla mnie mejle to są listy właśnie, bo wyrosłem w czasach, kiedy pewnie dziewięćdziesiąt procent papierowej korespondencji stanowią urzędowe pisma. Ten katalog ma podkatalogi 2008 (13 listów), 2009 (2 listy) i od wczoraj 2011 - no bo przecież całe to miejsce jest zamiast. Te linijki na pewno jakoś umościły mózg, łatwiej mogłem po nich znieść tykanie zegarów.
Z pracy wyszedłem półprzytomny, tym razem nie uciekł mi autobus, nie sprzed nosa w każdym razie, więc chodziłem od wiaty do reklamowego słupa przy przejściu, chyba zawsze tak chodzę, nie lubię na przystanku po prostu stać, i miałem frajdę z wystawiania dłoni na powiewy wiatru, który za bardzo nie wysysał z człowieka ciepła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.