(Oczywiście wszystko źle, bo w szkołach są raczej panie pedagog.)
Pisząc ostatnio o pani psycholog, miałem też wspomnieć o najlepiej wspominanym konwencie. Nawet jeśli właściwie przez ostatnie lata nigdzie wspominany nie był, to wciąż najlepiej. Jest do tego tekst źródłowy, który nie od razu udało mi się wtedy znaleźć, więc wątek wyleciał. A przecież wiąże się z tamtym grunge'owym akapitem, bo to też naprawdę dawno, Pogromca Dinozaurów administrował całym forum, teraz pomógł je odnaleźć. Trochę oszukuje w datach, bo konwent na pewno był w 2004, cóż, ja swoje wiem. Ten sam tekst dostała pani psycholog, kiedy prosiła, żeby coś pokazać, to akurat było najświeższe. Szacun dla niej, bo ja dziś nie umiem przez to przebrnąć - a wiele nie brakowało, żeby w trochę mniej zemotowanej formie poszło drukiem. Chyba jedynie NIPu brakło, bo jeszcze chcieli mi za ten tekst zapłacić. Nie powinno więc chyba dziwić, że gazety już dawno na rynku nie ma (no, rozsądne rzeczy też były, np. mrw pamiętam, że pisał o muszkieterach).
Możliwe, że było tam też coś o skracaniu o połowę. Nie dowiem się już, bo webowy system pocztowy miał mniej ogarniętych adminów niż Pogański Bożek i nie widzę w nim żadnych mejli sprzed 2006. A kiedy szukałem, czy pierwszy konwent był w 2003 czy 2004, to trafiłem na informacje o przyznawanych nagrodach i wyszło na to, że naczelny nieistniejącej już gazety obchodzi urodziny tego samego dnia co ja. O! To chyba całkiem nieźle, że na ogół staram się zrobić jakiś przesiew myśli i takie wylatują. To chyba raczej smutne, że najwięcej uwagi poświęcam swoim rzeczom, można by się czasem zachwycić nowym.
Najlepiej to pewnie odplątywać i zaplątywać wszystko na nowo, pokracznie mutować, opacznie kontaminować, zbierać baty w ciągłym dążeniu. Wczoraj, kiedy koleżanka podzieliła się piosenką, zanim w ogóle zacząłem przesłuchiwać, już kombinowałem, czy to będzie jakiś cover The Verve, czy nawiązanie do nich, albo do tego samego. Tytuł ma więcej sensu u Brytyjczyków (w końcu puścili taką płytę), stąd podejrzenie, że śpiewają trochę jedni do drugich. Przypatrywałem się tekstom, to nigdy nie jest tak, że wystarczy, żebym się przysłuchał, ale i tak nie znalazłem drogi Forda w Stanach, to znalazła koleżanka, ale ja znów, zamiast jechać nią do Jesup, dojechałem gdzieś do Anglii - do Gravity Grave. Bo nie znam się na samochodach na tyle, żeby wykluczyć, że w teledysku występuje Ford, do tego drogi wyglądają jakby niekoniecznie szło je znaleźć na mapie. Narkotykowy odlot Ashcrofta, codziennie zachodzące słońce. Łatwiej kojarzyć takie proste rzeczy, to jest światło, to też jakieś guiding light.
Rozmowa wkrótce przeniosła się na horyzont, do którego dążą przerażające swego czasu Hatifnaty. Hatifnatowie. Teraz, kiedy wiem już, do czego dążą, bardzo je podziwiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.