Śnił mi się wrześniowy koncert MKL i Maków, który po kilku chwilach przeniósł się na podwórko przed lokalem i zamienił w performance sportowo taneczny z piłkami i publicznością. Przybiłem piątkę ze Zmywakiem, usiadłem na trawce oglądać, Jacek komentował wydarzenia, między innymi uznał, że Maciej, biegający za piłką, świetnie wpasował się w klimat imprezy w tej kiecce. Takiej zwiewnej, ale miał do niej wielkie, grube, czerwone rękawice, a do tego oczywiście, jak zwykle na ich koncertach, miał frajdę. I ja też miałem kieckę, ale jednak nie wyglądałem tak okazale.
Nad ranem, na pewno przed szóstą trzydzieści jeszcze, miasto było puste, jak filmowy Nowy Jork i tym razem czarno białe. Maki grały nowe piosenki na skrzyżowaniu przy CePeLku, trochę takie protest songi w rytmie Joy Division. Kilka osób chodziło wokół po pasach i robiło notatki z tekstów, wtajemniczeni, chyba wiedzieli, że to sen.
Noc kończę z kobietą. Walczymy na siekiery. Ale po samurajsku tylko jeden cios się liczy. Siekiera wchodzi jej w głowę jak w holograficzną projekcję, nie da się napisać o uroku trzaskającego arbuza. Mam takie wrażenie, że powinna się tam pojawić krew, ale jest tylko cieniutka linia przez oko do ust, które mówią - Daj mi jeszcze trochę wody, zanim się rozpadnę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.