Pan Bogusław zaczepił mnie na rogu Ząbkowskiej i Markowskiej, nie od razu się zorientowałem, więc krzyknął głośniej, wskazując na świąteczne ozdoby - Ładnie świeci. Niósł dwie torby, takie straganowe, wypełnione butelkami, zbiera je po drodze ze śmietników. - No ładnie.
Pan Bogusław jest postawnym mężczyzną po pięćdziesiątce, kojarzy się z takim rolnikiem, który jeszcze kilkanaście lat temu mógł jeździć po warszawskich osiedlach i przez domofon oferować worki ziemniaków po trzydzieści kilo. Tylko że ma torby z butelkami i ich nie oferuje. Pan Bogusław zna tajemnicę, sam to sobie wszystko tłumaczył, ale nie sądzi, żeby kto inny potrafił to zrozumieć. No bo, proszę mu powiedzieć, dlaczego to policjant był mądrzejszy, najmądrzejszy policjant na całą Polskę, ale to psychiatra miał rację. A mądrzejszy nie był. Rozumiecie to? Pan to rozumie? Jak to jest, że psychiatra głupszy, a rację miał, chociaż blisko było, to jak pięćdziesiąt jeden do pięćdziesięciu. By było sześćdziesiąt do pięćdziesięciu, to oczywista sprawa, ale tu tak na krawędzi. Tajemnica, którą Pan Bogusław zna i rozumie, i opowiadać nie będzie. Ale jakby tak, wyobraźcie sobie, stał teraz w katedrze Notre Dame. W Paryżu. W takim białym papieskim na ramionach i takim białym z czerwonym papieskim na głowie. Do wyobrażenia? Pasowałby? Spojrzelibyście na Pana Bogusława i co powiedzieli? Albo jakby wyszedł tu z za rogu, z Brzeskiej, tak ubrany, to pewnie byście powiedzieli, że wariat. Tak ubrany, żaden karnawał, wariat i już. Ale czy psychiatra był normalny? I w ogóle, papież, bez przesady, Pan Bogusław jeszcze się czuje za młody, ale jakby jeszcze poczekać, to może by mógł zagrać Wojtyłę, takiego z lat siedemdziesiątych. Jak Karolak. Nasz taki był piękny, papież, Ci późniejsi już nie, ale nasz był wspaniały, zresztą podobnie jak jego poprzednik. Tak mówi Pan Bogusław, po czym sobie przypomina, że jeśli nie papież, to jeszcze nie został w życiu Jerzym Połomskim. A posłuchajcie, jak Pan Bogusław śpiewa, oczywiście ja sam nie znam twórczości Połomskiego i to teraz jest najważniejsza rzecz na świecie, żeby wiedzieć, jaka to była piosenka, którą on bardziej deklamował niż śpiewał, ale nie zapadła mi w pamięć. Tylko słowo zło pamiętam i pewnie i tak źle. Nie pozostawiam mu złudzeń, tłumaczę, że chyba jednak nie, że śpiewanie to trzeba bardziej ze środka i od przepony. On nie robi sobie z tego wiele, kontynuuje. I w ogóle, to Pan Bogusław wie, że gdyby był normalny, to przecież by nie musiał w życiu zbierać butelek. A na koniec, na sam koniec, jak mówi po raz czwarty już, kiedy tak idziemy razem Ząbkowską, ja na koncert, on z torbami, na koniec zadaje mi pytanie - Czy jest choć jeden normalny?
- Oczywiście, że nie, Panie Bogusławie. Oczywiście, że nie.
Pomachał mi porozumiewawczo ręką.
Natomiast jeśli chodzi o kIRka, to prawdopodobnie nie mam z żadnym innym zespołem relacji tak intymnej koncertowo, że wpadam w trans, zapominam o całym świecie, prawdopodobnie nieco przysypiam nawet i jestem bardzo, bardzo zadowolony i nie wiem zupełnie, jak dwie godziny mogą minąć tak szybko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.