wtorek, 1 marca 2011

Szpile na mrozie

To, co zwie się w warszawskim argot "szpilą", jest tu w niezwyłym poważaniu: kto umie rozdzielać "szpile" na prawo i lewo, powodować właściwe napięcia i ciśnienia zawsze na pograniczu uszczypliwości i szyderstwa, lecz tak, by zawsze pozostawały punktem wyjścia do kontynuacji, do nie kończacej się szermierki "przyuważeń" bez popadania w otwartą kłótnię na serio - ten jest mistrzem. Może się go nawet niezbyt lubi za precyzję ciosów, lecz jego potrzeba jest nadrzędnego gatunku, bez niego ta tu towarzyskość nie funkcjonuje.
Dziennik 1954, Leopold Tyrmand

Pierwszy raz widzę to słowo - argot. Nigdy nie było mi po drodze z językami, w ogóle z mało czym poza książkami o smokach było mi po drodze, więc zdania Tyrmanda zdają się czasem rozdmuchane do granic możliwości, dziw, że wciąż przy tym ładne. Ale wracając do języków - czasem jestem jednak przymuszony do sprawdzenia, kiedy ktoś puentuje wypowiedź kursywą. Długi czas miałem pod monitorem powieszone a rebours.

Tam wyżej jest 31 stycznia tej straszliwej zimy, teraz już nawet jestem w lutym (wpisy zauważalnie krótsze z początku), nadrabiam, może do końca marca wyrównam. Od soboty siedzę u Katastrofy - w którejś z ostatnich rozmów przypomniano książki o smokach i on specjalnie dla mnie przyniósł cztery, z których pewny byłem, że czytałem tylko jedną. Przejrzałem drugą - aha, czyli ta przygoda jednak była rozpisana na dwa tomy. Wziąłem się za trzecią i dopiero po jakichś pięćdziesięciu stronach dotarło do mnie, że tą też już czytałem, tylko przygoda była tak kiepska, że nic w głowie nie zostawiła. A Wikipedia twierdzi, że autor (o nazwisku takim jak jedna kanadyjska wokalistka) ma już cykl zaplanowany do końca, jeszcze osiem książek. Zgroza. Wprawdzie dziesięć lat temu miałem wielką frajdę z pierwszych dziesięciu, ale dziś bez oporu zgodziłbym się, że trylogia to bezpieczne maksimum dla fantastycznych światów.

Czwarta ma już swoje lata, pisał ją gdzieś w okolicach tych pierwszych, czyli dam jej jeszcze szansę. Przy czym to też trylogia, znaczy to pierwsza część, i do tego trylogia białych kruków - Katastrofa licytował za setki złotych a wciąż brakuje mu środkowej.

Ciekawe, jak przebrnąłem wtedy przez te kilkadziesiąt książek ze Star Wars? Przecież wszystkim wystarczyłaby trylogia o Wielkim Admirale Mitth'raw'nuruodo. Tak, skopiowałem sobie to, nie dziwne, że mówili o nim Thrawn.

W każdym razie bardzo łatwo wchodzi mi teraz ten Tyrmand, może chodzi po prostu o to, że nie boli mnie głowa. Ale na swój sposób dopowiadam sobie pewne rzeczy i o dziwo sam siebie słucham. Bo w sobotę odwiedzili nas rodzice - ściągając przy tym z łóżek przed dziewiątą. No to posiedzieliśmy kilka ładnych godzin, całkiem ładnych, choć zdążyłem w tym czasie jakoś wściec siostrę, a wydawało mi się, że ogólnie pomagam. Cóż. Obiecali podrzucić mnie do metra, a że to sobota, to nawet nie przeszkadzało im jechać środkiem miasta - Armii Ludowej. Ja pracuję tam trzy lata, ale na Rozdroże zawsze chodzę na piechotę, więc niekoniecznie kojarzę dokładne rozmieszczenie przystanków - wydawało mi się, że jest jakiś pod Rondem Jazdy. Może dlatego, że jakiś czas temu z firmowego okna obserwowaliśmy dziwadło - przechadzającego się krawężnikiem samochodowego koryta typa i były tam rozważania, jak się tam dostał, pewnie z przystanku. A tu figa - przecież oba przystanki na górze! Nie wiemy jak się tam dostał, a ja nie miałem się gdzie wydostać, więc wysiadłem dopiero pod Niepodległości. I teraz zrozum, że gdybym wysiadł na odpowiednim przystanku, albo pół metra dalej nawet, to nie miałbym przed nosem tego:


Nie wypada się po takim objawieniu nie przyłożyć bardziej do lektury, niby o tych samych rzeczach co teraz są, jak zatłoczone autobusy, ale jednak w innej skali - bo myśmy, jadąc w poniedziałek na Rynek Starego Miasta, mieli do wyboru kilka połączeń, wyszło, że tramwaj będzie miał najlepszy stosunek zatłoczenia do czasu podróży, nawet Cytat mógł ze swoją chorą nogą usiąść. A później, za cztery godziny, nie miał problemu ze złapaniem taksówki. To było już po tym, jak Dwie Kalorie opowiedział kilka tuzinów anegdot, Protestanka obiecała przyłożenie się do roli wyroczni, a Młot zbudował tęczę z antymaterii. Schodząc do szatni nuciliśmy Marsz Imperialny, a posiwiały szatniarz zaczął nam dyrygować. Na zewnątrz już odczuwalny mróz, ale przecież nie minus dwadzieścia, chwila zabawy w berka - tu Protestanka nie miała szans, bo była w szpilkach.

A dziś, przeglądając niezadowolone ze smoków forum, trafiłem na ładne opowiadanie, to może zakolejkuję Śniadanie mistrzów.

wtorek, 22 lutego 2011

Kolejne piętnaście minut

Dzisiaj nawet obudziłem się na minutę przed szóstą, czyli przed pierwszym budzikiem, nawet przeszło mi przez myśl, żeby wstać i iść do pracy na godzinę wcześniej, ale nie. Szósta trzydzieści, czterdzieści pięć - a ja śpię. Od siódmej piętnaście śnię do tego.
Jestem znów dzieckiem (bardziej niż teraz) i idę z zakupami. Obok idzie mama, idziemy tym terenem, na którym jeszcze nie ma ani ulicy Strumykowej, ani osiedla przy Stefanika. Jakieś wykopy, przygotowania. Mam wrażenie, że właśnie wróciłem kilkanaście lat wstecz i będę mógł naprawić całe życie - przede wszystkim zastanawiam się, które koleżanki z osiedla wyrosną na ładne dziewczyny. Przed nami idzie kuzynka, ale za chwilę już jedzie rowerem. Chcę ją dogonić, też mam rower, ale nie mogę - po tym jak wolno jadę i po widoku siostry za wzniesieniem orientuję się, że naprawdę jestem małym chłopcem, bo ona taka jeszcze mniejsza.

Dochodzimy do osiedla, kuzynka pakuje zakupy do samochodu, to jest Skoda, ale czerwona tym razem, oni chyba mają wyjechać. Mnie przechwytuje tata, podchodzimy do ogłoszenia o koncercie, że mógłby mnie zabrać. To jakiś zespół elektroniczno metalowy - mówię mu, że tego to ja nie słucham i podziękuję. Cięcie.

Po morzu płynie drewniany statek. Są na nim kobiety, są na nim dzieci powiązane z kobietami i ze sobą. Każda kobieta ma kilkoro. Nagle statek przepoławia się, wzdłuż kilu, jakby przecięty płetwą wielkiego rekina. Wszyscy krzyczą, wpadają do wody - panika, bo rekin. Jedna kobieta odrzuca od siebie dzieci, żeby jej było łatwiej uciekać - raczej nie mają żadnych szans związane ze sobą. Nie podoba mi się to, myślę o niej źle. I wtedy pojawia się rekin.

Staram się go utrzymać, nie wiem czy to ja tam jestem, czy sama moja wola. Chodzi o to, żeby trzymać go trochę nad wodą, bo wtedy jest podatny na ataki. Atakuje ktoś z daleka - magicznymi pociskami z kuszy. Są kolorowe, wbijają się w bok rekina. Mam wrażenie, że mam jakąś uzdę, wyrywa mi się, stara się tak wykręcić, żeby odgryźć mi nogi. Z jednej strony ma już wpakowane kilkanaście bełtów, więc staram się go wykręcić na drugą. Wtedy przebiega obok mnie Gutts, to on szyje do rekina z kuszy. Dziwię się, że biega po wodzie, ale orientuję się, że ma Buty Oślepiającej Szybkości (+200), czyli pewnie tak przebiera nogami, że może.
Nie pamiętałem tego wcześniej, ale przecież miałem przynajmniej jedno noworoczne postanowienie - poczytać sobie Dzienniki Tyrmanda, zgodnie z datowaniem. Oczywiście nie dałem rady, już dawno się z datami rozjechałem i ciągle siedzę w styczniu. Jemu też czasem coś się śni - przywołuje wtedy Freuda i Junga, ale za chwilę pisze o systemie (wielki czarny pies wgryzający się w dupę, że boli albo nie). To by mieli ubaw w XXI wieku - gry, kreskówki, komiksy, fantazje. Do zastanowienia - czy śniłem kiedyś jakieś postaci książkowe? Czy jednak na tyle mam leniwą wyobraźnię, że nie wyglądają i nie mają jak się we śnie pojawić?

I dwa bonusy:
Ostatniego dnia napiszesz: "Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik..." Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja wykaże śmierć z wyczerpania.
To Herbert o Tyrmandzie piszącym dziennik. Zważywszy na długość tych wpisów wcale bym się nie zdziwił.

A to Protestanka, która nie zważając na moją uszczypliwość i zaczepność znajduje na blogu wpis sprzed dwóch miesięcy prawie, bo miała mi tam wrzucić cytat, co się jej podobał i pasuje, cytat spotęgowany, bo to jest Kapuściński cytujący Konfucjusza, czyli teraz jest Protestanka cytująca Kapuścińskiego, cytującego Konfucjusza.
Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakas prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.
No ba! Zawsze to wiedziałem. Żeby było zabawniej - cały akapit.
Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to też trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać, nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.
Nawet Kapusta nie ciśnie mnie za bardzo za niewyglądanie poza czubek własnego nosa.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Hallelujah bejbe!

Po długaśnej przerwie w zapisywaniu pamiętanych snów, przynajmniej takich, do których się przyznaję, że pamiętam (bo np. z Sylwestra na Nowy Rok miałem jeden traumatyczny o zamężnej kobiecie, którego nie wypada przedstawiać szerokiej publiczności), nieprzyzwoite opóźnianie wyjścia do pracy wreszcie się opłaciło. To mi się śniło pomiędzy ostatnim budzikiem o siódmej piętnaście, na który powinienem wstać, a siódmą trzydzieści, o której wstałem. Zawsze mnie to fascynuje, jak wielka fabuła mieści się przez chwilę w głowie, jak wielkie odległości tam przemierzam i jak niewiele z tego wszystkiego później pamiętam. Bo to raptem końcówka, a zrobione kilkanaście kilometrów.
Jesteśmy w Łodzi - ja, brat i Wujek, w domu chrzestnego ojca mojego jesteśmy, to jest blisko Stawów Jana. Są tam i domownicy, ale jak to często bywa, wszyscy mają się przenieść do domu Dziadka, to znaczy na Widzew. I tu zaczyna się konkurs.

Otóż przenosiny mają być wyścigiem tekturowych samochodów. Ja z Wujkiem i bratem jesteśmy jedną drużyną, jest też druga drużyna, to reszta ludzi. Tyleśmy ich widzieli - pojechali inną drogą. My jedziemy naszym kabrioletem i wcale nie przeszkadza nam, że jest zima. Prowadzi Wujek i robi to bardzo agresywnie - czasem jedziemy pod prąd, o włos unikamy czołowych zderzeń, telepiemy się po krawężnikach i torach tramwajowych. Ale jesteśmy spokojni. Kiedy coraz bardziej zbliżamy się do celu - zostaję w samochodzie sam i dopiero teraz jest naprawdę z tektury.

Na szczęście jest też na górce pośród osiedli, czyli mam miejsce żeby się rozpędzić, bo silnika też już żadnego nie ma. Taki tekturowy bobslej na kółkach. Nawet kiedy zjeżdżam już z górki, to on się ledwie co wlecze. Przejeżdżam wąskimi przesmykami między blokami, to już to miejsce, wielkie numery ulic wymalowane w kołach na ścianach. Wchodzę do domu, a tam wszyscy siedzą przy stole - cóż, przegraliśmy.
Jest w tym śnie zabawna przewrotność - bo takie jazdy na wyścigi często się przecież zdarzały, tylko odwrotne, kiedy rodzina pakowała się w dwa, trzy samochody i wyjeżdżała z Widzewa. Kto z kim, oczywiście myśmy z rodzeństwem zawsze chcieli jeździć z Wujkiem, ale nie zawsze się dało. Droga mierzona kościołami, bo to przy nich się zawsze skręcało, to znaczy nie zawsze, ale pamiętaliśmy wyjątki. Wujek twierdził, że najszybciej to i tak nie samochodem, a rowerem wzdłuż koryta łączącej okoliczne stawy Smródki. Na mapie jej tak nie podpisali.

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

gybe

Jak tu teraz tak, nie dopowiedzieć, czy napisać wszystko i czekać kamieni? W ubiegłym tygodniu odezwał się do mnie kolega, że oferta nie do odrzucenia, jadę z nim na Godspeed You! Black Emperor, należy sobie jedynie opłacić przejazd. Fajosko. No tylko że dwa tygodnie temu też odezwał się do mnie kolega i pisał, że oferta, że ma do sprzedania bilet na Godspeed You! Black Emperor. Bardzo mi się zrobiło miło, bo poprzednio widzieliśmy się dwa i pół roku temu w Mysłowicach, mamy kontakt przez fejsa bardzo sporadyczny, a on pamięta i zaprasza, czuje, wie, że to ma sens w moim przypadku i jestem wpisany na listę gdzieś w okolicy czołówki, skoro wszedłem na miejsce życiowej wybranki. Ale wymówiłem się inaczej zaplanowanym budżetem. No i teraz tak - obaj Ci koledzy to oczywiście ten sam człowiek, tylko rozłożony w czasie. Niech będzie, że Małpolud, bo jeszcze nie ma durnej ksywki tutaj. I pojechałem, zupełnie jak nie ja, bo z dnia na dzień, bez planu, bez noclegów, bez sprawdzania opcji powrotnych, niech się dzieje, co chce.

Na Wschodnim wiało, nawet nie miałem biletu, tylko czekałem na wszystko gotowe - bo on mieszka blisko, to kupił. Jakby za piękne to, jak to tak, że nic nie muszę. A jednak. Nie mieliśmy problemów z rozpoznawaniem się, bo nie dość, że przez te lata nie zaczęliśmy na posuniętych w latach wyglądać, to jeszcze peron pusty. Cześć i jazda, pogadać o sprawach okołopracowych, kto się z pierwszego składu ostał, pogadać o kredytach, pogadać o tym, co się robi w życiu, on akurat robi trochę muzyki. Jest w nim taki fajny spokój i pewność. Pytałem co z zespołem, który zostawił we Wrocławiu. Nie zależy mu, bawi się swoimi rzeczami, kontakt mają, coś do filmów czasem, może będzie więcej. Wtedy godzili prace, życie i próby do późnej nocy, nawet ja rozumiem, że nie da się tak w nieskończoność. A na depresyjnych jazgotach i plumkaniu ciężko zarobić, żeby można było się na samo to przerzucić.

Trochę takie jest GY!BE - od razu kojarzę sobie The car is on fire and there is no driver at wheel, że smutno, że jęcząco, że apokalipsa. Jakie niedopatrzenie, ów przegapiony koncert Sigur Ros w Warszawie, miałbym trzy bieguny post rocka zaliczone, mógłbym umrzeć odpowiednio smutny i rozczulony zarazem. No ale nie. Oczywiście te bieguny sam sobie rozstawiłem, trzeci to Mogwai, a jeśli coś było wcześniej, a na pewno coś było, bo z pustego w próżne to nie, to wybaczcie, ale nie znam.

Pociąg kosmiczny, monitory z informacjami jak w samolotach - prędkość, czas, stacje. Smoczy mówił, że takie są w Niemczech. Ze mnie oczywiście żaden podróżnik, więc się dziwiłem. Głośno, słychać rozmowy z drugiego końca wagonu, a do tego mniej wygodne niż w starych składach siedzenia, plecy bolą. Ale hej, ciepło przecież! W ogóle mnie ostatnio plecy trochę bolą, trzeba zacząć się ruszać, zasiedziałem się w biurze. Udało nam się nie przespać odpowiedniej stacji, udało nam się iść od razu w dobrą stronę, nawet udało nam się nie przejść za daleko, bo Eskulap był jeszcze zamknięty, to znaczy gromadził przed wejściem tłum, który wyglądał zupełnie tak, jakby był gromadzącym się przed koncertem tłumem. Gdybyśmy się czegokolwiek spodziewali, to pewnie nie przerobionej na koncertową sali gimnastycznej, ale ponieważ się nie spodziewaliśmy, to wcale nas to nie dziwiło. Tylko w kolejce zimno, ale przynajmniej wokół ciekawe rozmowy, muzyczni guru epatujący zajebistością przed kolegami. Już nie słucham Comy i takich tam. Tylko The Fall. Mark E. Smith jest Bogiem! Słuchaj, z tego się nie wyrasta. Ze wszystkiego można wyrosnąć, ale nie z post punka. Do końca życia już będę słuchał. Tak ze dwadzieścia lat miał. A dalej - tu nawet znam temat, bo o ile na The Fall załapałem się jedynie z okazji Offa i pamiętam z niego Boga bez jego muzyki, to już Archive sam trochę słuchałem, a teraz już wiem, że - tylko pierwsza płyta, bo mieli rapera wypożyczonego. Nie sposób nie zgodzić się z taką argumentacją!

Jako wsparcie wystąpił ambientowy artysta, który zdecydowanie nie porwał tłumu. Wydawał jakieś mało rytmiczne dźwięki, z których część powinna być zabroniona, po czym powiedział Thanks i tyleśmy go na widzieli. I na scenę zaczęły wchodzić gwiazdy. Co ciekawe - chwile, kiedy rozkładali się na scenie to jedyne, kiedy można się im było przyjrzeć. Bo później, pomimo, że robią strasznie dużo hałasu, właściwie jakby ich nie było. Małpolud mówił, że potrafią mieć w składzie po kilkanaście osób, widać to jakaś skłonność Kanadyjczyków, bo to samo jest z BSS przecież. Można, zamiast na nich, spokojnie patrzeć na przekładane taśmy, wizualizacje - literki, schematy, pociągi, płonące miasta. Najfajniejszy pociąg - kiedy jedzie przez tunel i w miarę jak oddala się od krańca, światło, dla mnie, zaczyna wyglądać jak głowa węża.

No dobra, a co z tą muzyką?

Bardzo dużo plam dźwięku, na początku, wstępnie bardzo rozległe te plamy. Później dodane rytmy dopiero. I wszystko we mnie się buntuje, kto w ogóle wymyślił tą salę, nie powinno się takich rzeczy słuchać w sali. Nie chodzi o to, że muzyka jest depresyjna, nie aż tak. To jest muzyka mam-ochotę-być-sam. Zilustrowałbym to Exupérym, który jako pilot wylądował kiedyś na bezludnej skale w środku Afryki i był tam sam jeden pod gwiazdami. Taką chęć to we mnie budzi.

Wracaliśmy na dworzec, uświadomiłem towarzysza, że za każdym razem, jak słychać było nowy dźwięk, on wyciągał wyżej głowę, szukając, co i na czym kombinują. A jeżdżą smyczkami po gitarach, choć mają w składzie dziewczynę ze skrzypcami. Kiedy wróciło światło, zadowolony oglądał składanie sprzętu - Strasznie dużo mają efektów. Na pewno sami się w nich gubią. Opowiadał też, że typ, od którego kupował bilety, chwalił się, że pierwszym nabywcą był Artur Rojek. No to może chce ich na Offa zaprosić w tym roku. Jego akurat nie widziałem, ale znajome twarze mignęły mi, kiedy już umierałem na dworcu. Proszę o wyrozumiałość, to była pierwsza w nocy i ból w głowie. Widzę typów, przechodzą w tę i we wtę, mają plakat pod pachą - fajne musiały być te plakaty, bo prawie każdy na dworcu miał. Krzyczę zaczepnie - Chłopaki do Mińska?
- No, tak, też?
- Prawie, do Warszawy. - Tu się zacinam, patrzę, widzę, że znam, ale nie wiem. Idą dalej, dopowiadam, że wiem o co chodzi, znam teren - Muzyka Końca Lata?
- Prawie...
Zeszli po schodach, a ja już nie chciałem krzyczeć, że dotarło, bo to był basista Maków. Może się za bardzo nie obraził. A jak ich kiedyś spotkam jeszcze, to może zapytam o wyrocznię w sprawie odmiany nazwy.

środa, 19 stycznia 2011

Fsiubździu, a niech sobie będzie

Na twarzoksiążce nastąpiły spodziewane z dawna zmiany, teraz już nie mogę wybrać, jak wygląda mój profil, oni bardzo chcą, żebym bardziej był zdjęciem niż słowem - wyraźny sygnał, żeby odezwać się tutaj. Nawet jeśli miałbym pisać o twarzoksiążce właśnie - bo zdarzyła się tam ładna rzecz, to dlaczego mam nie napisać. W piątek dostałem zupełnie niespodziewanego mejla od dziewczyny, z którą spotkałem się cały jeden raz w życiu, a był to mejl z noworocznymi życzeniami w formie kartek. Wydumałem sobie, że pewnie ma jakiś sprytny program czy aplikację do synchronizacji kontaktów z fejsa i stąd wie, gdzie słać mejla, bo ja jej przecież nie podawałem, a wątpliwe, żeby specjalnie wbijała na profil do mnie spośród kilku setek znajomych. Światowa to jest bardzo dziewczyna. Akurat obudziłem się po zejściu w pracy (to znaczy drzemce obiadowej, ale raczej kiepsko się wtedy czułem) i tak mnie ta niespodzianka ucieszyła, że wymyśliłem skomponować jakąś kartkę w odpowiedzi. Jaką miałem frajdę ze składania, a ona ponoć równie wielką frajdę z takiej odpowiedzi, oraz - jakie to wszystko było proste. Ładnie.

W jakimkolwiek miejscu bym nie pisał, choćby było to tylko i wyłącznie moje miejsce, po dłuższej nieobecności odczuwam obowiązek usprawiedliwienia się. Całe lata pamiętników, przerwa, powrót - No, więc, tego... Bez sensu. Coś tam pisałem po drodze, to jest udało mi się zarejestrować na forum, które kiedyś już wspominałem, towarzystwo jest dość hermetyczne, głowy pełne zupełnie nieżyciowych informacji (no bo komu na co się przyda dogłębna znajomość historii świata gry?), wciągnęło mnie to na kilka dni. Myślałem na przykład już w ubiegły poniedziałek, żeby coś napisać tutaj i najlepiej właśnie w poniedziałek, żeby mniej to było smutne, bardziej wyspane, ale zamiast tego analizowaliśmy kilkanaście zeskanowanych z zagranicznego periodyku obrazków. To znów odkrywanie Ameryki - jak to fajnie, że ktoś mnie czyta i odpowiada, dopowiada w temacie, który nas tam wszystkich naprawdę jara, nawet jeśli po czwórce do zapowiedzi podchodzimy sceptycznie.

Za to właśnie przed poniedziałkiem (tamtym) działo się dla odmiany prawdziwe życie, czyli tak zwane spotkania towarzyskie. Działo się już w tą marudną środę, bo udało się spotkać ze Smoczym, który przyjechał na kilka dni z Niemiec. Od pół roku nie było takiego spotkania, to znaczy właściwie od kiedy wróciłem w ubiegłym roku z Offa. Pełen skład, mieszkanie już chyba nie tak studenckie jak kiedyś, ale wciąż tak samo zaprzyjaźnione. Świetne uśmiechy dziewcząt, nawet pomysł, żeby iść na sanki, tylko jakoś sanek brak. Czarna Mewa już snuje plany wakacyjne, jechać gdzieś i bez niczego, i byczyć się wspólnie nad jeziorkiem. Żeby nie ten brak snu, to bym dłużej korzystał, a nawet korzystałbym pomimo braku snu - tylko że ja miałem niedomiar snu, ale nadmiar bólu głowy - odpadłem o północy i wreszcie coś śniłem przez więcej niż dwie godziny.

Nazajutrz drugi biegun - Dwie Kalorie zapraszał do kawiarni. Nigdy sobie siebie w kawiarni nie wyobrażałem, odwiedziłem chyba dwa razy w życiu z Niedodzwanialną, jestem zdecydowanym zwolennikiem herbaty w domowym zaciszu. Więc pewnie się zestresowałem, bo gdzie to i jak to znaleźć, i w ogóle przegapiłem wiadomość, że nie spotykamy się w kawiarni, tylko pod dworcem, skąd razem dotrzemy. Czyli oni czekali na mnie, a ja na nich - dobry początek! I to jeszcze oni docierali do mnie, strasznie kiepskie uczucie, kiedy czekasz na grupę, której w większości w ogóle nie znasz - lepiej na odwrót, kiedy się samemu dociera, wbija w spotkanie. A jednak - to też był dobry wieczór, na tyle dobry, że prawie zapomniałem o czynionych na forum rozkminkach, choć przecież był to pewien punkt przełomu w temacie. Inna sprawa, że po powrocie do domu przez dwie godziny tłumaczyłem wymyślony alfabet, upierając się przy samodzielnej zabawie, a nie na gotowe.

Może zacznę częściej pisać, kiedy już skończę do spółki z Katastrofą brnąć przez Lamerskie Wprowadzenie do Pythona. W ogóle nie opłacało się przestawać być studentem, skoro sesja mnie nie mija, ale cóż, na pewno trudniejsze to łamigłówki niż puzzle ze smoczego alfabetu.

środa, 5 stycznia 2011

Goń się, Hessczu!

Widząc moją minę, Mozart zaczął się głośno śmiać. Ze śmiechu fiknął w powietrzu koziołka i nogami wywijał trele. Krzyczał przy tym do mnie: - Hej, hej, młodzieńcze, nie pław się w męce, język cię swędzi czy w płucach rzęzi? A może myślisz o czytelnikach, molach książkowych i złych krytykach? O swych drukarzach, ścierwach, kacerzach, przeklętych szczwaczach i podżegaczach? Psiakrew, do czarta, rzecz śmiechu warta, śmiech do rozpuku ulży ci w brzuchu... O ty, serce w poniewierce, druk, czernidło to mamidło, czujesz wieczny żal do świata, gdzie człek człekiem wciąż pomiata, na pociechę dam ci świecę, zapal sobie, tak na hecę.
Wilk stepowy, Herman Hesse

Będzie smutek, pot i łzy. A co!

W tamtą środę, kiedy cudownie ozdrowiałem, znalazłem też zapomnianą w grudniu muzykę do uszu. Bez sensu takie zapominanie, skoro razem z Cytatem specjalnie kupowaliśmy pchełki pod zimowe czapki, zima naprawdę dokazywała, a do tego ja swoich jeszcze nie zgubiłem. Pierwszym utworem, który wskoczył, było dyniowe Tonight Tonight, co wydało mi się wcale dobrym omenem, bo bardzo je lubię i bardzo wiąże się z ładnymi historiami z ostatnich lat. Nie wiem, kto wymyślił popularne pojęcie soundtracku do życia, ale ten utwór by się pewnie mógł na moim znaleźć.

Na pilny projekt zareagowałem w tym tygodniu ze stoickim spokojem. Bardziej już martwiłem się, jak zareaguje grupa, której odbiera się szeroko swego czasu dyskutowany dzień wolny (a zdaje się nawet, że ów Lewiatan iście po diabelsku co i rusz zmienia zdanie, ustawa raz się podoba, a raz nie), ale znów - wyrażono gotowość. Plus pięć godzin w poniedziałek, plus cztery godziny we wtorek, na dziś też jest plan, do soboty właściwie, a może i do wtorku. Proza życia. No ale moje życie, poza soundtrackami i szablonowymi nadgodzinami, ma jeszcze leitmotiv braku snu. Więc jeśli po dwóch dobach, na które składało się między innymi siedem godzin przerywanego snu i dwadzieścia siedem pracy, spodziewałbyś się, że padnę niczym królik ze złej marki bateriami i w dodatku bez stosownego energetyka, to oczywiście się mylisz.

Cytat właśnie się pochwalił odnalezieniem słuchawek, ale ja nie będę tamtego zdania zmieniał. Bo nie i już! Ma chłop wyczucie czasu.

Tej nocy przeżywałem znów to samo rozczarowanie, szukałem w sobie nieszczerości, którą pewnie należałoby ukrzyżować i pewnie wtedy przyszedłby sen. Bo jakoś wierzę, że sen to podstawa zdrowia, nie mam ochoty znowu smarkać. Ale nie wiem, nic nie wiem, co jest grane. Bo przecież w dni wolne sypiam sobie smacznie, nawet Sylwestra przespałem, był tam świat obejmujący ninja i tańczenie poloneza. Może jakieś stresy w pracy? Głęboko zakopane we łbie? Cygan mówił o wykopach w miejscu, które rozważa jako niezłe do mieszkania. Znów widmo kredytu? Był i o tym raz sen. Głębiej się dokopać nie umiałem, to zacząłem przeklinać w duchu wszystkich znanych piewców wczesnego wstawania, darowując tym razem samemu systemowi.

Jednym z nich jest właśnie Herman Hesse. A w każdym razie zdarzało mu się być, bo o ile Wilk nie prowadził przesadnie uporządkowanego trybu życia (dzisiaj chyba już nie mówi się o mieszczańskich zwyczajach), to już Magister Ludi Józef Knecht dawał całkiem niezły przykład, zresztą do spółki z Wilhelmem Eco, bo czytałem te książki jedną po drugiej. Cholerni intelektualiści i idealiści, cztery godziny snu w klasztornej celi, a później składają wzory i rozwiązują zagadki, o jakich w Las Vegas się nie śniło. Przez chwilę chciałem chwycić się humoru, jak tonący brzytwy, fikający kozła Mozart jest przecież przepiękny, ale nie dało się. Knecht nie miał się czego chwycić. Próbowałem spokojnie wyśmiać swoją mieszczańską przeciętność, którą tak celnie na koniec XX wieku podsumowało Radiohead. Pasuje mi do otaczających zewsząd noworocznych postanowień. A pig... in a cage... on antibiotics. A Corgan wył: Despite all my rage I am still just a rat in a cage! Nocne skojarzenia, kiedy czuje się pulsowanie całego ciała, a na mózgu mrowienie jak tykanie - zostało tak mało czasu.

Rano znów założyłem na uszy muzykę i znów wskoczyły Dynie:
Today is the greatest
Day I've ever known
Can't live for tomorrow,
Tomorrow's much too long
I'll burn my eyes out
Before I get out
Naprawdę mam skuteczny soundtrack do życia. Zaś gdyby kto pytał, jakie kolory ma w styczniu widziany z autobusu świat o szóstej pięćdziesiąt sześć...


Życzę Wam w tym roku wiele zabawy, czy to z przekładania szklanych paciorków, czy z gier z figurkami. Nie tonąć za bardzo, na fali raczej być, a może pod prąd, zresztą na falę się chyba pod prąd wbija? - Fajnie jeśli w żaglach wyobraźni.