piątek, 26 grudnia 2014

[FB] Nightcall EP, by Kavinsky

 Byłem niedawno na przyjęciu, gdzie z głośników poleciało "Nightcall" Kavinsky'ego. Bardzo fajne zaskoczenie w tle, tak lubię. Na pewno pojawiło się też "Doin' it Right" Daft Punka, więc to w ogóle brzmiało jak playlista do zapraszania koleżanki w sposób, który nie powinien pozostawiać żadnych wątpliwości, a nie jakiś tam śledzik.

I u mnie dzisiaj ten Kavinsky w kółko, wziąłem go w połowie roku z jakiegoś bloga i nawet wiem, że jest do filmu. Przychodzą do mnie brat z dziewczyną i też mówią coś takiego - O! Słuchasz muzyki z "Drive".

- A jak, dobra nuta. Ale nie widziałem filmu - się musiałem pochwalić, że wiem ocb #światowiec.

- Nudny jest. O gościu co jedzie samochodem.

- Ej, weź zią, bez spoilerów plis.

- Jak mówię, że nudny.

- Dziewczyny to chyba lubią, bo jest z tym tam...

- Ryanem Goslingiem.

- My to oglądaliśmy? - wreszcie włącza się do rozmowy taka, co się powinna znać.

- No, razem oglądaliśmy, razem. Pewnie usnęłaś.

- Usnęłam na filmie z Ryanem Goslingiem... To naprawdę musiał być strasznie nudny.

No to co, może na wszelki wypadek nie będę streamował, bo jeszcze mi się spodoba.

wtorek, 23 grudnia 2014

[FB] Odstępstwa od rutyny

 W nocy z soboty na niedzielę, o czwartej nad ranem, kiedy sen nie przychodził, coś zaczęło łupać na klatce schodowej. No to co, chyba dobrze, że ten sen nie przyszedł, bo by i tak sobie poszedł. Wyjrzałem tam na rozchwianego sąsiada, który nie mógł wejść do siebie, choć trzeba mu oddać sprawiedliwość, przynajmniej udało mu się trafić w dziurkę od klucza. Pomocy przy forsowaniu drzwi jednak nie chciał, a ja nie miałem melodii do kontr-pijackiej stanowczości, więc wróciłem do siebie. No i w niedzielę o poranku, kiedy wychodziłem, znalazłem w drzwiach sąsiada pozostawione klucze, za to ani śladu sąsiada w okolicy, odpowiedzi z lokalu też nie.

Wiem, że tam mieszka ekipa studencka, wynajmują, zgarnąłem klucze do siebie, żeby oddać, kiedy ktoś wróci. Zostawiłem u siebie na szafce w przedpokoju. I dzwoniłem, pukałem tam przy każdej podróży do/z domu, dwa razy dziennie stałem z kluczami do oddania pod drzwiami. No ale widocznie jakieś okresy świąteczne, nie było nikogo. Cóż ten biedaczek zrobił ze sobą? Płacze gdzieś w deszczu?

Dziś rano jak zwykle zbierałem się do pracy za późno i jeszcze zaliczyłem większy poślizg, bo zgubiłem klucze swoje. Nie było na biurku, nie było na parapecie, nie było na szafce w przedpokoju. Wyparowały. Oczywiście teraz to już chyba wszyscy wiedzą, gdzie. Jakie to urocze, że delikatna zmiana w rutynowym powrocie do mieszkania, konieczność odczekania chwili pod drzwiami z drugiej strony, na tyle wybija z rytmu, że zupełnie trzeźwy facet robi takie głupotki jak zupełnie nietrzeźwy.

No ale złapałem rano sąsiadkę.

- Klucze? Współlokator oszalał przez te klucze. Dziękuję, już do niego dzwonię!

Znaczy się chłopak żyje i chyba z tego wyjdzie. Uff.

Za to ja nie wiem, czy zamknąłem drzwi, no bo ona nie od razu rano otworzyła, ja niby zamykałem, później się odwróciłem do niej, poczekaj, mam coś dla was, oddałem te klucze, to strasznie skomplikowane, to zamykanie domu, jak się okazuje, już tak jestem skołowany, że nawet nie jestem pewien, czy w ogóle zamknąłem drzwi, o zamkach nie wspominając. Dobrze, że nie gotuję za bardzo, prasować też nie lubię, bo to by pewnie urosło o niewyłączone żelazko i gaz. Wdech, wydech, dotrzymać końca dnia pracy i się dowiem.

poniedziałek, 24 listopada 2014

[FB] Gdzie wciąż były

 Śniło mi się, że jestem małym, czarnym dronem. Na pewno projektował mnie ten sam gość, co supermotorówkę, którą Hulk Hogan kiedyś pływał. Grom w raju. Tylko ja byłem malutki. Ja wiem, że teraz to technika, ale nie uwierzylibyście, że się da tak niewielkiego drona - zgubiłby się w pokoju. Z wirnikiem w środku korpusu, matowym lakierem i płaskim pyszczkiem. Uczyłem się latać, chwiejnie odbijałem od ścian i przeszkód. Coraz wyżej i wyżej, gdzie wciąż były.

niedziela, 12 października 2014

[FB] Złańcuszkowany poszukiwacz szczęść

 [1] (Nika, ale mogę lekko oszukiwać i pisać zanim dzień się ewentualnie zdąży zepsuć?)

Najmłodszy rezydent Końca Świata zapłakał dopiero koło siódmej nad ranem. Tak o, zakwilił, nieprzekonany jakby. Znaczy że się wysypiamy po wczorajszym świętowaniu.

Wcale nie świętowaliśmy meczu, bo kiedy był mecz, to graliśmy w Wormsy i jedliśmy sernik. To bardzo dobrze mieć zróżnicowane okazje do świętowania, c'nie?

Kocica łasi się do mnie od rana. Wprawdzie wiem, że chodzi o pustą miskę, za to nie wiem, skąd jej czego dosypać, więc czeka mnie koncert szturchnięć, miauknięć, otarć i naiwnej nadziei w oczach, aż ktoś bardziej ogarnięty się nie wybudzi.

Jesienny poranek na Końcu Świata nie odbiega wiele od poranków sprzed lat - drzewa rumienią się za oknem, widać to świetnie, choć dokładnie tak jak już kiedyś komuś pisałem, wszystko otula nieśmiała mgiełka przypominająca mleczny kożuch.


[2] (Nika, naprawdę muszę tak przez cały tydzień? I czy obraz za tysiąc słów się liczy?)

To był młot z Hulakuli, ale na pewno można było to zdjęcie zrobić lepiej, więc po co ono komu, hmm?


[3] (Nika, ale powroty do tak bardzo, bardzo odległej przeszłości też są dozwolone?)

Więc jesienią spadają liście, jesienią drzewa się rumienią, coraz szybciej robi się wieczór, a jeśli miejski wieczór, to wiadomo, że świat ma kolory melancholii i nieskończonego smutku. Był z tym ostatnio gif w internecie, planety krążyły, pani wywracała oczami.

Jesień to pora emigrantów, w listopadzie nie dojdę nigdzie, rude drzewa i słońce wstaje zimniejsze – pewnie można się zorientować, że ja to lubię, takie piosenki. Otóż tłumaczę dlaczego, skąd się to wzięło, sam nie wiedziałem do końca. Ale pomógł Najmłodszy Mieszkaniec Końca Świata, któremu czytaliśmy bajki i rymowanki i uroczyście przyobiecałem przerabiać z nim rozdział przy każdej wizycie. Choćby przez najbliższe lata nie miał jeszcze szansy zrozumieć słowa.

Mówię im tam – Już kilka lat temu przypomniałem sobie bajkę, mieliśmy na kasecie w dzieciństwie, najwspanialsza była na świecie, opowiadała o Jesiennej Dziewczynce, miała piosenki i zaklęcie, które pamiętam po dziś dzień, otwórz się sezamie jak mydlana bańka, oddaj swoje skarby dla mnie i dla Mańka. I za żadne skarby internetu nie mogłem jej znaleźć.

Oczywiście po takim przedstawieniu sytuacji znaleźliśmy ją w pięć minut. Zaczyna się o tak.

- Aniu? Aniu? Co ty tam malujesz.

- Ja? Ja maluję jesień. A właściwie jesienny deszcz.

- Pokaż... O rany! Całą kartkę zamalowałaś na szaro. A gdzie są domy i drzewa?

- Nie widać ani domów, ani drzew. Widać tylko deszcz!

Więc poza tym, że przy życiu utrzymuje mnie głównie „Stereo” ewy braun, to nucę sobie czasem - na ulicy, kiedy niesie mnie poranny tłum z Wileńskiego - „Deszczem wyszywane” albo „...korale z kasztanów, a w rudym warkoczu białej pajęczyny nić”.


[4] (Nika, ale czy takie najdrobniejsze z drobnych przyjemności też się liczą?)

Obwarzanki przy Rynku Nowego Miasta.

Od razu napiszę, że jutro planuję ogórki konserwowe, żeby się za łatwo nie wywinąć.


[5] (Nika, a wiesz, że ludzie pytają, ocb? To się dowiesz!)

Więc kiedy już wybudziłem się z obiadowej drzemki, kolega z pracy zaskoczył mnie pytaniem o te wpisy na fejsie. Bo mi wzrosło zapisków zagęszczenie i o co chodzi, jak to.

- A wiesz, bo mnie koleżanka złańcuszkowała - odpowiadam najciszej, jak się da, bo może w tym wieku moim i w tym wieku dwudziestym pierwszym, trochę jakby nie wypada się tak łatwo dawać.

- I co, chodzi o to, że masz od niej zaczynać wpisy? - Chyba zgrywa głupa.

- No nie. Chodzi o to że... - zacinam się. - Nie przejdzie mi to przez gardło.

- ?

- Weź sobie znajdź na tablicy.

Więc ta kupka śmiechu, kiedy już znalazł, to godne odnotowania zwycięstwo.

Do tego youtube zaproponował mi dzisiaj Top 10 Elvisa Costello songów. Bardzo niespodziewana sytuacja, oczywiście nie jestem znawcą, wkręciłem się kiedyś w pierwszą płytę, tym kawałkiem ilustrującym wpis, co to poniżej. I miałem długą przerwę. To usłyszałem dziś fragmenty kilku nowych, albo takich, co słyszałem w innym, nowszym wykonaniu, a okazuje się, że już wtedy były coverami. I posłuchałem też kilku znanych, takich co po prostu się podobają, albo takich, co do których mam mieszane uczucia, bo się podobają, ale trochę za bardzo mówią o rzeczach. Dowiedziałem się z komentarzy, że już chyba nie mają o czym tych Top 10 robić, bo kto o takim słyszał, albo dowiedziałem się, jak bardzo Elvis jest przeceniany, ale również niedoceniany. Ja tam ciągle mam w planie sprezentować kiedyś komuś płytę, chyba poprzednio szukałem jej dwa lata temu i ostatecznie kupiłem taką, której samemu sobie bym nie kupił za żadne skarby (bo dla mnie to nic ciekawego), czyli był to niewątpliwie jeden z najprawdziwszych w karierze prezentów, bo nie pod mój gust skrojony.

Może tym razem się znajdzie?

Aha. I nie napisałem powyżej over/underrated. Też się liczy taki orient, c'nie?

piątek, 10 października 2014

[FB] A może jesteś w ZARZĄDZIE?

 No nie jestem. W zarządzie na pewno nie jest też Pan Marek, który podszedł do mnie, kiedy przystanąłem z telefonem. Pan Marek zapytał czy nie mamy makulatury jakiejś na zbyciu, więc pewnie trochę sprawiałem wrażenie, że jestem. Ale jak już ustaliliśmy, jednak nie. Pan Marek od piętnastu lat jest na ulicy. Nie wygląda - twarz ogorzała, pięćdziesiąt sześć lat, schludny, zielone polo, jeansowa kurtka, buty bardziej szałowe niż moje. Tak chodzi i zbiera, zarabia jakieś pieniądze, choć podatków nie płaci. Przeprasza, że tak nieładnie mówi, choć mówi bardzo ładnie, nawet pomimo braku zębów w dolnej szczęce (niby będą mu operować oczy, ale trzeba też było wyrwać te zęby #jaskraczyinnazaćma #toskomplikowane), śmieje się, że chciałby pracować w radiowej trójce. Na ursusie kiedyś był, w ośrodku, ale tam się nie da, bo nie każdy bez domu potrafi zachować kulturę, jak on. Do tego kiedy ktoś go tam obkichał, to pierwszy raz w życiu musiał brać antybiotyki, tak źle było. Więc mieszka na działce, w piwnicy, którą mu dali dobrzy ludzie. Ma tam światło, nawet telewizor ma (zarobił!) i radio, z wielkimi, jak to się mówi - zajebistymi! - głośnikami. To czego mu więcej trzeba? Tak chodzi, zbiera puszki, makulaturę i zarabia. A jak przechodzi obok tych tamtych - tu wskazuje w stronę kancelarii premiera - to czasem im coś nawrzuca. Np. Kaczyński kiedyś szedł z wielkim ochroniarzem, to go nie chciał przepuścić, a przecież taki sam człowiek.

- Panie Marku, ja tu tylko przelotem w przerwie od pracy, ale już będę leciał.

- Ha, to długą Pan ma przerwę. To gdzie Pan pracuje?

- Tam przy Rondzie Jazdy Polskiej.

- A tam! To powinno być Rondo Zadu Polskiego. Bo on odwrócony jest, ten pomnik, nie tam ludzie chodzą. Albo powinien się obracać i machać szabelką - tu Pan Marek pokazuje na wschód - Pan wie, o co mi chodzi, i tam też, i tam - tu Pan Marek wskazuje w stronę wspominanych gmachów mieszczących ważne i ważniejsze instytucje w okolicy.

wtorek, 3 czerwca 2014

[FB] Warszawa jest miastem totalnym

 Dwie Kalorie, mój mózg podjął rękawicę (ja tam wcale nie chciałem). Sprawdź to, Śniący.

Tylko u mnie nie ma fluffy-gołębiego zakończenia.

Jestem zupełnie zwykłym sobą, za to w zupełnie niezwykłej Warszawie. Tylko klimat polityczny, temat popularny ostatnimi czasy, rozwinął się i jest jeszcze mniej wesoły, wręcz wojenny już się zrobił i ma kolory rdzawe, bure, jak u Beksińskiego.

Warszawa jest miastem totalnym, jest taką Warszawą, jaka powinna być dla każdego zgnuśniałego człowieczka, któremu nie chce się wyściubiać nosa gdziekolwiek dalej. Jest Warszawą, której echo odbite jest na kiczowatych fototapetach Kebab Kinga przy Nowym Świecie. Ma więc poza dostępem do klasycznych atrakcji, jak Kolumna Zygmunta czy Pałac Kultury, dostęp do morza i własne góry.

I kiedy wydaje nam się, że gorzej być nie może, bo może faktycznie nie może, wszechświat zdecydowanie ucina tematy wojenne, pogrążając totalne miasto w piaskowej burzy. Ludzie kryją się w domach, niekoniecznie sensownie, bo burza atakuje szklanymi odłamkami, może to jakiś diament, podmuchy odsłaniają szkielet warszawskiej góry. Tak - jest tam szkielet, a jest nim starożytna, wykręcona wersja Pałacu Kultury, zresztą pod Warszawą odsłaniają się gruzy przedwiecznego miasta, lekko koślawego i brązowego jak świątynie ku czci Daedr z Vvardenfell.

Ślizgam się zboczem obdzieranego ze skóry wzniesienia, widzę niezdrowe, żółte błyski na horyzoncie, słyszę jednostajne dudniene I grzmoty - to idzie koniec. To idą ogromne słonie, całe powstałe z kradzionej przez wieki kości, misternie złocone i rzeźbione w asyryjskie wzory. Jak ogromne? Cóż, Godzilla my ass. Nawet Generał Daimos nie dałby rady. Słonie kroczą niepomne ostatnich drobinek ludzkości, ścierając stare i nowe na szary pył.

(Budzę się, jeszcze nie ma piątej, sprawdzam mejle z firmy, wiadomo, tam też apokalipsy, kurtyna.)

No a tak poza tym - dzień dobry!

* * *

Hej, u mnie - totalnie! - zaczęło się coś nowego. Dziś najpierw kręciłem się wokół wiejskiego cmentarza, który w rzeczywistości geograficznie jest położony zupełnie odwrotnie (centrum tamtego świata to dom babci), wchodziłem wzniesieniem, pokazując komuś, które to kosodrzewina (choć to wcale nie byłą kosodrzewina) i zamiast zobaczyć na górze spodziewane wieże zamku w Lanckoronie, zobaczyłem ruinę o wiele większą, czerwono-rdzawą w promieniach wschodzącego słońca (choć tam powinien być zachód), jakby podnóże Wieży Babel Bruegela, Katedra Beksińskiego, albo zatrzymane w czasie zamczyska Lordan. I - wbrew graficznym skojarzeniom - był to widok wiosennie uspakajający, z drogą po horyzont ("w przód i w przód"), choć wiadomo, że senna komunikacja to może być właśnie jak na Wieży Babel ((c) Szymborska).

wtorek, 27 maja 2014

[FB] Z których studiów? IFK.

 Śniło mi się dzisiaj, że prowadziłem samochód. Do pracy pewnie, bo jechałem Śląsko-Dąbrowskim, jakoś zamyślony tak i zamiast do prawej, to środkiem, torowiskiem. I szybko. Naprzeciw oczywiście tramwaj, więc musiałem wpasować się między legalnie jadących z prawej, oczywiście ten przede mną musiał zahamować i masz - stłuczka.

Nic strasznego się nie stało, nawet się światła nie zbiły żadne, bump, jak na tych samochodach z objazdowych miasteczek wesołych.

Tym niemniej - jakoś odechciało mi się dalej jechać, za to poszedłem do klubu. Odreagować stres czy co, bo ja wiem? I tam tańczyła dla mnie przepiękna dziewczyna, która wyglądała jak najpiękniejsza dziewczyna ze studiów.

Więc jeśli komuś mogło się wydawać, że nie da się już w tym śnie zrobić głupszej rzeczy niż jazda sto pięćdziesiątką środkiem mostu naprzeciw tramwaju...

- Weź siadaj, teraz ja dla ciebie zatańczę!