Jestem znów dzieckiem (bardziej niż teraz) i idę z zakupami. Obok idzie mama, idziemy tym terenem, na którym jeszcze nie ma ani ulicy Strumykowej, ani osiedla przy Stefanika. Jakieś wykopy, przygotowania. Mam wrażenie, że właśnie wróciłem kilkanaście lat wstecz i będę mógł naprawić całe życie - przede wszystkim zastanawiam się, które koleżanki z osiedla wyrosną na ładne dziewczyny. Przed nami idzie kuzynka, ale za chwilę już jedzie rowerem. Chcę ją dogonić, też mam rower, ale nie mogę - po tym jak wolno jadę i po widoku siostry za wzniesieniem orientuję się, że naprawdę jestem małym chłopcem, bo ona taka jeszcze mniejsza.Nie pamiętałem tego wcześniej, ale przecież miałem przynajmniej jedno noworoczne postanowienie - poczytać sobie Dzienniki Tyrmanda, zgodnie z datowaniem. Oczywiście nie dałem rady, już dawno się z datami rozjechałem i ciągle siedzę w styczniu. Jemu też czasem coś się śni - przywołuje wtedy Freuda i Junga, ale za chwilę pisze o systemie (wielki czarny pies wgryzający się w dupę, że boli albo nie). To by mieli ubaw w XXI wieku - gry, kreskówki, komiksy, fantazje. Do zastanowienia - czy śniłem kiedyś jakieś postaci książkowe? Czy jednak na tyle mam leniwą wyobraźnię, że nie wyglądają i nie mają jak się we śnie pojawić?
Dochodzimy do osiedla, kuzynka pakuje zakupy do samochodu, to jest Skoda, ale czerwona tym razem, oni chyba mają wyjechać. Mnie przechwytuje tata, podchodzimy do ogłoszenia o koncercie, że mógłby mnie zabrać. To jakiś zespół elektroniczno metalowy - mówię mu, że tego to ja nie słucham i podziękuję. Cięcie.
Po morzu płynie drewniany statek. Są na nim kobiety, są na nim dzieci powiązane z kobietami i ze sobą. Każda kobieta ma kilkoro. Nagle statek przepoławia się, wzdłuż kilu, jakby przecięty płetwą wielkiego rekina. Wszyscy krzyczą, wpadają do wody - panika, bo rekin. Jedna kobieta odrzuca od siebie dzieci, żeby jej było łatwiej uciekać - raczej nie mają żadnych szans związane ze sobą. Nie podoba mi się to, myślę o niej źle. I wtedy pojawia się rekin.
Staram się go utrzymać, nie wiem czy to ja tam jestem, czy sama moja wola. Chodzi o to, żeby trzymać go trochę nad wodą, bo wtedy jest podatny na ataki. Atakuje ktoś z daleka - magicznymi pociskami z kuszy. Są kolorowe, wbijają się w bok rekina. Mam wrażenie, że mam jakąś uzdę, wyrywa mi się, stara się tak wykręcić, żeby odgryźć mi nogi. Z jednej strony ma już wpakowane kilkanaście bełtów, więc staram się go wykręcić na drugą. Wtedy przebiega obok mnie Gutts, to on szyje do rekina z kuszy. Dziwię się, że biega po wodzie, ale orientuję się, że ma Buty Oślepiającej Szybkości (+200), czyli pewnie tak przebiera nogami, że może.
I dwa bonusy:
Ostatniego dnia napiszesz: "Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik..." Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja wykaże śmierć z wyczerpania.To Herbert o Tyrmandzie piszącym dziennik. Zważywszy na długość tych wpisów wcale bym się nie zdziwił.
A to Protestanka, która nie zważając na moją uszczypliwość i zaczepność znajduje na blogu wpis sprzed dwóch miesięcy prawie, bo miała mi tam wrzucić cytat, co się jej podobał i pasuje, cytat spotęgowany, bo to jest Kapuściński cytujący Konfucjusza, czyli teraz jest Protestanka cytująca Kapuścińskiego, cytującego Konfucjusza.
Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakas prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.No ba! Zawsze to wiedziałem. Żeby było zabawniej - cały akapit.
Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to też trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać, nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.Nawet Kapusta nie ciśnie mnie za bardzo za niewyglądanie poza czubek własnego nosa.
