poniedziałek, 20 stycznia 2025

Ósemki na trzecim planie

Podglądam sam siebie w nagraniu. Nie ustawiam jeszcze sam telefonu, choć wiem, że to pomaga, popatrzeć i przemyśleć, ale podglądam siebie z ciekawością, kiedy wystąpię u kogoś. Najśmieszniej było kiedyś, kiedy kamera złapała, jak się poddaję i kręcę w chwilowej rezygnacji głową. Tych chwil jest wiele, ale staram się ich aż tak nie akcentować.

Raz i dwa, i trzy, i cztery jest po prostu zapamiętane. Niezbyt zgrabne, ale przecież jeszcze o poranku siódmego grudnia pewnie przez chwilę upierałbym się, pełen konfuzji, że to jest raz-i-dwa-i-trzy-i-cztery-i-pięć-i-sześć. Ale uczyliśmy się liczyć w tych ósemkach i już tak nie zrobię. W pięć i sześć majaczy sens - te biodra wiedzą, że mają już choreograficzny obowiązek zrobić coś takiego, co na wdzięcznych planach pierwszym i drugim dzieje się już od raz. Moje biodra spoglądają, na razie jeszcze bez wdzięku, w tym kierunku, ale to całkiem dużo, myślę.

W siedem i osiem dzieje się ruch nogą i ruch rękoma na raz, podobnego kilka tygodni wcześniej nie zobaczył u mnie Busta Rhymes, choć był męczony przez dwie godziny nawet. Na drugiej nawet trochę wymawiałem się przed samym sobą zbyt bliską ścianą, cwaniak.

A teraz to jest na siedem i osiem, wszystkie kończyny działają wspólnie, z zawahaniem, ale wciąż bez paniki.

Na następne raz i dwa pojawia się na trzecim planie ktoś, kogo nie poznaję. Wystawia rękę, mniej więcej jak mu kazano. Wystawia nogę, mniej więcej jak mu kazano. Ten ktoś pamięta, że w sumie co chwila mylił, która noga pierwsza, ale mówił sobie - co mi tam, ostatecznie to nic nie szkodzi.

Ten ktoś nie pamięta jednak, żeby ktoś mu kazał coś więcej tam robić z ciałem. Przecież nawet sam sobie nie kazał. A jednak na chwilę ciało na trzecim planie działa samo z siebie. Tupie może nieco mocniej, niż sugerowano, ale przecież tak słyszy. Klatka piersiowa przez sekundę kręci się i spina delikatnie, w pół drogi między lewą i prawą ręką, ale wcale nie ze spięcia, tylko dlatego, że przez sekundę-dwie, płynie sama z siebie, być może przez chwilę czując. Nie: słysząc, reagując, podglądając.

To są ze dwie ósemki, kiedy ten ktoś zdaje się obcy, bo nie walczy o życie w ramach choreografii, tylko, uwierzyłbym, tańczy.

Bohaterka pierwszego planu, stosując tzw. magię kinematografii, przedłuża tę radość, bo siedem i osiem w trzecim zestawie przeskakuje po montażu, to inna próba. Podejście w którym wprawdzie robię coś nieco innego niż bohaterka planu drugiego, którą wcześniej poprosiłem o zamianę miejsc, żebym mógł od niej ściągać, ale jednak cokolwiek tam zrobiłem, wciąż przecież pasuje i nie ma powodu do przejmowania się, czy tu należało jeszcze obrócić rękę, czy dodać innej dekoracji.

Panika jest dopiero za kolejną ósemkę. Rzeczy zupełnie nowe-dzisiejsze, których nie pomieściła głowa, mimo wstępnych sukcesów po rozgrzewce. Nagle robię już coś tak bardzo innego, że może jednak wstyd;  widzę dokładnie, kiedy to nadchodzi, bo w pierwszym kroku naprzód razem z nogą jest jakiś ruch ręką, a w drugim kroku ręce już zacięte, w ciało wkrada się paraliż. Za chwilę pojawia się też stary wróg, falowanie, więc już naprawdę sypie się wszystko niby domek ze słomy zdmuchnięty przez wilka.

Panika na wilka, pawnilka, nazwijmy ją dla oswojenia. Nie szkodzi. Rusza mnie te kilka ósemek w środku. Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył. I z tym starym wrogiem też się kiedyś dogadam.

środa, 8 stycznia 2025

Soundtrack mojej ucieczki

Skok wiary, Salto mortale (07/08.12.2024)

Cudowna może trochę nas tam wzięła pod włos, kiedy tak mówiła - mam takie marzenie - no ale skoro mówię na nią tak jak mówię, to nie mogłem nie wziąć w tym udziału. Tak nam mówiła, jak do dzieci w przedszkolu prawie, a mam to skojarzenie z przedszkolem zapewne dlatego, że opowiadała kiedyś, że w piwnicy trzymają trumny i ubawiło mnie, że to hurtowe trumny na dzieci muszą być, skoro wymiar na dorosłego.

Halloween to było.

Marzenie, że po dwóch miesiącach kursu (tu przynajmniej byłem na całym, to będzie z dziesięć czy dwanaście godzin zajęć) wystąpimy na pokazie grup szkolnym. Kiedy ja ostatnio występowałem? Bez wahania, wiadomo, choć w wiecznym zawahaniu, skoro to improwizacja i mimo trzech lat prób, ciągły strach przed sceną. W szkole tańca to odwrotnie - dokładnie wiesz co masz robić, albo prawie dokładnie, po prostu, jeśli jesteś mną, to jeszcze (powtarzam sobie) nie umiesz. Ale jednak z improv pozostało gdzieś to przekonanie, że trzeba tam wyjść na parkiet pomimo strachu, więc odpowiedziałem bez wahania - no jasne że wystąpimy.

Na drugim kursie byłem nawet krócej, bo dołączyłem kiedy ponownie skasowali mi w klubie fitness z grafiku trening funkcjonalny i zwolniło się miejsce. Jezu, jak się cieszę! Szkoła tańca miała pomagać w zajęciach na licencji z klubu, może się już przestańmy z tym migać, że się lubi zumbę (Will Smith śmiał się z Margot Robbie), no ale okazało się że zumba została inspiracją do jeszcze cudowniejszych i cudaczniejszych wygibasów. Więc priorytety są zmienione - tańce above all.

I pewnie dlatego dzisiaj nawet nie ubolewałem jakoś specjalnie, że na samą jogę poszedłem, bez wycieczki na Promenadę. Trzeba czasem pielęgnować kolana, kiedy pojawia się nowa zajawka, to łatwiejsze.

Więc miesiąc temu daliśmy dwa pokazy, nie mogę patrzeć na nagrania z tego, myślę nawet nie o sobie, tylko jak zaprezentowałem Cudowną, tak uparcie pracującą żeby mi wbić cokolwiek o baunsie, zawsze lekkim ugięciu kolan i liczeniu ósemek, że przez poprzedzający występy tydzień zorganizowała dodatkowe godzinki szkoleniowe. Bo Cudowna ewidentnie kocha co robi i mnie to super porywa i jak nigdy wierzę, że mimo postępujących zakoli i postępującej siwizny, wolno mi się tym bawić a przestrzeń do poprawy nie ma końca, nawet jeśli na występ idę mając zaufanie jedynie do jej oceny sytuacji, w żadnym razie do samego siebie.

Rozwinięcie zajawki na DDR przesunięte o dwadzieścia lat, ot.

Dostałem też ostatnio tabletki nasenne, które w ulotce są również antydepresyjne i one przypomniały o tym wiecznym strachu przed sceną, ale też przed wszystkim, o lekarce zwracającej uwagę, jak się trzęsę, kiedy mi przecież tylko bada bóle szczęki, dekadę temu ponad to już musiało być i trochę mi wyszło na to, że to jednak może być jakoś inaczej i może ja potrzebowałem czegoś takiego już wtedy, albo nawet jeszcze wcześniej (spotkania ze szkolną psycholog wcale nie były łatwiejsze, ale komu ona próbowała pomóc, nie mnie, tylko tej która mnie tam skierowała), że wcale nie musiałem na tę scenę wychodzić w wielkim strachu i przerażeniu, trzęsąc się cały, mimo upływu lat, bo ta odwaga wyjścia na scenę niczego tu nie naprawi.

Nie mam już więcej tych happy pills, niech już będzie tak jak jest teraz, bo jest lepiej.

Przeżyłem oba występy, miałem ze sobą t-shirt z Generałem Daimosem, jako symboliczne wsparcie, dostałem go kiedyś od przyjaciół z Krańca Świata. Że nie liczyłem ósemek, żeby przynajmniej lecieć do rytmu na reggaetonie to sobie nie wybaczę już, ale Wiedząca Czego Chcąca błyszczała na szczęście, może nikt nie zwrócił uwagi za mocno na mnie. Nie lubię tego opisu, że muszą powiedzieć, że od dziesięciu czy dwunastu zajęć, to brzmi, jakby wiedzieli jak źle wypadnę zanim zaczęliśmy. Trudno. Dużo emocji, znów powracające od czasu pierwszej zumby wspomnienie końca lat dziewięćdziesiątych i wyśmiewających mnie w zagranicznej szkole dzieci, kiedy próbowałem powtórzyć co tam ćwiczyły do szkolnego występu. Inne traumy i uświadomienia, dlaczego te dziewczęta w tańcu robią aż takie wrażenie - bo to w tańcu zrozumiałem że pewne wspólne miejsce już nie istnieje.

Emocje to wygłupy, poprosiłem Cudowną o zdjęcie na pamiątkę z wieczoru, są na nim grupy wszystkie które prowadziła, a miała dwa występy z amatorami i jeden z profesjonalną, biorącą udział w zawodach, grupą choreograficzną, która potrafi w tańcu nawet salta. Wydrukuję sobie do ramki, na razie mam w niej jedynie zdjęcie z Mimblą (mogła mieć i inne xywki na tym blogu, trudno, ta pierwsza przyszła) z dzieciarnią, będzie drugie. Nie zbieram zdjęć, jeśli zapełnię wszystkie pięć czy sześć slotów to może pora zakrzyknąć chwilo trwaj.

Z imprezy uciekłem, kiedy ekipa poszła na parkiet, zbyt mało jeszcze traum przepracowanych, żebym i ja tam szedł, za dużo wygłupów, żeby nie zastanawiać się, czy Salto tak aby nie patrzy, bo jakiś debil się przypałętał, wystarczy jedno takie Salto i znajomi wężykiem puszczeni przodem na parkiet, na który ich nie gonię i zostaję sam, i zaczynam mieć poczucie, że idę nocą przez jakiś las i wszędzie siedzą sowy i wszystkie patrzą i są sowami, więc są takie mądre i w tych wielkich oczach wiedzą o tym strachu, więc uciekam, uciekam, uciekam, uff.

Zapewne myląc się w tym wszystkim okrutnie i do tego zapewne zupełnie intencjonalnie (to obrona, jak z tym paplaniem przy Wiedzącej Czego Chcącej), nie byłby to pierwszy raz w tym roku. Byle nie wpaść w takie sidła jak poprzednio.

Dwa występy to dość dużo odważnych rzeczy na jeden wieczór więc może nawet tchórz sobie, tchórz.

Akapit jak lodowa cegła (31/01)

Chwilo trwaj nie krzyczałem w ostatnim dniu roku, kiedy siekła we mnie najgorsza migrena od miesięcy. Serio, nie pamiętam przez ostatnie pół roku żebym w ogóle miał choć jedną, ale może o tym się chętnie zapomina (na pewno pod koniec czerwca jedna była). Czy to jakieś tym razem zupełnie nieuświadomione zgryzoty, że nie ma planów, że raczej nikt nie proponował planów (bo pytania rzuconego na czatową grupę organizującą tańce raczej nie odebrałem żeby było do mnie, no ale uczciwie odnotujmy), czy może znów Salto, bo mieliśmy dzień wcześniej trening łączony z grupą wymiataczy, przez niską frekwencję w okresie świątecznym, no nie wiem. W głowie łupało tak że nawet za bardzo nie zwracałem uwagi na fajerwerki. Wtedy wziąłem ostatni kawałek nasennej happy pill, może to mnie jakoś uratowało, bo było wprawdzie straszliwie źle i zimno, i potliwie, i nie miałem siły wyjść spod kołdry po lodową cegłę z zamrażarki, ale już łupanie za oknem w ogóle mnie nie obeszło. Próbowałem, zanim mnie tak zmogło, odrobić dla Cudownej zaległą pracę domową. Nie dałem rady, mimo ewidentnych postępów ("Intimidated", mogę wyciągnąć rękę, spojrzeć za nią i nie pomylić kroków) nie daję rady patrzeć na siebie samego, daleko temu do tańca. Dziś sobie tłumaczę, że to już była ta pełzająca migrena. W tamtej chwili zależało mi, żeby tak skończyć rok, żeby to było dobitne i wyraźne dziękuję, bo jestem w takim miejscu, że chodzę przeżywać te nowe i śmieszne czasem przygody (kiedy na nagraniu widzę jak na chwilę się poddaję, a obok wywijaja przypadkowo uchwycona Wiedząca Czego Chcąca) ponieważ chcę i jest w tym wykrystalizowana radość, a nie dlatego, że tylko to mnie utrzymuje na powierzchni, jak bardzo długo było z klubem fitness. Co oczywiście nie znaczy, że zumba jakaś gorsza, po prostu jestem w innym, lepszym miejscu wreszcie. W którym mogę też mieć jakieś proste noworoczne cele-postanowienia: spojrzeć kiedyś na siebie bez nienawiści, z czułością i wyrozumiałością i to może być poprzez nagranie z lustrem pod koniec zajęć kiedyś. Myślę że jestem na dobrej drodze.

Nowy Rok

Powrót do pracy to jakieś dobre emocje dla odmiany. Prawie skończyliśmy projekt, poprzednio to był haj, kosmiczny zastrzyk endorfin, pozytywna adrenalina. Pewnie naiwna nadzieja, bo w firmie jednak wszystko rozeszło się po kościach, nie przełożyło się to na żadne awanse czy choćby sensowniejsze pieniądze, to ważniejsze. Więc tym razem projekt już bez emocji (i bez nieodpłatnych nadgodzin, prawie) zupełnie - a te dobre odczucia są po prostu dlatego, że po skończonym projekcie od razu jest następny, więc jest i praca wciąż, co w tej branży nie jest oczywistością ostatnio. Jak to się mawia, chujowo ale stabilnie. A przecież bez pracy nie ma zajęć tanecznych, c'nie?

Uciekam od internetu pożerającego czas tak bardzo bez sensu, że nawet człowiek działający w stronę rzeczy zbytecznych ma go już dość. Na razie jeszcze nie w gry komputerowe (ciężko się zdecydować, ale przynajmniej znów usunąłem Nuclear Throne, pożeracz czasu), ale zaskoczyłem sam siebie, bo obejrzałem chyba więcej filmów już niż przez ubiegły rok. "Quigley na Antypodach", bo jakiś klip wpadł w oko, tak o, impulsywnie. "Bękarty wojny" wreszcie. "Trzech Muszkieterów" w których za mało Evy Green, trzeba będzie znów obejrzeć ulubionych z Yorkiem i Welch, i Oliverem Reedem, który zdaje się zmarł przy kręceniu Gladiatora, i Chamberlainem, w którym się wszystkie kiedyś kochały, mewiła. I na raty "Van Helsinga", ależ był okropny. Współlokatorka...

(Dlaczego jeszcze nie ma xywki, hmm? Salty może, skoro nie lubiła żartu z sugar mommy, choć sama go wymyśliła!) 

Salty jako fajne kino przygodowe poleca Piratów z Karaibów, co niestety chyba znaczy, że współczesna młodzież naprawdę nie dorobiła się fajnego kina przygodowego, a nie że ja nie umiem nowych filmów przygodowych znaleźć. W końcu na Piratów to i ja w młodości chodziłem do kina. A wychodzi na to, że zanim mi wrzucą na streamingi drugi film o muszkieterach, w którym może i nawet będzie nieco więcej Evy Green, to trzeba szukać w produkcjach starszych niż kojarzy młodzież.

Wiedząca Czego Chcąca polecała "Prawdziwy ból" dopiero co (nie zastanawiaj się skąd się ta rozmowa, której uczestnikiem przecież nie byłeś, wzięła, na pewno nie stąd że dobrze się kłamie w miłym towarzystwie i mandarynki), może to, choć to zupełnie inna przygoda? Tytuł jak do filmu o migrenie, to może być coś dla mnie.

piątek, 6 grudnia 2024

Test drive. Climbing Kilimanjaro.

Zacząłem chodzić na nowe zajęcia. Znów. Skasowali mi niestety z grafiku "zdrowe kolanka", ale nie tak dawno spotkałem na tańcach trenera, który zasugerował że problemy z kolanami to może w dużym stopniu być brak odpowiedniej techniki. Co ma sens, w końcu chodzę na luźne zajęcia fitness, nie na naukę tańca. Techniki nas nie uczą za bardzo.

Często nawet mówią, że nie obchodzi która ręka, która noga, ma być dobra zabawa i tyle.

Zacząłem więc chodzić również na zajęcia taneczne, bo raz że technika, a dwa że po prostu chciałem sprawdzić, jak to wygląda, uczyć się tańczyć. Po prawie roku tańców-fitness dotarłem chyba do ściany jeśli mowa o nauce koordynacji i rozumienia części ciała z których te śliczne u dziewcząt a toporne u mnie ruchy wynikają, więc trzeba się zapisać do miejsca gdzie mi to rozłożą na czynniki pierwsze.

I też jest super!

Nawet jeśli jak zwykle przy nowej aktywności fizycznej, okazuje się że człowiek miał jakieś mięśnie o których do tej pory nie wiedział. Ale ile satysfakcji!

Jeszcze przyjdzie dzień, że nauczę się robić falkę!

Podobno większość facetów na kursy tańca przychodzi szukać dziewczyny teraz i jest odwrotnie niż mi kiedyś opowiadano - więcej na sali chłopa niż dam, niezależnie od tego jak bardzo zmysłowe i latino są to zajęcia. Ubawiło mnie to szczerze. Sam na razie to jednak nie szukam tańców w parze. Chyba?

Ostatnio Kraniec Świata, który przyjaźni się z nową współlokatorką, zasugerował jej znaleźć mi dziewczynę. Co za przerażająca myśl, że mi tu najbliżsi ludzie wychodzą z założenia, że sam sobie nie poradzę, gdybym naprawdę chciał.

Nowa współlokatorka nie pocieszyła mnie niestety słowami w stylu, że mogę być spokojny, bo tak starych koleżanek to ona nie ma. Ech. Mamy sezon na młodzieżowe słowo roku, trzeba podłapać może.

Tymczasem w szkole tańców, nawet jeśli się nie szuka, natrafia się na niebezpieczeństwa. We wtorek mieliśmy dodatkową godzinkę, bo jutro występ na podsumowanie dwóch miesięcy kursu. Wychodzę, już zakładam słuchawki, dogoniła mnie Wiedząca Czego Chcąca. Tak na razie myślę o niej, bo kiedy pierwszy raz wpadła do szkoły, rozstawiała mnie po kątach trochę, tj. kazała zabrać graty z miejsca do siedzenia obok mnie, bo ona tu sobie usiądzie. Znaczy umie o siebie zadbać, zrobiło to na mnie wrażenie po wielokroć, bo oprócz aspektu umie o siebie zadbać, chciało jej się ze mną gadać.

To zupełnie odwrotnie niż relacje na dotychczasowych salach tańców z początku, jakoś unormowane i coraz ostatnio lepsze, ale trzeba było na to prawie roku.

Więc dogania mnie ta dziewczyna, a ja mam okazję zobaczyć, co się dzieje ze mną pozostawionym na pięć minut sam na sam z atrakcyjną kobietą. Dzieje się samospełniająca się przepowiednia, tj. jak już mnie zaczepiła ("ooo, zakładałeś słuchawki, nie wiedziałam czy gonić, ale tak niezręcznie też iść dwa metry od siebie, skoro chodzimy na kurs razem"), to zażartowałem, że teraz pewnie będzie mój słowotok, bo taki jestem wygadany i nie umiem trzymać języka za zębami. Pojawił się ten temat na sali zresztą kiedyś też.

Wiadomo, że to stres, c'nie? Dlaczego mózg wychodzi z założenia, że lepiej wyprodukować milion myśli, zamiast zadać pytanie? Przecież wiem, że ludzi się pyta. Ja nawet jeśli nie pytam, to zapamiętuję. Np. że Szefowa Prowadząca Zajęcia nie lubi zakupów. Przecież po to słucham ludzi, żeby wiedzieć takie różne drobiazgi.

"Co dziewczyna z Żoliborza robi w szkole tańca na Pradze, trochę nie po drodze!".

"Mówiłaś że chodziłaś na hip hop kiedyś, dlaczego przestałaś?"

"W czwartek kolacja firmowa, ominiesz trening, hmm, co robicie, gdzie pracujesz, może ubieracie okropne swetry? Zrobiliśmy tak kiedyś w Samsungu, a do tego fotki w pozach jak Ginyu Force."

Tak należałoby pytać, ale dzieje się samospełniająca przepowiednia z jakąś parodią z tego opowiadania Hłaski chyba, gdzie stary cap się popisywał sprawnością przed dziewczyną syna. No ale skoro ona do mnie już chyba trzeci raz przez ostatnie dwa tygodnie powtarza że chodzę na strasznie dużo zajęć, to jakoś mi się to kojarzy, że nawet nasz wspólny reggaeton to musi być niezły trening, bo zacząłem robić o wiele dłuższe planki. A tam na reggaetonie bardzo dużo spięć brzucha przecież.

Podziękowała za odprowadzenie na przystanek.

Jejku jej, może po prostu ja się cieszę, że ktokolwiek chciał posłuchać o tym ile radości znajduję w zajęciach od roku już. Ostatecznie jeśli następnym razem nie dogoni mnie na ulicy, może pójdzie na przystanek ulicą Panieńską zamiast Sierakowskiego, metrów trasy wyjdzie jej tyle samo, to nikomu nie stanie się krzywda, nawet nie będę wiedział. Bądź uważniejszy, nie ma żadnych powodów do paniki. Jutro nie tańczymy w parze.

-

A dziewczę w salonie optycznym miało strasznie fajne oczy niedawno, w które trzeba było patrzeć, kiedy coś mierzyło. Jakieś dekoracje pod nimi jak z cyberpunkowej mangi. I też sobie coś zażartowało, że straszna pchła jest, więc muszę do niej usiąść, żeby mi ten miernik podłożyła. Bałem się powiedzieć na głos co pomyślałem.

"A to pewnie świetna tancerka, jak każda pchła na sali tańców."

Weź przestań, gościu. Weź sobie do serca noł stress zamiast noł future.

Zakolegowałem się trochę, mam nadzieję, w tym salonie, z przypadkowo spotkaną parą znaną z klubu fitness, mieszkają przy Panieńskiej właśnie, to zaprosiłem na te swoje nowe zajęcia, skoro jedne wspólne wiem że już lubią.

Czyli w sumie może nie jest jeszcze idealnie, ale jednak poziom social awkwardness mi trochę spada i nieco mniej boję się ludzi. Cool!

środa, 23 października 2024

Morning Mr. Magpie

 Jejku, jej, przespałem prawie całą noc. Wydawało mi się, że wybudziłem się znów gdzieś w środku, patrzę na zegar (w telefonie, nie mam ani jednego działającego zegara w domu, choć jeden na ścianie wisi, tak o, dekoracyjnie, brat kiedyś go zrobił z winylowej płyty), a tam nie pół do pierwszej a piąta trzydzieści!

Często mam takie senne kłopoty na przełomie lata i jesieni, ostatnie tygodnie były trudne. Dobrze wiedzieć coś o sobie, takie rzeczy tym bardziej, nie musisz się za bardzo irytować, kiedy współlokatorka za Twoją bezsenność wini za dużo godzin na sali tańców. A przecież przez ostatni czas, to już prawie rok fitnessu, sypiałem całkiem nieźle, mimo że zajęcia często po dwudziestej.

Albo nie musisz mieć wrażenia, że to znów jakieś upiorne zakochanie.

Współlokatorka się wyprowadza za dwa tygodnie, sprzedała mi tę wiadomość dość niespodziewanie, jako taki zimny prysznic, kiedy zdawało mi się, moszczę się w życiu nieco bezpieczniej. Nie ma w życiu bezpieczeństwa, są rachunki, podatki, a przecież niektórzy mają do tego bomby nad głowami, c'nie? Tak mi się wydawało przez chwilę, że będzie w miarę spoko, kiedy nowa współlokatorka do drugiego pokoiku ogłosiła, że się od listopada wprowadzi, tj. miałem w głowie takie proste sprawy nagle, że może się wymieni zlewozmywak, ogarnie dentystę, może nawet odłoży na zaległy od lat implant?

Haha. Nie.

Mój upór, że nie daję ogłoszeń, tylko lokatorów szukam przez znajomych. Ale na chwilę nawet mi błysło przed oczami, że może trzeba ten pokoik wystawić jako te znienawidzone na lewicy airbnb. Tylko na pewno nie, jeśli by nowej koleżance nie pasowało. Ech.

Zrobiłem sobie wczoraj nieco mniej typowy program dnia, z zajęciami na Promenadzie po pracy i Dworcu Gdańskim przed nocą. Myślę że chyba należałoby się pogodzić z koniecznością ogarnięcia karty miejskiej znów (a to znów te prozaiczne sprawy, że chciałoby się te wszystkie rzeczy konieczne do życia mieć opłacone z wynajętych pokoi, tylko że z jednego nie wystarczy), ostatnio miałem z dekadę temu. Do CH Promenada nie ma ode mnie bezpośredniego dojazdu, w ciepłe miesiące to nie kłopot, siada się na rower, ale teraz już mi się tak nie chce za bardzo. Dojazd niebezpośredni jest męczący, nie lubię przesiadek, więc wczoraj sprawdziłem jak to jest wbić się w tramwaj do Żółkiewskiego i przejść spacerem przez osiedla ten kilometr. Znośnie, ale z pewnością będzie coraz mniej znośnie z czasem coraz mocniej jesiennym.

Który ogólnie bardzo lubię, ale niekoniecznie kiedy spieszę się na zajęcia.

Czasem na bezsenne noce odpalam Deszczem wyszywane.

Zajęcia oczywiście cudowne, nawet jeśli prawdopodobnie znów udało mi się palnąć coś czego absolutnie nie powinienem, bo u trenerki Danse Macabre nie rozmawia się o trenerce Damie Pchełek, nawet jeśli dziewczyny razem jeżdżą na wakacje. Uczę się, że może to w ogóle nie powinien być mój problem, co one tam między sobą, kiedy ja po prostu mówię - znam tę piosenkę od tej drugiej, ciekawe jaki będzie układ twój.

A może przesadzam, może tym razem nie dostanę po łapach.

Dłuższa przerwa między zajęciami, wymyśliłem wejść do kerfa w Arkadii po sznurówki. Dojazd przez stare śmieci robocze, tj. przesiadka z autobusu na Metro Politechnika, stara robota już dawno w innej części miasta. Wziąłem dwa cebularze (ciekawe, że taniej je mają niż w moim kerfie) i sok marchewkowy, trzeba się zregenerować, c'nie?

Przy kasie przede mną dziewczyna z córką, córa sobie małpuje na barierce między kasami, zazdroszczę jej tego. Patrzę na kasę obok, czeka tam dziewczyna, przez sekundę widzę twarz, jest w niej coś znajomego. Nie mogę wymyślić, nie mogę, przez chwilę wydaje mi się, że poprawia włosy. Wiadomo, co my myślimy, kiedy dziewczyny poprawiają włosy. Na taśmie dwa wina, coś tam się od razu wymyśla na taki widok, że albo wieczór z koleżankami, albo ma być gorąco z jakąś osobą partnerską. Na co wskazywałby i mocny makijaż?

Chwilę później pomyślałem, że może to było to bezsenne letnio-jesienne zakochanie sprzed dekady, taka była smukła (napisałem najpierw "smutna", chyba jakby trochę też, ale może to jakaś forma zemsty) i zwiewna. Chyba bym rozpoznał?

Na mojej taśmie sznurówki, sok i dwa cebularze, czy ktokolwiek by wymyślił na taki widok, że będę za chwilę pół godziny siedział na ławeczce opodal klubu fitness, obżerając się i opijając (za dużo, za dużo, ciężki byłem straszliwie na tej drugiej godzinie zajęć), a jeszcze za chwilę, na ostatnie pół godzinki czekania, czytał "Błoto słodsze niż miód"?

I że sznurówki są do szalonego systemu montażu głośników jako uszu dla monitora?

Marne szanse.

Drugie zajęcia, mimo poczucia ciężkości, równie cudne. Pewnie znów ostatnio przesadzam, choć niby staram się robić częściej dzień czy trzy przerwy, a do tego zapisałem się na "zdrowe kolanka"!

sobota, 5 października 2024

Głowę obok w ziemię włóż

 Wróciłem wczoraj z zajęć z okrutną ochotą na słodycze. Wiadomo, godzina nawet najmniej umiejętnych tańco-skoków to od razu się załącza uzależnienie od cukru. Och, jak walczyłem ze sobą, żeby nie polecieć po jakiś przesłodzony napój. Bo mnie od cukru wysypuje od razu, nie lubię tego.

W tej walce wydarzyło mi się zatem mnóstwo katastrof, prowadzących, niestety, do sromotnej porażki.

Najpierw wymyśliłem, że może zamiast jakiegoś syfu, to może po prostu sok marchewkowy. Oczywiście nie mam soku marchewkowego, ale mam marchewki, to też moja próba oszukiwania samego siebie, że mam jakieś słodycze. Słabo działa, ale ogólnie i tak je lubię przecież. Problem w tym, że sokowirówki to ja nie mam, nawet właściwie nie bardzo bym chciał.

A może to błąd, hmm?

No okazało się, że żaden blender, a te mam dwa, nie daje rady marchewce. Do marchewki to po prostu trzeba mieć sokowirówkę, wychodzi. I wyszła mi jakaś taka breja, nie nadająca się na pierwszy rzut oka do niczego. Czyli to pierwsza katastrofa.

Myślałem jak to uratować i przypomniałem sobie, że z marchewki to czasem się nawet i ciasta piecze, sam nawet na soku marchewkowym raz już zrobiłem naleśniki, a współlokatorka to chyba i na patelni potrafi placek marchewkowy usmażyć. No to hej-ho, let's go! Dorzuciłem jajko, soli, mąki, mleka,  nawet sody oczyszczonej kapkę, wymieszałem i na patelnię.

I i tak poszedłem do sklepu po jakieś napoje przecukrzone, ech. Czyli katastrofa druga.

Trzecia katastrofa jest chyba dość oczywista - nie bardzo ten placek eksperymentalny wyszedł. Pewnie trzeba było mniej oszczędzać na czymś albo nie ruszać dłużej, bo może i przez chwilę bardzo ładnie sobie wyrastał, ale jednak ostatecznie oklapł i wyszedł zakalcowaty. Co nie znaczy że niejadalny, no ale nie będę tego typu eksperymentu już powtarzał bez przepisu. Improwizowane placki z banana - skuteczniejszego na cukrowe ciągoty niż marchewki - wychodzą o wiele sensowniej.

Żeby nie było, bawi mnie to jakoś, ta kuchenna przygoda. Najmniej przygód staram się mieć w życiu w kuchni, niejadek od najmłodszych lat, obojętny na eksperymenty.

Zaryzykuję, że chodzi tu w jakiś sposób o taką rzecz, że opowiedziałbym. Tylko komu?

Czas mija. Staram się nie zajechać kolan mocniej niż były w wakacje, odpoczywałem tam po drodze, a w poniedziałek nawet chyba uda mi się dotrzeć na zajęcia zdrowe kolanka. Zamarudziłem sobie ostatnio, kiedy robiłem te kilka dni przerwy znów, współlokatorce, że arrrrghhhhhh&@^%$&#^!@#%&$!@ (tak najlepiej mogę wyrazić brzmienie i sens tego dźwięku wstępnego), "drugi dzień nie poszedłem na żadne zajęcia". Mówi mi - zrób coś innego, na randkę idź.

Chyba już mógłbym powiedzieć, że nie mówię nie, tylko też nie wiem kto by nie powiedział nie, co przecież nie powinno mieć znaczenia aż takiego, tj. szuka się wtedy innej opcji, jak w amerykańskim serialu. W końcu dawno już za mną godne licealisty boleści z tagami z serialu typu make adjustments go get it energized.

Powtarzam sobie w głowie, że jak podgolę boki, to z daleka nawet można pomyśleć, że dziesięć lat młodszy. Mieszczę się w ulubione spodnie w kratę księcia Walii, a nawet mam nowe buty, testuję na krótszych dystansach ostatnio, ale myślę ogólnie, że są szałowe. Tymczasowa współlokatorka wrześniowa, ponownie matka od pięknego psa Tofu, też mówiła że spoko i właśnie do tych spodni.

Z drugiej strony - kupiłem słuchawki bezprzewodowe, tj. zostałem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku jakoś. Dlaczego? Bo jednak drażliwy jestem strasznie. I w moich przygodach typu fitness, bywało że miałem wrażenie, jakby się na mnie recepcja boczyła (o wrażeniach że towarzystwo na sali coś tam czasem ma, to już było, to już starałem się podregulować, ponaprawiać, uff, jest o niebo lepiej), więc żeby nie narażać recepcji na zapewne bezzasadne nastroje, zostałem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku po dwakroć, bo wchodzę tam w słuchawkach i przez bramki przechodzę kodem QR z aplikacji na telefonie.

Jak to bezpiecznie, nie musieć się odezwać do nikogo. Miałem tam wcześniej taką sytuację, że koleżanka mówi - fajna koszulka, albo inna koleżanka pyta, czy przyniosłem dobry humor. I za każdym razem jak później chciałem tę koleżeńskość pociągnąć, to zdawało mi się, że wyszło straszliwie creepy. Stąd ta cofka.

Napisano tak o moim poczuciu humoru, że creepy, w okolicy przetasowań wiosenno letnich. I to było w pierwszej chwili zupełnie cool, tj. było grą w otwarte karty, kawa na ławę, wiemy na czym stoimy, można się pośmiać. No ale te informację zmoderowano. Co niestety, zrobiło na mnie wrażenie, że poczucie odnośnie mojego bycia creepy nie jest odosobnione, że może cały ten ptasi-team, który przecież ogólnie robi tam jakieś sympatyczne rzeczy typu urodziny dla prowadzącej, ma takie poczucie. Może za bardzo chciałem być w tym ptasim-teamie, że wyszło na odwrót. Okay, nie muszę - zresztą po kilku kolejnych miesiącach jest wyraźnie lepiej. Ba! Wracam na salę po trzech dniach przerwy i słyszę "nie było cię!". Znaczy ktoś zauważył, to miłe.

Trudno nie zauważyć oczywiście, ale przecież to i tak miłe, kiedy powiedziane głośno.

Dziękuję.

W każdym razie pomyślałem wtedy, na wiosnę jeszcze, że jestem tym typem od how do you do fellow kids. I teraz w kontaktach międzyludzkich co chwilę mi się zapala lampka ostrzegawcza - czy to aby nie creepy? Nie przejmowałbym się nią jakoś wybitnie, ale jednak zajęcia są tam przestrzenią wspólnego relaksu, nie potrzeba nikomu, żebym się z czymkolwiek narzucał, więc też cofka. Szukam tu jakiejś równowagi, tj. żeby nie było, że się za siebie wstydzę - ja z pełnym przekonaniem wciąż uważam, że żart, nie w pełni zresztą wymyślony przeze mnie, z piosenkami kłócącymi się pod fotkami na fejsie, był o wiele lepszy, jeśli to były piosenki kłócące się na fejsie, a nie że wszyscy wiedzą kto je pisze.

Ale przecież nie muszę, jeśli to komuś wadzi, prawda?

A zabawa w śledztwo i alternatywny Kapitan to wciąż czołówka najweselszych dni nie tylko roku, ale w ogóle całego życia. Więc, raz jeszcze.

Dziękuję!

Staram się wymyślać rzeczy, w związku z różnymi informacjami zwrotnymi od świata i siebie, które zaczynają się ode mnie. To pewnie wciąż najważniejsze z tych czasów okołolicealnych, c'nie? Dziękuję.

piątek, 5 lipca 2024

Dzień bez kicania, bez pisania, ale i bez migreny!

 No i co, nie pojechałem wczoraj na zajęcia, tj. miałem po południu wrażenie, że bolą mnie kolana od siedzenia samego, nic ambitniejszego nie muszę z nimi robić. Nie obyło się bez walki, tj. na godzinę przed spoglądałem wciąż na wolne miejsca w aplikacji, choć dwie godziny wcześniej tak odpowiedzialnie się wypisałem. Czy było warto?

Nie, nie było. Dziś kolana jeszcze gorzej, po okropnej nocy. Foch.

Próbowałem położyć się wcześniej, na chwilę się udało, usnąłem na pół godziny, później wybudziłem, przewracałem się z boku na bok ze dwie godziny do pierwszej-drugiej. Gdyby to jeszcze nie było oczywiste, poświęciłem tego dnia nie tylko zajęcia, ale również wpis na bloga, bo powstała w głowie durna myśl, żeby ćwiczyć te słowa, choćby o zupełnie niczym, dzień w dzień teraz. Tutaj można.

To może dzisiaj będą dwa, huehue.

Przez cały dzień zajmowałem się głównie jakimiś rzeczami ucieczkowymi, czyli sprzątałem jakieś sprawy które tego w ogóle nie wymagają. Ikony na pulpicie poprzestawiałem trochę. Wyczyściłem fejsa do cna niemal, odznaczając się ze zdjęć i kasując treści (część kopiując z wsteczną datą w to archiwum życia, przecież i tak już pełne ściemy, ale lubię ją), bo irytuje mnie ostatnio reklamowaniem słabej jakości pornografii. Przecież ja nigdy nie klikam w porno na fejsie, a do tego jaki on skołowany, kiedy mu dużo blokuję te kobietki, to albo zaczyna mi podsuwać wartości chrześcijańskie (przez co od razu żałuję że nie klikałem w kobietki), albo muskularnych mężczyzn, samotnie lub w parach, co może mi jakoś osobiście nie wadzi, ale spośród dostępnych opcji ostatecznie jednak wolałem te kobietki.

No ale trzyma mnie przy fejsie kontakt z tymi kilkoma osobami, lista starych znajomych z którymi w ogóle nie ma innego kontaktu czy ewentualnej szansy na kontakt (bo realnie to max dziesięć osób się uzbiera z którymi się odzywamy) i blog Nie wszystek ogram oczywiście. Myślę sobie - zamiast wchodzić na główną, zrobię sobie jakiś skrót bezpośrednio do profilu bloga i oprócz messengera ze strony jako takiej nie będę już korzystał może? Tak już od lat jest, że przecież nie korzystam, tylko czasem scrolluję bez sensu.

Marudzę tu, a przecież dzień mógł potoczyć się o wiele gorzej, tj. w środę zaliczyłem aurę migrenową. Wstępnie wpadam wtedy w panikę, depresję, uciekają chęci do życia, ale uczę się brać się w garść, odsapnąć wtedy, albo wypić kawę (o dziwo, czasem pomaga), oddychać głęboko, postarać się rozluźnić wiecznie spięte kark i szyję. Jeszcze nie łupnęło we mnie, czyli ogólnie należy się cieszyć, że jest dobrze!

środa, 3 lipca 2024

Dzień bez niedźwiedzia spod góry

 Napiszmy dla odmiany, że bywam może jeszcze nie mądry, ale przynajmniej minimalnie niegłupi, bo zostawiłem sobie na śniadanie jednego naleśnika. No ale teraz to już dramat, tzn. ewentualny powrót do domu oznacza konieczność gotowania, bo nic nie ma nawet w zamrażarce.

Nie umiem wstawać przed siódmą trzydzieści ostatnio niestety, może to nierealne, jeśli się nie usypia przed północą. A okolice północy to przecież jak na mnie i tak nieźle całkiem. Jest tu jakiś konflikt interesów, było cudownie czasem, kiedy usypiałem przed dziewiątą i budziłem się automagicznie, bez budzika, w okolicach czwartej-piątej, ale przecież to nierealne, jeśli się zasuwa na godzinę dwudziestą pierwszą na zajęcia taneczne.

Wybory, wybory, to trudne.

Mógłbym dojeżdżać na zajęcia taneczne do trenerki w inne miejsca i chodzić spać wcześniej? Niby tak, ale najpierw to trzeba zacząć wstawać wcześniej. No i w sumie całkiem nieźle pasuje mi obecny grafik (nieobecny, bo odpoczywam, ha!), ale też tęsknię do dobrego samopoczucia.

Przyjechałem dziś do kotów na rowerze, bo o wiele łatwiej tak się ewentualnie dostać do brata, no i być może jutro skoczę znów na zajęcia na Gdański, już bez mylenia autobusowych przystanków, bo pedałując. A może nie, zobaczymy jak kolana to znoszą, biorę pod uwagę już wcale w tym tygodniu nie iść, a nawet jeśli jutro, to na pewno później już nie. Byłoby solidnych kilka dni przerwy do kolejnego wtorku.

Załatwiałem dzisiaj sprawunki dla gospodarzy, trzeba było odebrać z pralni marynarkę. Właściwie sam powinienem oddać do pralni garnitur, na weselu braciszka się nie oszczędzałem, nawet jeśli marynarkę w krytycznym momencie zostawiłem na krześle, tj. w momencie podrzucania bratem do sufitu. Przeszedłem się spacerowo ten kawałek, Myśliborską i Książkową, obok klatki w bloku żarówie, gdzie mieszkaliśmy kiedyś, a który doskonale widać dzięki temu z samolotu. Zastanawiałem się, czy nie wpadnę na kogoś znajomego, czy w ogóle z kimś z tego starego osiedla byśmy się rozpoznali, przychodzi do głowy Niedźwiadek, tylko czy on tam wciąż mieszka? Wielki Elektronik na działce kawałek dalej. Nikogo, to zresztą byłoby największe zaskoczenie świata, wpaść na Niedźwiadka, kiedy się nie odzywa do nas nigdy, a zawsze mu Herbaciana wysyła fotkę z uśmiechem, jak się tu u Bazylego spotykamy grupką pamiętającą szkołę podstawową.

Co ja bym temu Niedźwiadkowi powiedział? Słuchaj, pamiętasz jak się tłukliśmy godzinami w Tekkena 3 albo w CTRa, gdzie podglądałem na split screenie którędy jedziesz, żeby paskudnie celować bombą przez całą długość levelu w gzyms ze skrzynką? No to wiesz, sam teraz też pracuję przy grach video i to, jak wszystko, ma górki i dołki, ma plus i minus, ale ogólnie jest całkiem w porządku i na pewno o wiele szczęśliwiej niż kiedyś w korpo się czuję. Nawet wydaliśmy drugą grę studia w pudełku, tylko jeszcze nie było okazji, żeby mi kopię podesłano, czekam niecierpliwie na tę pamiątkę - moja (nie tylko, wiadomo, ale niewiele tam jest obszarów w których nie grzebałem) gra na PlayStation.

Zamiast tego w drodze powrotnej przyuważyłem jakiegoś małolata podskakującego przy paczkomacie, bez namysłu przeciąłem ulicę w nielegalnym miejscu i uratowałem sytuację, ściągając mu pudło z najwyższej komórki. Taki ze mnie bohater!