środa, 3 lutego 2010

List o Bogu, do Boga i do Ciebie też

Spotkałem wczoraj Boga. W autobusie. Raczej niespodziewane to było spotkanie.

Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.

Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.

Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.

Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.

Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.

Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.

Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.

Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.

Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!

Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Ty też jesteś Bogiem,
Tylko wyobraź to sobie!

2 komentarze:

  1. I mówisz, że teraz możemy liczyć na codzienne relacje z dojazdów?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie - tak kreatywny to nie jestem (kreatywność słowem kluczem w dniu rozmowy o ocenie z szefem).

    "TheK" to boski podpis.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.