Dzień zaczął się bardzo ładnie, podobnie jak jeden dzień w Łodzi kiedyś, pewnie w roku zero sześć - wysiadłem z samochodu w centrum i zamiast iść na angielski, kupiłem jakieś drożdżówki, chyba odwiedziłem Buchmanna, szukałem wtedy "Wilka stepowego". Dzisiaj bez zakupów, ale też ekstra.
Niezbyt podoba mi się słowo zbiorkom, raczej rozróżniam autobusy i tramwaje, w autobusie oczywiście tłok z rana, nawet za bardzo nie było widać słońca. Z autobusu do metra też tłok, na stacji dwa pociągi przepuściłem, żeby wsiąść. Muszę poćwiczyć jakieś myślenie perspektywiczne, bo przecież nawet jeśli ja wsiadłem do luźnego metra, to na kolejnych stacjach był taki sam tłok co na Marymoncie, szybko musiałem zrezygnować z czytania (a właśnie się rozbijali na pustyni). Żeby to przynajmniej było tak komfortowe jak wczoraj, kiedy czytanie uniemożliwiły mi obiekty, jeden przymilnie poprawiający rude włosy obiekt, to tylko człowiek, głupio było jej się wysmarkać, za to kiedy wysiadałem i mówiłem - Przepraszam! - to się odezwała, że będzie ciężko. Znasz tę próbę? Taką nieudolnie zarzuconą kotwiczkę, poptoka, po ptakach, wyszedłem, za pół godziny dopiero myślisz - była.
Dziś nikt nie miał jak smarkać, ani poprawiać włosów, kiedy zrezygnowałem z czytania, to trzymałem tę książkę jak jakąś Biblię w skrzyżowanych na piersi rekach - inaczej nie szło się ruszyć. Mnie to pasuje, znaczy nie pasuje, to mnie zabija, ten tłok, jeszcze jeden, dwa takie dni i znowu będą poranki świra, nie ma u Koterskiego przesady.
Na razie jeszcze nie jest aż tak źle, na razie jeszcze uśmiecham się pod nosem, kiedy na Świętokrzyskiej kilkukrotnie drzwi otwierają się i zamykają, aż słyszymy od motorniczego, że proszę opuścić pociąg i jedzie sobie bez nas. Ani myślę czekać na kolejny, na co tu czekać, jeszcze więcej tłoku. Wychodzę na słońce, nawet nie patrzę na przystanki - na ciemną, zbitą z wyplutych z warszawskich trzewi ludzi masę. Dzwonię po prostu, że planuję spóźnienie, że idę z buta te dwie stacje.
I od razu wiem, że to słońce mnie wołało, że wyłuskało mnie, że upomniało się o mnie i teraz jak matka głaszcze mnie po policzkach. Idę Marszałkowską, widzę wieże Zbawiciela przed sobą. Nie patrzę na brud odkryty topniejącym śniegiem, raczej cieszę się nareszcie szerokimi chodnikami. Nie bez powodu mówi się szerokiej drogi przecież, szerokie drogi są ekstra. Widzę typa w szerokich za krótkich spodniach i myślę, że może chodzi do szkoły dla klaunów. Widzę, że Koszykowa jest ładna przy Placu Konstytucji - po lewej widać szklany dom, jakiś koślawy lekko, pewnie miał być nowoczesny, a po prawej kamienicę z wieżyczkami jak z pałacu. Ja sam to mam dosyć mały móżdżek, ale byłem kiedyś w Berlinie i zwracano tam naszą uwagę na taki właśnie kościół z wieżą starą i nową. Więc zwracam uwagę na takie rzeczy od wtedy, dużo później pisałem wypracowanie o tradycji i nowoczesności we fragmentach Schulza, sam już byłem po szkole, ale dzięki temu przeczytałem "Sklepy cynamonowe" całe. Czuję się tak bardzo w środku świata.
Na przejściu dla pieszych typ mówi do słuchawki - Wiosna! - nie słyszę nic więcej, bo idzie w stronę przeciwną, ale myślę sobie:
Tak, chcę teraz wiosny!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.