Ponieważ nie do końca udało mi się rozpoczęcie hodowli kurczaków, odpocznę chwilę albo i dwie i napiszę historię owocową. Jest - do pewnego stopnia oczywiście – prawdziwa, jest życiowa, nawet trochę korporacyjna jest, więc mamy rzeczy dobre i złe, można się będzie wciągnąć. W pisanie.
Mój kombinat wprowadził owocowe dni, żeby było great work place, żeby piąć się z roku na rok w górę po szczeblach listy Fortune 100, albo może żeby w ogóle na taką listę trafić. I co dwa dni dostajemy do kuchni owoce – dużo jabłek, ostatnio sporo mandarynek (ja w sumie wolę mandarynki od pomarańczy, ale te drugie mają prawdziwszą nazwę), na ogół bardzo niewiele bananów. To jest pierwsza sprawa, ona nie jest jeszcze wątkiem.
W pewien jesienny wieczór, mógł to być czwartek, kombinat zorganizował kolację dla kadry, zagraniczny szef, miejscowy szef, słabo trafiona knajpa, podawali głównie ser (a może to jednak był piątek?). Spędziliśmy jakiś czas w pokojowej atmosferze, wznoszono toasty za przyszłość, ja wzniosłem toast za obiekty i wtedy było nawet zabawnie. Ale jeszcze nie satysfakcjonująco, trzeba było poprawić – bez skrępowania władzą. Więc poszliśmy, Marszałkowską, czy to mógł być jakiś wieczór derbowy? Chyba był, chyba da się odkopać datę w ten sposób, nie trzeba się znać na piłce, żeby pamiętać derby.
Korporacje bardzo spowolniają i komplikują procesy decyzyjne, sporo z tego udzieliło się ekipie i dopiero po przejściu kawału miasta wylądowaliśmy w knajpie na Nowym Świecie. Powiedzmy, że było nas trzech, pominięci niech wybaczą, jeden wybaczy, nie kwalifikuje się zresztą do bycia bohaterem takiej opowieści – a w każdym razie druga połówka nie powinna się dowiedzieć. Czwartego nie było.
Zamówienie przyjęła wydekoltowana – a jakże! – śliczność w okularach z grubą oprawką. Zniewalający typ bibliotekarki, wiadomo, niby takie niewinne, panowie wpadają jak śliwki w kompot. Tylko że zamawiane było w większości piwo i jeden tylko sok, bardzo nieudolne zresztą – Hm, a ja poproszę sok jabłkowy.
Nieudolność zamówienia polegała na dokładnie takim właśnie wypowiedzeniu, sok był przez be eł, namieszało się w głowie od mnogości jabłek, patrzył człowiek na panią bibliotekarkę, starał się nie patrzeć lekko poniżej pani bibliotekarki i usilnie zastanawiał się, jak się wymawia słowo jabłkowy. To było najtrudniejsze słowo Nowego Świata, to jest tego rozpoczętego wejściem do knajpy. I pani kelnerka, wredota, potwierdza zamówienie:
- Dwa piwa i sok ja-P-kowy, coś jeszcze? – tak to ślicznie zaakcentowała.
- Nie, to wszystko na razie, dziękujemy.
Oczywiście nie była to jedyna kelnerka w lokalu. To w ogóle bardzo ładnie ze strony lokalu, że poza piwem oferuje różne soki, podobnie kelnerki są w każdym typie – kruczoczarne bibliotekarki, nieśmiałe rude lisy i blond Helgi dla prawdziwych festoktober piwoszy. Spalony u bibliotekarki bardzo się na tego rudego lisa ucieszyłem, za to Głaz pozostał wierny pierwszej z miłości. Trzeci utopił wzrok w Heldze (powiedzmy, że w całej Heldze), więc nareszcie mamy w miarę blisko do śliwki wpadającej w kompot. Mamy czystą, jasną sytuację, mamy linie przerywane do pań, trzeba spróbować poprawić ten wykres, stąd powstaje idea przesunięcia. To jest – należy zaczepić swoją kelnerkę z pytaniem o dostępność kelnerki sąsiada. Wyobraź sobie taki wykres, sześciokąt, co drugi wierzchołek żeński, naprawdę jasna sytuacja. Do dzieła!
- Przepraszam… - zaczepia rozanielony Trzeci.
- Tak? – niezbyt wylewnie odpowiada Helga, może nasz stolik nie jest jej rewirem.
- Bo ja chciałem zapytać o tę Panią w okularach…
- Poprosić z rachunkiem, tak? Panowie już wychodzą?
- Nie, nie, znaczy tak, znaczy chciałem zapytać kiedy Panie kończą, to może spacer, ta Pani może?
Wreszcie przywołuje na twarz uśmiech, idealny, pewnie wyćwiczony przez szereg poprzedzających wieczorów – w końcu nie my pierwsi zaczepiamy kelnerki.
- Nie, ta Pani nie pójdzie z Panami na spacer, ta Pani jest już …
- Ciiiii! – przerywam szybko, patrzę na Głaza – słyszeliście to?
Wyćwiczony uśmiech Helgi jest mniej pewny, zresztą słowa też – Co, słucham?
- Nie słyszała Pani, jak łupnęło?
Widać po niej, że nie słyszała, więc tłumaczę niemal szeptem.
- To właśnie pękło serce z kamienia…
I Głaz w śmiech, Trzeci w śmiech, przecież, że ona nie wie.
- To my poprosimy ten rachunek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.