poniedziałek, 30 sierpnia 2010

We like the sol

Trzeba było soboty, żebym przyjechał na rowerze do pracy - od razu wiedziałem, że dokładnie o to chodzi, za to nie wiem, dlaczego nie wiem tego zanim przyjeżdżam. Dobra, wstałem później niż w tygodniu trochę, to istotna różnica. Pogoda utrzymuje się jesienna, dziś zmieniłem koc na ciepłą kołdrę, bo wczoraj obudziłem się zmarznięty lekko. Ciężej się spod niej wstaje. Jestem zadowolony, że udało mi się wykorzystać ostatnią być może szansę, żeby od razu, bez okresu adaptacji, czuć się w pracy dobrze. Jasne, zawsze można rowerem, wszystko można, tylko moja kondycja psychiczna pozostawia o poranku wiele do życzenia i wciąż nie wiem, jak mogę to zmienić.

Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).

Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.

Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.

Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.

Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.

Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.

Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.