Wcale tego nie planowałem, nie mógłbym. Obudziły mnie dzisiaj czerwień i pomarańcza, otworzyłem oczy i byłem gdzieś nad Solaris - może to forma nagrody za niepamięć snów. Wczorajszy dzień kończył się późno i gwarno, w dzisiejszej dobie już, rodzeństwo się jakby rozbrykało, a ja się przewracałem z boku na bok i półprzytomnie komentowałem - nawet przybiłem z bratem żółwia. Pozbyłem się dwóch najwcześniejszych budzików, żeby dać sobie więcej czasu, ale niczym są moje plany wobec wyroków wszechświata, który uczynił poranek słonecznym ponad miarę - wschód wdzierał się pod moje powieki odbity od przedpokojowej boazerii.
Bo tak ogólnie, to ja mam okna w pokoju zwrócone na zachód.
Jest to pewien postęp w kojarzeniu, pamiętaniu przeczytanych książek, bo te pięć lat temu pomarańczy z Lemem nie kojarzyłem. Ale to tyle, wystarczy, trzy wpisy z rzędu z takim tagiem, etykietą, zlituj się.
Niezależnie od poczynionych błędów ortograficznych, wychodziłem z pracy bardzo podbudowany, wręcz rozważałem natychmiastowe zapisanie się do biblioteki. Poszedłem do Traffica, znalazłem na półce książkę Strachoty, wziąłem też Na fałszywych papierach w Chile Marqueza, tak mnie te pstrokate okładki ściągają. W świetle późniejszych wypadków okazuje się to bardzo sprytnym, proroczym na swój sposób posunięciem.
Przy kasie ironia losu, nie spotkałem koleżanki z IFK, który dwukrotnie przecież tego dnia wspominałem. Mało tego, była to koleżanka należąca podówczas, to jest na poddaszu, do frakcji kaszkieterów! Ale wczoraj kaszkietu nie miała, nie miałem też i ja, w ogóle nie widziałem jej twarzy, słyszałem jedynie słowa wymieniane z koleżanką, zwątpiłem w zdolność rozpoznawania słyszanych raz na dwa lata głosów i nie zaczepiłem. Głupio mi potem było, więc zaczepiłem przez fejsa, niech się do czegoś przyda - jasne że byłam. Wtedy zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, kilka miesięcy temu miałem odwrotną sytuację z jej przyjaciółką - nie było mnie. Więc chyba dla świetego spokoju będę nosił klapki na oczach. A na Solaris to by się nazywało asymetriada.
Tfu, obiecałeś!
Wracałem spacerem trasą bardzo podobną do tej, którą kilka godzin później opowiedział brat. Różniła się takim szczegółem, że ja po zejściu Oboźną szedłem aż do WZ, wciąż przekonany, że lepiej nie widzieć głośnej ostatnimi czasy samowolki budowlanej na Krakowskim, żeby mnie to przypadkiem nie podzieliło. I za Starówką różnie, ja do Starzyńskiego tramwajem z mostu, on do Radosława. Mówił o tym w moim półprzytomnym czasie, opowiadał siostrze, że na skarpie u góry jest wzdłuż kampusu taka ścieżka, o której jakby nikt nie wie, nikt nie chodzi, tylko on sam tam był. Więc musiałem się wygrzebać z pościeli i przybiłem żółwia - dokładnie tam, w pierwszych dniach odległego października, utrwalałem starannie kaligrafowaną odmianę λόγος. Na Solaris to by się mogło nazywać symetriada.
Brak słów na takiego, obiecanki cacanki.
Zakłady Nowego Człowieka okazały się objętościowym rozczarowaniem. To ma swoje plusy, jest chyba nawet jak najbardziej wskazane, żeby pisarz przerzucający się z fajnych opowiadań na dłuższe formy, nie przesadzał z tą długością. Ale żeby książka wystarczyła mi ledwie na trzy przejazdy autobusem? Jakże to, Nowak z rowerem był wożony chyba przez miesiąc, a miał całkiem sporo obrazków, fajoskie zdjęcia z wyprawy, naprawdę ładne. Nic to, na poniedziałek mam Marqueza.
Kolejne rozczarowanie - opcja, że bohater jest testerem oprogramowania komputerowego w ogóle nie została wykorzystana. Jakież dramatyczne możliwości to stwarzało, jakie korporacyjne napięcia, łajza, brudas, niedorobiony, niespełniony programista - nic takiego nie ma. Do tego przesadza się w pisaniu o książce, że jest jakoś wybitnie warszawska - autora tekstu, w którym odkryłem zawód bohatera, rozgrzesza jedynie stwierdzenie, że Strachota ogólnie o Warszawie, nie tylko tutaj. Bo tutaj niewiele, rzecz dzieje się w miejscach, ale one same niewiele mają do rzeczy, wręcz potrafią dziwacznie ugodzić, kiedy w wyliczance studenckich zwyczajów, jak słabo zarysowane picie, picie i jeszcze trochę picia, pojawia się bardzo konkretne kino Iluzjon. Pewnie się na te warszawskie akcenty negatywnie uwarunkowałem, łajza, każdy z dziada pradziada warszawiak, ewentualnie student kulturoznawstwa, pokiwa przy tym głową. Tak, Iluzjon, takie zjawisko, takie historie i filmy, szkoda by go było, albo już go szkoda - była z nim jakaś niewyraźna sytuacja chyba?
I tyle narzekania, to na pewno przez zazdrość, bo przecież oprócz tego zadziwiająca jak na objętość ilość fajerwerków, opcje spotykane dotychczas jedynie w książkach o smokach, jak przetasowania czasoprzestrzenne, pewne podmiany rzeczywistości - tylko tam to było rozplanowane na tomy. Na pewno, będąc nastolatkiem, czytałem taką serię (ha, znalazłem, Opowieść o Królewskich Fechmistrzach) i wtedy to mnie zaskoczyło, a teraz też pasowało. Ostatniego rozdziału nie zabija nawet korekta. Ale! W wywiadzie Strachota odgraża się, że szykuje się z tego trylogia, to może ja zaczekam na wydanie zbiorcze trzech książeczek w jednym tomie.
Aha, dla wszystkich fanów nowej literatury - liczba rzucanych kurew rośnie wraz z rozwojem wypadków, ale nie do przesady.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.