poniedziałek, 6 września 2010

Paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem

Miałem dzisiaj w ciągu dnia bardzo złudne wrażenie, że nic się nie dzieje i nareszcie odpocznę od bloga. Skoro lato się skończyło, skoro do kaszkietu wziąłem z półki szalik, skoro coraz wcześniej świecą pomarańcze. Dobra, o pomarańczach nie pomyślałem, bardziej byłem zadowolony, że daszek kaszkietu faktycznie chroni okulary przed deszczem, ale to jeszcze nie powód, żeby się tutaj rozwodzić. Byzydura. Za oknem jest jesień, węszę pewne odwrócenie ról, widzę wykręconą sinusoidę zaplecioną na kole pór roku - noszę w torbie pamiętnik z papieru, wracam, macam, coś tam będzie.

Na wieść, że planuję wybrać się do kina, koleżanka proponowała załatwienie biletów - pracuje tam jej znajoma. Jasne, niech załatwia, zawsze to siedem złotych do przodu. Nie załatwiła, zapomniała, co nawet oszczędziło kłopotu czy niezręczności, bo to miał być jakiś bilet na dwoje. A i tak jestem do przodu - Cygan oddał mi dwójkę, wsadziłem ją w kieszeń, przy kasie pani pytała właśnie o dwójkę, bo ciężko jej się dwudziestka rozmieniała, więc mam teraz w kieszeni piątaka. Czary! Kino Luna jest już pewnie o wiele mniej kultowe, niż było ze dwa lata temu, ale tam mnie właśnie zagnało. Faktycznie, co to za kult, gdzie tu off, jeżeli mają w planie film Allena sprzed dwóch lat. Film w sam raz dla mnie, bo u nas wyświetlany był rok temu, kiedy akurat nie wpadłem nigdzie na Niedodzwanialną. Zgranie, czytam w internecie relację z Barcelony, a film ma to w tytule przecież też.

Byłem już kiedyś w Lunie, chyba zanim zmieniała właścicieli, właśnie z Niedodzwanialną. Rzutem na taśmę, czyli wpisem na forum, dostałem wejściówkę na premierę Manny i to faktycznie trochę mogło być offowe, bo na pewno nie miało nawet promila budżetu filmów Allena. Nie miałem pojęcia, co to jest Brokeback Mountain, gdzieś tam wspominane, później dopiero sprawdziłem, skąd taka wesołość na sugestię odnośnie - taki już ze mnie zapalony kinoman. Nie wiedziałem, dokąd mam wejściówkę, że to kino tak blisko roboty, nic po prostu nie wiedziałem. W ubiegłym tygodniu pogodziłem się z pomysłem pójścia tam, wszedłem na stronę internetową i zachwyciłem się przystępnymi cenami w poniedziałek. I przeglądałem filmy, Miłość w czasach zarazy, hej, przecież jest taka książka Marqueza, musiała leżeć gdzieś obok czytanych w autobusie Na fałszywych papierach w Chile! Ale jednak Allen wygrał w tym tygodniu, po co mi film, skoro i tak kiedyś kupię książkę.

Cygan mówił, że był na Vicky Cristina Barcelona ze swoją, że to nie za bardzo jest film dla niego do kina, że można obejrzeć w domu, ale w kinie się marnuje pieniądze. Chodziło mu o brak ładnych efektów, jakby najfajniejsze filmowe dziewczyny (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nich?) ostatnich lat przechadzające się po jednym z najpiękniejszych (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nim?) europejskich miast, były niedostatecznie widowiskowe. Tym bardziej się ucieszyłem, że tanizna. O dziwo nie potwierdził przegadania, jeszcze dziwniejsze, że film faktycznie nie jest przegadany - nie ma w nim samego Allena, ani nikogo allenopodobnego. Myslałem o przegadaniu, bo to częsty zarzut wysuwany przez znajomych, Smoczy nie przebrnął przez pierwsze minuty Anything Else.

No i zbierałem się do tego kina jak jakiś pryszczers na pierwszą randkę (dobra, jakieś pryszcze są), albo jak do jeża, bardzo niepewnie i niewprawnie. Kwestia pójścia do kina z jakiegoś powodu bardzo w moich oczach urosła. Skąd taka ważność, żeby gdzieś wyjść? I niepewność, zaskoczyłem siebie pójściem, tak samo jak zaskoczyłbym prostym powrotem do domu. Taka właśnie nieświadomość, nieprzewidywalność. Równocześnie byłem w kinie i nie byłem w kinie, Kot Schrödingera.

O filmie się fachowo nie rozpiszę, bo żaden ze mnie allenolog i byłaby piąta woda po kisielu. Największy bajer, że bohaterowie się nie zmieniają. Bardzo mi się podobał, choć podejrzewam, że wszystko wzięło się z prostej myśli Okularnika - Taki już jestem sławny i władny, że ona i ona będą się całowały w moim filmie. Całe życie na to robiłem, dążyłem do takiej władzy, muszą.

Wychodzę z kina, do trasy, zaplatam sobie na szyi słuchawki, które wreszcie przyniósł Cytat. Wczoraj specjalnie ładowałem baterię do odtwarzacza, może grać, bujam się w drodze przy luzackim Electric Avenue, nie od Eddy'ego Granta, tylko gdzieś z Polinezji podobno. Wokół świecą pomarańcze, drzewa bardziej składają się z liści, niż świat składa się z drzew, kałuże mają nieokreśloną głębokość, ale już nie pada. Przełącza mi się piosenka i już nie ma siły na moje szczerzenie się - Pomarańcze kupię Ci!

To znaczy, że szafa gra.

W autobusie kontynuowałem przetrawione przez Marqueza wspomnienia Miguela Littína, nawet zaznaczyłem jakieś zdania do wynotowania - ładne:
Na targowisku życia i śmierci most Recoleta nad Mapocho jest obojętnym kochankiem: służy albo jarmarkom, albo pochówkom. W dzień kondukty pogrzebowe muszą torować sobie drogę wśród tłumu. Nocą, kiedy nie ma godziny policyjnej, jest to obowiązkowy szlak do klubów tanga, melancholijnych przytulisk na ponurych przedmieściach, gdzie mistrzami tańca są grabarze.
I dalej o przechodniach, o Paryżu i wreszcie:
(...) coś, co kiedyś usłyszałem w Madrycie: "Miłość rozkwita w czasach zarazy".
Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.