poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Tylko po co tak daleko jechać

Tak często nocuję ostatnio w domu, że zapominam z szuflady w pracy zabrać kluczy. Fajnie, że się zorientowałem przed autobusem jeszcze. W ogóle jestem roztrzepany, niby podlewam kwiatki, ale np. tylko z jednej strony pokoju, choć z drugiej szafa cała zastawiona. Podlewanie kwiatków zawsze jest dla mnie bardzo stresujące, jest ich w domu kilkadziesiąt i zawsze któremuś muszę przedobrzyć, się ulewa z niego wtedy. A jak mi głupio było, kiedy znajomemu kiedyś podlewałem i też tak. Lepiej właściwie żeby się przelewało, niż żebym zapominał, choć i tak spodziewam się jakiegoś mordu w oczach siostry, kiedy te swoje kwiatki zobaczy, na moje oko słabo z nimi.

Wróciłem i znalazłem bardzo stare rzeczy do posłuchania, z czasów, kiedy siedziałem w japońskich kreskówkach i właściwie całkiem nieźle się na tym znałem. To już dziesięć lat, może sam siebie nie doceniałem, tej ciekawości świata, której teraz jeszcze mniej. A wtedy było tak, że internet na impulsy, a w gazetach płyty z programami i stronami. Więc zupełnie przypadkiem nauczyłem się wtedy robić strony internetowe, bo uruchomiłem program Pajączek, po którym spodziewałem się bycia inkarnacją Xonixa. Nauczyłem się tyle, że w szkołach zaliczałem informatykę, ale nie nauczyłem się nic z tego programowania, przecież serwery z php to były już wtedy, mógłbym być w zupełnie innym miejscu w życiu niż jestem. No nic to, sporo frajdy z tego miałem, pisało się o bajkach wszystko, co przyszło do głowy, na pęczki takich stron było, księgi gości i liczniki odwiedzin, fuzje i mejl od gościa, który wydawał się bogiem światka, no miał stronę najlepszą, że będzie duży projekt i może bym chciał pisać. Nic to, że projektu nie było, skończyłem na szczycie, ruszyłem się na jakieś konwenty, poznałem Pogromcę Dinozaurów, skakałem na DDR, trzeba to wyciągnąć z szafy kiedyś też.

A ponieważ żaden ze mnie panczur, Patyczak mnie na dłuższą metę męczy, to odnalazłem soundtrack ze Stand Alone Complex (którego nigdy nie widziałem, tylko podstawowego GITSa) i wróciłem do Fish Silent Cruise, które w ogóle nie jest piosenkowe, tylko jak na soundtrack przystało filmowe i wciąż podoba mi się tak samo, jeśli odpowiednio podkręcić głośność. Na emonastoletnie okazje, a nie mogłem odpalić V34, bo brat ostatnio nadużywał tego środka. Chociaż on akurat coś czytał o Leary'u i tędy do tripa trafił.

I jestem zupełnie szczęśliwym, wolnym człowiekiem, bo w domu niby jest internet, ale jednak nie działa monitor i przecież w ogóle, poza kwiatkami, nie ma powodu, żeby tam siedzieć. Jeszcze przy FSC działał, pyk i nie działa, może techniczny brat go po powrocie reanimuje, za to ja może wrócę do pamiętnika dzięki temu. O wiele bardziej wypadałoby wrócić do pamiętnika niż do Morrowinda. Smoczego kolej teraz.

Wracałem od niego w niedzielę, w tej porze pomiędzy popołudniem a wieczorem. Przeczekałem jedne opady, drugie, takie lekkie to było i orzeźwiające, jeszcze trochę kropiło, ale również przejaśniało się, więc droga iście bajkowa. Tu nad trawami mgły, tam kałuże, w ogóle wiele kropelek w powietrzu, więc świat rozświetlony. Krowa przechodzi przez jezdnię, mierzy mnie czujnym spojrzeniem, nie gonią mnie żadne psy. Na drodze przez las pełno gałęzi, jakieś ułamane drzewo nad drogą, to może zabić, jakby spadło na mnie. Ostatni zryw słodkiego deszczu i spokój, dobra, zmokłem, ale wyschnę do powrotu przecież w tym cieple.

Tja. Przy wyjściu wspomniałem Smoczemu, że pewnie wezmę w tej trasie prysznic wielokrotny. Więc zryw deszczu był ostatni z tej chmury, ale przecież nie z podróży.

Po zjeździe w stronę Józefowa (to już drugi Józefów na trasie) zaczęło wiać i przygnało na niebo wiele ciemności i czarności. Przejechałem przez rondo, odbiłem na południe, licząc, że inaczej będzie wiało, ale jednak wiało w każdą stronę. Zaczęły się krople, duże i zimne, przynajmniej na tle poprzednich. Ja kręcę, bo przecież tutaj nie ma się gdzie schować, nawet przystanki nie mają wiat. Ledwie widzę, to już ulewa, miesza się z potem i szczypie w oczy. Jadę z jednym okiem otwartym, przeciskam się przez gęstą zawieruchę. Tak myślę, że poprzednio tak mnie na rowerze zlało też w sierpniu, cztery lata temu, tylko z drugiej strony kanału wtedy, od Gocławia jechałem. Już miałem sobie gratulować teorii o powtarzalności świata, kiedy krople zaczęły bardziej jakby boleć. Jakby gradem sypało. Jak to gradem, cztery lata temu nie sypało gradem, to teraz może? Może, bardzo może, tak bardzo, że niemal poziomo te pociski leciały. To całkiem dobrze, bo kiedy skryłem się za jakąś skrzynką przy drodze, przejmowałem się tylko deszczem. A i to nawet nie za bardzo, sytuacja do suchej nitki, wyczekanie, aż niebu skończy się grad i dalej przez las, potokami ścieżek, półmetrowej głębokości jeziorka, istny surwiwal. Mógłbym się wykrzyczeć, gdybym tylko chciał, obmycie, niebo spadło nam na głowy, mnie przynajmniej, katharsis.

Wróciłem taki zadowolony, jak może powinienem był wrócić w ubiegły poniedziałek, odkryłem strajk monitora, nawet nie mam jak obejrzeć tego filmu od Głaza, Przekręt, to może czas na zakupy znajdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.