sobota, 17 kwietnia 2010

O fundamentalnej różnicy pomiędzy dziś wieczór i tej nocy

Wracałem wczoraj późno, piątek przekalkowany z poprzedniego tygodnia, czy też nauczyłeś się, co znaczy deja vu z "Matrixa"? Poczekałem na Głaza, gość się nigdy nie nauczy kończyć o czasie, byliśmy w sklepie i gadaliśmy o tych samych rzeczach, głównie tych, których nie ma. Zamiast wsiadać w tramwaj przeszliśmy nad torami, dopiero tam rozdroże i ja szedłem dalej do Marymontu, okazuje się, że to dwa, nie jeden, przystanki z Grunwaldzkiego. Hop w autobus przed dwudziestą.

Zaraz przed wysiadką tknęły mnie kolory, szesnastego kwietnia o dwudziestej, powiedzmy, siedemnaście, kolory są w moim mieście mistrzowskie. To są różne światła, głównie żółto-pomarańczowe z ulicznych latarni, to są światełka samochodów, okna bloków i reklamy banków na tle zapadającej nocy, na tle w stylu gradient, czyli od horyzontu błękit pożerany przez noc. Patrzę na nie i myślę, że jak okładka dla płyty, że jak okładka płyty trzeciej Dyń, weź zostaw, za dużo razy już pisałeś tytuł, żeby powtarzać. Nie mam zbyt wielu płyt, więc zupełnie przypadkiem odkryłem w domu, że księżyc mamy taki sam jak na okładce Muzyki Końca Lata (drugiej).

Dzisiaj nie poszedłem na rower, cały dzień zimno jakoś, niech sobie termometr pokazuje piętnaście, a ja wiem swoje. Aż przyszło późno i jednak nabrałem ochoty na powietrze, ale niech będzie spacer, szczególnie, że to mniej więcej ta fajna, zauważona wczoraj godzina. Kiedyś dużo więcej spacerowałem niż dziś, dziś chyba się trochę tego boję, chyba starzeję się, bo widzę typów jadących rowerami pod prąd na pętli i wiem, że ja bym tak na pewno nie pojechał, albo widzę kobietkę, która po przebyciu przejścia idzie ścieżką rowerową i jestem pewien, że chodzi o to, żeby mnie za blisko nie mijać. Wszyscy się boimy.

Wracałem drugą stroną, przez las i zaraz przed wejściem do niego dotarła do mnie różnica pomiędzy wieczorem, który generalnie jest bezpieczny, a nocą, która już jakby mniej. Noc bezkresna jest, zawsze kochać będzie mnie, ale z tym bezpieczeństwem, to bym poza domem nie przesadzał. A wieczór potrafi być taki właśnie jak tytuł płyty. A prawdziwa noc jest jak las nocą, prawdziwej nocy nie ma w mieście, za to są skrawki lasu na obrzeżach. Już była bardziej noc niż wieczór, szedłem przez niego sam i pomimo, że ma bezbłędnie wydeptane ścieżki, w miarę jak słabło światło pozostawionych za plecami latarni, dojrzewałem do wyłączenia muzyki w słuchawkach. Która i tak nie grała głośno przecież, na tyle cicho, żeby słyszeć świat. Pomimo bezbłędnie wydeptanych ścieżek, przegapiłem tę najszybszą i jakoś zawracałem, przebijałem się do tych mostków myśląc, że ta ciemność to i tak tylko namiastka prawdziwej nocy, albo wyschniętej studni (no co, skończyłem czytać tego drugiego Murakamiego). Prawdziwą noc zobaczysz tylko poza miastem, może to być u babci, może to być po "Gwiezdnych wrotach" w telewizji, czyli filmie o jasnej, pustynnej planecie z piramidami, a ty oczywiście będziesz się bał, że z prawdziwej nocy wyjdzie coś jak z kosmicznej piramidy.

Dobrze tak złapać trochę oddechu. W domu nawet nie czujesz, że oddychasz, ale weź wyjdź, niech się zmieni powietrze. To może zacznij wietrzyć pokój? Wietrzę (czasem nawet sprzątam, odkurzam i inne takie!), tylko nie dzisiaj, pisałem już, że zimno dzień cały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.