Przez ostatni tydzień wyrobiłem normę za pół roku oglądania filmów. Jakoś nie mogę się przekonać do literek, do tego gdzieś w środku czuję potrzebę pogrania w coś, a to gwarantuje miesiąc bez społecznych interakcji. Na razie jeszcze się opieram, ale dzisiaj obejrzałem Scott Pilgrim vs. the World, gdzie z pokonanych złych ludzi wypadają monety, a walki wyglądają bardziej jak ze Street Fightera niż wyglądały w jego filmowej adaptacji z Van Dammem. Więc balansuję na granicy nieodparcia.
Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.
Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.
Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.
A ja się tak do tego Scotta zbieram i zbieram, bo pierwszy tom komiksu mnie skutecznie zniechęcił..argh.
OdpowiedzUsuńWidziałem fragmenty komiksu na stronie i jestem przekonany, że mnie by nie zniechęcił. Więc przemyśl to jeszcze :)
OdpowiedzUsuńCzytałem, że sporo komiksowych wątków jest pominiętych (w końcu to sześć tomów), tutaj idzie tylko o ivil exów i w trochę mniejszym stopniu o zespół. No i zakończenie inne - ostatniego komiksu jeszcze nie było kiedy to kręcili (trochę widać). No ale właśnie - to nie o wątki chodzi, bo to wszystko jest pretekst do indie gagów. Znam linię basu z Final Fantasy II, This song is called we 'hate you, please die', coins, sweet itd. itp. Nie dowiesz się niczego mądrego - albo czujesz klimat, albo nie.