Musiałem kupić bilet na Offa, to oczywiście nie bilet tylko karnet, ciekawe jaka jest różnica. Akurat urwała się chmura, akurat nie miałem żadnej kurtki ani bluzy, Cygan mówi przy wyjściu, żebym teraz szedł jak zawsze do pracy. Do pracy zawsze idę tak, że pomiędzy metrem a budynkiem ktoś mnie mija, dogania, czyli idę tak jakby ociągając się, choć z mojej perspektywy to jest po prostu bez pośpiechu. Słuchaj, mówię mu, lecę po wejściówkę na fajną imprezę, zależy mi, to chyba mogę się pospieszyć i tylko przy okazji mniej zmoknę.
Tak lało, że pojęcie mniejszego zmoknięcia i tak nie funkcjonowało.
Wracałem i dzwonił znajomy, proszę, proszę, wszyscy chcą teraz na rower, chyba u niego nie padało. Ekstra mówię, tylko tutaj mokro w tej Wawce, a ja bym się spakował, przed wyjazdem ogarnął. Ale kiedy dojechałem do swojego przystanku wyszło na to, że mieliśmy skraj urwania, więc oddzwaniam, jednak bierz rower, damy radę, spakować się mogę rano jakoś. Wziął i zaczęło lać, kiedy już przyjechał do punktu zbornego u Smoczego, siedzieliśmy tam jeszcze godzinę, a później jeździliśmy asfaltem i chodnikami, bo błoto jest fe. Słuchaj, mówię mu, tutaj też mamy jakieś ścieżki rowerowe. Albo pokazuję te działa i amfibie, kiedyś był jakiś czołg, albo mówię, tutaj zapoznawaliśmy ze Smoczym pierwsze kobiety kiedyś, coś cicho, może już nie funkcjonuje.
Wróciłem do siebie jakby późno i znów się nie spieszyłem do pakowania. Co to, wcale nie taka wielka logistyka, byle znaleźć zaginione koszulki, tu oświecił mnie brat, że wyschnięte rzeczy lądują w szafie o kiedyś innym zastosowaniu i w istocie, sporą część puli stanowią moje zaginione rzeczy. To wstałem w środę, w dniu wyjazdu trochę wcześniej i przemęczyłem się z żelazkiem, znalazłem buty, do których trzeba będzie dokupić sznurówki, pomyślałem o bluzie na ewentualne chłody, pełna gotowość bojowa w dwadzieścia minut - poza tymi sznurówkami oczywiście.
Praca się dłużyła, ale często mi powtarzali, że jestem taki miły, żebym częściej może wyjeżdżał. Niech się taki dzień nawet dłuży, w którym chwalą za dobre maniery, a co! Pompowanie ego. Jaki ja muszę być na co dzień nieznośny.
I nawet w pociągu pozytywy, niepewność co do wagonu, bo jak to, druga klasa i sześć miejsc w przedziale, a to nie było kiedyś po osiem? Taka Pani, która ze mną też niepewna, wiec pytam obsługi, tak to jest druga klasa. Poprzednio jechałem dwa lata temu, w ogóle, przez półtora roku nie ruszałem się z miasta i z jakim skokiem cywilizacyjnym się spotykam. Udaje mi się kupić Lampę i przerabiam część o wycieczce do Moskwy, bardzo fajna relacja i wywiad, mam w przedziale matkę z kilkuletnim dzieckiem, dziewczynka skacze po siedzeniach, piszczy i tak dalej, ale wbrew obiegowej opinii o cudzych dzieciach w podróży - nie przeszkadza mi to. Może dlatego, że nie miała do towarzystwa braciszka, przecież nieszczęścia chodzą dopiero parami.
Swoją drogą, bardzo śmiałe te dzieci teraz. Niewiele pamiętam z kolejowych podróży kiedy miałem trzy-cztery lata, ale na pewno taki śmiały nie byłem, siostra też nie. W ogóle od obcych trzymaliśmy się z daleka, bez ufności, choć bardzo zaufaliśmy jednego razu torbie cukierków, którymi częstowały zakonnice. Ale takiego śmigania to na pewno nie było.
Przez opóźnienie o mało nie wysiadłem w Sosnowcu, na szczęście od tego mam język, żeby dopytać, czy to na pewno to, skoro wygląd stacji nie odpowiada wspomnieniom. Później skojarzyłem, że jeszcze do Katowic bez opóźnienia nie dojechałem chyba - mogliby naprawić rozkład. Spod dworca odbiera mnie Pogromca Dinozaurów, od razu ma dobrą i złą wiadomość, na szczęście wyszło na dobre.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.