wtorek, 16 marca 2010

Wyobraźnia punkt zapalny

Czasem przypominam sobie jedną historię przeczytaną lata świetlne wstecz, kiedy poważnie pisało się o blogach jako nowym zjawisku popkulturowym, rewolucji słowa w internecie. Kilka lat później najpopularniejsze blogi to w gruncie rzeczy dzienniki tematyczne, zaś Czerski mówi "takiego Wacka" i rzadko bo rzadko, ale wrzuca luźne wpisy i opowieści jak z początków blogosfery.

Ta konkretna pochodzi z jakiegoś ciemnego tła. Na pewno nigdy nie miałem tego bloga w zakładkach, w ogóle niewiele ich miałem w zakładkach, zacząłem ich używać w czasie, kiedy ludzie dawno przesiedli się na czytniki rss. Dziewczyna opowiadała o wyjeździe na zieloną szkołę, coś z warsztatami, ze wspólnymi zajęciami, na których bawili się w kończenie zdań, albo układanie ciekawych zdań, za podstawę mając słowo, albo w skojarzenia. Jak widać bardzo dziurawa ta historia. Dziewczyna potwornie się tych zajęć wstydziła, bo raczej mało odkrywcze były jej zdania, czy słowa, czy skojarzenia, cokolwiek by to nie było. Jeżeli cokolwiek było, może nic nie wymyśliła, zacięła się bez pomysłu. Środkiem zaradczym miały być tematyczne wpisy na blogu, wpisy ćwiczeniowe, na podstawie słów losowanych ze słownika i regularnego tworzenia tego czegoś. Bardzo mi się to podobało, pomyślałem, że przecież można sobie tak ćwiczyć wyobraźnię, giętkość umysłu.

Egzaltowana nastolatka, egzaltowany nastolatek, już wtedy pęd do tego, czego ostatnio uosobieniem jest chyba doktor House - natychmiastowej, celnej, błyskotliwej odpowiedzi. Zawsze i wszędzie. Żeby naprawdę wiedzieć, gdzie są te kluczyki od czołgu, jeśli człowieka zbudzą w środku nocy. A ja już wtedy pewnie nawet nie pamiętałem numerów kapsli z Mortal Kombat - jedynej takiej rzeczy, którą potrafiłem recytować na zawołanie, numer, postacie (że mówi się "postaci" to później, to jakaś szósta podstawówki dopiero) na kapslu, czy z filmu, czy z gry.

Różne źródła donosiły wtedy, że ludzie się dzielą na twórców i odtwórców, na mistrzów i rzemieślników. Na tych, co czuli się lepsi, bo czytając "Władcę Pierścieni" doznali objawienia, olśnienia obcego czternastoletnim kolegom z klasy i wydawało im się, że oto przekręcili klucz w zamku wyobraźni, że to początek światów. I tych, którzy nie czytali. Pamiętaj leszczu, że Bazyl opowiadał już wtedy o "Mistrzu i Małgorzacie", o jej nieszczęsnym kolanie, czego ty prawdopodobnie i tak nie zrozumiałeś w jakieś sześć lat później.

Jeszcze mi wtedy nie przeszło przez myśl, żeby prowadzić bloga, był pamiętnik - świetne miejsce na egzaltację, na Małgorzatę, na ramiona Nocy zamiast gejucha Morfeusza (taka perspektywa). Oraz na więdnące przekonanie o przynależności do którejkolwiek z tych dwu kategorii, kiedy okazywało się, że nawet bycie rzemieślnikiem wymaga sporo wysiłku. Jak określić ten punkt, jak zdecydować, czy człowiek się poddał, czy po prostu wie, że jest jakaś granica nie do przekroczenia? Pogodzenie się z faktem, że niektórzy zawsze myślą dwa kroki do przodu. Zaraz obok tych, którzy rozwiązują zadania wymagające podstawienia wartości do wzoru, ale jeśli do uzyskania wyniku trzeba użyć dwóch wzorów, to płaczą nad kartką, nie widzą pierwszego wzoru, sami nie wpadną na jego istnienie.

Jakie czasy tworzę, w których pisze się o historiach - ten blog miał takie tło, takie kwiatki, taki durny animowany obrazek, zamiast: z prasy, książki, takiego zina, kartki szeleściły. Ja jeszcze widzę różnicę pomiędzy rzeczywistością wirtualną i zwykłą, a dla mojego młodszego brata to może być zestawienie słów bez głębszego znaczenia, bo to wszystko jest i sprawia wrażenie, że zawsze było. Sprawdź znaczenie słowa wirtualny.

Więc są ludzie, którzy mówią, że koszulka mechanicznej pomarańczy i ludzie, którzy chwytają za długopis i rysują na pomarańczy zębatki, przekładnie, sprężyny. I to drugie jest kluczem do lśnienia.

piątek, 12 marca 2010

Na pewno nie obudzisz się przed budzikiem, jeśli tylko wyłączysz budzik

Warszawski sen, sen na ulicach miasta. Z szeregiem ludzi, ale z twarzy i interakcji to tylko Głaz, właściwie nie mógł się trafić nikt lepszy. Najpierw szliśmy na południe, to od razu jest jasna metafora, jasna dla mnie, bo czytałem "O bohaterach i grobach", oraz czytałem teksty tematyczne, żeby dotarły do mnie kierunki świata. Na południe od Białołęki to jest Gocław, czyli moje dzieciństwo.

Żeby tak od początku było wiadomo, o co we śnie chodzi, niby słabe. Ale czasem w ogóle nie wiadomo, to może jednak się tym ucieszę.

Trafiamy na miejsce i przez chwilę celebrujemy sukces. Wpadamy na pomysł, że można go celebrować w jakimś klubie dla panów - o klubie dla panów wspominał w pracy szef, masz ci los, żeby mi się od razu musiał przyśnić. I idziemy, ale tylko z Głazem, tym razem na wschód. Na wschodzie ostatnio byłem na rowerze, nie mam tam nic innego do roboty, nikogo tam nie znam, tyle co jeżdżę. Marsz jest długi, świat jest jasny.

Opuszczamy blokowiska, wchodzimy między jakąś niską zabudowę, prawie że ogródki działkowe i drogę zastępuje nam wielki czarny pies. Więc geograficznie musimy być na Grochowie pod torami, bo właśnie tam mnie kiedyś pogonił pies - wprawdzie nie wielki i bardziej bury, ale to nic fajnego jechać rowerem z takim szczekaczem skaczącym do nóg. Nie stoimy, uciekamy, od razu wiedziałem, że będzie gonił. Dobrze, że przynajmniej w snach człowiek biega szybciej od psa, jeśli nie ma do dyspozycji roweru.

Pies goni nas na zachód, staramy się go zgubić, skręcamy w jakieś boczne uliczki, wbiegamy w miasto. Obaj oglądaliśmy filmy z ucieczkami biegiem przez miasto, ale nic nie przewracamy. Kiedy wydaje się, że jest okej i zwalniamy - odwracam się i krzyczę, że jednak nie, że dalej trzeba wiać. Jestem przy tym zadowolony z formy, bo biegniemy tak bez opamiętania i niespecjalnie się męczymy. Mówiłem za dnia, że całkiem szybko biegam, jeśli przed kimś uciekam.

Docieramy do stacji kolejowej, ale bez torów, znowu wokół sporo ludzi, i pojazd na tej stacji, który (to jakaś senna tradycja) ma właścicielkę. Pojazd jest wielki jak osiemnastokołowiec z amerykańskiej drogi. Porusza się dosyć powoli, my ciągle jeszcze biegniemy i ja wskakuję na bok tego pojazdu. Mam jakieś oparcie dla nóg, trzymam się wystającej rurki, czuję się jak Yattaman na Yatta-Psie. I mam z tego frajdę, więc mówię właścicielce, że przecież od dziecka tak chciałem. Zatrzymujemy się i wpychamy do kokpitu, tam są ledwie dwa miejsca, więc ja się wpycham pierwszy.

Koniec.

W pracy koleżanka zwierzyła mi się ze swojego snu. Ja się w nim jej śniłem, jak przyszedłem do jej domu w jej rodzinnym miasteczku z poleceniem wykonania jednego zadania. Polecałem tonem raczej rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Koleżanka na to dobijanie się do drzwi odpowiedziała, że przecież jest sobota, na co ja nałożyłem kaszkiet i odwróciłem się na pięcie. Proszę, jak mi łatwo przemówić do rozumu i jak szybko się z cudzą argumentacją godzę.

czwartek, 11 marca 2010

Żadne tam wheel of conclusion (rokroczne)

Więc siedzę na zebraniu w pracy. Wytracam czas. Może coś napiszę, może co linijkę, a nie jak dziecko w pierwszej podstawówki (draft jest na papierze). Pamiętam, że na chwilę przed opuszczeniem klasycznej miałem w brudnopisie kilka takich strumieni myśli. Szczególnie podczas zajęć profesora Domańskiego. Jeśli o jakichkolwiek zajęciach akademickich można powiedzieć, że są przepiękne, to te mam pierwsze na liście.

Niewielki pokój, osiemdziesięcioletni profesor, który czyta i opowiada - o tym, gdzie, u jakich autorów są odniesienia do Amarilla, jak powstawała ta cała poezja z pamięci, o pastwiskach i łąkach. O swoim Mistrzu Kumanieckim, kto teraz tak mówi o kimkolwiek? Kto w ogóle mówi z taką dbałością, tak pięknie i celnie akcentując? Nie znam. A tam miałem poczucie obcowania z Mistrzem.

Salkę wypełniali w większości pierwszoroczniacy, jak to w ogóle było możliwe, żeby ludzie z ledwie obkutą odmianą λόγος z przyjemnością wysłuchiwali tego wciąż obcego, tajemnego języka? Przychodziła zaledwie jedna - śliczna - dziewczyna z trzeciego roku, reszta to my. Jeszcze przez pierwsze dwa wykłady coś tam staraliśmy się notować, później odrabialiśmy nasze podstawowe lekcje, Trojaczki i ten podręcznik do greki (staro) za dychę z biblioteki. Nie Μορμολυϰη. Zawsze mi się podobała ta nazwa - Mormolyke - nigdy nie skorzystałem z tej książki. Tylko wiem, że wstęp miała przyjemny.

Dostałem ją od przewodniczącej samorządu, za friko, w prezencie. Ładne, trochę wstyd rezygnować po takim prezencie. To mógł być dobry rok dla klasycznej, PWN wydał akurat słowniki, mieliśmy się z czego uczyć i z czym pracować. Rok później nigdzie ich już nie było, osiągały jakieś rekordowe ceny na aukcjach - to jest ze trzy razy więcej niż myśmy płacili. Trafiłem na gronie temat, odezwałem się do dziewczyny i sprzedałem za tyle, co sam zapłaciłem. Uwierzyć nie mogła - dołożyłem jej to Mormolyke, niech się komuś przyda.

W ogóle - przewodnicząca samorządu sprawiała wrażenie takiej miłej cioci. Na pierwszej imprezie integracyjnej pożyczała mi jakieś dwa złote na ostatnia wodę i pogłaskała mnie wtedy po włosach - tak jak się głaszcze czterolatka. To było naprawdę super.

Nie wiem, jak to się stało, że trafiłem do samorządu. Nikt by się tego po mnie nie spodziewał wcześniej, a tu masz, głośno agituję do studiowania na klasycznej podczas dni otwartych. Jeszcze chyba nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce sam zrezygnuję.

Szkoda, że na cotygodniowych zebraniach raczej nie opowiada się ładnych rzeczy. Raczej nie raportuje się z przejęciem, w naszym angielskim nie ma żadnej tajemnicy - częściej pokraczność i nieumiejętność po prostu.

Hej, to jeszcze nic nie znaczy, staram się tu nie nudzić, kreatywnie wykorzystuję czas, powiedzmy.

poniedziałek, 8 marca 2010

Na południe od granicy, na zachód od słońca

Tytuł książki jest na tyle fajny i nic nie mówiący, że spokojnie nadaje się też na tytuł notki tematycznej. Ciekawi mnie, kiedy Murakami wymyśla dla książek tytuły - na koniec, przed, w trakcie. Często biorą się jakoś z treści, dobra, to chyba w ogóle głupie, żeby książka miała tytuł przed napisaniem. Wydawało mi się, że "Zrób mi jakąś krzywdę" miało się na początku nazywać "Gamecube girl", a może to jakaś nazwa robocza, nie chce mi się przekopywać blogu Żulczyka.

Zapoznałem się szybko z opiniami i odczuciami w biblionetce i z kanapy. Nie żebym był stałym bywalcem (może to jest pomysł, dawno nie uczestniczyłem w żadnym forum, gdzieś tak od pięciu lat?), trafiłem tam kiedyś przypadkiem, więc wiedziałem, gdzie szukać. W ogóle, od kiedy istnieje Wikipedia i od kiedy nie mam ciśnienia na japońszczyznę - przestałem w internecie czegokolwiek szukać. Kiedyś to faktycznie było internet exploration, teraz nie ma w tym żadnej tajemnicy. Nie umiem wybierać, co mnie ciekawi, zostały może dwa miejsca, w które powracam. Za dużo wszystkiego.

Piszę głównie dlatego, że chyba udało mi się odebrać tę książkę inaczej niż odbierano ją w tamtych miejscach. Nie chodzi o inny zestaw objawień, raczej wydaje mi się, że działo się coś zupełnie innego niż napisane. Więc, Przypadkowy Wędrowcze (może będę gdzieś kiedyś indeksowany, jeśli zacznę się podpisywać ze stroną w komentarzach), jeśli zależy Ci na tajemnicy, to zamknij kartę. Spoiler alert i tak dalej.

Książka jest o kryzysie wieku średniego, okej. To wymyślili wszyscy, to jest jasno napisane, trzydzieści sześć lat i wspomnienia. Kochająca żona i dziecięca fantazja, starcie, ktoś nawet przerobił to na film czy spektakl (a przy muzie maczał palce Tymon, oczywiście czuję, że to mi powinno coś mówić). Gdybym ja pisał scenariusz, to Shimamoto wystąpiłaby tylko jako dziewczynka we wspomnieniach Hajime. Nikt nie przyszedłby do baru, gość by gadał sam do siebie i jeździł sobie na wycieczki. Ja to odebrałem jako książkę o niedoszłym samobójcy, a nie rozdartym kochanku. Może gdyby od początku nie było widać ubzduranej Shimamoto, przedstawienie nie miałoby żadnego sensu. Monologi o tym, jak to mu jest źle, że nie ma już żadnych ideałów, że nie bardzo miał w życiu ideały, że za łatwo mu się żyje, że nic go nie rajcuje, że kocha żonę i dzieci, ale to nie do końca to. Może po prostu z perspektywy dwudziestokilkulatka bardziej zwracam uwagę na wątek negacji rzeczywistości niż romans z przyjaciółką z dzieciństwa. Za mało empatii, żeby wczuwać się w ojca, głowę rodziny, przedsiębiorcę (a fe!). Ja zwracałem uwagę na te wskazówki odnośnie umierania, nie wiem, czy przegapiłem inne. Teść opowiadający o samobójczej próbie Yukiko, dziecko Shimamoto, sto kilkadziesiąt w deszczu na autostradzie - "mam ochotę chwycić za kierownicę i gwałtownie skręcić". Bo ostatecznie po Shimamoto nie pozostaje zupełnie nic, nie ma nawet koperty z jakiejś pośredniej czasoprzestrzeni. No i na samym końcu Hajime jest przy tym umarłym dziecku - widzi deszcz padający na morze. Więc piszcie sobie o ckliwości i uniwersalności historyjki - że w każdym kraju znajdziesz szczęśliwe głowy rodziny, które nagle tracą te głowy dla tajemniczych przyjaciółek z dzieciństwa. Dla mnie to drugi plan, pretekst.

Nie żebym się znał na literaturze, ale czy to nie jest tak, że gdzieś od połowy dwudziestego wieku nie tworzy się już fabuł, tylko fabuły są pretekstami? Fabuły to mają książki o smokach, mają wydarzenia, mają jasne punkty zwrotne. Biorę Feista i mam książkę o bieganiu przez lochy, rozkminianiu bogów-dzieci, obronie królestw i ratowaniu światów.

Biorę Palahniuka ("Fight club" spoko, choć czytany przypadkiem i długo po filmie, inaczej bym nie wiedział; "Udław się" już mniej, jeszcze mnie nie rajcuje niesmak) i każdy jest w jakiś sposób zwyrodnialcem, a rzeczy się, za przeproszeniem, wysrywają z kosmosu. Przeczytałem Żulczyka (pewnie też się należy notka tematyczna) i największe wrażenie robi na mnie sztuka Wiktora, wychowani w latach dziewięćdziesiątych, festiwale są dla pryszczatych nastolatków (ja tam nigdy nie jeździłem), ale samochody z gum Turbo i tak rządzą. Ckliwa historyjka miłosna to chyba też wspomnienie pewnego czasu?

Oczywiście wiem, że jest tego wszystkiego tak wiele i tak jest to niepojęte, że wypisuję farmazony dla czystej frajdy. Zajrzałem na - a jakże! - Wikipedię, cieszę się, że wydumałem sobie te słowa przed przeczytaniem. Arbitralne decyzje twórcy, to chyba z tym mam problem.

sobota, 6 marca 2010

Punkty mana, to brzmi źle, tak się czepnę

Skoro czytam książkę o porwaniu piętnastolatki, to głupio nie wspomnieć minut przed i po empiku. Przed wyszedłem z pracy, szesnasta trzydzieści, ładnie, efektownie, najwcześniej jak się da, staram się utrzymywać ten stan rzeczy - pierwsze dwa miesiące wychodziłem godzinę później. Wychodzi ze mną Motor, ja coś przebąkuję o Rozdrożu, ale przecież czytałem o jednym pasie dostępnym na Modlińskiej, czyli wcale nie mam ochoty od razu napinać na Białołękę. - To jedź ze mną do centrum. - A dobra, masz rację, podjadę, może empik.

Schodzimy na peron, akurat wjeżdża pociąg, tłumy, kobiety z wózkami, machamy ręką, siadamy, czekamy. Mówię, że właściwie szedłbym z buta do tego centrum, pyta dlaczego nie, mówię, że przecież zaprosił do wspólnej podróży, on mówi - Chodźmy z buta. Poszliśmy więc, na ślepo, bo wspomniany wcześniej śnieg zacinał. Opowiedział o tym, jak może wyglądać bycie piłkarzem na Cyprze, znaczy, tam nie ma śniegu. I rozstaliśmy się pod skrzyżowaniem z Alejami, ja po książki, mówię, że się z pięć razy po drodze zakocham. On po buty, mówi, że bez przesady, on by się zakochał gdzieś pod Złotymi dopiero.

Po zakupach idę do Złotych, znaczy idę na autobus z Centralnego, a do Złotych do toalety. Naprawdę. Z naprzeciwka idzie Motor, halo, cześć, uśmiech szelmy i już wiemy, że pierwsza godzina pracy w poniedziałek będzie obfitowała w pytania o moje stosunki z galeriankami.

piątek, 5 marca 2010

Albo nie wiedziałem, że "Acid Food" ma tekst, albo chodziło mi o inny kawałek

Odpalam Mogwai, bo chcę mieć coś w słuchawkach, a CSU nie jest jak Mogwai, pewnie to to. Ktoś szeroko tłumaczył, skąd wziął się post rock, oraz że najbardziej rozpowszechniony pogląd cisza-hałas stanowi ułamek, wtedy do mnie dotarło, że faktycznie, słowo post może sobie znaczyć zerwanie ze schematem zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo, refren, czy coś takiego, przy czym wcale nie oznacza wpadania w bojaźń diabła (jaką ja miałem wtedy frajdę, że zaczęli od long way from home i skończyli ostatnią z jedynej ogarniętej płyty). Okej, robienie nowych rzeczy ze starych, to coś jak Sonic Youth i używanie pałeczek od perkusji na gitarowych strunach? Mieli coś takiego.

Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.

Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?

Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.

Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.

Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.

Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).

Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.

Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.

Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.

Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.

Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.

Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.

Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.

Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.

Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.

Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.

I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.

Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".

Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.

Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.