Skoro czytam książkę o porwaniu piętnastolatki, to głupio nie wspomnieć minut przed i po empiku. Przed wyszedłem z pracy, szesnasta trzydzieści, ładnie, efektownie, najwcześniej jak się da, staram się utrzymywać ten stan rzeczy - pierwsze dwa miesiące wychodziłem godzinę później. Wychodzi ze mną Motor, ja coś przebąkuję o Rozdrożu, ale przecież czytałem o jednym pasie dostępnym na Modlińskiej, czyli wcale nie mam ochoty od razu napinać na Białołękę. - To jedź ze mną do centrum. - A dobra, masz rację, podjadę, może empik.
Schodzimy na peron, akurat wjeżdża pociąg, tłumy, kobiety z wózkami, machamy ręką, siadamy, czekamy. Mówię, że właściwie szedłbym z buta do tego centrum, pyta dlaczego nie, mówię, że przecież zaprosił do wspólnej podróży, on mówi - Chodźmy z buta. Poszliśmy więc, na ślepo, bo wspomniany wcześniej śnieg zacinał. Opowiedział o tym, jak może wyglądać bycie piłkarzem na Cyprze, znaczy, tam nie ma śniegu. I rozstaliśmy się pod skrzyżowaniem z Alejami, ja po książki, mówię, że się z pięć razy po drodze zakocham. On po buty, mówi, że bez przesady, on by się zakochał gdzieś pod Złotymi dopiero.
Po zakupach idę do Złotych, znaczy idę na autobus z Centralnego, a do Złotych do toalety. Naprawdę. Z naprzeciwka idzie Motor, halo, cześć, uśmiech szelmy i już wiemy, że pierwsza godzina pracy w poniedziałek będzie obfitowała w pytania o moje stosunki z galeriankami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.