sobota, 22 maja 2010

Czy Kalina Jędrusik nie miała nic do powiedzenia?

Niedodzwanialna z niekłamaną przyjemnością powtarza, jak to wszyscy o Kalinie powtarzają, jakoby przesłodko przeklinała, że u kogokolwiek innego byłoby to raczej żałosne, a u niej słodkie. Słyszę to na tyle często, że może powinienem wreszcie obejrzeć jakiś film i wybadać temat polskiej seksbomby sprzed pół wieku. A na Niedodzwanialną wpadłem przypadkiem i jeszcze zostałem oskarżony, że na wiadomości nie odpowiadam – to odpal dziewczyno mmsy, wiesz (czy aby na pewno?), że się ze słowami w zwykłym smsie nie mieszczę!

Rzuciłem w pracy hasło Juwenalia, liczyłem na pewne zainteresowanie piosenkami typu tak bardzo chcę dotknąć cię i nawoływaniami zróbcie wielki hałas - to pewnie nie tylko mnie się wydaje, że angielski pierwowzór brzmi lepiej, wszystko tam brzmi lepiej, a w ogóle to quidquid latine dictum sit, altum videtur, więc jak by to krzyczał Cyceron? Zrekrutowałem sobie w ten sposób towarzystwo, które przez kolejne godziny się wykruszało, aż ostatecznie został jeden fan bujania. Urywamy się z biura i on też wtedy traci pewność, dojdzie ze mną na Rozdroże i tam podejmie decyzję, więc ja mu wszystko ułatwiam, idź na tę swoją imprezę inną od razu, a ja zawrócę, odsiedzę swoje i pójdę tam, gdzie od początku miałem iść – na trochę mniej bujające Pustki. Więc po drugim wyjściu z biura wpadłem na Niedodzwanialną, rozdzielał nas kawałek zieleni, mijaliśmy się, patrząc podejrzliwie, może ona była mniej podejrzliwa niż ja, w każdym razie te wielkie okulary nie ułatwiają mi identyfikacji niewielu przecież w tym świecie koleżanek. Szła po plusza i na tę poezję na Juwenaliach.

Nie czytałem wielu juwenaliowych ogłoszeń, ale to chyba trochę strzał w kolano ze strony zespołu, żeby się na taką imprezę reklamować poezją. Albo ze strony pijaru juwenaliowego, który przygotowuje materiały dla prasy wyjątkowo krótkowzrocznie (albo kopiując zdania z majspejsa, czy strony), bo pomimo odgrażania się na fejsie – na Pustkach zastaliśmy głównie pustki. No dobra, tak źle nie było – stanęliśmy dopiero w trzecim rzędzie. Do tego oni faktycznie zaczęli od poezji, zaraz po jazgotliwym wstępie, wytłumaczyłem Niedodzwanialnej, że to jest do interpretacji dla niezdecydowanych, żeby zostać, albo nie. Oczywiście grali ładnie, oczywiście Kalambury są bardzo ładne, ale bardziej nadają się do pomieszczeń chyba. Na koncerty piosenki, finiszer ze Słabości chwilowej, ta płyta. Była jedna nowa piosenka nawet i jedna nowa-stara, Patyczaki - To była bardzo stara piosenka, ale pewnie nie znacie, nie wyglądacie, więc niech będzie jako nowa.

Teraz będę tłumaczył, dlaczego jestem śmieszny i jak mi się zmieniają wrażenia i odbiór artystów i tak dalej. Na Pustkach na początku myślałem sobie, że mnie się podoba, ale głupio mi, że takie pustki i to pewnie przez poezję. Jakby to mnie miało obchodzić, czy wokół ludzie się bawią, jeśli oni dla mnie grają. Później się trochę więcej ludzi zeszło, ale zaczęli grać piosenki, nie wiersze. Byli jak się należy, żywiołowi, urwany pasek od gitary, Niedodzwanialna zwracała uwagę na różnicę w żywiołowości gitarzystów – No bo słuchaj, to po prawej to jest bas. I mieli ten występ bardzo płynny, bez jakichś dziur pomiędzy piosenkami, czasem z płynnymi przejściami, a czasem z dodatkami i kombinacjami względem płytowych. Fajnie. I trochę inaczej niż się tego Niedodzwanialna spodziewała – ona myślała, że to będą wiersze śpiewane w formie ballad z pobrzdękiwaniem.

Później poszliśmy po kolegę, siedzieliśmy, jedząc i opowiadając o tropikalnych depresjach, wystawach, studiach, rozczarowaniach, powodziach, traktowaniu białoruskich muzyków, przekrzywionych filmach francuskich artystów o Warszawie itd. A w każdym razie oni opowiadali o innych ludziach i innych rzeczach, zjawiskach, ja starałem się za dużo nie opowiadać, bo wszystko to było ciekawsze niż cokolwiek, co bym mógł wymyślić. Muszę znaleźć kiedyś jakieś słowa, żeby to ładniej wyrazić, tę różnicę pomiędzy opowieściami moimi i ichnimi i dlaczego ich są lepsze.

W każdym razie podjęliśmy decyzję o powrocie na Myslo i ja, po słabym Dżemie bardzo sceptycznie podchodzący do koncertów dla studentów, bardziej spodziewałem się wszystkich radiowych hitów w losowej kolejności, niż tego, co robili w grudniu w Stodole – skalarnych odjazdów. I faktycznie, grali wszystkie piosenki bez nudnych, pełnych plumkania czy dzwoneczków przejść pomiędzy, które podobały mi się wtedy, maksimum treści, minimum formy, po prostu piosenki i nawet Długość dźwięku samotności śpiewane było po pierwszym takcie, jakby Rojek chciał uniknąć falstartu ze strony publiki. I teraz tak – czy w tym było coś złego? Na Pustkach poczucie braku odpowiedniej atmosfery dookoła, choć na scenie przepięknie, myśl, że mogli zdecydować się na więcej piosenek. Na Myslovitz same piosenki, pomiędzy nimi ciemna scena i pięć sekund ciszy, a za chwilę publiczność łoczy i jeczy (nie mylić z jękiem), a część nawet śpiewa i na pewno widać, że jest zabawa. Hę?

A gdybym na Niedodzwanialną nie wpadł, to w ogóle bym do trzeciego rzędu nie dotarł, dopiero przy Rozdrożu podejmował decyzję o pójściu na Pustki i na pewno nie poszedł na Myslo.

czwartek, 20 maja 2010

Najpiękniejsze zebranie świata, jest nas coraz mniej, czyli pewnie mówimy coraz więcej

Proszę, proszę, on jednak tu jest. Cztery godziny snu, cudowne miejsce siedzące w autobusie i gorzki wstyd przy wysiadaniu na Marymoncie, bo dwa metry ode mnie kobieta z czterolatką stały. Co to znaczy, że nie widziałeś, patrz uważniej, to sam siebie nie będziesz z porannej puszki Pandory wyzywał. Druga kawa w tym tygodniu, to pewnie piąta w tym roku, coś z biorytmem, gwiazdami i horoskopami. Pamiętam, że w czasie nastoletnim rodzice nam ją proponowali (kawę, nie ezoterykę), czy to była zasada krztuszącego papierosa, czy jednak próba budowy wspólnego rytuału, żeby posiedzieć razem, tego nie wiem. A może sami się z siostrą prosiliśmy. W każdym razie nie przetrwało to zbyt długo i dopiero praca mnie do tego jakby przymusiła. Tfu, co to za podejście, nic nie muszę, mam po prostu głęboką, wewnętrzną potrzebę nieusypiania na zebraniu. Więc pewnie jestem lekko naspidowany i stąd pisanie.

Że w nocy zapomniałem o braku obiektów to zrozumiałem, pamięta się o obiektach, jeśli są. Za to jak mogłem zupełnie zapomnieć o rozwaleniu Weaponów? Tak, zupełnie niepoważna sprawa, utrata życiowego celu, została pustka - świetna kwestia do przemyślenia na zebraniu raportującym tydzień. Dopiero teraz dociera do mnie, że tradycją czwartkowych wpisów wpasowuję się w atmosferę pomieszczenia - po prostu raportuje trochę inne rzeczy.

Weapony to takie legendarne monstra, którymi wcale nie trzeba zawracać sobie głowy. Wręcz przez większość czasu wypada ich unikać, bo co to za frajda być przez takiego kolosa rozdeptanym, bohaterstwo cierpi. Ja dobrałem się do FFVII długo po premierze, kiedy kolejna generacja konsol na dobre przejęła rynek. Pewnie nawet miałem juz za sobą FFX. Ale miałem też w pamięci Squareware, taką tematyczna kartkę z pierwszych numerów Neo (jeszcze bez Plus), że nie wypada zostawiać tych wszystkich FF-owych ludków na pastwę monstrów. Przykitrałem więc swoich herosów, za trzecim razem nieźle rozumie się mechanikę gry. I ów Emerald wytrzymał na placu boju około dziesięciu minut, a Ruby trochę dłużej tylko ze względu na długaśną animację KOR'a (takiś mocny? to rozbij ich bez KOR'a, bez limitów i bez 4x cut). Po nagrody też się nie zgłosiłem, co mi z nich teraz, a w telewizji kończył się Epizod III, powszechne zakończenie, walka, walka, żeby nie napisać depresja jest nie do opanowania. Zostało wypowiedzieć się na temat ejdżtiemelfajf, nadgryzionego jabłka (nie mylić z japkiem) i flesza.

Jeszcze tylko napiszę coś miłego o kumplu - Geniuszu - robię to z ciężkim sercem, bo bardzo długo przemawia, ale tak ładnie prosił i w ogóle zainteresował się tym potokiem w notatniku, że nie będę jakoś ściemniał (np. o pasiastej koszulce, że niby ładna, albo że ładnie wygląda), tylko uczciwie stwierdzę, że samo zainteresowanie jest sympatyczne. Elo!

Niech to się wreszcie skończy, kofeina z mózgu schodzi.

We only come out at night

Trochę mam tego dosyć, to jest wybitnie bezproduktywnych godzin nocnych, które wynikają z jakiegoś zgaszonego światła. Spać, spać, tak trzeba, wiesz, przecież nie pracujesz już od siódmej trzydzieści, zaczynasz całą godzinę później i ten buspas na Modlińskiej też prawie działa, no to posiedź dłużej. I tak siostra pisze pracę jakąś, a widziałem nawet przymiarki do magisterskiej - coś o chrześcijaństwie, Bogu, JP2, tylko nie wiem, w odniesieniu do czego. Dobry Boże! Chciałem się odnieść do tej nocy, kolejnej takiej, że nie śpię, z pytaniem o to właśnie, dlaczego ja nie śpię? Wiem dlaczego ja do magisterskiej się nie przymierzam żadnej, to ciekawe nawet, mógłbym teraz bronić coś o dzieciach, albo za rok coś o Amarillu, albo trochę na mniejszą skalę o chmurach w internecie.

Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.

O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.

Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.

Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.

Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.

Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.

Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.

poniedziałek, 10 maja 2010

Plastikowa apokalipsa, sztuka spadania i inne objawienia

Hej tam, słyszałeś o tych bankach dzisiaj? Że internetowe leżą i kwiczą, że prasa ma zgłoszenia o problemach z kartami, co z kolei banki dementują, dlaczego mam nie wierzyć bankom i nie iść na zakupy? To lepiej głodować? W dwudziestym pierwszym wieku, gdzieś w środku Europy? No bez przesady, nawet jeśli coś było z rana nie tak, to do wieczora musi być okej. Dzień mija na pracy, na spacerze w przerwie, na słońcu za oknem i deszczu po wyjściu, książce w autobusie i słońcu na pętli. No i jest ten sklep, poniedziałek, jeden z dwóch najgorszych dni na zakupy, ale jakoś nie dziś, szybki kurs miedzy półkami, wprawdzie zapomniałem migdałów, ale nawet kolejka nie taka długa, będę w domu bez opóźnienia. Zmierzam oczywiście do tego, że kartą się zapłacić nie dało, bankomat też nie odpowiadał, więc podziękowałem pani kasjerce za zakupy i wróciłem do domu mówić nie o szybkim przejeździe przez miasto, tylko straconej pół godzinie w sklepie. A jak. Przedłużyć ważność życia, po to jedzenie i zakupy przecież, inaczej śmierć głodowa (zapamiętaj: sprawdzić kiedyś Knuta Hamsuna).

Pytam brata o gotówkę, pożyczkę taką, ale płacił za parking. Za to siostra się lituje, ratuje banknotem o jakimś trudnym do ogarnięcia nominale, czyli nie muszę jeść tej plastikowej karty, mogę wrócić do sklepu i nie zapomnieć migdałów tym razem. Oraz dołożyć do nich orzechy laskowe i w ogóle zrobić większe zakupy. I mogę jechać rowerem, no bo nie jeździłem tydzień, co wypomniałem sam sobie w rozmowie z Pogańskim Bożkiem, należy się. Jakie to jest przewartościowanie, kiedy przez deszcz wracam z pracy i myślę, że buty do czyszczenia zaraz i nowe spodnie pewnie też się gdzieś upaćkają, a za chwilę jadę w jakichś starych obciętych gaciach (te nowe też będą kiedyś obcięte, jak jakieś lubię, to żyją po śmierci towarzyskiej) napinam przez kałuże z bardzo prostą myślą - Jeeee!

Ponieważ kałuże nie dokuczają za bardzo, proszę brata, żeby odebrał w klatce te wszystkie puszki, a ja sobie jeszcze pojeżdżę. Jest przecież nawet trasa na wieczorne wypady. Więc napinam, jest prawie pusto, mijam jakiegoś typa rowerującego ze słuchawkami na uszach i oczywiście jest tam myśl, czy w moim mijaniu jest element głupiej pierwotnej rywalizacji i pokazania się, zawsze mam taką myśl, choć generalnie wydaje mi się, że mijam innych, kiedy jadą wolniej niż ja. Ale dobra, nawet jeśli musiałem lekko przyspieszyć, żeby płynnie wyminąć i za chwilę zrzucę na niższy bieg, to chyba jednak będę jechał szybciej, nikt mnie za zawalidrogę nie weźmie. Takie mam problemy, przez chwilę, zaraz myślę, że mokry asfalt jest najfajniejszą nawierzchnią do jazdy, to jest jedzie się szybciej, choć pewnie nie jest najlepszą nawierzchnią do hamowania. Ale jest okej, jest ładnie wyprofilowany zakręt, który biorę bez zwalniania nawet na swojej słabo skręcającej maszynie. I jestem w domu, jest ekstra, cisnę dalej i trochę jakby lecę.

Dobra, tam powinno być jeszcze takie wiele wyrażające - Oż! - w myślach. Ewentualnie takie nie mniej wyrażające – Lecę! - ewentualnie najbardziej prawdopodobne i uczciwe - Wyjebię się! - kiedy koło mi zlatuje z asfaltu i drugie też i coś zaczyna się dziać z równowagą.

Naprawdę nie wiem, jak na prostej drodze można zjechać z asfaltu, do tego na słabo skręcającym bajku. Chętnie doszukałbym się w tym Bożego Palca, no bo najpierw karcę siebie w myślach za kombinowanie o pierwotnych instynktach i rywalizacji z innym bajkerem, a po minucie srrrru (to jest dźwięk szorowania o asfalt). Mogę to również przypisać niebywałej sile sprawczej, to ja kształtuję rzeczywistość, wcale nie rzeczywistość mnie, więc dlaczego miałbym się nie wyjebać, jeśli pomyślałem, że się wyjebię?

Ale za to jak! Trzydzieści na liczniku, pewnie ze trzydzieści trzy, może niedokładnie ustawiłem obwód koła, bo mam te prędkości imponujące jak na mnie, choć mówiłem, że mokro znaczy szybko, a do tego spinałem się trochę. I trochę jakby lecę, rower trochę jakby też leci na trawnik, a ja szoruję kawałek po asfalcie i najbardziej jestem dumny, że kiedyś miałem kaprys i kupiłem takie motocyklowe rękawiczki bez palców. Ani wtedy dużo nie jeździłem, ani nie miałem nic wspólnego z motocyklistami, ani z dzieciakami emo, tak po prostu, chciałem i kupiłem i łaziłem wszędzie z pół roku przybijając żółwiki zamiast się witać po ludzku. A gdyby chodziło tylko o rower, to nigdy bym rękawiczek nie kupił. I one okazują się najfajniejszą rzeczą pod słońcem, kiedy szoruje się po asfalcie, kiedy można sobie po tym asfalcie płynąć i wnętrzom dłoni nie dzieje się krzywda. Wnętrze dłoni to jest bardzo fajne, czułe miejsce, przejazd po asfalcie w rękawiczkach równa się ciepłemu łaskotaniu.

No ale postaram się więcej nie.

Wstałem, otrzepałem się, obejrzałem rower, typ ze słuchawkami zapytał, czy wszystko okej, ja odpowiedziałem, że spoko, machnąłem ręką i jazda dalej. Trochę brudniejszy, ale przecież to oznacza pełen luz, to oznacza nieprzejmowanie się błotem i kałużami, wyzwolony upadkiem mogłem napinać do lasu, i tak cały jestem do prania. A w lesie wiadomo, ptaszki, wilgoć, zieleńsza po deszczu zieleń, krzaki borówek przy drodze i unosząca się nad polaną mgła, rześkość. Czyli w głowie takie - Jeeee! Mogę być jakimś romantykiem, mogę być jakimś dekadentem wśród tych drzew i mgieł, mogę być poza światem, choć oczywiście najbardziej chodzi o zieloność, która przecież uspokaja.

To jest oczywiście najlepszy moment, żeby się zorientować, że pedał jest pęknięty i trochę jakby zmienił geometrię. Pamiętaj! Jeśli szorujesz z prędkością trzydziestu na godzinę po asfalcie, to coś się na pewno zepsuło. Rower nie ma rękawiczek.

(Ale jechał i oto jestem.)

sobota, 8 maja 2010

Rozedrgany kwiecień maj

Tak, to już ten dzień, to już ten piątek, kiedy zaczynamy kultywować kolejną świecką tradycję, wziętą być może z amerykańskich filmów, a być może od naszych ojców, w każdym razie pamiętam, że mój w ubiegłym roku, albo może jeszcze wcześniejszym pojechał i był, zresztą nie taki to kłopot, skoro wszyscy mają naszą klasę. Ten piątek zupełnie bez związku z przeszłością, żadna rocznica, ja mówię, że trzeba było wybrać datę egzaminu któregokolwiek, zresztą może przypadkiem, ale ktoś tam odpowiada, że zgadza się okres i basta i nic więcej nie trzeba. Ja wcześniej bardzo się zastanawiam, czy w ogóle iść, no bo z jakiej racji mamy sobą być zainteresowani teraz, jeśli nie byliśmy przez trzy lata wtedy, a już tym bardziej przez ostatnie pięć lat, kiedy jednego Ławka widziałem może trzy razy, z czego raz przypadkiem. - Co, nie lubiłeś ich? - zapytuje ktoś, może Głaz, a ja mu na to z tym uśmiechem szelmy, czyli że niezbyt poważnie, czyli że to było po prostu i nie chodzi o rzucenie kamieniami, czy przezywanie Pocahontaz za plecami, tylko może bardziej o krzyk do kumpla z równoległej i znalazł sobie przyjaciela dopowiedziane przez miejscowych, tak było po prostu, byłem, więc mówię mu z tym uśmiechem dającym do zrozumienia - To oni mnie nie lubili! I siedzę i czekam, bo wracać do domu bez sensu, można poczekać, można oglądać Meeting The Natives polecone przez Cygana, choć raczej poprzestanę na jednym odcinku, bo w końcu wyszedłem przed czasem na spacer. I od razu zobaczyłem taki kształt jakby sprzed pięciu lat, przeszedłem obok i później sobie uświadamiałem, że to mogła być Ona, czyli nie ta, co miała oczy i jednak nie była brana pod uwagę, tylko ta od przewracania się na schodach, dzięki której osiągałem szczyt egzaltacji, a ona nie poszła do teatru, przez co nauczyłem się, że szczyt to jeszcze nie koniec, cały kosmos jest tam wyżej, jeśli tylko chcę, jeśli tylko mam ochotę. Miałem. Więc idę niespiesznie (a jakże), Marszałkowską, widzę szczątki wieloryba, na chwilę staję na przystanku w stronę przeciwną, to znaczy - rozkojarzony; i orientuję się za trzy sekundy, że to trochę głupio, że zupełnie jak pięć lat wcześniej przy okazji jeszcze innej, a teraz przecież nie chodzi o żadną, no chyba, że to była Ona. Kilka godzin później Ławek ma w opisie "A teraz wstecz", kilka godzin później mówi - Stęskniłem się za tymi mordami. Może ma trochę racji, w końcu zebrała się nas jedna trzecia, co jako klasa matematyczna często powtarzaliśmy, chyba głównie po to, żeby nie było tak cicho jak z początku. Zebrała się taka jedna trzecia, która sprawiała wtedy wrażenie bardziej ogarniętej, a w każdym razie stabilniejszej psychicznie, mniej inwazyjnej, dobrej? Ta mała dziewczyna, która dwudziestego siódmego sierpnia dwa tysiące czwartego przyśniła się jako wielka dobroć i łapana za kolana, nie, nie tak, obejmowana jak bogini i bez erotyzmu, która wprawdzie później okazała się jak one wszystkie, ale jednak należy do lepszych wspomnień. Poszliśmy na pizzę, kogo nie ma i co się z nimi dzieje, żona nie puści, żona, dziecko, taksówkarz w Irlandii, jak to skończyłeś studia terminowo, oszuście! Wszyscy wokół muszą widzieć, że to oszustwo, ja to odbieram jako oszustwo, no bo nawet w pizzerii robimy rundkę wokół lokalu, zanim nam znajdują miejsca - przedstawienie. Więc dlaczego niby się nie przedstawimy, dlaczego każdy nie wstanie i nie da świadectwa, kim teraz jest? Siara, siara, cicho, siedź, nawet w żartach, nie! Kiedy dla mnie siara tak siedzieć, w myśl świeckiej tradycji po latach razem, kiedy nie mam nic do powiedzenia o piwie, kiedy staram się słuchać o erasmusach i obrączkach i w myśl postanowienia z tramwaju - idź i uśmiechnij się, i popatrz po prostu, co się przez te pięć lat zmieniło - uśmiecham się i staram nie patrzeć nikomu w oczy, nie każcie mi ze sobą rozmawiać, nie chcę tu powiedzieć głośno, że oto zainicjowaliśmy swoje uczestnictwo w tej świeckiej tradycji, polegającej na unikaniu niezręcznej ciszy, oby to było za dwadzieścia lat następnym razem.

Oczywiście to tylko taka projekcja, to ja tak miałem, a wy się tam bawcie dobrze. Ławek, mordo, z tobą się spotkam zawsze. Ale z nimi mi nie każ, nie.

środa, 5 maja 2010

Welcome To The Working Week

Podobno wtorek jest najgorszym dniem pracowniczego tygodnia, a do tego nikt nie lubi poniedziałków (poza może kolegą Mętniakiem), więc kiedy wtorek staje się jednocześnie poniedziałkiem - wszelkie zło tego świata objawia się w potęgach od drugiej do nieskończoności. Czyli po pracy też, a może w szczególności, co z tego, że licealiści nie jeżdżą do szkół, skoro maturzyści najwidoczniej przesiedli się w samochody i robią na ulicach tłok większy niż zwykle (ja wiem, że to w tym mieście ciężkie do wyobrażenia). Naprawdę, wczoraj to wyglądało jakby wszyscy oni pisali rozszerzoną z polskiego.

Na Marymoncie, przy trasie AK jest taki przystanek w stronę Wisły - pod wiaduktem. Park Kaskada się nazywa. Każdy ogarnięty człowiek z Białołęki, kiedy widzi odjeżdżające z pętli 508 bez paniki przyspiesza kroku, żeby złapać je tam na dole. Chyba, że z trasą dzieje się to, co działo się wczoraj, czyli jest taki umowny bus pas, ale wszystko stoi. Więc nie trzeba przyspieszać kroku, i tak się stoi i czeka na oddalony o całe trzydzieści metrów autobus. Po pięciu minutach jest oddalony o dwadzieścia pięć, po kolejnych pięciu widać, że on właściwie jest pełny, czyli raczej nie pomieści nas wszystkich rozgarniętych ludzi zgromadzonych na przystanku. Więc ja nie wsiadam, nie czekam, wiadomo co robię z takim autobusem, jest to niecenzuralne trochę, że idę z buta. Taki plan, że spacer do Żerania i tam się znajdzie środek transportu pozwalający zachować jakieś tam strefy dopuszczalności, dotykalności i tak dalej. Ja naprawdę nie lubię tłoku, no.

Nie do końca legalnie przebiłem się przez nitkę jezdni do wspomnianego parku i to dało się odczuć jak wejście do Narnii, blokujące miejski szum panele naprawdę są chytre i fajne, przyśpiewuje mi ptaszek, czyli to musi być słuszna decyzja. Po drodze dzwonię do Katowic, takie tam gadanie o niczym, aż mi nie zmarznie ręka. Przez most idę jak zawsze nie do końca pewnie, bo lęk wysokości, bo najgorszy jest ten kawał mostu nad lądem, nad rzeką już okej, ale kiedy idziesz nad piaskiem i chaszczami, to w kącie oka plany poruszają się i jest wrażenie poruszającego się mostu. Brrr. Kiedyś na języku polskim opowiadałem o tym zjawisku w lesie, że drzewa rosną takimi liniami i kiedy się idzie, to perspektywa porusza całym lasem. Chyba chodziło o Leśmiana, chyba teatrzyki dziecięce też tak robią, a w samochodzie często myślałem, że świat jest przesuwaną za oknem dekoracją.

Tak przebywam Wisłę. I!

Widzę pewnie z dziesięć autobusów na wiadukcie, z których wylewa się pielgrzymka pieszych. Zjazd na Białołękę pusty, nic nie jedzie, pewnie za szybko nic nie pojedzie, skoro wypuścili ludzi. Ta pielgrzymka pieszych to są rozgarnięci ludzie z Białołęki, którzy właśnie objęli kurs na wszystkie fajne puste autobusy, które odjeżdżają, lub przejeżdżają przez Żerań. Się uśmiałem.

I dalej też poszedłem z buta, co prawie mi się opłaciło, gdyż niemalże odnowiłem znajomość z koleżanką z klasy równoległej, to pięć lat, takie miała fajne oczy, w które trochę strach było patrzeć i teraz też wygląda bardzo ładnie. Spacer nad kanałem, przebudowa mostu, uginające się mostki, dogoniła mnie przed przejściem i na kolejnym też staliśmy razem. Nie pamiętam imienia, do tego miałem wygląd wczorajszy, to jak tu odnawiać, a widziałem ją również za dziesięć minut przed sklepem osiedlowym, co nosiło już znamiona przeznaczenia.

sobota, 1 maja 2010

Najnudniejsza godzina świata w cyklu tygodniowym, a czasem nawet dwie

Mam ochotę na jakąś nową muzykę, nie wiem, dlaczego miałbym nazywać dubstep "jakąś chamską muzyką", tak mi się o niej myśli, choć nigdy jej nie słuchałem. To co za oceny? Odpalił to w pracy Cytat przez telefon z jutuba, chodzi o to mięso w basie, które nie zginęło nawet w sieciowej kompresji. Mam ochotę na takie łupanie, ciekawe jak długo wytrzymam i czy w ogóle będzie mi się chciało odpalać jakieś majspejsy.

Oczywiście to pisałem w czwartek, tylko działo się a działo, czyli nie miałem kiedy przepisać i teraz sobie ot tak, z braku lepszego zajęcia uzupełniam bloga nareszcie.

Staram się być oazą spokoju, w każdym razie bardziej niż kwiatem na tafli jeziora, więc nie wyciągajmy pochopnych wniosków z nagłego zainteresowania inwazyjnymi doznaniami słuchowymi. Jasne, irytuje mnie ostatnio bycie korporacyjnym żuczkiem, ale przecież muszą być dwie strony medalu i to niekoniecznie oparte na zasadzie, że na upartego o każdym da się powiedzieć coś dobrego - po odpowiednio długim namyśle. Tu się nie trzeba namyślać, tu wystarczy być. Fajoskich osób jest więcej niż niefajoskich, wytwarza się oczywiście jakieś hermetyczne poczucie humoru, bo kogo innego w Polsce śmieszy wypowiadane szeptem stwierdzenie, że ECIM testuje. Do tego bywamy przecież uczestnikami scen z korporacyjnymi aktorami, ale w otoczeniu pozakorporacyjnym i ponieważ ciężko mi się wpasowywać w aktualnie prowadzone zebranie - napiszę o takiej scence skądinąd.

Mamy za szeroką jezdnią tę namiastkę natury zwaną Polem Mokotowskim. Dzisiaj (to znaczy w czwartek) zalegają tam gimnazjaliści, wbrew powszechnemu przekonaniu wyglądają na niepewnych z ukradkowo trzymanymi browarami, więc do Sodomy i Gomory jeszcze daleko (w ten sposób musi być tag apokalipsa w hymnie o łące, taki jestem). Myśmy też tam wyszli, spragnieni powietrza, żadna to metafora, vide wpis o dzieciach Trzeciego Świata. Rzuciłem na trawę kurtkę, siebie na kurtkę, ręce ułożyłem pod głową, po drodze jeszcze ustawiłem jakiś budzik, żeby jednak pojawić się tutaj, gdzie siedzę teraz (wtedy, wtedy) i to jedno drzewo nad głową, pieszczone lekkim wiatrem robiło za cały las, tak ładnie szumiało. Czyli nie tylko basowe łupnięcia robią na mnie w tym tygodniu wrażenie. Przymknąłem oczy i od razu przysnąłem, Cytat zaległ na boku, marząc choćby o bezalkoholowym, a ja o czymś majaczyłem, chwilowa rzeczywistość wyśniona pośród szumu, krzyku odświętnych dzieciaków (po dwa browary na grupę), śpiewu ptaków, on jest super, i przebijających się pośród listków promieni. Taki oto sielski obrazek można bez problemu wpisać w korporacyjną rzeczywistość, a ja bardzo przecież lubię swoje wyśnione rzeczywistości, z których nie pamiętam nic, kilkuminutowa wizyta w takiej i zapominam, że ten świat do którego wróciłem potrafi dogryźć, zapewne dogryzł nie dalej niż przed godziną.

Oczywiście sielskość wynika pośrednio z obowiązkowej godzinnej przerwy obiadowej, którą raczej przeklinamy, sztucznie wykradziona godzina, godne politowania argumenty działu kadr o regenerowaniu się, jak to, po co komu, skoro oporowe nadgodziny tak często, dranie!

Niewiele czytam, mógłbym przerobić dzienniki Tyrmanda, ale nie uśmiecha mi się z monitora - czy to w ogóle jakaś różnica z czytaniem bloga? A może zostawić to sobie na przyszły rok i być na bieżąco z datami? A może to w ogóle jest dla kogoś pomysł, na projekt dla wanna-be-intelektualna-i-inteligentna agencji reklamowej, żeby ruszyli z blogami kilku gości z papieru. Pewnie się nie da, pewnie ktoś ma prawa do dzienników, pamiętników, chyba coś takiego robili na fejsbuku przy okazji rocznicy PW. Do tego może Cygan sobie przypomni, że miał mi tego Tyrmanda przynieść papierowego, wtedy nie wypada czekać do przyszłego roku (przyniósł, no proszę, wydanie 1989, nakład 100 000, chyba teraz nie ma takich nakładów?).

Udało mi się nie złożyć zeznania podatkowego aż do dzisiaj, czegoś mi tam brakowało, więc wczoraj wyrwałem się z pracy do urzędu. Pożytek z tego taki, że połamałem w autobusie głowę nad felietonami Głowackiego z trochę chyba późniejszego PRLu, często są dla mnie zupełnie niewyraźne, bo chyba nie wszystko trzeba czytać na odwrót? A w urzędzie ta, no, kolejka nieprzeciętnej długości, oczywiście tego się należało spodziewać, ale żeby aż tak, że od razu zrezygnowałem i niespiesznie wróciłem do pracy? Tam zresztą też trochę sielsko, przez Park Praski. To przyjemne, nie spieszyć się, uskuteczniam już trzeci rok. A zeznanie poszło przez internet, trzeba było tak od razu.

Tu mija pół godziny zebrania, kiedy świat za oknem jest wciąż piękny i sielski, i jest tam Pole Mokotowskie, ptaki, rowerzyści, młode matki z wózkami, a ja siedzę za szklaną szybą wielkiego szklanego domu i spodziewam się końca, który nie następuje przez minutę, dwie, pół godziny, więc...

Dobra, chyba trochę przesadzają z tymi jałowymi dyskusjami, ponieważ nigdy nie byłem sumiennym studentem, nigdy nie poznałem znaczenia słów dyskusja akademicka, ale mam wrażenie, że to coś w tym stylu. Nie, ja tego nie mam jak uciąć, to w ogóle nie moja sprawa. Pewnie trochę sam ze strasznością zebrań przesadzam, po drugiej stronie szyby, tej do open space'u, a nie do powietrza, jest tak zwana zwykła praca, trochę cięższa niż siedzenie na zebraniu i z tego, co jest właśnie mówione - niekoniecznie ciekawsza. Sam się prosiłem sam sobie wykrakałem, że będą to dwie, czyli w sumie już trzecia dzisiaj. Z pustego w próżne, afraid of this kind of situation, mózgi mają pracować all the time, nanana, wcale nie wiem, czy to przepiszę, pewnie przepiszę, mielenie o niczym, jakiś geniusz właśnie rzucił tekstem "no yet" i szef genialnie to powtórzył, pękam. Znowu oceniam, słabo mi zawsze wychodziło ocenianie, ocenianie nigdy nie wychodziło mi dobrze, ale przynajmniej całkiem nieźle idzie mi milczenie, kiedy nie mam nic do powiedzenia.

Już.

Nie no, kłamałem - mam w planie znowu przeatakować Ulissesa, wpadło mi ostatnio do głowy, że może ta książka dlatego jest taka, że po prostu jest książką o codzienności, która też do najłatwiejszych nie należy.