Już po tym strasznym zebraniu, ale wciąż jeszcze w pracy, szedłem do sklepu zrobić sprzętowy rekonesans. No i znowu mnie zaczepiła kobieta, tym razem ponad placem Indian, ewentualnie placem pana-od-krzesła, brunetka tym razem, w zielonej kamizelce z białymi literkami - wiadomo. Zachowała przy tym o wiele więcej klasy niż wczorajsza blondynka, pomachała przyjaźnie, uśmiechnęła się, podeszła, czy mam chwilę, a mnie olśniło, znalazłem dobrą, bezbolesną odpowiedź, więc też się uśmiechnąłem, przepraszająco - W pracy jestem.
Żadnej przykrości, żadnego ryzyka udzielania kłopotliwych odpowiedzi na pytania o losy świata i natury, jasne, ja się światem przejmuję i czasem go trochę ratuję, jeśli tzw. warstwa fabularna gry przewiduje.
Nawet głową kiwnęła, żadnych grymasów, nic, spoko. No!
Jaki byłem zadowolony z siebie, jaki dumny! Od razu kombinowałem, że tak samo mogłem wczoraj skłamać i byłby spokój, nie musiałbym szokować natrętnie szokującej żartami zbieraczki datków prośbą, żeby aż tyle nie kłamała, bo irytujące, nie musiałaby oskarżać o niechęć do studentów, jedno małe kłamstewko i wszyscy zdrowi.
Tak właśnie szedłem i omal ponownie na nią nie wpadłem, od wczoraj zmieniła miejsce nagabywania. Prawie jestem pewien, że odwróciła się skwaszona, oto co mi ze szczerości przyszło.
*
To miało być wysłane do tego miejsca, ale ktoś urwał kabel od internetu, więc wybrałem się na zorganizowany przez Bazyla i Herbacianą i jeszcze koleżankę przejazd rowerowy przez błota i chaszcze, do stawianego mostu, który z drugiej strony włazi nad wodę już trochę, do kanału dalej i powrót na tyłach różnych takich zakładów chemicznych. Wszystko zwieńczone wproszeniem się na kolację i nawet dostałem ciasto na wynos. Szafa gra.
czwartek, 29 lipca 2010
Wpis przedterminowy - występują kobiety, superświadomości i boskie nasienie
Ponieważ należę w tym tygodniu do grupy wysokiego ryzyka w kontekście prezentowania czegoś na tym strasznym zebraniu, prawie tradycyjne notatki sporządzam zawczasu. Już nawet ominę te czterdzieści na rowerze, tyle kręcenia i nawracania, że nawet mi się nie chce trasy rysować. To Głaz znalazł taką zabawkę, przez co pewnie nie będzie mi się chciało tworzyć tego typu molochów. Jeden Pogromca Dinozaurów może być zawiedziony, już nawet wyrażał zawód, ale na pewno udawał. Technika idzie do przodu, jeszcze nie inwestuję w gps, skoro całe lata podejmowałem decyzję o liczniku, ale doceniam, że nie muszę sklejać tych map z print screenów.
Coś mnie rano podkusiło, żeby przetrzeć oczy po drugim budziku, to jest esencja wstawania przecież, dopiero dzisiaj się zorientowałem. W dzieciństwie bywało, że nie mogłem z rana otworzyć oczu, coś je kleiło i już, mama robiła tajemne okłady wtedy. Raz czy dwa. Zbierają się we śnie drobiny świata wokół oczu, pewnie zazdrosne o ten świat pod rozedrganymi powiekami, a ponieważ nadmiar zazdrości szkodzi, to nieumyślnie blokują powieki. Jasne, da radę je rozewrzeć, ale wciąż uginają się pod ciężarem zazdrosnego świata. Więc należy umiejętnie wsadzić w oko paluch i dopiero podreptać do jakiegoś zlewu. A w każdym razie tak mi się to dzisiaj ułożyło - nie chce mi się dokładnie liczyć, ale budzików mam teraz przynajmniej pięć, na przestrzeni godziny i piętnastu minut, więc zaskoczyłem siebie i pewnie zawstydziłem budziki (czy to aby nie przebrzmiałe?).
Praca też do pominięcia, zrobiłem szkic prezentacji na jutro, jutro dopnę do tej dziesiątej, wszystkim podobał się przekrzywiony napis, który pewnie wyleci, no bo to był napis draft version, jaka szkoda. Wydawało mi się, że nowa Lampa gdzieś na mieście już, gdyż napisano tekst ukazał się, więc z biura poszedłem poszukać. Myślę Traffic, dawno tam nie byłem, pójdę sobie do Kruczej, nie ciągle tą Marszałkowską. Na placu zainteresowała się mną taka blondynka, no musiała, taka jej rola, z naręczem czegoś wyglądającego na pierwszy rzut oka jak gazetki. Dziękuję, nie chcę, ale wpycha w ręce i trajkocze, dobra, wezmę, idę, trajkocze, że wkładki do butów i nie wiem jak użyć, aha, nie chcę wkładek, nie potrzebuję, to oddaj w prezencie i to reklama, będą kosztowały osiemdziesiąt dziewięć złotych, ale teraz darmo. Patrzę z powątpiewaniem na toporne rysunki, a ona dalej coś trajkocze, że teraz milion pompek i moje, a ja że bym nawet zrobił, gdybym chciał, a ona okej, ale wie Pan, żartowałam. Chyba ze cztery razy żartowała, uszliśmy tak skokowo pięć metrów, nie dało się tego oddać, aż się przyznała, że zbierają na akademik datki za te wycinane wkładki. Aha, mówię, a ta na mnie naskakuje, że co, studentów nie lubię! Nie wiem który to akademik, ale słaby pijar ma, poprosiłem, żeby tyle nie kłamała, bo to natężenie żartów było irytujące, po co ludzi tak wariować, wreszcie oddałem wycinane wkładki i poszedłem, zestrachany, omijając z daleka brunetkę z podobnym naręczem z drugiej strony placu.
W Trafficu Lampy nie widziałem żadnej, nie wiem, czy w ogóle mają w ofercie, może w ogóle nie mają? Popatrzyłem na te półki pełne słów do czytania, pewnie ze dwie dziesiątki literackich periodyków, Zeszyty Literackie (na strychu przy Św. Bonifacego widziałem kiedyś pierwszy numer), nie wiadomo, za co się łapać i przecież facet jestem, kupuję wedle ścisłego planu, więc tutaj nie kupuję, bo nie mają. Zajrzałem z ciekawości do Ha!artu, bo kojarzę jakieś powiązania Piotra Czerskiego i do teraz nie mogę nadziwić się własnej przenikliwości, że widząc kadry z klocków lego, od razu wiedziałem - Hamlet. No co, korona może być do czego innego nawiązaniem niby? Musi być jakaś ogólnoludzka superświadomość wdychana z powietrza, bo jeśli o Szekspira idzie, nie mam ani promila wiedzy Stefana Dedalusa.
W ogóle tak się na tym znam, że równie dobrze mógł to być Makbet, nie przyglądałem się kadrom, w każdym razie myśl potwierdziło przekartkowanie do początku historii.
O Ulissesie wspominaliśmy dzisiaj przy śniadaniu, najpierw była Mechaniczna pomarańcza w HD, a ja czytałem, mówię, ja bym nie dał rady, zbyt psychodeliczne, mówi, ja zaprzeczam, że po trzech stronach ogarnia się język i rosyjskojęzyczne stylizacje (tę wersję czytałem), a ciężko to przeczytać właśnie Ulissesa. Wiem, bo mam zakładkę przy dwieście dwudziestej stronie i od kiedy podjąłem tegoroczną walkę, przeczytałem przynajmniej dziesięć innych książek, dziś zaczynam pożyczone godzinę wcześniej Rowerem i pieszo przez czarny ląd. Rozmówca przytaknął rozbawiony, bo sam miał Joyce'a na końcu języka, mówi najlepsze na usypianie, pół strony wystarcza, podobnie mówiła kiedyś katechetka o papieskich encyklikach, zacne towarzystwo, Joyce, zacne. Za to zaskoczyłem go własnogłownie wysnutym wnioskiem, że Stefan z ekipą z początku książki to nie są starcy i zasugerowałem mniej poważne podejście, jasne, Grecja i mity, ale zdaje się wykształcenie klasycystyczne na początku XX wieku wciąż było podstawą edukacji, nie można wszystkiego brać na poważnie tylko dlatego, że brnąc przez szkoły nie czytamy starożytnych komedii. Ja tam nie czytałem nawet później, a dla dwunasto czy trzynastolatka w gimnazjum i tak fajniejsze byłoby zdjęcie cenzury z Parandowskiego, skoro wykładowca filozofii wywoływał demaskacją Posejdona chichoty dwudziestolatków - bo on jakoś musiał na tę Afrodytę pianę ubić.
To kojarzy mi się z Herbertem, jakież nieestetyczne skojarzenie, ale jest flow, to lecimy! Kolega leci do Grecji, Kreta w planach wakacyjnych, a ja po skończeniu szkoły kupiłem Labirynt nad morzem, bo nadziałem się na fragment gdzieś na koniec ostatniej liceum i później w trakcie pomocy komuś. Oczywiście fragmenty wybrane do szkolnych analiz okazały się zupełnie niereprezentatywne jeśli chodzi o zbiór esejów, to były te luźne, ogólne fragmenty, przypadek konfrontacji Grzesia z Lekcji łaciny z belferem Gombrowicza. Przyniosłem mu tę książkę, niech chociaż przeczyta jak Herbert płynie i wysiada na wyspie, bo ładne, nawet jeśli nie przebrnie przez kombinowanie z nieudolnie rekonstruowanymi freskami minojskich pałaców.
Szkic o Akropolu z tego zbiorku uświadomił mi kiedyś coś, co najwyraźniej przegapiłem w toku szkolnej edukacji - że wszystkie te greckie świątynie skrzyły się kolorami, złotem, przepychem, a doskonała estetyka połamanych kolumnad i białych marmurów jest wynikiem setek lat brandzlowania się historyków nad geometrycznymi sztuczkami optycznymi. Fajne to. Oczywiście Herbert szeroko to opisuje i tłumaczy, ja tylko przypadkowo stawiam nieestetyczną klamrę - na szczęście ładne zdania w temacie można znaleźć u źródła.
Może kiedyś znajdę, może ktoś napisał, jak tymi niewyspanymi oczyma patrzeć rano na świat, może to nie jest takie trudne, jakaś mała podpowiedź, jakaś miła perspektywa. Dobranoc.
Coś mnie rano podkusiło, żeby przetrzeć oczy po drugim budziku, to jest esencja wstawania przecież, dopiero dzisiaj się zorientowałem. W dzieciństwie bywało, że nie mogłem z rana otworzyć oczu, coś je kleiło i już, mama robiła tajemne okłady wtedy. Raz czy dwa. Zbierają się we śnie drobiny świata wokół oczu, pewnie zazdrosne o ten świat pod rozedrganymi powiekami, a ponieważ nadmiar zazdrości szkodzi, to nieumyślnie blokują powieki. Jasne, da radę je rozewrzeć, ale wciąż uginają się pod ciężarem zazdrosnego świata. Więc należy umiejętnie wsadzić w oko paluch i dopiero podreptać do jakiegoś zlewu. A w każdym razie tak mi się to dzisiaj ułożyło - nie chce mi się dokładnie liczyć, ale budzików mam teraz przynajmniej pięć, na przestrzeni godziny i piętnastu minut, więc zaskoczyłem siebie i pewnie zawstydziłem budziki (czy to aby nie przebrzmiałe?).
Praca też do pominięcia, zrobiłem szkic prezentacji na jutro, jutro dopnę do tej dziesiątej, wszystkim podobał się przekrzywiony napis, który pewnie wyleci, no bo to był napis draft version, jaka szkoda. Wydawało mi się, że nowa Lampa gdzieś na mieście już, gdyż napisano tekst ukazał się, więc z biura poszedłem poszukać. Myślę Traffic, dawno tam nie byłem, pójdę sobie do Kruczej, nie ciągle tą Marszałkowską. Na placu zainteresowała się mną taka blondynka, no musiała, taka jej rola, z naręczem czegoś wyglądającego na pierwszy rzut oka jak gazetki. Dziękuję, nie chcę, ale wpycha w ręce i trajkocze, dobra, wezmę, idę, trajkocze, że wkładki do butów i nie wiem jak użyć, aha, nie chcę wkładek, nie potrzebuję, to oddaj w prezencie i to reklama, będą kosztowały osiemdziesiąt dziewięć złotych, ale teraz darmo. Patrzę z powątpiewaniem na toporne rysunki, a ona dalej coś trajkocze, że teraz milion pompek i moje, a ja że bym nawet zrobił, gdybym chciał, a ona okej, ale wie Pan, żartowałam. Chyba ze cztery razy żartowała, uszliśmy tak skokowo pięć metrów, nie dało się tego oddać, aż się przyznała, że zbierają na akademik datki za te wycinane wkładki. Aha, mówię, a ta na mnie naskakuje, że co, studentów nie lubię! Nie wiem który to akademik, ale słaby pijar ma, poprosiłem, żeby tyle nie kłamała, bo to natężenie żartów było irytujące, po co ludzi tak wariować, wreszcie oddałem wycinane wkładki i poszedłem, zestrachany, omijając z daleka brunetkę z podobnym naręczem z drugiej strony placu.
W Trafficu Lampy nie widziałem żadnej, nie wiem, czy w ogóle mają w ofercie, może w ogóle nie mają? Popatrzyłem na te półki pełne słów do czytania, pewnie ze dwie dziesiątki literackich periodyków, Zeszyty Literackie (na strychu przy Św. Bonifacego widziałem kiedyś pierwszy numer), nie wiadomo, za co się łapać i przecież facet jestem, kupuję wedle ścisłego planu, więc tutaj nie kupuję, bo nie mają. Zajrzałem z ciekawości do Ha!artu, bo kojarzę jakieś powiązania Piotra Czerskiego i do teraz nie mogę nadziwić się własnej przenikliwości, że widząc kadry z klocków lego, od razu wiedziałem - Hamlet. No co, korona może być do czego innego nawiązaniem niby? Musi być jakaś ogólnoludzka superświadomość wdychana z powietrza, bo jeśli o Szekspira idzie, nie mam ani promila wiedzy Stefana Dedalusa.
W ogóle tak się na tym znam, że równie dobrze mógł to być Makbet, nie przyglądałem się kadrom, w każdym razie myśl potwierdziło przekartkowanie do początku historii.
O Ulissesie wspominaliśmy dzisiaj przy śniadaniu, najpierw była Mechaniczna pomarańcza w HD, a ja czytałem, mówię, ja bym nie dał rady, zbyt psychodeliczne, mówi, ja zaprzeczam, że po trzech stronach ogarnia się język i rosyjskojęzyczne stylizacje (tę wersję czytałem), a ciężko to przeczytać właśnie Ulissesa. Wiem, bo mam zakładkę przy dwieście dwudziestej stronie i od kiedy podjąłem tegoroczną walkę, przeczytałem przynajmniej dziesięć innych książek, dziś zaczynam pożyczone godzinę wcześniej Rowerem i pieszo przez czarny ląd. Rozmówca przytaknął rozbawiony, bo sam miał Joyce'a na końcu języka, mówi najlepsze na usypianie, pół strony wystarcza, podobnie mówiła kiedyś katechetka o papieskich encyklikach, zacne towarzystwo, Joyce, zacne. Za to zaskoczyłem go własnogłownie wysnutym wnioskiem, że Stefan z ekipą z początku książki to nie są starcy i zasugerowałem mniej poważne podejście, jasne, Grecja i mity, ale zdaje się wykształcenie klasycystyczne na początku XX wieku wciąż było podstawą edukacji, nie można wszystkiego brać na poważnie tylko dlatego, że brnąc przez szkoły nie czytamy starożytnych komedii. Ja tam nie czytałem nawet później, a dla dwunasto czy trzynastolatka w gimnazjum i tak fajniejsze byłoby zdjęcie cenzury z Parandowskiego, skoro wykładowca filozofii wywoływał demaskacją Posejdona chichoty dwudziestolatków - bo on jakoś musiał na tę Afrodytę pianę ubić.
To kojarzy mi się z Herbertem, jakież nieestetyczne skojarzenie, ale jest flow, to lecimy! Kolega leci do Grecji, Kreta w planach wakacyjnych, a ja po skończeniu szkoły kupiłem Labirynt nad morzem, bo nadziałem się na fragment gdzieś na koniec ostatniej liceum i później w trakcie pomocy komuś. Oczywiście fragmenty wybrane do szkolnych analiz okazały się zupełnie niereprezentatywne jeśli chodzi o zbiór esejów, to były te luźne, ogólne fragmenty, przypadek konfrontacji Grzesia z Lekcji łaciny z belferem Gombrowicza. Przyniosłem mu tę książkę, niech chociaż przeczyta jak Herbert płynie i wysiada na wyspie, bo ładne, nawet jeśli nie przebrnie przez kombinowanie z nieudolnie rekonstruowanymi freskami minojskich pałaców.
Szkic o Akropolu z tego zbiorku uświadomił mi kiedyś coś, co najwyraźniej przegapiłem w toku szkolnej edukacji - że wszystkie te greckie świątynie skrzyły się kolorami, złotem, przepychem, a doskonała estetyka połamanych kolumnad i białych marmurów jest wynikiem setek lat brandzlowania się historyków nad geometrycznymi sztuczkami optycznymi. Fajne to. Oczywiście Herbert szeroko to opisuje i tłumaczy, ja tylko przypadkowo stawiam nieestetyczną klamrę - na szczęście ładne zdania w temacie można znaleźć u źródła.
Może kiedyś znajdę, może ktoś napisał, jak tymi niewyspanymi oczyma patrzeć rano na świat, może to nie jest takie trudne, jakaś mała podpowiedź, jakaś miła perspektywa. Dobranoc.
wtorek, 27 lipca 2010
Daleko od domu na wakacje
Znowu jechałem rowerem przez most Grota, wydawał mi się oswojony - z metrowej szerokości chodnikiem i słupami latarni, wrażeniem, że zahaczę o taką przeszkodę rogiem kierownicy. To była sobota, dosyć upalna, ale udał się wyjazd z ekipą z kombinatu przez zakazany las kabacki, a później udało się wyjście ze Smoczym na końcówkę lada w mieście - siedzieliśmy na ławeczce, trochę gadając i trochę słuchając, ale ponieważ atmosfera była piknikowa bardziej niż koncertowa, nikomu nie przeszkadzaliśmy. Dopiero komary nam zaczęły przeszkadzać, więc wróciłem na Kabaty po rower i o tej jedenastej jechało się o wiele fajniej, chłodniej niż wcześniej z kumplami w południe.
Oswajanie mostów ma oczywiście związek z lękiem wysokości, podobnie oswajam np. balkony i właściwie różnice wysokości nie grają roli, lepiej się czuję na oswojonym balkonie szóstego piętra Bazyla niż zapoznawanym balkonie na drugim. A teraz jechałem ciepłą nocą, mrugając światełkami na wszelki wypadek, Puławską, Traktem Królewskim itd. - na most. Tej nocy rzeki pod mostem nie było widać, pewnie jakieś czarne chmury nad miastem, taka kombinacja kolorów świata, że zamiast rzeki pustka. A ja jadę i myślę spoko, bo chwilowo mam jeszcze pod sobą ten piach i krzaki, drzewa. Ale przekraczam linię czysto z mojej perspektywy hipotetycznej rzeki - bo widzę pustkę, choć staram się nie patrzeć - i bardzo czuję swoje malutkie, chwiejne życie, bo przyspiesza mi oddech, skacze puls i trzęsą się ręce, tam nie ma zupełnie nic i właściwie nie wiem, czy lepiej jechać dalej, z całej siły trzymając kierownicę, czy może się zatrzymać, spróbować uspokoić, ale to chyba większe szaleństwo, tak mnie można spokojnie zwariować, pokaż mi kawałek pustki poniżej stóp, zostaw i pewnie skoczę, żeby skończyć z tym strachem.
Ale w ogóle lubię nocne podróże, rowerem, bez roweru też, chociaż właściwie fajniej jest go mieć, zdaje się bezpieczniejszy (wszędzie poza mostem). Największą frajdę miałem z takiej podróży dwa lata temu, kiedy nie wyrobiłem się na ostatni tramwaj z Mysłowic do Katowic po Offie. Wcale nie jestem przekonany, że to był ten konkretny dzień, kiedy grało Mogwai, ale przecież mogę sobie mitologizować rzeczywistość jak lubię. Dobijałem do pierwszego roku pracy, wziąłem pierwszy prawdziwy urlop, to niestety nie jest to samo, co wakacje, pewnie stąd wynika intensywne planowanie, jak ten czas wykorzystać. Internet akurat grzmiał, że Rojek zaprosił Szkotów i Ci przyjadą, a ja ich trochę znałem, bo przeczytałem na blogu o R U Still In 2 It. Do tego w pracy poznałem fajnego człowieka z jeszcze fajniejszą historią przybycia z Wrocławia do Warszawy i pewnym doświadczeniem w darciu, który uważał koncert Mogwai za najlepszy ever. No to okej, dwie rekomendacje z zaufanych źródeł, chłopie, masz dwadzieścia dwa lata, a na koncercie żeś nie był od czasów, kiedy rodzice brali was na Marylę Rodowicz. Ruszże się gdzieś, poznaj świata trochę!
No to ustawiłem opis w komunikatorze Yes! I Am a Long Way from Home i miałem wielką frajdę, że od tego kawałka zaczęli koncert. Nawet jeśliby zawsze zaczynali tym kawałkiem, pierwszy z pierwszej płyty, to ja sobie i tak zmitologizuję pod siebie jakoś, że fajnie, ekstra i dla mnie, nawet na jutuba ktoś wrzucił, żebym mógł pierwszy w historii bloga film zagnieździć!
Użyłem przy tym zakazanych tagów center, szanowne W3C, wybacz, ale ja chcę to po środku, a google jeszcze tego nie przewidziało w kodzie, albo nie wiem gdzie i jak.
Mnie się to podoba, ściany dźwięku i gitarowe pejzaże, chyba tak piszą o tym. Jasne, to albo już jest banał, albo szybko stanie się banałem, wystarczy odpalić sobie którąś kompilację cichego baletu i pomyśleć, co dzisiaj mówi się o gitarowych solówkach, przynajmniej ja słyszę, że nie są chick ani dżezi, ani nic z tych rzeczy i w ogóle trochę śmierdzą. Ja nie siedzę w muzyce na tyle głęboko, żeby umieć być wybrednym, za mało znam, żeby jasno widzieć powtórzenia i kojarzyć i móc marudzić na to. Może bym marudził, a tymczasem-czasem chodzę na koncerty, np. na zespół Maki i Chłopaki, którego lider na luzie komunikuje publice, ile taktów zostało do końca solówki. Dla mnie bomba. Szkoda, że nie widzę na jutubie U Jerzyka z koncertu w Hydrozagadce, jest do ściągnięcia tutaj, już stary jestem, znam wszystkie skale.
Już pamiętam, że po Mogwai miałem na Słoneczną podwózkę, która mało mnie nie zabrała do Wrocławia. Tramwaj mi uciekł kolejnego dnia, choć niby powinienem się na niego wyrobić. Ale nieznajomość topografii pętli tramwajowej sprawiła, że zamiast wsiąść w majaczący w uliczce tramwaj, czekałem na niego w przekonaniu, że się tu przy mnie zatrzyma. A kiedy się nie zatrzymał, to biegłem nie zważając na topografię, tylko kojarząc przystanek z podróży w przeciwną stronę, że on tutaj musi coś okrążyć i może dam radę. Nie dałem i zostałem sam po nocy w obcym mieście, z potrzebą dostania się do sąsiedniego. I co się robi w takiej sytuacji? No idzie się. Nie dzwoni się na Słoneczną z pytaniem o wsparcie logistyczne, tylko zapytuje na przystanku o cokolwiek w stronę Katowic, wysiada na ich obrzeżu i dalej idzie z buta, przechodząc przez niespodziewane rzeczki, przekraczając opustoszałe ulice, w górę i w dół, bez zapuszczania się w osiedla i z jak najdalszym wymijaniem co większych grup tubylców. Jaka przygoda!
A ile łatwiej jest z telefonem, który się dostało w pracy, co to może google maps odpalić... Bym takiego nie miał, to bym albo siedział i płakał, albo jednak budził Słoneczną (którą i tak przecież musiałem obudzić, żeby wejść do domu), albo nadrabiał drogi kierując się najpierw na dworzec kolejowy, skąd może bym trafił bez map. Uff-Off.
Wczoraj przeczytałem, że przyjeżdżają The Raveonettes, może kojarzę ich mniej niż wtedy Mogwai, tak samo mało zresztą kojarzę The Fall i Flaming Lips, nawet nie wiem co to za koślawienie Floydów, ale impuls jest i właśnie forsuję urlop.
Dzielmy się!
Oswajanie mostów ma oczywiście związek z lękiem wysokości, podobnie oswajam np. balkony i właściwie różnice wysokości nie grają roli, lepiej się czuję na oswojonym balkonie szóstego piętra Bazyla niż zapoznawanym balkonie na drugim. A teraz jechałem ciepłą nocą, mrugając światełkami na wszelki wypadek, Puławską, Traktem Królewskim itd. - na most. Tej nocy rzeki pod mostem nie było widać, pewnie jakieś czarne chmury nad miastem, taka kombinacja kolorów świata, że zamiast rzeki pustka. A ja jadę i myślę spoko, bo chwilowo mam jeszcze pod sobą ten piach i krzaki, drzewa. Ale przekraczam linię czysto z mojej perspektywy hipotetycznej rzeki - bo widzę pustkę, choć staram się nie patrzeć - i bardzo czuję swoje malutkie, chwiejne życie, bo przyspiesza mi oddech, skacze puls i trzęsą się ręce, tam nie ma zupełnie nic i właściwie nie wiem, czy lepiej jechać dalej, z całej siły trzymając kierownicę, czy może się zatrzymać, spróbować uspokoić, ale to chyba większe szaleństwo, tak mnie można spokojnie zwariować, pokaż mi kawałek pustki poniżej stóp, zostaw i pewnie skoczę, żeby skończyć z tym strachem.
Ale w ogóle lubię nocne podróże, rowerem, bez roweru też, chociaż właściwie fajniej jest go mieć, zdaje się bezpieczniejszy (wszędzie poza mostem). Największą frajdę miałem z takiej podróży dwa lata temu, kiedy nie wyrobiłem się na ostatni tramwaj z Mysłowic do Katowic po Offie. Wcale nie jestem przekonany, że to był ten konkretny dzień, kiedy grało Mogwai, ale przecież mogę sobie mitologizować rzeczywistość jak lubię. Dobijałem do pierwszego roku pracy, wziąłem pierwszy prawdziwy urlop, to niestety nie jest to samo, co wakacje, pewnie stąd wynika intensywne planowanie, jak ten czas wykorzystać. Internet akurat grzmiał, że Rojek zaprosił Szkotów i Ci przyjadą, a ja ich trochę znałem, bo przeczytałem na blogu o R U Still In 2 It. Do tego w pracy poznałem fajnego człowieka z jeszcze fajniejszą historią przybycia z Wrocławia do Warszawy i pewnym doświadczeniem w darciu, który uważał koncert Mogwai za najlepszy ever. No to okej, dwie rekomendacje z zaufanych źródeł, chłopie, masz dwadzieścia dwa lata, a na koncercie żeś nie był od czasów, kiedy rodzice brali was na Marylę Rodowicz. Ruszże się gdzieś, poznaj świata trochę!
No to ustawiłem opis w komunikatorze Yes! I Am a Long Way from Home i miałem wielką frajdę, że od tego kawałka zaczęli koncert. Nawet jeśliby zawsze zaczynali tym kawałkiem, pierwszy z pierwszej płyty, to ja sobie i tak zmitologizuję pod siebie jakoś, że fajnie, ekstra i dla mnie, nawet na jutuba ktoś wrzucił, żebym mógł pierwszy w historii bloga film zagnieździć!
Użyłem przy tym zakazanych tagów center, szanowne W3C, wybacz, ale ja chcę to po środku, a google jeszcze tego nie przewidziało w kodzie, albo nie wiem gdzie i jak.
Mnie się to podoba, ściany dźwięku i gitarowe pejzaże, chyba tak piszą o tym. Jasne, to albo już jest banał, albo szybko stanie się banałem, wystarczy odpalić sobie którąś kompilację cichego baletu i pomyśleć, co dzisiaj mówi się o gitarowych solówkach, przynajmniej ja słyszę, że nie są chick ani dżezi, ani nic z tych rzeczy i w ogóle trochę śmierdzą. Ja nie siedzę w muzyce na tyle głęboko, żeby umieć być wybrednym, za mało znam, żeby jasno widzieć powtórzenia i kojarzyć i móc marudzić na to. Może bym marudził, a tymczasem-czasem chodzę na koncerty, np. na zespół Maki i Chłopaki, którego lider na luzie komunikuje publice, ile taktów zostało do końca solówki. Dla mnie bomba. Szkoda, że nie widzę na jutubie U Jerzyka z koncertu w Hydrozagadce, jest do ściągnięcia tutaj, już stary jestem, znam wszystkie skale.
Już pamiętam, że po Mogwai miałem na Słoneczną podwózkę, która mało mnie nie zabrała do Wrocławia. Tramwaj mi uciekł kolejnego dnia, choć niby powinienem się na niego wyrobić. Ale nieznajomość topografii pętli tramwajowej sprawiła, że zamiast wsiąść w majaczący w uliczce tramwaj, czekałem na niego w przekonaniu, że się tu przy mnie zatrzyma. A kiedy się nie zatrzymał, to biegłem nie zważając na topografię, tylko kojarząc przystanek z podróży w przeciwną stronę, że on tutaj musi coś okrążyć i może dam radę. Nie dałem i zostałem sam po nocy w obcym mieście, z potrzebą dostania się do sąsiedniego. I co się robi w takiej sytuacji? No idzie się. Nie dzwoni się na Słoneczną z pytaniem o wsparcie logistyczne, tylko zapytuje na przystanku o cokolwiek w stronę Katowic, wysiada na ich obrzeżu i dalej idzie z buta, przechodząc przez niespodziewane rzeczki, przekraczając opustoszałe ulice, w górę i w dół, bez zapuszczania się w osiedla i z jak najdalszym wymijaniem co większych grup tubylców. Jaka przygoda!
A ile łatwiej jest z telefonem, który się dostało w pracy, co to może google maps odpalić... Bym takiego nie miał, to bym albo siedział i płakał, albo jednak budził Słoneczną (którą i tak przecież musiałem obudzić, żeby wejść do domu), albo nadrabiał drogi kierując się najpierw na dworzec kolejowy, skąd może bym trafił bez map. Uff-Off.
Wczoraj przeczytałem, że przyjeżdżają The Raveonettes, może kojarzę ich mniej niż wtedy Mogwai, tak samo mało zresztą kojarzę The Fall i Flaming Lips, nawet nie wiem co to za koślawienie Floydów, ale impuls jest i właśnie forsuję urlop.
Dzielmy się!
czwartek, 8 lipca 2010
Powiastki zaległe
Padam na pysk jak pies Pluto, napisałem wczoraj do Katowic. Takie zdanie, którego pochodzenia nie znam, oczywiście kojarzę psa Pluto, ale kiedy dokładnie padał na pysk to już nie. Niedodzwanialna w smsie tak mi kiedyś, a teraz miałem dobry moment do użycia, no bo co, jak zmęczony i śpiący po intensywnym dniu, to chyba się nadaje.
Mam wrażenie, jakbym od miesiąca nie napisał zdania, a jeszcze dłużej nie trzymał w ręku długopisu.
Jakimś sposobem na kilka dni wyrwałem się z wirtualnego świata, w tym tygodniu, bo jeszcze w weekend biegałem po Twierdzy Smutku i Solstheim, zresztą na wyspie wciąż sporo mam do zwiedzenia. Coś się jednak przesunęło w świecie, może to to wrażenie, że od soboty do niedzieli zmieściły się trzy dni, już dawno nie widziałem, jak noc przechodzi w dzień, przesypiam to na ogół. Gadanie na balkonie, przy piwie i innych trunkach, ja niestety Johnny Walkera od Jacka Danielsa nie odróżniam, ale któryś z nich chyba. Głównie na balkonie, bo wewnątrz zebrało się kilku rpgowców i miałem wrażenie, że większość tych opinii znam z forów dyskusyjnych, do tego o Morrowindzie tylko na początku, a ja poza Elder Scrolls świata nie znam, żadne Diablo, Baldur's Gate, czy - heretyk! - Fallout pierwszy i drugi. No ale, ale, właśnie dla takich ludzi był balkon, gdzie podczas spożywania trunków toczy się rozmowy o związkach.
Mój Boże! I Twój i jakikolwiek inny, na Teutatesa i Ozyrysa-Japisa, cały Asteriksowy panteon hipnotyczny, nie mogłem być śpiący.
Oglądałem kiedyś taki film Closer, nawet coś o nim ze Smoczym mówiliśmy, który to, mając mnie za niepoprawnego romantyka, głośno radował się zimnem i cynizmem i ich przewagą nad rozmemłanymi chłopcami. No jasne, rozmemłani chłopcy w pewnym momencie przestają przystawać do rzeczywistości, teraz już dokładnie nie kojarzę, ale może tam Natalkę czy Julkę wygrał lepszy człowiek po prostu. Pamiętam różnicę pomiędzy facetami, ale już np. kobietki mniej kojarzę. W każdym razie skojarzyłem to tej sobotniej nocy, kiedy na balkonie z kobietą spełnioną, czyli taką, co to w miarę świeżo znalazła miłość życia, ścierał się cyniczny bohater (ale nie ja, nie Smoczy, to zresztą w ogóle nie jest ważne, kto, nikt najlepiej, bo to jest refleksja ogólna). On mówił tak - A kojarzycie ten serial, ja jestem wielkim fanem, How I Met Your Mother, tam jest taka postać Barney, którego mam za skondensowaną do jednego człowieka esencję XXI wieku, tak to teraz działa, seks, seks, przygodny seks. No to patrzymy na siebie ze Smoczym, bo oczywiście znamy legen - wait for it - dary Barney'a Stinsona, np. z Cytatem z roboty też byśmy tak spojrzeli i jeszcze dodali słowo awesome! Wszak Barney musi budzić podziw każdego młodzieńca, który znajduje się na tym życiowym etapie jebaka wannabe.
To oczywiście jest taka rozmowa, w której słabo uczestniczę, to prawdopodobnie jest jeden z mocniejszych powodów mojego niepicia, sam właściwie nie wiem, co by ze mnie wylazło, po której stronie bym się opowiadał, czy właśnie tak bym skończył, tego się obawiam. Żeby tylko nie wypowiadać się natchnionym głosem o miłości, albo braku miłości, to już lepiej o ogólnej kondycji świata, albo najlepiej o grach rpg (role playing games, to niby nie jest o miłości?).
Bohaterka spełniona objawiała różnorakie prawdy, np. jeśli zależy Ci na kobiecie, to zostań jej przyjacielem, przyuważ na imprezie jak płacze i hop, Twoja, pocieszycielu, tutaj nawet można zmieniać kolejność. Albo mówi o koleżance dwudziestoletniej, która ma osiemdziesięcioletniego mężczyznę i kochają się, upite głosy od razu mówią hajs, jak ich podpuściła, bo on mieszka u niej i hajsu nie ma. Raczy bohatera cynicznego tymi historiami, aż ten nie wytrzymuje i się rozkleja i nagle wątek jednej kobiety, którą czasem wspominał nabiera pierwszorzędnego znaczenia - bo to już rok, jak ona.
No i podsumowanie jest takie, że potwornie paraliżujące poczucie krzywdy nosimy w sobie. Żeby pękło, something must break, nanoszą się czasoprzestrzenie.
Wracałem chyba pierwszym metrem i wpadłem na pomysł, że żeby nie mieć poczucia krzywdy z powodu przespanych wyborów, wstąpię do komisji od razu z rana, właśnie otworzyli. Od kiedy mam prawo głosu zbierałem się pół godziny przed zamknięciem, a tu proszę, jak obywatelsko zakończony dzień drugi weekendu, wrócić, przespać się i niespodziewany dzień trzeci w postaci niedzieli poświęcić na doskonałe tracenie czasu. Inna sprawa, że kolejne dni też mi tak potrafią schodzić, siedzę w pracy i do głowy wpadają słowa, nie od razu wiem skąd, że ciepłe powietrze unosi mnie wysoko.
Od pisania boli mnie dłoń, to chyba naprawdę zapomniałem, jak się trzyma długopis. Powrót do tradycji wpisów zebraniowych, fajnie, że nie boli mnie nic po rowerze, a była taka trzytygodniowa chyba przerwa, różnie się tłumaczyłem, głównie przesadną temperaturą. Wróciłem nań wczoraj i w poniedziałek, jest w okolicy sporo równego, słabo uczęszczanego asfaltu, są jakieś lasy, ulice leśne, ćwierkanie, ogarnianie ścieżek pomiędzy asfaltami.
Mam wrażenie, jakbym od miesiąca nie napisał zdania, a jeszcze dłużej nie trzymał w ręku długopisu.
Jakimś sposobem na kilka dni wyrwałem się z wirtualnego świata, w tym tygodniu, bo jeszcze w weekend biegałem po Twierdzy Smutku i Solstheim, zresztą na wyspie wciąż sporo mam do zwiedzenia. Coś się jednak przesunęło w świecie, może to to wrażenie, że od soboty do niedzieli zmieściły się trzy dni, już dawno nie widziałem, jak noc przechodzi w dzień, przesypiam to na ogół. Gadanie na balkonie, przy piwie i innych trunkach, ja niestety Johnny Walkera od Jacka Danielsa nie odróżniam, ale któryś z nich chyba. Głównie na balkonie, bo wewnątrz zebrało się kilku rpgowców i miałem wrażenie, że większość tych opinii znam z forów dyskusyjnych, do tego o Morrowindzie tylko na początku, a ja poza Elder Scrolls świata nie znam, żadne Diablo, Baldur's Gate, czy - heretyk! - Fallout pierwszy i drugi. No ale, ale, właśnie dla takich ludzi był balkon, gdzie podczas spożywania trunków toczy się rozmowy o związkach.
Mój Boże! I Twój i jakikolwiek inny, na Teutatesa i Ozyrysa-Japisa, cały Asteriksowy panteon hipnotyczny, nie mogłem być śpiący.
Oglądałem kiedyś taki film Closer, nawet coś o nim ze Smoczym mówiliśmy, który to, mając mnie za niepoprawnego romantyka, głośno radował się zimnem i cynizmem i ich przewagą nad rozmemłanymi chłopcami. No jasne, rozmemłani chłopcy w pewnym momencie przestają przystawać do rzeczywistości, teraz już dokładnie nie kojarzę, ale może tam Natalkę czy Julkę wygrał lepszy człowiek po prostu. Pamiętam różnicę pomiędzy facetami, ale już np. kobietki mniej kojarzę. W każdym razie skojarzyłem to tej sobotniej nocy, kiedy na balkonie z kobietą spełnioną, czyli taką, co to w miarę świeżo znalazła miłość życia, ścierał się cyniczny bohater (ale nie ja, nie Smoczy, to zresztą w ogóle nie jest ważne, kto, nikt najlepiej, bo to jest refleksja ogólna). On mówił tak - A kojarzycie ten serial, ja jestem wielkim fanem, How I Met Your Mother, tam jest taka postać Barney, którego mam za skondensowaną do jednego człowieka esencję XXI wieku, tak to teraz działa, seks, seks, przygodny seks. No to patrzymy na siebie ze Smoczym, bo oczywiście znamy legen - wait for it - dary Barney'a Stinsona, np. z Cytatem z roboty też byśmy tak spojrzeli i jeszcze dodali słowo awesome! Wszak Barney musi budzić podziw każdego młodzieńca, który znajduje się na tym życiowym etapie jebaka wannabe.
To oczywiście jest taka rozmowa, w której słabo uczestniczę, to prawdopodobnie jest jeden z mocniejszych powodów mojego niepicia, sam właściwie nie wiem, co by ze mnie wylazło, po której stronie bym się opowiadał, czy właśnie tak bym skończył, tego się obawiam. Żeby tylko nie wypowiadać się natchnionym głosem o miłości, albo braku miłości, to już lepiej o ogólnej kondycji świata, albo najlepiej o grach rpg (role playing games, to niby nie jest o miłości?).
Bohaterka spełniona objawiała różnorakie prawdy, np. jeśli zależy Ci na kobiecie, to zostań jej przyjacielem, przyuważ na imprezie jak płacze i hop, Twoja, pocieszycielu, tutaj nawet można zmieniać kolejność. Albo mówi o koleżance dwudziestoletniej, która ma osiemdziesięcioletniego mężczyznę i kochają się, upite głosy od razu mówią hajs, jak ich podpuściła, bo on mieszka u niej i hajsu nie ma. Raczy bohatera cynicznego tymi historiami, aż ten nie wytrzymuje i się rozkleja i nagle wątek jednej kobiety, którą czasem wspominał nabiera pierwszorzędnego znaczenia - bo to już rok, jak ona.
No i podsumowanie jest takie, że potwornie paraliżujące poczucie krzywdy nosimy w sobie. Żeby pękło, something must break, nanoszą się czasoprzestrzenie.
Wracałem chyba pierwszym metrem i wpadłem na pomysł, że żeby nie mieć poczucia krzywdy z powodu przespanych wyborów, wstąpię do komisji od razu z rana, właśnie otworzyli. Od kiedy mam prawo głosu zbierałem się pół godziny przed zamknięciem, a tu proszę, jak obywatelsko zakończony dzień drugi weekendu, wrócić, przespać się i niespodziewany dzień trzeci w postaci niedzieli poświęcić na doskonałe tracenie czasu. Inna sprawa, że kolejne dni też mi tak potrafią schodzić, siedzę w pracy i do głowy wpadają słowa, nie od razu wiem skąd, że ciepłe powietrze unosi mnie wysoko.
Od pisania boli mnie dłoń, to chyba naprawdę zapomniałem, jak się trzyma długopis. Powrót do tradycji wpisów zebraniowych, fajnie, że nie boli mnie nic po rowerze, a była taka trzytygodniowa chyba przerwa, różnie się tłumaczyłem, głównie przesadną temperaturą. Wróciłem nań wczoraj i w poniedziałek, jest w okolicy sporo równego, słabo uczęszczanego asfaltu, są jakieś lasy, ulice leśne, ćwierkanie, ogarnianie ścieżek pomiędzy asfaltami.
środa, 23 czerwca 2010
Okoliczności, tła, warunki atmosferyczne
[1] Bardzo ciepły poranek daje siłę do obudzenia się godzinę przed budzikiem, wstania razem z budzikiem i wykradnięcia z siostrzanego pokoju żelazka. Prasuję spodnie i nie prasuję koszuli, tylko biorę taką z krótkim rękawem lnianą, skoro już teraz jest ciepło. Chyba pierwszy taki raz w tym roku, że wychodzę z domu z gołymi rękoma. Takim zmarźluch w tych latach i to całe zimno poranne jest zdaje się główną przyczyną moich odnośnie świata bajkowości wątpliwości. Na wszelki wypadek i tak mam w torbie bluzę.
[2] Autobus jest już gorący, czyli zaczynam żałować podkoszulka. Ale jak tu nie mieć podkoszulka w korporacyjnej pracy, nosić plamy potu na wierzchu. Niech plamy potu będą pod spodem, a na wierzchu ten kołnierzyk i len, to lekkie i ładne. Dosyć jest w tym busie tłoczno, dosyć też tłoczno jest na drodze, więc mam pewne opóźnienie, co na szczęście nie oznacza spóźnienia. Wjeżdżamy na Marymont i rozkminiam, czy podjedzie do przystanku i nawróci, czy zajedzie na pętlę, nie mogę wyczuć który kurs ma pierwszą opcję, lepszą, bo nie trzeba się do metra przebijać pięcioma pasami. Nie pamiętam nic z drogi poza słońcem.
[3] W metrze tłoczno, mogę sobie z zegarem policzyć opóźnienie. W metrze są miejsca dla wózków, czego w sumie nie wiem, ale widząc panią z wózkiem - przepuszczam ją przodem. Bo nie muszę wiedzieć, że tam u góry jest naklejka przecież. Na następnej stacji wbija się kolejna, okej, mieścimy się. A na następnej trzecia, z bliźniakami i z niejakimi problemami. I podnosi hałas, że jej miejsca nie robią, wskazując na tę naklejkę, o której się dzisiaj dowiedziałem. Pewien pan sugeruje, że mogłaby jednak poczekać, używając jednak błędnego argumentu, że tutaj ludzie do pracy jadą. No więc mnie się wydaje, że mogłaby poczekać po prostu dlatego, że w wagonie stoją już dwa wózki i tak jakby na więcej nie ma miejsca, w tej specjalnej wózkowej przestrzeni, co wcale nie jest winą pana spieszącego do pracy. Wręcz rzekłbym, że to lekko nieodpowiedzialne, wciskać się z dziećmi w ten tłok i mieć pretensje, że na rehabilitację - to trzeba było wyjść dziesięć minut wcześniej na wypadek przygód. Bo to nie jest tak, że tam zawsze tyle wózków, widziałem dzisiaj miesięczną statystykę wózków w tej godzinie. Z tłumu odzywa się głos, że chamstwo (do pana), a mnie jakoś wstyd za nas wszystkich i nie wiem dlaczego niby za siebie, skoro od początku stoję w legalnym miejscu i nie mam jak się bardziej kompresować.
[4] Okoliczności zbiegają się wygodnie, wjeżdżam windą z typem kanapkowcem, na wejściu mam od kogo pożyczyć piątaka i zapewniam sobie jedyną taką kanapkę ze skrzynek - czyli jest obiad. A ja nawet mam w szufladzie piątaka do oddania. Wiem, kto doceni taki dowcip bardziej niż ja i dostaję odpowiedź, że made my day. Później sprawdzam www Lampy i okazuje się, że w tym roku też będzie na dzień dziecka i że właściwie that made my day. Serio.
[5] W przerwie nie ma towarzystwa na spacer, siadam pod liśćmi, wydaje mi się, że to najbardziej szumem otoczona ławka. Wprawdzie przed ławką stoi śmietnik, centralnie, to jakby psuje kompozycję, ale wiesz, to by chyba było fajne, taka scena, że siedzą na wydzielonej szumem liści ze świata ławce i kosz z wystającą czarną folią nie zabija naiwnej romantyczności. Tak sobie siedzę, chmurzy się, więc jednak idę, bo bluza w biurze.
[6] Przy Polu Mokotowskim jest plac zabaw. Na placu zabaw nie ma dzieci, za to jest czterech gości z tej samej firmy, ale z innego kraju. Siedzą na karuzeli, kręcą się, śmieją. Niespodziewanie dostrzegam w nich człowieka.
[7] Z naprzeciwka idzie samotny człowiek, starszy przynajmniej dwukrotnie, a może jeszcze pół. Idzie szybko, pewnie. Widzę w nim coś znajomego, tylko nie wiem co, może podobnie szybko idziemy. I wtedy on patrzy na zegarek i już wiem na pewno, że to nie jest dla niego sielski spacer po parku, tylko wyścig wokół w biurowej przerwie. Trochę jesteśmy inni.
Chmurzy się. Dzień trwa.
P.S. Przemyślane i ostrożne korzystanie z parkowej infrastruktury zabawowej przez osoby powyżej dziesiątego roku życia to jeszcze nie jest wandalizm!
[2] Autobus jest już gorący, czyli zaczynam żałować podkoszulka. Ale jak tu nie mieć podkoszulka w korporacyjnej pracy, nosić plamy potu na wierzchu. Niech plamy potu będą pod spodem, a na wierzchu ten kołnierzyk i len, to lekkie i ładne. Dosyć jest w tym busie tłoczno, dosyć też tłoczno jest na drodze, więc mam pewne opóźnienie, co na szczęście nie oznacza spóźnienia. Wjeżdżamy na Marymont i rozkminiam, czy podjedzie do przystanku i nawróci, czy zajedzie na pętlę, nie mogę wyczuć który kurs ma pierwszą opcję, lepszą, bo nie trzeba się do metra przebijać pięcioma pasami. Nie pamiętam nic z drogi poza słońcem.
[3] W metrze tłoczno, mogę sobie z zegarem policzyć opóźnienie. W metrze są miejsca dla wózków, czego w sumie nie wiem, ale widząc panią z wózkiem - przepuszczam ją przodem. Bo nie muszę wiedzieć, że tam u góry jest naklejka przecież. Na następnej stacji wbija się kolejna, okej, mieścimy się. A na następnej trzecia, z bliźniakami i z niejakimi problemami. I podnosi hałas, że jej miejsca nie robią, wskazując na tę naklejkę, o której się dzisiaj dowiedziałem. Pewien pan sugeruje, że mogłaby jednak poczekać, używając jednak błędnego argumentu, że tutaj ludzie do pracy jadą. No więc mnie się wydaje, że mogłaby poczekać po prostu dlatego, że w wagonie stoją już dwa wózki i tak jakby na więcej nie ma miejsca, w tej specjalnej wózkowej przestrzeni, co wcale nie jest winą pana spieszącego do pracy. Wręcz rzekłbym, że to lekko nieodpowiedzialne, wciskać się z dziećmi w ten tłok i mieć pretensje, że na rehabilitację - to trzeba było wyjść dziesięć minut wcześniej na wypadek przygód. Bo to nie jest tak, że tam zawsze tyle wózków, widziałem dzisiaj miesięczną statystykę wózków w tej godzinie. Z tłumu odzywa się głos, że chamstwo (do pana), a mnie jakoś wstyd za nas wszystkich i nie wiem dlaczego niby za siebie, skoro od początku stoję w legalnym miejscu i nie mam jak się bardziej kompresować.
[4] Okoliczności zbiegają się wygodnie, wjeżdżam windą z typem kanapkowcem, na wejściu mam od kogo pożyczyć piątaka i zapewniam sobie jedyną taką kanapkę ze skrzynek - czyli jest obiad. A ja nawet mam w szufladzie piątaka do oddania. Wiem, kto doceni taki dowcip bardziej niż ja i dostaję odpowiedź, że made my day. Później sprawdzam www Lampy i okazuje się, że w tym roku też będzie na dzień dziecka i że właściwie that made my day. Serio.
[5] W przerwie nie ma towarzystwa na spacer, siadam pod liśćmi, wydaje mi się, że to najbardziej szumem otoczona ławka. Wprawdzie przed ławką stoi śmietnik, centralnie, to jakby psuje kompozycję, ale wiesz, to by chyba było fajne, taka scena, że siedzą na wydzielonej szumem liści ze świata ławce i kosz z wystającą czarną folią nie zabija naiwnej romantyczności. Tak sobie siedzę, chmurzy się, więc jednak idę, bo bluza w biurze.
[6] Przy Polu Mokotowskim jest plac zabaw. Na placu zabaw nie ma dzieci, za to jest czterech gości z tej samej firmy, ale z innego kraju. Siedzą na karuzeli, kręcą się, śmieją. Niespodziewanie dostrzegam w nich człowieka.
[7] Z naprzeciwka idzie samotny człowiek, starszy przynajmniej dwukrotnie, a może jeszcze pół. Idzie szybko, pewnie. Widzę w nim coś znajomego, tylko nie wiem co, może podobnie szybko idziemy. I wtedy on patrzy na zegarek i już wiem na pewno, że to nie jest dla niego sielski spacer po parku, tylko wyścig wokół w biurowej przerwie. Trochę jesteśmy inni.
Chmurzy się. Dzień trwa.
P.S. Przemyślane i ostrożne korzystanie z parkowej infrastruktury zabawowej przez osoby powyżej dziesiątego roku życia to jeszcze nie jest wandalizm!
wtorek, 22 czerwca 2010
Kariera, dwie bomby, mech... Kariera, dwóch szefów, ech...
Gonitwy po knajpach ciąg dalszy, choć nie zawsze mnie do nich ciągnie. Do Hydrozagadki wyciągałem ja, osobiście, Bazylego z Herbacianą, skoro wcześniej nie wyciągnęli się do Time Cafe. Był to niewątpliwy argument w rozmowie z Cyganem, który mi mówi, że ma takiego znajomego, że typ melancholik, że sam nigdzie nie chodzi, że tylko wyciągnięty. To nie tak! Nawet jeśli na ogół. I to jest pierwsza część tytułu, bardzo sympatyczna, nawet jeśli nie sprawdziliśmy De La Cure. Ale właśnie, właśnie, widać, że zjechali się bywalcy Dujera, bo nawet na Makach się taki tłumek zebrał, prawda, zostawiając pod sceną jakąś bezpieczną strefę. Ja ich tam bardziej lubię nawet niż MKL, pewnie dlatego, że nie mają płyty, więc ani nie mogłem ukraść, ani kupić i tylko koncertowo, z tą samą makową niechęcią niezależnie od godziny (to może już skończymy?). Za chwilę bombowy przerywnik i pod scenę pchają się roztańczone emkaelki, zespół gra swoje ładne piosenki i nawet Maliny pod koniec (przed obowiązkowym szejkiem), które mam do teraz w głowie.
Co niestety nie zmienia faktu, że trwam w takim stanie, w którym potrafię uświadomić sobie miałką pomyłkę, np. że wszystkim pytającym, mówię, że w autobusie teraz Passent, mając na myśli Pilcha i obrazić z tego powodu na siebie. Niedodzwanialna coś mówiła o Passencie i pewnie tak mi się przestawiło, zgrało, ale kiedy sobie nagle uświadamiam, no to jest mi niewesoło. Jakby to kogoś interesowało, jakby ktoś zauważył. Rok temu na dzień dziecka kupiłem Lampę, książkę i płytę, a teraz to nawet nie mam ochoty, przez to wszystko, to znaczy przez nic. Bym tylko siedział, bym tylko grał (po próbie z Oblivionem wróciłem do Morrowinda i mam zamiar przejść dodatki, bo kiedyś było lepiej). Siostra mi chyba wyniosła rower, do zsypu, więc nawet nie spogląda, nie łasi się, Smoczy proponuje, a ja nie dzwonię.
I wczoraj knajpa piwna, z tych co to same warzą, mają fajne kelnerki, które raz mówią japkowy, a raz jabłkowy, a czasem coś pomiędzy i ja właściwie nie jestem już pewien wymowy. Tylko tym razem niechętnie, no bo to tylko kariera, to spotkanie integracyjne z wyższym szczeblem, kiedy należy się choćby i fałszywie uśmiechać. Wytrzymałem dwie godziny i pod byle pretekstem uciekłem, chyba nawet się nie wysilałem na zmyślny pretekst. Bo ja bardzo nie lubię się fałszywie uśmiechać, żebym chociaż siedział w drugim końcu stołu i mógł legalnie obmówić. Ale nie, ramię w ramię, oko w oko i nieśmiertelne - wypijesz z nami, to będzie ten pierwszy wieczór, kiedyś musisz, musisz napić się piwa z nami, musisz. To nie jest pierwszy raz, są tacy, że rozumieją i czuć, że żart i błysk w oku, to Głaz, my man, oto człowiek! Kiedyś obejrzymy jakiś mecz, ale może w lekko okrojonym składzie. Ja może z tych meczy niewiele rozumiem, poza atmosferą przed telewizorem.
To w ogóle jest charakterystyczne dla wyższego szczebla, z tym piciem, właściwie każdy wyższy szczebel, z którym miałem styczność (czyli do literek V i P), koniecznie musi się napić i reaguje na niepicie zakłopotaniem, obrażeniem i okresowymi próbami wymuszenia. Mistrzem był w tym względzie menadżer działu kadr, czyli żeby to poważniej brzmiało, skoro firma ponadnarodowa (ponoć) - HR manager. Takie mam wrażenie, że osobie pełniącej taką funkcję nie wypada mówić - Te trzy piwa twoje, musisz!
Ej, wcale nie demonizuję.
A dzisiaj przychodzi sms o dniu na żądanie, to chytrze odpisuję, że fakt, za zimno na czerwiec i bunt słuszny. A wczoraj urodzinowy telefon w pomylonej dacie, takie są najlepsze - bo widać, że nie powiadomienie z nk/fb/gr/ms/whatever, tylko ktoś o tobie pamięta. Tak naprawdę to w sobotę.
Co niestety nie zmienia faktu, że trwam w takim stanie, w którym potrafię uświadomić sobie miałką pomyłkę, np. że wszystkim pytającym, mówię, że w autobusie teraz Passent, mając na myśli Pilcha i obrazić z tego powodu na siebie. Niedodzwanialna coś mówiła o Passencie i pewnie tak mi się przestawiło, zgrało, ale kiedy sobie nagle uświadamiam, no to jest mi niewesoło. Jakby to kogoś interesowało, jakby ktoś zauważył. Rok temu na dzień dziecka kupiłem Lampę, książkę i płytę, a teraz to nawet nie mam ochoty, przez to wszystko, to znaczy przez nic. Bym tylko siedział, bym tylko grał (po próbie z Oblivionem wróciłem do Morrowinda i mam zamiar przejść dodatki, bo kiedyś było lepiej). Siostra mi chyba wyniosła rower, do zsypu, więc nawet nie spogląda, nie łasi się, Smoczy proponuje, a ja nie dzwonię.
I wczoraj knajpa piwna, z tych co to same warzą, mają fajne kelnerki, które raz mówią japkowy, a raz jabłkowy, a czasem coś pomiędzy i ja właściwie nie jestem już pewien wymowy. Tylko tym razem niechętnie, no bo to tylko kariera, to spotkanie integracyjne z wyższym szczeblem, kiedy należy się choćby i fałszywie uśmiechać. Wytrzymałem dwie godziny i pod byle pretekstem uciekłem, chyba nawet się nie wysilałem na zmyślny pretekst. Bo ja bardzo nie lubię się fałszywie uśmiechać, żebym chociaż siedział w drugim końcu stołu i mógł legalnie obmówić. Ale nie, ramię w ramię, oko w oko i nieśmiertelne - wypijesz z nami, to będzie ten pierwszy wieczór, kiedyś musisz, musisz napić się piwa z nami, musisz. To nie jest pierwszy raz, są tacy, że rozumieją i czuć, że żart i błysk w oku, to Głaz, my man, oto człowiek! Kiedyś obejrzymy jakiś mecz, ale może w lekko okrojonym składzie. Ja może z tych meczy niewiele rozumiem, poza atmosferą przed telewizorem.
To w ogóle jest charakterystyczne dla wyższego szczebla, z tym piciem, właściwie każdy wyższy szczebel, z którym miałem styczność (czyli do literek V i P), koniecznie musi się napić i reaguje na niepicie zakłopotaniem, obrażeniem i okresowymi próbami wymuszenia. Mistrzem był w tym względzie menadżer działu kadr, czyli żeby to poważniej brzmiało, skoro firma ponadnarodowa (ponoć) - HR manager. Takie mam wrażenie, że osobie pełniącej taką funkcję nie wypada mówić - Te trzy piwa twoje, musisz!
Ej, wcale nie demonizuję.
A dzisiaj przychodzi sms o dniu na żądanie, to chytrze odpisuję, że fakt, za zimno na czerwiec i bunt słuszny. A wczoraj urodzinowy telefon w pomylonej dacie, takie są najlepsze - bo widać, że nie powiadomienie z nk/fb/gr/ms/whatever, tylko ktoś o tobie pamięta. Tak naprawdę to w sobotę.
środa, 16 czerwca 2010
Praca zaczyna się wcześnie, kiedy noc kończy późno
Więc wyszliśmy, zniesmaczeni byciem powodem pewnego zniesmaczenia, w humorach nietęgich, na pewno nie można powiedzieć, że z wywalonymi jajcami, bo przecież wtedy byśmy nie wyszli. Wyszliśmy we dwóch, trzeźwo i mniej trzeźwo, a noc była zupełnie ciepła, więc trochę bardziej i trochę mniej prosto zdążaliśmy ulicą Pereca, ale nie tego, o którym cokolwiek wiem, a który zdaje się wiele wiedział o życiu i pewnie takich gaf nie popełniał. Wyszliśmy z tego modnego klubu, do którego trafiliśmy nie inaczej niż przypadkiem i przecież w żadnym wypadku z własnej winy, albo nawet chęci, bo my wiemy! My wiemy, że zachowanie nasze jest bądź co bądź dziecinne, do modnych klubów w żadnym wypadku nie przystaje i jedynie przypadkiem nasze zaprzyjaźnione towarzystwo zaprosiło nas - dla towarzystwa, bez złych intencji zupełnie. A myśmy postanowili dać szansę, sprawdzić się, stanąć w szranki z ową dojrzałą rzeczywistością klubową i, zygzakiem, przez osiedla i kebaby, trafiliśmy. Weszliśmy bez płacenia, zostawiliśmy torby i toboły, przywitaliśmy się i z całych sił próbowaliśmy. Ja próbowałem, no bo pytałem przecież, pst, słuchaj, po co są te chwile, kiedy każdy patrzy w inną stronę i na nikogo konkretnego i jest cisza. Albo o co chodzi z tą bliskością, oni się bez przerwy łapią za dupy, a jeśli dobrze rozumiem, to razem nie są, a tamta zaręczona, tak? Ta całkiem sympatyczna, a tamta jak się uśmiechnie, co robi bez przerwy, to wypada rzec jak Kalina Jędrusik - Mój Boże! - jakby słońce w tej piwnicy wschodziło, pomimo fajka w zębach. A słuchaj, jeśli ja mówię, że pomimo fajka, to to coś znaczy, nie? I tak to trwało, to niebieskie coś za cztery złote, to jest tanio, nawet tańce, towarzyskie kuksańce, a mnie kiedyś siostra nauczyła kilku trików z disko-samby, więc z nauczoną koleżanką mogliśmy mieć poczucie błyszczenia na parkiecie. Ja miałem, a później nie miałem z koleżanką nienauczoną, ale o błyszczącym uśmiechu, więc coś za coś, jeszcze mam czas nauczyć się tańczyć. I imieninowe sto lat, okej, mogę. I niewywalone jajca, bo jak tu jajca wywalić w okrągłej loży, gdzie sam kształt siedziska jest cokolwiek krępujący i niejako wymusza ucisk... no, wiesz czego, nie dupy w każdym razie. Aż pewien pan, domyśliwszy się najwyraźniej, co mnie uwiera, podchodzi niespiesznie, z twarzą wyrozumiałą, pucołowatą nieco, jak cherubinek, tylko z wejrzeniem takim, z takimi w oczach kurwikami troszeczkę i mówi - Słuchajcie, bo chyba nie rozumiecie, ale to nie jest przedszkole. To nie jest plac zabaw i jesteście tu li tylko przez wzgląd na owe urodziny wyśpiewywane. Ja poprawiam, że imieniny, to kurwiki mu się w oczach ćmią, bo chyba nie rozumiem, a kiedy to się dzieje, to ja zaczynam rozumieć, że on mój ból i ucisk zrozumiał, i daje mi szansę na upust, najpiękniej w świecie mnie ratuje i mogę legalnie, na kurwie, opuścić lokal, z którym się niezbyt zrozumieliśmy. Bo on mi to wytłumaczył - To jest jeden z najmodniejszych klubów w Warszawie! A nie jakieś!
Więc szliśmy w stronę Centralnego i ja byłem bardzo wyrozumiały, oraz miałem pewną frajdę z prób zrozumienia, dostrzeżenia rzeczy, które mój towarzysz pod wyraźnym wpływem tego niebieskiego uważał za bardzo naturalne i godne dostrzeżenia. Jak płotki przy chodniku, albo billboardy Calzedoni (no dobra, to łatwe). Ale kopanie papierowej torby na środku jezdni to mniej, albo pokazywanie faka losowym ludziom w czarnym BMW, a bo oni mi pokazują faka, kiedy ja rowerem tędy. Oczywiście w momencie kopania torby podjeżdża straż miejska i zaczyna wysyłać dosyć wyraźne sygnały zainteresowania, to jest dostosowuje się do naszego niespiesznego tempa, dając przykład nadzwyczajnych uzdolnień z dziedziny kierowania furgonetkami, bo jeśli my idziemy lekkim zygzakiem, sinusoidalną trasą w kierunku Mariottu, to oni muszą jechać jeszcze wolniej, niż my idziemy. Więc szacun, ale tylko przez chwilę, bo w krytycznym momencie zaczyna padać deszcz. Więc oni jadą dalej, a mój towarzysz, jak już wspomnieliśmy, w stanie jakiejś rozszerzonej świadomości, od razu wie - Bo ich nigdy nie ma jak pada! Tylko jak nie pada, to są i mnie zawsze chcą za browar spisać i spisali i co z tego, ale jak pada, to już ich nie ma!
Więc szliśmy w stronę Centralnego i ja byłem bardzo wyrozumiały, oraz miałem pewną frajdę z prób zrozumienia, dostrzeżenia rzeczy, które mój towarzysz pod wyraźnym wpływem tego niebieskiego uważał za bardzo naturalne i godne dostrzeżenia. Jak płotki przy chodniku, albo billboardy Calzedoni (no dobra, to łatwe). Ale kopanie papierowej torby na środku jezdni to mniej, albo pokazywanie faka losowym ludziom w czarnym BMW, a bo oni mi pokazują faka, kiedy ja rowerem tędy. Oczywiście w momencie kopania torby podjeżdża straż miejska i zaczyna wysyłać dosyć wyraźne sygnały zainteresowania, to jest dostosowuje się do naszego niespiesznego tempa, dając przykład nadzwyczajnych uzdolnień z dziedziny kierowania furgonetkami, bo jeśli my idziemy lekkim zygzakiem, sinusoidalną trasą w kierunku Mariottu, to oni muszą jechać jeszcze wolniej, niż my idziemy. Więc szacun, ale tylko przez chwilę, bo w krytycznym momencie zaczyna padać deszcz. Więc oni jadą dalej, a mój towarzysz, jak już wspomnieliśmy, w stanie jakiejś rozszerzonej świadomości, od razu wie - Bo ich nigdy nie ma jak pada! Tylko jak nie pada, to są i mnie zawsze chcą za browar spisać i spisali i co z tego, ale jak pada, to już ich nie ma!
Subskrybuj:
Posty (Atom)