piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

poniedziałek, 7 lipca 2025

Podsutygodniowanie

 pon.

Dziwny dzień, pełen napięcia. To nie dzieje się tylko w głowie, to się rozlewa na całe ciało, właściwie to jakby promieniuje, jak, no, słońce, gdzieś od splotu słonecznego. Czy to stąd nazwa?

Ale wbicie na kilka godzin zajęć u Cudownej to zapomnienie. Jeszcze w drodze dużo irytacji, łażenie po sklepach za różowym t-shirtem, zgadaliśmy się na takie tego dnia. Im więcej ludzi wokół tym większy stres - centra handlowe to nigdy nie była moja filiżanka herbaty.

Przeminęło z tańcem.

wt.

Niewiele lepiej, w poszukiwaniu wytłumaczenia dochodzę do wniosku, że mimo planu żeby nie przejmować się nikim, jednak się przejmuję wszystkimi. Ukłucia zazdrości o Salto, o MonkeyG (ile dziewczyn do podobania się na raz jest legalne?), no ale uśmiechy do dziesięć, jak nie więcej, lat młodszego Toma Cruise'a nie dziwią przecież. Zresztą, młody i przystojny typ na zajęciach to na dobrą sprawę zdejmuje ze mnie całą presję, nie dość że nie jestem już jedynym rodzynem, to nikt już na mnie nie patrzy, bo i na co. Wywalam to z siebie drukowanymi wołami w notatnik, jadę wieczorem na zumbę. Jest tak sobie, nie drę ryjona wcale.

śr.

Ogólnie trochę lepiej. Na wieczorne zajęcia dociera ulubiona Rada, wulkan energii, moja ulubiona młodsza siostrzyczka. Nieźle mi tego dnia wychodzą rzeczy, robimy Mike'a Tysona, ruch wstępnie jakoś znany z zajęć u Cudownej, kilka miesięcy temu. Nawet na drugiej godzinie, kiedy wchodzi choreo, pamięć w miarę działa. Cieszę się, że była moja dance-sis i ogólnie nawet z siebie jestem zadowolony.

czw.

Oglądamy z Salty Supernatural, ostatnie sesje przed jej urlopem. Pewnie nie chciałoby mi się samemu, ale z kimś to jest dobrze spędzony czas. A sam to sobie obejrzałem w tym tygodniu Reachera. No i wziąłem się za książkę od Wiedzącej Czego Chcącej, stopniowo się wkręcam w tego Sandersona. Potrzebuję coś konsumować, żeby coś samemu robić, inaczej nie ma paliwa na słowa, obrazy, myśli.

Na treningu Cudowna prosi o więcej luzu. Cudowna, dla Ciebie chciałbym wszystko. Ale może nie będę na razie tłumaczył, że wprawdzie taniec jest fantastyczny, ale przede wszystkim pracuję tu nad jakimiś traumami, depresją, fobiami społecznymi.

Przed treningiem dziewczęta robią warkocze, żartuję że mnie też. Trzęsę się przy dotyku, to stres, choć Landrynę znam już te pół roku i lubię przecież.

pt.

Jazda po mieście za ciuchami na nagrywki u Cudownej. Ostatni trening, wylatywanie z choreografii. Z gówna bicza nie ukręcisz? Tom Cruise ma miejsce, niektórzy to mają fajnie, że nie muszą trenować, tj. moje godziny poszły w las, a byłem chyba jako jedyny na wszystkich, czyli ze dwa razy więcej. Nie potrzebuję się nad sobą tak znęcać. No i lubię typa, podziwiałem od początku, ma luz jak Rada.

so.

Nagrywki są ekstra. Nie idzie mi, ale tańczę wszystko, nawet jeśli w ostatnim rzędzie. Taki tam, statysta, zasłaniają mnie zawsze wymiatacze. Chodzimy w fajne miejsca w okolicy szkoły, nawet trochę małpuję na jakiejś bramce. Jest w tym dużo śmiechu i mało uśmiechów skierowanych tam gdzie w sumie może mimo wszystko powinienem? Nie po to tam jestem, bawię się pysznie.

Siedzimy na plaży później wszyscy, nigdy tak nie siedziałem nad Wisłą na plaży. Mam ochotę na siatkówkę w kółeczku (może to ten Tom Cruise robi takie skojarzenia), nie mamy piłki i ciężko powiedzieć czy moje palce, nieustannie kontuzjowane, wytrzymałyby taką zabawę. Może się odezwać do Bazyla i Herbacianej?

Idę później na zumbę, jestem kolorowy jak nigdy, wciąż w różowo-biało-niebieskich barwach Cudownej i mam poczucie że wszystko pięknie mi wychodzi. Note to self - luźniejsze ciuchy robią różnicę!

nie.

Słabo że przegapiam ostatnio zapisy na jogę, potrzebuję tego. Zumba u Damy Pchełek taka sobie, od kiedy wbijam raz na tydzień czy dwa, zapominam układy do piosenek i wtedy o wiele mniej mi się to klei. Za to fantastyczną jest nowa choreografia na commercialu u Cudownej, wiadomo. Mam wyrzuty sumienia że nie zostaję na drugą godzinę, ale skończył mi się karnet open, dopóki nie znajdę pracy potrzebuję być ostrożniejszy z finansami.

P.S. To fajne ilu ludzi nagle dostaje xywki! I wszystkich ich lubię!


poniedziałek, 30 czerwca 2025

To że masz paranoję nie oznacza że oni nie chcą cię dorwać (but in a good way, I guess)

Gdzieś po drodze zniknęła z zajęć Różyczka - choć nadal mamy sporadyczny kontakt na insta. Ogólnie rzecz biorąc, to nie wiem nic, nie powiedziała, dlaczego odpuszcza (znaczy powiedziała coś w co nie do końca wierzę, ale przecież sam mówiłem takie rzeczy też), no ale mam swoje podejrzenia, bo przecież był taki moment, że i ja odpuściłem. Opadło we mnie wszystko kiedyś, kiedy usłyszałem plotkę, że zadzieram nosa, od kiedy się uczę tańczyć też, a do tego robię przykrości instruktorkom.

Dżizaskurwajapierdoleitpitd - jak mógłby zadzierać nosa ktoś, kto z trudem patrzy na samego siebie w tych lustrach, a bez luster i tak czuje się jeszcze durniej?

Instruktorkom, czyli komu? No, Damie Pchełek, z którą relacja przecież wydawała się na przełomie 24/25 wreszcie całkiem wyregulowana i poprawna, a za chwilę kazała spadać na drzewo, czego nie da się powiedzieć w miły sposób, w jak ładne słówka by się tego nie ubierało. No i od razu te plotki. Przeszło mi po dłuższej przerwie, choć teraz to poza zajęciami unikam DP jak ognia. Wiem że Różyczka po drodze też miała z nią jakieś przygody, każdy sobie tę relację rozwiązuje po swojemu.

A może sobie dopowiadam bez sensu, ale przecież ciężko myśleć o tym inaczej, jeśli Różyczka była godzinową rekordzistką ptasiego teamu. I to pomimo wyjazdów!

W każdym razie ten zryw w kierunku celebrowania dnia urodzin pokazałem też na insta, wylistowałem pod tym kątem mniejsze grono, tj. mam tam kilka koleżanek z zumby, które czasem zapytają czy ze mną ok., jak mniej chodzę, to jest super, ale nie chciałem żeby wszyscy wiedzieli, że te urodziny mam. No więc Różyczka wiedziała, Lawyer Spice wiedziała, tyle. A kiedy wszedłem na drugi dzień na salę po przerwie spowodowanej zmordowaniem łydek, to na wejściu rozpostarła ręce do przytulenia Serce Sali, mam z nią taką historię wczesną z Kapitanem, że jest moją trzecią trenerką w tej dziedzinie.

Skąd to przytulenie? Tylko Różyczka mnie tak witała. Hej, no potrzebuję tego, jak każdy. Nie pytałem o szczegóły, choć paranoja jest taka, że te dziewczyny mają jakąś grupę wiadomości na temat dziecka specjalnej troski, znaczy mnie i może jednak wiedziała o urodzinach. Ostatecznie to chyba dobrze, c'nie?

-

Zajeżdżam się znowu, poszedłem wczoraj na zumbę, choć miałem w perspektywie trzy godziny u Cudownej. A dziś kolejne cztery. Nie wiem czy znów wczoraj Cudownej nie podpadłem, na wszelki wypadek złapię trochę dystansu, wejdę dziś do szkoły prawie równo z dzwonkiem, czasem mam wrażenie, że potrzebuje ode mnie odpocząć. To nie jest jakieś takie przerażliwione i drażliwe wrażenie, myślę że to jest ok., odczytać tak pewne komunikaty i odpuścić. Ja na lekach mniej się boję gadać, co mi ślina na język przyniesie, wcześniej bałem się gadać cokolwiek, to też trzeba w samym sobie podregulować pewnie, co warto, czego nie warto. Wiem, że bawią mnie często jakieś trzecie, czwarte kroki w żarcie o którym pomyślałem i wychodzę na dziwaka, dopiero tam zaczynam, nikt nie rozumie ocb. Albo zapamiętuję co ludzie mówili, później mi się to kojarzy, a im się kojarzy, że to może jednak kiepsko coś przypominać, wyciągać z innych zajęć. Pewnie powinienem być cichszy, wyjdę na tajemniczego!

Jest we mnie ta obawa, że za dużo entuzjazmu znów się skończy jakimś "idź sobie", trzy razy zastanawiam się, czy powinienem przerobić zdjęcie z przygotowań do pokazu na wersję z kamehamehami, ale jednak się decyduję. Czyli czasem jednak pomyślę, nie wszystko jest na rympał!

Jak to leciało, między bodźcem a reakcją jest miejsce na wolność wyboru?

-

Sypie mi się klawiatura, ma lekko ponad rok, chyba już nigdy nie kupię mechanicznej. Potrzebuję wymienić switch w lewym shifcie, albo wyczyścić, to ma być w sumie zaleta, że da się je samodzielnie serwisować. Może jeszcze będzie spoko. Próbowałem ostatnio wrócić do MS Designer Keyboard, ale brakuje przycisków nawigacyjnych do tekstu, uwielbiam ją, ale zostanie tylko na wyjazdy, bo jednak Home/End itp. to mój chleb powszedni, tym bardziej jeśli się wróciło intensywniej do blogowania (nawet na NWO!). Do tego niedawno kupione słuchawki bezprzewodowe coś się fochują i grają po cichu, sprawdzę czy aby restart telefonu nie pomoże, ale jeśli nie, to w sumie nie wiem co.

(Znalazłem właśnie że słuchawki mają własną oddzielną od telefonu regulację głośności, wszystko gra przynajmniej tutaj, uff!)

Pralka też wygląda jakby jednak coś było nie tak, wstawiłem dziś ją i znów trzeba było spuszczać wodę z filtra żeby otworzyć. Not cool, kiedy właśnie straciłem pracę, żeby się zaczynały sypać różne drogie rzeczy. Pewnie równolegle z szukaniem roboty warto rozglądać się za lokatorem.

Na razie napięcie rośnie, niestety. Zniknęła oferta pracy, która mnie jakoś interesowała, nawet nie zdążyłem spróbować. No ale recesja to recesja.

-

A urodziny były zupełnie fajne, bez zadęcia, bez spiny, zresztą przyjechałem do przyjaciół przede wszystkim zrobić naleśniki, zamówić pizzę na kolację i przez kilka godzin w ogóle nie byłem pewien, czy się przyznawać, co to za impreza. Ale jednak się przyznałem, postawiliśmy na pizzy świeczki, odśpiewano mi sto lat, ich chłopaki są wyćwiczeni po zjazdach rodzinnych, lecą bez końca tę upiorną piosenkę. Wcześniej pograliśmy w Wipeouta, ależ to jest dobre, może warto sprawdzić, czy ta wersja z PS3 może wreszcie już się dobrze emuluje na PC? No bo kupować PS5 czy nawet PS4 pod tę wersję odpicowaną na maxa to jednak głupio. A swojego PS3 z Krańca Świata nie zabiorę, na pewno korzystają częściej niż ja.

Może pogram na przełomie lipca i sierpnia, kiedy jadę do opieki nad kotami.

W ogóle historia dnia tamtego jest taka, że nauczyłem młodszego z chłopaków robić miotełkę, tj. taki ruch rodem z break dance'u, którego nauczył mnie ze trzydzieści lat temu Najlepszy Wujek Na Świecie. Kiedy to było, może miesiąc temu. No i teraz on to już potrafi na pewno lepiej ode mnie, a jak pokazał w szkole, to później występował z tą miotełką na jakiejś gali zakończenia roku chyba, gdzie dzieciarnia tańczyła.

Dumnym! To teraz trzeba samemu opanować flare... Żeby tylko się trzydziestodziewięcioletnie nadgarstki nie posypały. Kierunek plaża? No nie wiem, po poprzednim wciąż jeszcze się łuszczę. A o breaku też czasem rozmawialiśmy z Różyczką, że to by było super.

czwartek, 26 czerwca 2025

Ale jestem, next stop 40

 Mój dom powoli znów zmienia się w dom. Tylko pozory i iluzje, brzmiał tytuł fajnego bloga kiedyś, tylko pozory i iluzje, brzmiałby tytuł filmu o moich ostatnich dwudziestu latach życia? U lekarzy powtarzam: dobrze udaję.

Mój dom powoli znów zamienia się w dom. Lokatorka z którą się tak strasznie gryźliśmy, przyjęła do wiadomości, że wyprowadza się do końca lipca, na co umówiliśmy się już dobre trzy miesiące temu, ale po drodze próbowała się buntować. Wybadałem wczoraj delikatnie temat - bo nie zapłaciła jeszcze czynszu za czerwiec. Powiedziała że myślała że rozliczymy się z końcem lipca. Mam w głowie że pewnie nie chce mi zapłacić czynszu, żeby naciskać na jakieś korzystniejsze warunki dla siebie, mam to głęboko, tj. najważniejsze dla mnie żeby się wyniosła i tyle.

Uff, uff, uff. To najważniejsze do wyniesienia z domu, osoba dająca poczucie mieszkania z byłą żoną. Nie miałem żony, ale wiem że dokładnie tak czułbym się, mieszkając przez jakiś czas z życiowej konieczności z byłą. Na szczęście z tą nie bardzo jest jakiś majątek do podziału, albo zostawi meble, albo nie zostawi i dopłaci kasę.

Mój dom powoli znów zmienia się w dom. Zdawałoby się, że nieźle dbam o porządek, no ale przecież tylko pozory i iluzje. Spiąłem się wczoraj, powynosiłem rzeczy spod łóżka, gdzie trzymałem drugie łóżko, spod fotela i kanapy deseczki wyjąłem, wyniosłem szafę-słupek, która mi nie pasowała za bardzo do przestrzeni, takie rzeczy na wieczny-tymczas ustawione czy schowane, zamiecione na wieki pod dywan. Niby wydawało się, że to wcale nie przeszkadza, ale jednak przeszkadzało bo od razu widać różnicę. Nie wiesz o co chodzi niby, bo to się przecież tak nie rzuca w oczy, ale kiedy nie leżą jakieś tam deski pod fotelem to jest po prostu o wiele schludniej i to czuć.

Salty też mówiła, że ją dzień wcześniej wzięło na porządne sprzątanie, taka aura może. Bidulce zaprotestowała wczoraj pralka, przeszła cały program, nie chciała oddać ciuchów. Note to self, jeśli wyłączenie z prądu i odwirowanie nie wystarcza, prawdopodobnie trzeba spuścić wodę z filtra i pralka przestanie być obrażona. To pewnie nie pierwszy raz, kiedy mi tak robi, no ale nie pamiętałem i musiałem grzebać w internetach. W każdym razie sukces, choć dwa razy do tego podchodziłem, najpierw na pewniaka i zostawiłem sprawę, wychodząc na zajęcia, później z internetem, kiedy po zajęciach okazało się, że mam zapłakane emotikony od Salty, bo jej pralka wciąż robi na złość, a ma w niej ciuchy na swoje tańce.

We wtorek wciąż ćwiczyliśmy choreografię Cudownej do nagrania, walczę z tym od miesiąca. Mam ostatnio chwile zwątpienia, kiedy jakieś rzeczy, które przecież ćwiczę od miesięcy, nie wychodzą. A bez lustra to w ogóle się rozsypują, zostaje po tym, jak ciało się umie poruszać, tylko pamięć, albo coś mniej wyraźnego, tylko wspomnienie, tylko cholerna jaskinia Platona, mizerne i zafałszowane odbicie tego ideału, wyrażanego przez Cudowną, albo podglądanego u Salta i innych starszaków.

Walczę, pracuję nad sobą, żeby mnie to nie zniechęciło. Wiem że wiele rzeczy, które teraz jakoś tam potrafię skoordynować w ciele, nawet jeśli jeszcze niezbyt estetycznie, to są rzeczy, które pół roku temu nawet z lustrem nie wychodziły wcale a wcale. Czyli tak naprawdę sprawa jest prosta - trzeba więcej ćwiczyć bez lustra, myślę.

Ćwicz, ćwicz, brzmi jak mowa pokemona.

Dzień urodzin wydaje się trudny do zagospodarowania, rano wizyta u lekarza, w poczekalni robię notatki na bloga. Zwiększył mi dawkę leków i dołożył L4 - mówi, że są wskazania i że widzi że jest lepiej, ale dążymy do tego żeby było 10/10, więc jak nie jest, to można. To jest coś, co miło usłyszeć, kiedy przez całe życie trwało się w obawie, że powiedzą ludzie, jak szef powtarzał w biurze, że coś ściemniasz, to kiepskie tak powtarzać przy współpracownikach (a pudełka z recepty mają podpis "lek zaburza sprawność psychofizyczną", może trzeba było pokazać ze zwolnieniem od lekarza?), no i jest ryzyko, że któryś Ci o tym opowie, jakiego miałeś szefa, że Tobie przez telefon mówił "zdrowie najważniejsze", a w biurze odwrotnie; że to nieprawda, że po prostu weź się w garść, przecież sam byłeś takim ludziem, że tak sobie powtarzałeś.

Niesłusznie.

Na tym polega się wzięcie w garść, że leki i L4 przecież.

Pierwszy raz od wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu (to zupełnie losowa liczba powtórzeń, nikt nie zliczy tego już) lat, mam taki pomysł, że chciałbym ten dzień z kimś celebrować, zamiast się kryć po kątach i powtarzać, że przecież to jest dzień w którym zaczęły się wszystkie moje problemy. Jest w tej myśli jakieś poruszenie i wzruszenie, przełykam je z trudem, skręcając w Belwedreską.

Będę teraz przełykał smarki aż do przychodni, gdzie jest toaleta, na szczęście to nie tak daleko. I tak nie udało się umówić na rezonans magnetyczny, można jedynie w tych placówkach, które mają taki lab. Ech!

Zwracam uwagę na wystawę plakatu na płocie Łazienek, jest tam plakat sympatyczny, od razu przesłany do Herbacianej, że "teraz nawet kotek może strzelić kilka fotek". Za kilka kolejnych plakatów patrzę, a po murku pod plakatami idzie kocisko, przeciska się pod gałęziami w stronę tego kociego plakatu. Zawracam z telefonem, próbuję go złapać razem z plakatem. Niestety, po złej stronie płotu jest i nie chce pozować. Trudno, to piękna, mała przygoda. Miałbym kawałek szynki w kanapce, to może bym mu zdążył strategicznie podłożyć na trasie do zatrzymania, niestety nie miałem już nawet kanapki, zjadłem po drodze.

Później wracałem nad Wisłą, tydzień temu widzieliśmy się pod Poniatówką z Mimblą z rodziną. Minęła mnie na tym odcinku dziewczyna z tatuażem na ramieniu - przytuleni Muminek i Migotka. Więc napisałem do Mimbli, że dziś spoglądam na plażę ostatniego spotkania z perspektywy przeciwnego brzegu i że te Muminki, bo one od samego początku się z nią kojarzą, to fajne.

Ustawiłem się że robię u Bazyla i Herbacianej naleśniki dzisiaj. Nie będę sam, zresztą dali mi urodzinowy prezent już z miesiąc temu, bo przecież też nie pamiętają dokładnie kiedy mam, skoro się tak zawsze kryję. Dostałem puzzle z oryginalnymi pokemonami, na pamiątkę żartu, jaki im kiedyś wyciąłem. Cudowne!

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Czekając na przechwycenie bratanka, bo mam teraz czas

 Zjarałem się, jak to z upodobaniem powtarza mi Salty, poprzeczka jest przy mnie zawieszona wyjątkowo nisko, na popołudnie na plaży należy zabierać przeciwsłoneczne smarowidła. No i jakoś z sensem może się obracać względem słońca trzeba, żeby wyszło równo. Cóż, nie wyszło. Pewnie należało jednak być w ruchu i popracować nad saltem. W tygodniu, w tygodniu, przed słońcem w zenicie może też.

Rozbolała mnie po powrocie głowa, na szczęście to tylko głowa, tj. bez migrenowego wiercenia za oczami. Obejrzałem Stargate, przypomniane niedawno podczas oglądania odcinka Supernatural z tricksterem, takie zmierzenie się z koszmarami z piramid, bałem się tego filmu w dzieciństwie, pamiętam go z telewizora na wsi u babci. Za dużo słońca też potrafi mi tak dowalić, wiem od roku, kiedy to jechaliśmy na kawalerski brata, siekło we mnie w drodze. Reprezentacja przerżnęła wtedy jakiś mecz, ale w trasie na dwa samochody i tak było wesoło. To też na dobrą sprawę mógł być najbardziej wakacyjny wyjazd mojego dorosłego życia, z tymi podejściami pod górki różne, Łysica to była taka sobie, moim zdaniem nawet fajniejsza jest Miedzianka, z której można było dojrzeć Chęciny.

Przez chwilę myślałem później, czy może samemu tak nie pojeździć na weekendy, ale zumba była życiem. Minąłem się przed chwilą z jedną z koleżanek w drodze do autobusu, nawet poznała mnie pod czapką. Na razie mam przerwę na obolałe łydki. Przetrenowałem tą nocą ze środy na czwartek, ale co, warto było. A przecież dziś trzeba trzy godziny zajęć przetrwać, to super zajęcia są u Cudownej, z radością będę udawał że nie syczę z bólu.

Producent z już byłej pracy pytał dzisiaj, czy jestem w pracy, zabawne że nie wiedział jeszcze, że już po mnie. Dodaliśmy się na fejsie, lubię gościa, robił co mógł żeby nam pomóc, choć oczywiste było, że szef ma nas gdzieś przez te półtora roku. Chciałbym dzisiaj odesłać sprzęt, może jak wrócę do domu będą już dane (update, nie ma). Powtarzam sobie, że pakując gogle do pudła czuję ulgę, że to już koniec - w końcu więcej tu było nieprzygody i nieprzyjemności przez ostatnie kilkanaście miesięcy, zjazd w dół od rozmowy o awansie, skoro się wypełnia obowiązki lidera projektu. Figa.

Ale w dzienniczku snu, który monitoruje mi zmiany w tej dziedzinie od kiedy biorę happy pills, zanotowałem na razie, że napięcie rośnie. Jak mogłoby nie w sumie, nawet jeśli spodziewałem się wypowiedzenia i staram się zachować przed wszystkimi twarz, to jednak jakoś boli. Spina brzuch, szkoda że nie core w tych miejscach dzięki którym mniej garbiłbym się w tańcu.

Rozmawiałem dopiero co z szefem szkoły tańca, mówił że pracował jako tester przy pierwszym Wieśku i zwolnili go od razu po. Od tamtej pory już nie pracuje dla kogoś, tylko na swoim - software house i szkoła tańca. Do przemyślenia, co ja jestem w stanie sprzedawać, nie sprzedając się komuś. Ale na razie przede wszystkim portfolio.

niedziela, 22 czerwca 2025

Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie (czyli też paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem c.d., bo te cytaty!)

Popołudnie jak z pocztówki lub ze starego zdjęcia, takiego z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie mogę pamiętać czy w latach 90. pod Poniatówką była plaża, bo mieszkaliśmy na Gocławiu opodal ostatniego bloku w Warszawie i Białołęce w dosłownie ostatnim bloku w Warszawie, świat pomiędzy słabo istniał. Teraz mieszkam trochę po środku, opodal tego budzącego zachwyt dziecka, kolorowego budynku na Pradze, chyba był w nim wtedy też i zabawkowy.

Dziś na tej plaży, na którą przyjechałem wygłupiać się, uczyć macaco, które wcale nie jest Macondo z Marqueza, ale chyba jednak nie mam jaj aż tak się tu w szczycie zainteresowania plażą wygłupiać, no i bolą nogi wciąż; dziś na plaży zdjąłem okulary, więc świat jest niewyraźny jak stara pocztówka czy zdjęcie z polaroida. Widzę ziarenka piasku na starym ręczniku podłożonym pod dupsko, dalej już nic nie jest wyraźne a słońce razi, że ciężko czytać opowiadania Sołtysa - które wreszcie, ile to lat, kończę. Głosy też słyszę niewyraźnie, mniej wyraźnie niż ciężarówki i tramwaje przewalające się górą. Jest faktura ręcznika, atakujące ze sporadycznymi porywami wiatru ziarna, reszta rozmazana, jak wspomnienie którego nie mam, bo jest tylko na zdjęciu z mamą na huśtawce, ma skórzaną kurtkę, spódnicę, taka jest piękna i szykowna i pochylona nad zainteresowanym czymś chyba w trawie mną, takim na chudych jak u koguta nóżkach i w zbyt krótkich, dawno niemodnych spodenkach.

Gdzie jest to zdjęcie, czy na pewno tak wygląda, pewnie gdzieś u rodziców?

Ty już takiego nie zrobisz, wiesz? Nie wiesz czy chciałeś. Raczej, chyba, nigdy nic pewnego.

To pismo w notatniku też nie jest wyraźne, nie wiem jak wygodnie pisać na plaży, nie przygotowałem się jakoś super w ten pierwszy dzień, mam ich zapewnione o wiele więcej, wyrobię się.

Tego dnia, kiedy przypomniałem sobie pierwsze chyba wspomnienie, najwyraźniejsza była dziewczyna w klubie przy Mazowieckiej. Stroboskopowe światła dyskoteki dodały jej jeszcze konturów, a lubiła też co jakiś czas podkreślić szminką usta. Dobrze wiesz, że byłeś u fryzjera dla tej dokładnie dziewczyny, choć nie mogłeś wiedzieć, czy w ogóle tam będzie. Możesz teraz mieć wrażenie, że warto żyć dla takich chwil właśnie, a tutaj to nawet długich - czują to teraz łydki przede wszystkim, choć minęło kilka dni - godzin, kiedy ona tańczyła, zdając sobie raczej sprawę, co robi, jakie to jest wrażenie, jakie wywiera wrażenie na każdym typie w klubie, atakowali ją przecież co i rusz, wierząc może, że to tańczy tylko dla niego. I za chwilę kolega ją odławiał. Też byś chciał - no ale poszedłeś do klubu wychodzić ze strefy własnego komfortu oficjalnie i tu samo wyjście się liczy u kogoś, kto nie był w modnym miejscu z piętnaście lat, a nie próbować porywać do tańca najlepszą i najpiękniejszą tancerkę, wynudziłaby się przecież.

I przecież wiesz, że ostatni taniec, oprócz tego grzecznościowego z siostrą na weselu brata, to właśnie był ostatni taniec, z którego uciekła. To strasznie bez sensu, że chciałbyś żeby pierwszy kolejny taniec coś znaczył, ale przecież kiedy zakochiwałeś się dziesięć lat temu, albo dwadzieścia lat temu, albo kiedykolwiek, to zawsze kiedy tańczyły.

Co Cię nie zabije, itp., to dlatego dziewczęta w tańcu robią jeszcze mocniejsze wrażenie.

Nie wiesz jak to opisać, myślisz banałami, że wygląda jak płynne złoto, albo może nieco mniej banalnie, że patrzenie daje taką radość i zachwyt, jak oglądanie wstrzykiwanych do wody barwników, zupełnie zaczarowane wicie się i rozpuszczanie, i rozpraszanie kolorów w przestrzeni. Mógłbyś tam siedzieć te pięć godzin i jedynie patrzeć, no ale to by było trochę creepy (to Twój style, czyż nie mówią tak?). Nie masz słów, choć na drugi dzień na torcie jedynie o tydzień przedwczesnym masz 39 i może w tym wieku to warto by było mieć już jakieś słowa. Ale, jak wiadomo, w tym miejscu w którym lubisz samego siebie nie ma miejsca na szczere słowa, więc znów robisz fikołki ze słowami, powiedz to wprost, no powiedz, chodzi o Salto, w oczywisty sposób chodzi o Salto, od tej nocy grudniowej, kiedy uciekłeś, przerażony najbardziej może tym, że to będzie tak, że zdjęcia od M. to będą zdjęcia od Salta, no i co, tak właśnie było, czy Salto naprawdę musi nawet na imię mieć to swoje M.? A Ty jesteś w samym środku tamtego występu i nie potrafisz nawet prostej falki przed taką publicznością, jaki wstyd.

Hej, pół roku później falka o wiele lepiej!

Powiedziałem Bazylemu i Herbacianej o tej nocy, że na pewno warto by się dowiedzieć czy M. z OMG ma męża, nawet nie robiąc sobie nadziei, albo po prostu żeby nie robić głupot - to urocze, ale nie tak dramatyczne jak dwadzieścia lat temu z inną na M., być może to jedyne obok wymęczonych, starczych łydek, miejsce, że te 39 robi różnicę. No ale hej, fajnie sobie podramatyzować na blogu lekko. To zresztą też osobisty inside joke, że już się jednej dziewczynie z OMG oświadczyłem. Opowiadałem też że Salty - wiesz, wiesz, wiesz że to nie przypadek, jak blisko jest Salty do Salta, wszak to ten sam grudzień - wspominała że na wianki się zasuwa żeby się sparować z kimś. I oni wtedy wpadli w jakąś taką zgodną ciszę i to jest pewien niepokój, bo Herbaciana dobrze zna Salty, to nawet nie jest OMG, to jest WTF po prostu, kiedy umowa-nieumowa brzmi tak, że jest traktowana jak młodsza siostra, a z drugiej strony są te powtarzające się komentarze że związki z dużą różnicą wieku są obrzydliwe, więc skąd ta nagła cisza. Zresztą nam chłopcom najmądrzej zawsze wyjść z założenia, że jedynie nam się wydaje, więc tak robię, mając pewność że to wskazane z Saltem i mniejszą przez tą ciszę z Salty.

Kiedy Salto wyszła już z klubu wydarzyła się taka czarna mała, podobała mi się, podnosząca okulary z nosa, jakby zapraszając do bycia zapraszaną do tańca. To jednak tak działa, że kiedy wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy, to faktycznie patrzy, przecież była tam i Maryjka z grupy wtorkowej (nie mylić z M.-Salto), może byś nie zwrócił uwagi, gdyby się ciekawie nie przyglądała, czy Ty to Ty. Tylko że ja wiedziałem co będzie i po co idę, że idę wyjść ze strefy własnego komfortu, ale nie aż tak daleko, bo tak daleko nie ma sensu po prostu. Ja teraz już od ponad roku powtarzam że się potrzebuję ogarnąć, że nic się nie wydarzy, nic nie będę wydarzał, bo rzeczy się nie dzieją same z siebie, zanim się nie ogarnę, nic z nikim, tak mówiłem o Damie Pchełek, żeby jej krzywdy nie zrobić z tamtego miejsca w którym byłem przed rokiem.

Z happy pills można mieć wrażenie że jestem w lepszym, no ale jednocześnie jest to miejsce i noc, kiedy wiedziałem, że za dwa dni w pracy czeka na mnie wypowiedzenie, więc dziewczyna podnosząca z nosa ciemne okulary żeby złapać się za oczy zanim może za ręce w tańcu, Dama Pchełek, Salty czy Salto, nie, nie, nie, nie. Kiedy wiesz że masz te swoje 39, nawet jeśli do tego jeszcze tydzień, a jesteś po prostu bezrobotnym żulikiem z Pragi, to wciąż nie jesteś materiałem na randki.

Może kiedyś nadasz się na bohatera opowiadania Sołtysa, takiego przez chwilę stojącego poza kadrem dnia dzisiejszego, niezbyt wyraźnego, nie wiadomo o czym, bo tam poza kadrem jest cała reszta, czyli wszystko, starsi ludzie przypominają sobie jak byli kiedyś inni, całe życie miga w kilku stronach.

Co mogę zrobić, żeby nie skończyć się na tych kilku stronach? Oprócz happy pills? To jeszcze za wcześnie. 

W każdym razie jestem tu sobie na plaży pod Poniatówką, bo miałem uczyć się robić salto, tzn. takie prawie salto, macaco się nazywa ten ruch. Co to jest za cyrk, że każde salto i Salto tak przeraża niemożliwością, czy to może jednak chodzi o to, że nigdy nie będziesz gotowy i to z tym trzeba się liczyć i nauczyć żyć.


środa, 18 czerwca 2025

Minus dziesięć lat do wizerunku na chwilę + I'm only human

 Czy to jest pierwsze wspomnienie? Czy może jakieś inne wspomnienia wcześniejsze jeszcze wrócą? Raczej jestem już gdzieś na połowie czasu, czyż nie?

Jest lato, dzień jak dziś, może nawet cieplejszy. Rodzice grają w siatkówkę, w kółeczku, sąsiedzka zabawa za klubem, tym w bloku przy Brygady Pościgowej. W zakamarek za tym klubem spadły mi z ręki klocki lego, zbudowane jako zegarek - może Power Rangera, ale chyba nie, chyba chodziło mi o jakąś inną, animowaną serię, dostępną na przełomie ustrojów, albo na początku nowego. Bajeranckie zegarki do transformacji czy komunikacji to była norma w seriach dla chłopców, zbudowałem swój i próbowałem przełożyć przez kratę na balkonie rękę.

Zaczepił, posypał się. Młodzież pod blokiem krzyczała - LEGO spadają z nieba.

Znalazłem jeden z tych klocków może z rok później, szukając kapsli, od razu wiedziałem że to mój.

Jest w tej grze też najpiękniejsza sąsiadka, masz tam te swoje może trzy, może cztery lata, ale z jakiegoś powodu już wiesz, że jest najpiękniejsza.

Grają w tę siatkówkę, przyglądam się i czuję jak ogromne ciepło dotyka mnie w kark. To bardzo miłe, dziś przypomniałem sobie o nim, strzygąc boki i kark na zero, bo to też jest bardzo miłe, kiedy maszynka mruczy wokół głowy i mizia ciepłymi ostrzami, musiałem od razu opowiedzieć o tym fryzjerce.

Zasmuciła się chyba nieco, bo mówię - to chyba moje pierwsze wspomnienie - a ona że nie ma takich dobrych rzeczy z dzieciństwa, raczej pamięta złe. Ja się zasmuciłem trochę - halo, o tych smutnych rzeczach z dzieciństwa to nie będę opowiadał, oczywiście też mam, wszyscy jakieś mamy.

Ale to chyba jest najwcześniejsze, takie wesołe.

Kiedy rodzice cieszą się wspólnie z innymi dorosłymi, może jakaś młodzież też jest, inaczej to wtedy w świecie na osiedlach wyglądało, poznawali się wszyscy o wiele chętniej, jeszcze w latach 90. na nowym osiedlu wciąż trochę tego było, kiedy ojcowie rozgrywali mecze przeciwko synom i oglądało to pół osiedla.

Wszyscy wokół się cieszą i są tak mili, nie wiem jeszcze co to znaczy, ale czuję że są szczęśliwi, a mnie w kark dotyka coś najcieplejszego na świecie i bardzo powoli dociera do mnie, że to dotyka mnie słońce, tak wielkie, tak ogromne, tak dalekie, że nie ogarniam świadomością, sięgam za głowę, obracam się, wiercę, dziecięcy umysł pracuje usilnie nad tematem dotknięcia, zanim godzi się z tym, że to zbyt odległe, aby objąć rozumem.

I jest mi dobrze.