środa, 24 lutego 2010

don't let them fix your head

Pamiętam fragmenty dzisiejszego snu. Jest do tego teoria spiskowa - na później.

Kontekst firmowy, wokół postaci z pracy, ale nikt konkretny - jeśli konkretni, to dalsi, dalecy, jak menadżer jednej z grup (sen proroczy, bo dzisiaj uczestniczyłem w spotkaniu z jego udziałem). Jest nas trzech i idziemy na jakieś firmowe wydarzenie, cały świat musi już być firmą, bo droga prowadzi przez kolejową bocznicę, czy inne cmentarzysko pociągów. I musimy po tych pociągach przechodzić wierzchem. Spoko, fajnie, tylko jeden rusza w trakcie przechodzenia, a przecież niebezpiecznie tak zeskakiwać w drodze. Mówię, że pewnie i tak się zatrzyma na Zachodnim, trudno, lekko się spóźnimy - i rozpłaszczam się na dachu pociągu, jest to słabo proporcjonalny pociąg, bo mogę go objąć rękoma i nogami, żeby nie spaść. Moi towarzysze są jakby bardziej ogarnięci i zwyczajnie siadają na dachu, bez potrzeby trzymania się.

Patrzę w stronę przeciwną do kierunku jazdy - za nami jakiś mały, biały pojazd. - Drezyna! - krzyczę do kumpli, spoko, nie musimy jechać do dworca, ściągną nas. Mają cały sprzęt alpinistyczny, linki, stelaże, nie my pierwsi utknęliśmy na dachu pociągu. Nie trzeba mi zresztą tych linek, nagle jestem bardzo sprawny i opuszczam się do drezyny przez wąskie okienko.

Impreza jest na moście nad rzeką, nie jest to żaden określony most, bo nie ma miejsca dla żadnych pojazdów. Jest noc, są jakieś kobiety, ktoś łowi ryby. Na moście jest fajnie, bo on jest zupełnie nigdzie, można się nie przejmować, można być głośno, nikomu nie przeszkadzamy. Myślę o tym przez chwilę, bo nie ma kobiet, na które miałbym ochotę zwrócić uwagę, w ogóle - wysiadam, wychodzę z imprezy. Może łowienie ryb i kobiety z kieliszkami szampana mnie nie kręcą.

Siadam na ławce nad rzeką, za mostem, obok mam kobietę - mostu właścicielkę. To jednak nie do końca taki zwykły most, to most, który można wynajmować na przykład na imprezy. Ekipa na moście o coś się z nią sprzecza, przekrzykuje, z lądu dociera więcej ludzi i usiłują wynegocjować bilet grupowy. Kobieta już ma się zgodzić, ale z drugiego brzegu wpada ogromna masa azjatów, tak zwana wycieczka, zwielokrotnienie każdej wycieczki, którą w życiu widziałem. I ta pani mówi, no, niestety, ich jest tak dużo, że ich wpuścimy za darmo, a wy się z tym grupowym zmywajcie.

Całe szczęście już nie jestem na moście, tylko idę ulicą Książkową, jest wieczór, idę w stronę Mehoffera, naprzeciw dwie ciemne sylwetki, jakoś się trącamy przy mijaniu, odwracam się i coś burczę, ale to ojcowie moich przyjaciół szkolnych - więc jednak nie burczymy, pokój.

Teoria spiskowa zaczyna się od tego, że zaspałem do pracy. Nie to, że się spóźniłem, ale zaspać zaspałem, potrafię zaspać i się nie spóźnić, a dzień wcześniej nie zaspać i się spóźnić, może mniej w tym moich umiejętności, a więcej humorów miasta. W każdym razie - nie pamiętałbym żadnego snu, gdybym nie zaspał. Nie byłoby snu. Codzienna praca w korporacji - ona kradnie sny. I przychodzi przypadek, przychodzi obniżenie biorytmu, czy mniej sprzyjający (firmie) układ gwiazd, ja nie mogę wstać - śnię. Trochę proroczo nawet. I przechodzę do rzeczywistości na tyle płynnie, że coś pamiętam, coś zostaje. Fajnie, bardzo lubię swoje sny, dobrze wiedzieć, że jeszcze są.

wtorek, 23 lutego 2010

Myślisz, że oszukałeś system, jeżdżąc rowerem do pracy?

Dzień zaczął się bardzo ładnie, podobnie jak jeden dzień w Łodzi kiedyś, pewnie w roku zero sześć - wysiadłem z samochodu w centrum i zamiast iść na angielski, kupiłem jakieś drożdżówki, chyba odwiedziłem Buchmanna, szukałem wtedy "Wilka stepowego". Dzisiaj bez zakupów, ale też ekstra.

Niezbyt podoba mi się słowo zbiorkom, raczej rozróżniam autobusy i tramwaje, w autobusie oczywiście tłok z rana, nawet za bardzo nie było widać słońca. Z autobusu do metra też tłok, na stacji dwa pociągi przepuściłem, żeby wsiąść. Muszę poćwiczyć jakieś myślenie perspektywiczne, bo przecież nawet jeśli ja wsiadłem do luźnego metra, to na kolejnych stacjach był taki sam tłok co na Marymoncie, szybko musiałem zrezygnować z czytania (a właśnie się rozbijali na pustyni). Żeby to przynajmniej było tak komfortowe jak wczoraj, kiedy czytanie uniemożliwiły mi obiekty, jeden przymilnie poprawiający rude włosy obiekt, to tylko człowiek, głupio było jej się wysmarkać, za to kiedy wysiadałem i mówiłem - Przepraszam! - to się odezwała, że będzie ciężko. Znasz tę próbę? Taką nieudolnie zarzuconą kotwiczkę, poptoka, po ptakach, wyszedłem, za pół godziny dopiero myślisz - była.

Dziś nikt nie miał jak smarkać, ani poprawiać włosów, kiedy zrezygnowałem z czytania, to trzymałem tę książkę jak jakąś Biblię w skrzyżowanych na piersi rekach - inaczej nie szło się ruszyć. Mnie to pasuje, znaczy nie pasuje, to mnie zabija, ten tłok, jeszcze jeden, dwa takie dni i znowu będą poranki świra, nie ma u Koterskiego przesady.

Na razie jeszcze nie jest aż tak źle, na razie jeszcze uśmiecham się pod nosem, kiedy na Świętokrzyskiej kilkukrotnie drzwi otwierają się i zamykają, aż słyszymy od motorniczego, że proszę opuścić pociąg i jedzie sobie bez nas. Ani myślę czekać na kolejny, na co tu czekać, jeszcze więcej tłoku. Wychodzę na słońce, nawet nie patrzę na przystanki - na ciemną, zbitą z wyplutych z warszawskich trzewi ludzi masę. Dzwonię po prostu, że planuję spóźnienie, że idę z buta te dwie stacje.

I od razu wiem, że to słońce mnie wołało, że wyłuskało mnie, że upomniało się o mnie i teraz jak matka głaszcze mnie po policzkach. Idę Marszałkowską, widzę wieże Zbawiciela przed sobą. Nie patrzę na brud odkryty topniejącym śniegiem, raczej cieszę się nareszcie szerokimi chodnikami. Nie bez powodu mówi się szerokiej drogi przecież, szerokie drogi są ekstra. Widzę typa w szerokich za krótkich spodniach i myślę, że może chodzi do szkoły dla klaunów. Widzę, że Koszykowa jest ładna przy Placu Konstytucji - po lewej widać szklany dom, jakiś koślawy lekko, pewnie miał być nowoczesny, a po prawej kamienicę z wieżyczkami jak z pałacu. Ja sam to mam dosyć mały móżdżek, ale byłem kiedyś w Berlinie i zwracano tam naszą uwagę na taki właśnie kościół z wieżą starą i nową. Więc zwracam uwagę na takie rzeczy od wtedy, dużo później pisałem wypracowanie o tradycji i nowoczesności we fragmentach Schulza, sam już byłem po szkole, ale dzięki temu przeczytałem "Sklepy cynamonowe" całe. Czuję się tak bardzo w środku świata.

Na przejściu dla pieszych typ mówi do słuchawki - Wiosna! - nie słyszę nic więcej, bo idzie w stronę przeciwną, ale myślę sobie:
Tak, chcę teraz wiosny!

środa, 10 lutego 2010

Dźwina Wisła

Mieszkałem kiedyś przez kilka miesięcy w Rydze - piąta klasa podstawówki. To fajne, jak szkoła organizuje wspomnienia w czasie. Raczej byłem za młody na zwiedzanie, do tej pory nie jestem fanem zwiedzania (nieukierunkowane spacery są ok), ale nie musiałem, bo mieszkaliśmy na Starówce i było przepięknie - trzy kościoły, uliczki, mamie podobał się bazar z drugiej strony, gdzie w wielkich halach można było przed zakupem spróbować sera, nam podobał się park z takimi wodospadami i kamulcami, po których się biegało.

Dźwina płynie przez Rygę szeroko, to już blisko do morza, a ja przecież byłem mniejszy niż teraz, więc była jeszcze szersza niż jest naprawdę. I poszliśmy z rodzicami na spacer przez most, wielki, długi, nowoczesny, Warszawa później takie dostała, ale nie tak ładne. Chodziło tylko o to, żeby przejść i wrócić - koniec lata, słońce i przestrzeń, jakiej nie widziałem. Prawie tam płakałem, albo mam lęk przestrzeni, albo mam lęk wysokości, szedłem sam, z przodu, żeby jak najszybciej. Jeszcze wtedy nie miałem okularów, więc nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ulecą, ale miałem czapkę z daszkiem, którą przez wzgląd na wiatr niosłem w ręku. W obu rekach, przyciśniętą do brzucha. Taki byłem przytłoczony, taki byłem przerażony, każdy podmuch wiatru groził mi strąceniem.

Tam wszędzie na mapach była Daugava, Dźwina to nasze.

Lubię czasem przejść się mostem, choć ciągle mnie to tak samo przeraża. Żeby spokojnie iść mostem muszę go kilkukrotnie oswoić - bez bólu pokonuję nawet Grota, za to odległy Siekierkowski, niby taki wygodny, ten jest jakby bardziej chwiejny.

Myślę, że dzisiaj oswoiłem most nad Dźwiną. Autobus wlókł się z Białołęki, cały brudny, jeszcze przed ósmą, ale już po wschodzie słońca (to nie jest oczywiste zimą, że jeździ się autobusem po wschodzie już). I ta brudna szyba fantastycznie mi przefiltrowała świat za oknem - Wisła zrobiła się dwukrotnie szersza, potężna, z wyspą drzew po środku, tak była szeroka jak Dźwina z dziewięćdziesiątego siódmego. Ucieszyłem się, to wcale nie był zaawansowany efekt graficzny, mamy na rzece lód i na lodzie śnieg, mamy linię drzew po praskiej stronie, mamy za linią drzew kawał pola również pokrytego śniegiem i mamy fakturę brudu na szybie, przez którą i rzeka i pole są o wiele szerszą rzeką. Ekstra.

Jeśli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o sobie - przejdź się wieczorem mostem Grota we mgle.

wtorek, 9 lutego 2010

Wschód słońca to zachód pytań

Kojarzy mi się to melancholijnie, więc pasuje do refleksji o smokach. Cała fajność smoków polega na tym, że trochę są półbogami. Te smoki bajkowe nie robiły takiego wrażenia, i tak wiadomo, że czarno biały rycerz na czarno białym koniu takiego zaciuka, więc czego się bać. Już bardziej bałem się przebierańców ze "Scooby Doo", dzisiaj go nie znoszę, a wtedy miałem jednego świecącego potwora w głowie, który czasem zaglądał do mnie w nocy przez okno. Lubiłem Scrabby'ego, jego nie znoszę jeszcze bardziej niż wujka.

Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.

Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.

Nie, to wcale nie musi być takie jasne.

W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.

Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.

Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.

Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.

Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.

Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.

Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.

Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).

Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.

Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.

Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.

Dzięki!

niedziela, 7 lutego 2010

Owocowo – o japku list nie bez ściemy

Ponieważ nie do końca udało mi się rozpoczęcie hodowli kurczaków, odpocznę chwilę albo i dwie i napiszę historię owocową. Jest - do pewnego stopnia oczywiście – prawdziwa, jest życiowa, nawet trochę korporacyjna jest, więc mamy rzeczy dobre i złe, można się będzie wciągnąć. W pisanie.

Mój kombinat wprowadził owocowe dni, żeby było great work place, żeby piąć się z roku na rok w górę po szczeblach listy Fortune 100, albo może żeby w ogóle na taką listę trafić. I co dwa dni dostajemy do kuchni owoce – dużo jabłek, ostatnio sporo mandarynek (ja w sumie wolę mandarynki od pomarańczy, ale te drugie mają prawdziwszą nazwę), na ogół bardzo niewiele bananów. To jest pierwsza sprawa, ona nie jest jeszcze wątkiem.

W pewien jesienny wieczór, mógł to być czwartek, kombinat zorganizował kolację dla kadry, zagraniczny szef, miejscowy szef, słabo trafiona knajpa, podawali głównie ser (a może to jednak był piątek?). Spędziliśmy jakiś czas w pokojowej atmosferze, wznoszono toasty za przyszłość, ja wzniosłem toast za obiekty i wtedy było nawet zabawnie. Ale jeszcze nie satysfakcjonująco, trzeba było poprawić – bez skrępowania władzą. Więc poszliśmy, Marszałkowską, czy to mógł być jakiś wieczór derbowy? Chyba był, chyba da się odkopać datę w ten sposób, nie trzeba się znać na piłce, żeby pamiętać derby.

Korporacje bardzo spowolniają i komplikują procesy decyzyjne, sporo z tego udzieliło się ekipie i dopiero po przejściu kawału miasta wylądowaliśmy w knajpie na Nowym Świecie. Powiedzmy, że było nas trzech, pominięci niech wybaczą, jeden wybaczy, nie kwalifikuje się zresztą do bycia bohaterem takiej opowieści – a w każdym razie druga połówka nie powinna się dowiedzieć. Czwartego nie było.

Zamówienie przyjęła wydekoltowana – a jakże! – śliczność w okularach z grubą oprawką. Zniewalający typ bibliotekarki, wiadomo, niby takie niewinne, panowie wpadają jak śliwki w kompot. Tylko że zamawiane było w większości piwo i jeden tylko sok, bardzo nieudolne zresztą – Hm, a ja poproszę sok jabłkowy.
Nieudolność zamówienia polegała na dokładnie takim właśnie wypowiedzeniu, sok był przez be eł, namieszało się w głowie od mnogości jabłek, patrzył człowiek na panią bibliotekarkę, starał się nie patrzeć lekko poniżej pani bibliotekarki i usilnie zastanawiał się, jak się wymawia słowo jabłkowy. To było najtrudniejsze słowo Nowego Świata, to jest tego rozpoczętego wejściem do knajpy. I pani kelnerka, wredota, potwierdza zamówienie:
- Dwa piwa i sok ja-P-kowy, coś jeszcze? – tak to ślicznie zaakcentowała.
- Nie, to wszystko na razie, dziękujemy.

Oczywiście nie była to jedyna kelnerka w lokalu. To w ogóle bardzo ładnie ze strony lokalu, że poza piwem oferuje różne soki, podobnie kelnerki są w każdym typie – kruczoczarne bibliotekarki, nieśmiałe rude lisy i blond Helgi dla prawdziwych festoktober piwoszy. Spalony u bibliotekarki bardzo się na tego rudego lisa ucieszyłem, za to Głaz pozostał wierny pierwszej z miłości. Trzeci utopił wzrok w Heldze (powiedzmy, że w całej Heldze), więc nareszcie mamy w miarę blisko do śliwki wpadającej w kompot. Mamy czystą, jasną sytuację, mamy linie przerywane do pań, trzeba spróbować poprawić ten wykres, stąd powstaje idea przesunięcia. To jest – należy zaczepić swoją kelnerkę z pytaniem o dostępność kelnerki sąsiada. Wyobraź sobie taki wykres, sześciokąt, co drugi wierzchołek żeński, naprawdę jasna sytuacja. Do dzieła!

- Przepraszam… - zaczepia rozanielony Trzeci.
- Tak? – niezbyt wylewnie odpowiada Helga, może nasz stolik nie jest jej rewirem.
- Bo ja chciałem zapytać o tę Panią w okularach…
- Poprosić z rachunkiem, tak? Panowie już wychodzą?
- Nie, nie, znaczy tak, znaczy chciałem zapytać kiedy Panie kończą, to może spacer, ta Pani może?
Wreszcie przywołuje na twarz uśmiech, idealny, pewnie wyćwiczony przez szereg poprzedzających wieczorów – w końcu nie my pierwsi zaczepiamy kelnerki.
- Nie, ta Pani nie pójdzie z Panami na spacer, ta Pani jest już …
- Ciiiii! – przerywam szybko, patrzę na Głaza – słyszeliście to?
Wyćwiczony uśmiech Helgi jest mniej pewny, zresztą słowa też – Co, słucham?
- Nie słyszała Pani, jak łupnęło?
Widać po niej, że nie słyszała, więc tłumaczę niemal szeptem.
- To właśnie pękło serce z kamienia…
I Głaz w śmiech, Trzeci w śmiech, przecież, że ona nie wie.
- To my poprosimy ten rachunek.

piątek, 5 lutego 2010

Listy z podróży

Może to wyglądać tak, że bardzo wiele ostatnio podróżuję. Albo przynajmniej, że jestem jakoś ładnie spostrzegawczy w trakcie tych podróży, tak przez chwilę myślałem, choć przecież ciężko nie dostrzec rzeczy, które się na człowieka same pchają. Więc to nie do końca tak. Nie do końca też zostało wyjaśnione, jaki jest cel tych wypraw, czy to wyprawa jest celem, czy może nigdy nie była i trochę ją jakby oswajam.

Był oczywiście taki czas, że nie trzeba było się z niczym oswajać, że nic nie było celem - ani podróż, ani miejsce.

Miałeś kiedyś pięć lat? Są tacy, którzy się nie przyznają. Może cztery, może to już sześć? Masz pojęcie, kiedy nauczyłeś się pisać? Kiedy nauczyliście się pisać, to nigdy nie były samotne podróże. Chodzi o pisanie literami, czyli to bardziej zaawansowane stadium, bo dziecko ponoć często pisuje do mamy listy zanim w ogóle pozna litery - koślawo sinusoidalne szlaczki przez kartkę papieru, szlaczki jak rysujący się wykres przy łóżku pacjenta, jak pulsujące życie. Za jakiś czas orientuje się, że szlaczek powinien być przerywany, później zaczynają się litery, aż w końcu możemy wyruszyć w podróże na niby.

Brało się zeszyt, bardzo popularny model szesnaście kartek i najlepiej żeby w kratkę (Kto w ogóle wymyślił, żeby pisać w linie? Albo ta trauma, jak przypadkiem nowy zeszyt w linie zaczęło się do góry nogami!). W zeszycie wypisuje się ponumerowane miejsca, różne, różniaste. Na początku wypisywaliśmy kraje, pewnie znałem wtedy więcej nazw krajów niż dzisiaj. Mogły też być kontynenty, można było napisać USA, ale można było Ameryka. Kilkadziesiąt miejsc nigdy nie widzianych, nawet w telewizji te miejsca nie były przecież widziane, człowiek słyszał. Na pewno byłem bardzo osłuchany.

Skończywszy takie przygotowania siadało się razem, niekoniecznie w kółku, czy po turecku, jak komu wygodnie. Mogło być nas dwoje (rodzeństwo), ale chyba mogła być też czwórka (zaprzyjaźnione rodzeństwo). Czy to był jeszcze Gocław, czy już tylko Białołęka, czy i tu i tu - nie wiem, fajnie jest założyć, że Gocław, bo wszyscy byśmy wtedy pisali bardzo młodo.

Więc siedzimy i podpatrujemy na siebie, każdy ze swoim zeszytem tajemnym. Sprawa zeszytów nie była otwarta, żeby nie było za łatwo - czasem podkradało się zeszyty, żeby sprawdzić fajne miejscówki. I ktoś zaczyna - mówi liczbę, patrzy zuchwale, ale wyczekująco, czeka, żeby się dowiedzieć, dokąd właśnie podróżuje. Ktoś otwiera swój zeszyt, wynajduje liczbę i już wiadomo, wszyscy mają radochę z tej podróży.

Bardzo szybko zaczęliśmy urozmaicać sobie zabawę - można przecież podróżować do ludzi, nie wiesz, jak nazywa się państwo Indian, ale możesz jechać do Indian, albo do Żółwi Ninja. Wielką radochę sprawiała podróż na księżyc, albo po prostu w kosmos. Kiedy podróżowałeś do łóżka koleżanki, to wszyscy Cię wyśmiewali, że musisz iść spać. Ale szczytem obciachu była podróż do kibla, nikt nie chciał trafić na kibel.

Rekordowo miałem w zeszycie ponad sto dwadzieścia miejsc i to chyba jest granica dla mnie nie do przeskoczenia, bo nawet na mapówki więcej niż te sto trzydzieści nigdy nie mogłem się nauczyć.

czwartek, 4 lutego 2010

Pomarańczowa 8:05 - jednak powroty i dojazdy (w tej kolejności)

To bardzo nie na miejscu - odbierać metro jako toczącego miasto robaka - ale ciężej stworzyć jakąś organiczną metaforę, która przywoływałaby pozytywne myśli. Wielka bakteria w miejskiej tkance (kultury baterii są nie tylko w jogurtach), ale przecież mało kto wie, jak wyglądają bakterie. Ja nie wiem. Czasem zastanawiam się, co było pierwsze - wielkie robaki, czy wielkie metro, pewnie metro w różnych innych miastach, ludzie ginęli pod kołami, a Frank Herbert wymyślił czerwia pustyni. Ile osób skojarzyło sobie Midgar Zoloma z czerwiem? Ja Diunę czytałem dopiero w tym roku.

Oczywiscie na pewno wielkie robaki były dużo wcześniej, Uroburos, to akurat wąż, chodzi o kształt, nie?

Zwykła kolej się nie liczy, zwykła kolej to dziki zachód i przestrzenie, metro jest w środku, więc podziemny robak. Ale tak na sto?

Wiadomo, że codziennie jeżdżę metrem w dwie strony. Zawsze staram się wsiąść na końcu, bo to wygodniej do pracy, albo wygodniej wsiąść na końcu po pracy. Nie ja jeden tak robię - często widzę tych samych ludzi. Ale kosmos, no, to widzę nieczęsto. Mogę za to wytłumaczyć jak.

Końcowy wagon wcale nie jest koniecznym warunkiem, ważne, żeby jakikolwiek i żeby w miarę pusty - ludzie mogą siedzieć, kilka osób może stać, ale ważna jest przestrzeń. Należy podeprzeć sobą ścianę i nie należy patrzeć w podłogę. To może być ta trudniejsza część, trzeba znaleźć jakiś punkt zaczepienia dla wzroku na wprost. I kiedy to już jest, a pociąg rusza, wtedy rozpraszamy wzrok. Rozpraszanie wzroku polega na tym, że przestajemy patrzeć na punkt zaczepienia, ale jednak nie patrzymy w podłogę. Nie patrzymy też na obiekty (brzydkie słowo), jeśli by ktoś pytał - tu może być skucha, więc polecam małą analizę składu osobowego przed próbą odlotu w kosmos. Żeby wszystko się udało, rozproszenie wzroku nie może zostać rozproszone obiektem.

Widzisz to? Czujesz? Pociąg jedzie, a ja nie widzę nic konkretnego, widzę wiele więcej niż jest, bo nie jesteśmy już w tunelu, pędzimy przez przestrzeń kosmiczną i żadne nad czy podświetlne tunele z filmów sci-fi nie mają do tego startu. Co to w ogóle za frajda tunel kosmiczny, że skróty i szybciej, przecież nie można na skróty.

To było raz, ale przecież nie wypada prezentować sprawy jednowymiarowo.

Trafił mi się niepokojąco jasno oświetlony pierwszy wagon (tym razem do pracy). Podobno nie są to najfajniejsze z wagonów, zgrzać się można, pewnie tam skąd pochodzą mają sroższe zimy. Światło jest sterylne, robi wrażenie przychodni lekarskiej - wymyśliłem sobie, że to światło zabiera cienie. A cień to jest trzeci wymiar ("każdy ma swój kawałek cienia"), bez cienia zostają dwa. Stojąc w tym samym miejscu, z którego dzień wcześniej widziałem przestrzeń - widzę bizantyjską ikonę, ludzie tacy płascy, kolorowi, wyraźne osiem zero pięć na drugim krańcu wagonu.

Mamy linię północ-południe, ale z zachodem ma wspólną przestrzeń, ze wschodem ikony. No.