Być czy nie być - ośmielił się zamarudzić, więc zapadła się ziemia. Znaczy jezdnia. Widać to już nie te czasy, kiedy sobie można było hamletyzować, nie wolno przesadzać z postawą roszczeniową. W związku z katarem zignorowałem budzik pierwszy, drugi, trzeci, dopiero w okolicach piątego, czyli po siódmej już, wstałem. Po siódmej już to jestem na ogół w drodze do pracy, jeśli nie w ogóle w pracy, ale dzisiaj się wypiąłem. Myślałem, że jeśli będę później wracał, to tłok mniejszy i obciach, i stres, i wszystkie te nieprzyjemności związane z katarem mniej upierdliwe się wydadzą. Wsiadłem do autobusu i jakoś musiałem usłyszeć rozdzwaniające się telefony, gdzie jesteś, my stoimy, no ja też, a gdzie, a od godziny, a tragedia, paraliż, ale jak to? Nie musiałem sam nigdzie dzwonić, usłyszałem wszystko, co trzeba, od razu wiedziałem, że to za karę.
Od razu wiedziałem, że się nie wyrobię, strzelałem, że może na dziewiątą, po godzinie, równoznacznej z przejechaną połową kilometra, wygrażałem sobie w głowie za ten katar, bo przecież bez niego wróciłbym do domu po rower. Do pracy zajechałem kilka minut po dziesiątej, to mój nowy rekord, ponad dwie i pół godziny podróży. Całkiem zabawnej, kiedy tak ludzie wsiadali i wysiadali, co chwilę zmieniające się obiekty, jedna naprawdę zjawiskowa. Przy Światowida co druga osoba z komórką na chodniku, no bo stoi pewnie kilkanaście autobusów w rządku, fajne zdjęcie, przynajmniej taką mają nadzieję, bo ja wiem, że obiektyw w telefonie raczej takiej głębi ładnie nie uchwyci. No ale miejcie sobie, cykajcie, ważniejsze są te różne fajne dziewczęta, które chodzą. Ja tam siedzę, bo katar, a do tego skoro ulica rypła się przed wiaduktem na Żeraniu, to nie ma już zupełnie gdzie iść, można iść do domu tylko, bo aż do granicy dzielnicy wszystko stoi. I wszystkie twarze, które wsiadły dwie godziny później, już przy Konwaliowej, kojarzyłem z zewnątrz, jak truchtały w stronę centrum z zawziętymi minami.
W pracy pojawił się kurier z zamówieniami z internetu - szybko, wygodnie, bo ledwie wczoraj Cytat mi to załatwiał. Więc jutro może się sytuacja na drodze powtórzyć, zezwalam, bo będę miał co czytać. Podróż do źródeł czasu i Królik stepowy, o obu rzeczach gdzieś przeczytane, znaczy kstepowy prowadził blogi różne i to było fajne, a podróż ma być lekarstwem na słabe latanie.
Dobra, tak prowokuję. Jeśli napiszę, to się nie powtórzy, bo jeśli jestem butny i pewny, to świat znajdzie jakąś inną dziedzinę, żeby mi przytrzeć nosa, ale przynajmniej dojadę bez nudnych przygód. Przygody mają być wieczorem, robocze kręgle, smocze spotkanie, a ja nie wiem, czy mi nie pęknie od kataru głowa. Tym bardziej nie wiem, którą stronę mogę rozczarować nieobecnością, postaram się żadnej. Tylko jeśli się tak poustawiam, to przenigdy nie wyleczę kataru, a wypadałoby przecież, bo w sobotę ma grać u nas Dżem.
środa, 15 września 2010
wtorek, 14 września 2010
Ciepłe powietrze uniosło gdzieś pchlarzy - ekstra!
Zakatarzyłem się, po cichu liczę na to, że przeziębienie mam od ubiegłego tygodnia, tylko rozłożone na raty i wtedy była jakaś gorączka, bóle głowy, a teraz tylko nos. Śnię o wielkiej wodzie, pływam z kimś i bez kogoś, przez chaszcze po wyspach, ale jednak najwięcej wody - bo cieknie z nosa i łaskocze, budzi. Częściej jednak budzi komar, skąd go przygnało jesienią?
Jest mi bardzo przykro, że od lat pracuję, kiedy nie pracowałem, to w gorączce i chorobie pisałem najbardziej egzaltowane rzeczy, dajmy na to opowiadaniem rozważałem zakończony kilka miesięcy wcześniej związek, przeinaczając takie napisane dla kobiety z wielbiącego w odzierające ze złudzeń. Na szczęście nie znam teraz żadnej kobiety, oraz nie siedzę za długo po nocach, bo rano trzeba wstać. Nie wiem którego i czy w ogóle któregoś mi brakuje, chyba tego drugiego prędzej.
Jeśli mam wskazać jedną rzecz, w której zgadzam się z moimi zagranicznymi mocodawcami, to właśnie w podejściu do kataru. Oni akt smarkania nosa stawiają na równi z wymiotami. Jest to szczególnie bolesne podczas firmowego obiadu, kiedy siedzę obok takiego i smarczenie boli mnie podwójnie albo i potrójnie, bo na pewno boli jego, boli mnie samego, skoro nie lubię, ale jeśli jego boli już teraz, to może sobie o tym w jakimś nieodpowiednim momencie przypomnieć. Walczyłem jak lew, żeby się od obiadu wymigać, ale moją asertywność rozgromił ten zdrajca Głaz. To sytuacja analogiczna do tej z Czarną Mewą, na nic mocne postanowienia, nawet jeśli nie zawsze z sugerowanych zachowań wychodzi coś dobrego. Głaz wpadł kiedyś na pomysł, żebym może się ogolił, mówił - A może to zmieni twoje życie?
Ja brody nie goliłem od liceum, bo golenie się jest dosyć upierdliwą rzeczą, a do tego wyhodowanie czegokolwiek na kształt brody przy moim, tak mi się wydaje, średnio męskim zaroście, jest sukcesem, który szkoda marnować. Przeżyłem z brodą próbę na jednych studiach, drugich, trzecich, nawet próbę z jedną kobietą, aż padła kamienna sugestia i okazało się, że bez brody naprawdę lepiej wyglądam. Choć życie mi to tylko utrudniło i częściej teraz wyglądam źle, i wiem o tym, a wcześniej to nie.
A później do autobusu zapomniałem kupić chusteczek i to już w ogóle była porażka, pociąganie nosem, to jeszcze gorsze niż wysmarkiwanie się przecież - bo widać, że ciamajda, chusteczek nie ma.
Oczywiście w związku z katarem spadła moja wydajność w czytaniu, rano jestem zupełnie nie do życia. No bo ja jednak lubię się czasem przespać, a tu katar i komar, ka do kwadratu, katastrofa. Dzisiaj skończyłem Beksińskiego - wciąż ekstra. Czytałem i potakiwałem, aż pojawiła się niepokojąca myśl - czy to aby społecznie pożądane, albo pożądane młodzieńczo, bo ja jestem młodzieniaszek, żeby taki jeszcze nie ćwierćwieczny człeczyna myślał jak siedemdziesięciopięcioletni Beksa. Dobra - najwyżej wydaje mu się, że myśli podobnie.
W pracy wyskoczył ostatnio temat pamiętników, których podobno każdy kiedyś próbuje, ale na ogół nie daje rady uciągnąć. Na zapytanie, na czym taki pamiętnik polega, odpowiedziałem, że na byciu emo, egzaltacji i nieosiągniętych kobietach. Później pomyślałem, że chyba chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym nie jest do niczego potrzebny, kiedy słów jest coraz mniej. Daleko mi jeszcze do tego, nawet jeśli więcej się produkuję ostatnio tutaj. Klawiatura jest szybsza, ale papier bardziej cierpliwy i można nań bezpiecznie smarkać.
Tylko jakoś ładniej to myślałem, tam w biurze, na odcinku między boksem i windami.
Ja pamiętnika próbowałem już w podstawówce, to mogła być piąta, albo szósta klasa. Wymusiła to na nas polonistka i wychowawczyni zarazem, a ponieważ jeszcze bardziej żyłem wtedy we własnym świecie - podszedłem do pisania pamiętnika równie poważnie, co teraz, że nikt nie ma wstępu, że to tajne i pisane w piwnicy, po złożeniu szatanowi stosownej ofiary. Mój pamiętnik na zebraniu dostała mama, przy czym raczej nie miała wcześniej pojęcia, że się w tej formie sprawdzam, ani tym bardziej, że w ogóle nie przyszło mi do głowy traktować tego jak każdego innego zadania domowego - gdzie sprawdziłaby moje ortografy. Dostałem albo dwóję, albo pałę, mama odbyła rozmowę z wychowawczynią, z której dowiedziała się, jakim jestem leniem, a ja pomyślałem sobie o tej zdrajczyni polonistce, że jest świnią.
Na odcinku między boksem i windami było jeszcze coś o odzieraniu siebie ze złudzeń. Pokora. Co mi z tego, że mnie nie ma, skoro i tak mam katar? Może za bardzo byłem, z Bazylem i Mrocznym Krzysiem na rowerach w sobotę. Wiem teraz, gdzie jest najmniejszy dom w Warszawie, oraz dom na Saskiej Kępie występujący ponoć w każdym podręczniku architektury, no i gdzie siedzi Osiecka.
Jest mi bardzo przykro, że od lat pracuję, kiedy nie pracowałem, to w gorączce i chorobie pisałem najbardziej egzaltowane rzeczy, dajmy na to opowiadaniem rozważałem zakończony kilka miesięcy wcześniej związek, przeinaczając takie napisane dla kobiety z wielbiącego w odzierające ze złudzeń. Na szczęście nie znam teraz żadnej kobiety, oraz nie siedzę za długo po nocach, bo rano trzeba wstać. Nie wiem którego i czy w ogóle któregoś mi brakuje, chyba tego drugiego prędzej.
Jeśli mam wskazać jedną rzecz, w której zgadzam się z moimi zagranicznymi mocodawcami, to właśnie w podejściu do kataru. Oni akt smarkania nosa stawiają na równi z wymiotami. Jest to szczególnie bolesne podczas firmowego obiadu, kiedy siedzę obok takiego i smarczenie boli mnie podwójnie albo i potrójnie, bo na pewno boli jego, boli mnie samego, skoro nie lubię, ale jeśli jego boli już teraz, to może sobie o tym w jakimś nieodpowiednim momencie przypomnieć. Walczyłem jak lew, żeby się od obiadu wymigać, ale moją asertywność rozgromił ten zdrajca Głaz. To sytuacja analogiczna do tej z Czarną Mewą, na nic mocne postanowienia, nawet jeśli nie zawsze z sugerowanych zachowań wychodzi coś dobrego. Głaz wpadł kiedyś na pomysł, żebym może się ogolił, mówił - A może to zmieni twoje życie?
Ja brody nie goliłem od liceum, bo golenie się jest dosyć upierdliwą rzeczą, a do tego wyhodowanie czegokolwiek na kształt brody przy moim, tak mi się wydaje, średnio męskim zaroście, jest sukcesem, który szkoda marnować. Przeżyłem z brodą próbę na jednych studiach, drugich, trzecich, nawet próbę z jedną kobietą, aż padła kamienna sugestia i okazało się, że bez brody naprawdę lepiej wyglądam. Choć życie mi to tylko utrudniło i częściej teraz wyglądam źle, i wiem o tym, a wcześniej to nie.
A później do autobusu zapomniałem kupić chusteczek i to już w ogóle była porażka, pociąganie nosem, to jeszcze gorsze niż wysmarkiwanie się przecież - bo widać, że ciamajda, chusteczek nie ma.
Oczywiście w związku z katarem spadła moja wydajność w czytaniu, rano jestem zupełnie nie do życia. No bo ja jednak lubię się czasem przespać, a tu katar i komar, ka do kwadratu, katastrofa. Dzisiaj skończyłem Beksińskiego - wciąż ekstra. Czytałem i potakiwałem, aż pojawiła się niepokojąca myśl - czy to aby społecznie pożądane, albo pożądane młodzieńczo, bo ja jestem młodzieniaszek, żeby taki jeszcze nie ćwierćwieczny człeczyna myślał jak siedemdziesięciopięcioletni Beksa. Dobra - najwyżej wydaje mu się, że myśli podobnie.
W pracy wyskoczył ostatnio temat pamiętników, których podobno każdy kiedyś próbuje, ale na ogół nie daje rady uciągnąć. Na zapytanie, na czym taki pamiętnik polega, odpowiedziałem, że na byciu emo, egzaltacji i nieosiągniętych kobietach. Później pomyślałem, że chyba chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym nie jest do niczego potrzebny, kiedy słów jest coraz mniej. Daleko mi jeszcze do tego, nawet jeśli więcej się produkuję ostatnio tutaj. Klawiatura jest szybsza, ale papier bardziej cierpliwy i można nań bezpiecznie smarkać.
Tylko jakoś ładniej to myślałem, tam w biurze, na odcinku między boksem i windami.
Ja pamiętnika próbowałem już w podstawówce, to mogła być piąta, albo szósta klasa. Wymusiła to na nas polonistka i wychowawczyni zarazem, a ponieważ jeszcze bardziej żyłem wtedy we własnym świecie - podszedłem do pisania pamiętnika równie poważnie, co teraz, że nikt nie ma wstępu, że to tajne i pisane w piwnicy, po złożeniu szatanowi stosownej ofiary. Mój pamiętnik na zebraniu dostała mama, przy czym raczej nie miała wcześniej pojęcia, że się w tej formie sprawdzam, ani tym bardziej, że w ogóle nie przyszło mi do głowy traktować tego jak każdego innego zadania domowego - gdzie sprawdziłaby moje ortografy. Dostałem albo dwóję, albo pałę, mama odbyła rozmowę z wychowawczynią, z której dowiedziała się, jakim jestem leniem, a ja pomyślałem sobie o tej zdrajczyni polonistce, że jest świnią.
Na odcinku między boksem i windami było jeszcze coś o odzieraniu siebie ze złudzeń. Pokora. Co mi z tego, że mnie nie ma, skoro i tak mam katar? Może za bardzo byłem, z Bazylem i Mrocznym Krzysiem na rowerach w sobotę. Wiem teraz, gdzie jest najmniejszy dom w Warszawie, oraz dom na Saskiej Kępie występujący ponoć w każdym podręczniku architektury, no i gdzie siedzi Osiecka.
sobota, 11 września 2010
To nie będzie film
Obejrzę pewnie wkrótce jakiś film, to mogą być Chłopcy z ferajny, tylko muszę zaczekać, aż brat wyjdzie gdzieś w noc, tak się zapowiada. Na razie muszę cierpieć Wilki z głośników. Nie, żebym robił Gawlińskiemu jakieś osobiste wycieczki, po prostu od lat trzymam się takiej zasady, żeby nie lubić słuchanych przez siostrę rzeczy (najwyraźniej to ona zaszczepiła dzikich pchlarzy bratu). Na ogół się udaje - słuchała jeszcze HIM i Bon Jovi, gdzieś na przełomie wieków musiałem alergicznie reagować na It's my life, a później się chłopaki najwyraźniej skończyli. Zasada nie zadziała w przypadku Myslovitz, cóż - jakoś to przeżyję.
Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.
Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.
Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!
Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.
To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.
A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.
Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.
Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!
Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.
To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.
A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Zresztą moja potrzeba wymiany myśli (niech Pani rzuci okiem na standardowe blogi) jest równa zeru:Co przecież nie jest nawet w połowie tak dla mnie niszczące, jak wypowiedź na temat własnego malarstwa:
Tsheść co słychać?
Nudno qrwa
I tak dalej.
Co do grafiki, to ja nie mam tematów przewodnich, bo mnie chodzi o formę, a nie o temat. Robię twarz lub postać i tyle. Pretekst dla formy.Może to i dobrze, może to domknięcie okręgu, bo dla nas jego obraz był pretekstem dla pogodzenia konspektu prezentacji z wybranym przez Smoczego tematem. Za to domknięciem tematu imprezy jest dzisiejszy sen:
Jedziemy większą grupą autobusem, to na pewno już poranek, to na pewno po imprezie, skoro wzdłuż pojazdu szlaja się wybitnie najebany Czarna Mewa. My jesteśmy gdzieś z tyłu, a on z przodu się zatacza, pokazuje wszystkim faka i śmieje się przy tym perfidnie, jak to on.
W tym momencie zauważam, że jest jakby za taką przegrodą, która wygląda jak przynitowane okno samolotowe i z tamtej strony zaczynają do niego wstawać dresiarze. Siedzę jak sparaliżowany, wszyscy tak siedzimy, a dresiarzy robi się coraz to więcej, teraz już i po naszej stronie - dobijają się przez tą przegrodę, jest ich przynajmniej dziesięciu i każdy chce Mewie wpierdolić.
Wciąż paraliż, czy raczej pewnie strach, żeby mi okularów nie przetrącili i okolic twarzy przy okularach, oraz innych miejsc na ciele.
Później wywlekam go z autobusu, jest ze mną jeszcze ktoś, załamuje nad sprawą ręce, ja pilnuję, żeby autobus nie przejechał Mewie po nogach, układam jego głowę na swoich kolanach niczym zrozpaczona dziewica. On z tym samym najebanym uśmiechem, choć może już trochę mniej zadowolonym - Wpierdolili mi trochę.
czwartek, 9 września 2010
Perturbacje i paralaksy
Przetrząsając pudło z książkami siostry (nie to, żeby była zwolenniczką trzymania książek w pudle, po prostu ma przemeblowanie), odrzuciłem leżące na wierzchu podejrzanie wyglądające wydawnictwa (wydawnictwo Fronda?) i trafiłem na BEX@, Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim.
Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.
Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.
Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.
Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.
Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.
Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.
Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.
Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.
Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.
Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.
Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.
Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.
Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.
Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.
Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.
Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.
wtorek, 7 września 2010
Wszystko jest nieczytelne, lecz jasne
Jeden dzień odwyku od Morrowinda, jeden dzień walki o niby to prawdziwsze iluzje i jakieś uczestnictwo w cudzych, jedna zaledwie noc i na świat wyłazi z Morrowinda mgła. Idę na przystanek autobusowy, patrzę na nią, szukam, o co chodzi, z czym mi się kojarzy, niechby chociaż z jakimś filmem, gdzie by miała taka mgła inne znaczenie, niż ograniczenia techniczne, technologiczne komputerów z roku 2002, na których nie bardzo można sobie było pozwolić na dalekie krajobrazy. Nie i już.
Krótkoterminowy ze mnie prorok, wywróżyłem sobie potrzebę jednej książki więcej, ale nie dwóch, ani trzech najlepiej. Naprawdę wydawało mi się, że Marquez będzie trochę przynajmniej dłuższy od Strachoty, ale też wystarczył na dwa dni przejazdów. Za chwilę przetrząsnę półki siostry, chyba pudła lepiej, z książkami, bo inaczej najbardziej pasowałby jutro dzień urlopu na żądanie. Zapisałbym się do biblioteki może. Bo po co w ogóle jechać do pracy, jeśli nie mam nic do czytania w komunikacji miejskiej? Że co? Że niby można patrzeć na świat, choćby i zakorkowany? Mgła jest!
Tym bardziej należy mieć książkę, że koleżanka, nazwijmy ją Protestanką, przywiozła z urlopu w Turcji upominki, takie wzorzyste pasy tkaniny, które są do książek zakładkami. A w każdym razie w tym charakterze je poleciła.
Na fałszywych papierach w Chile to nie jest książka fabularna. Okładka podpowiada, że reportaż. Wydaje mi się, że reportaż to jest coś bardziej osobistego, naocznego, a tutaj Marquez przerabia wspomnienia Littína na swoje ładne zdania - ale niech im będzie. Czytam i myślę, że może to niezły moment, żeby sprawdzić jakieś wiersze Pabla Nerudy, dawno nie czytałem wiersza. Bardziej nawet myślę, że brak mi zupełnie podstaw do czytania, w naszych szkołach nie dociera się z programem do najnowszej historii Polski, więc historię krajów latynoamerykańskich muszą znać tylko zapaleńcy w koszulkach z Che. Carlos Eire pewnie by tego nie pochwalił. Więc pewne rzeczy ciężko mi było zrozumieć - nigdy nie kojarzyłbym wojskowego reżimu z dążeniami do prywatyzacji, z kolei będący ewidentnym komunistą Allende zdaje się mitycznym bohaterem. Ktoś widać przewidział sprawę, bo książka ma pobieżnie wyjaśniające takie kwestie posłowie.
Najbardziej podobało mi się to przyznawanie się Littína do bycia człowiekiem - absolutnie wolałem pociąg ze względu na paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem. W pociągach są wzmożone kontrole reżimu, jedzie dłużej, niż samolot leci, Miguel jest przecież z misją, przed wyjazdem przeszedł kurs dla szpiegów amatorów. Ale jednak pociąg. Wraca do Chile jako zupełnie kto inny, wywrócony na lewo i tylko w głębi walizki wiezie Podróż do źródeł czasu, książkę, która ratuje go w samolocie. To musi być naprawdę kiepska książka, jeżeli nie ma jej w sklepach, a na Allegro chodzi po dziesięć złotych. Na pewno kogoś przekonam, żeby dla mnie zamówił, bo to mój ulubiony sposób na odnajdywanie książek.
Był dziś moment kontratakującego lata, słońce po deszczu, taki soczysty świat, wszechświat przewidział, że kończę drugą książkę o prześladowaniach, żadnych więcej tajnych agentów od popromiennych mutantów, żadnych więcej karabinierów, więc tej kobietki z czterolatkiem też nie było na przystanku. Będę żył.
Krótkoterminowy ze mnie prorok, wywróżyłem sobie potrzebę jednej książki więcej, ale nie dwóch, ani trzech najlepiej. Naprawdę wydawało mi się, że Marquez będzie trochę przynajmniej dłuższy od Strachoty, ale też wystarczył na dwa dni przejazdów. Za chwilę przetrząsnę półki siostry, chyba pudła lepiej, z książkami, bo inaczej najbardziej pasowałby jutro dzień urlopu na żądanie. Zapisałbym się do biblioteki może. Bo po co w ogóle jechać do pracy, jeśli nie mam nic do czytania w komunikacji miejskiej? Że co? Że niby można patrzeć na świat, choćby i zakorkowany? Mgła jest!
Tym bardziej należy mieć książkę, że koleżanka, nazwijmy ją Protestanką, przywiozła z urlopu w Turcji upominki, takie wzorzyste pasy tkaniny, które są do książek zakładkami. A w każdym razie w tym charakterze je poleciła.
Na fałszywych papierach w Chile to nie jest książka fabularna. Okładka podpowiada, że reportaż. Wydaje mi się, że reportaż to jest coś bardziej osobistego, naocznego, a tutaj Marquez przerabia wspomnienia Littína na swoje ładne zdania - ale niech im będzie. Czytam i myślę, że może to niezły moment, żeby sprawdzić jakieś wiersze Pabla Nerudy, dawno nie czytałem wiersza. Bardziej nawet myślę, że brak mi zupełnie podstaw do czytania, w naszych szkołach nie dociera się z programem do najnowszej historii Polski, więc historię krajów latynoamerykańskich muszą znać tylko zapaleńcy w koszulkach z Che. Carlos Eire pewnie by tego nie pochwalił. Więc pewne rzeczy ciężko mi było zrozumieć - nigdy nie kojarzyłbym wojskowego reżimu z dążeniami do prywatyzacji, z kolei będący ewidentnym komunistą Allende zdaje się mitycznym bohaterem. Ktoś widać przewidział sprawę, bo książka ma pobieżnie wyjaśniające takie kwestie posłowie.
Najbardziej podobało mi się to przyznawanie się Littína do bycia człowiekiem - absolutnie wolałem pociąg ze względu na paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem. W pociągach są wzmożone kontrole reżimu, jedzie dłużej, niż samolot leci, Miguel jest przecież z misją, przed wyjazdem przeszedł kurs dla szpiegów amatorów. Ale jednak pociąg. Wraca do Chile jako zupełnie kto inny, wywrócony na lewo i tylko w głębi walizki wiezie Podróż do źródeł czasu, książkę, która ratuje go w samolocie. To musi być naprawdę kiepska książka, jeżeli nie ma jej w sklepach, a na Allegro chodzi po dziesięć złotych. Na pewno kogoś przekonam, żeby dla mnie zamówił, bo to mój ulubiony sposób na odnajdywanie książek.
Był dziś moment kontratakującego lata, słońce po deszczu, taki soczysty świat, wszechświat przewidział, że kończę drugą książkę o prześladowaniach, żadnych więcej tajnych agentów od popromiennych mutantów, żadnych więcej karabinierów, więc tej kobietki z czterolatkiem też nie było na przystanku. Będę żył.
poniedziałek, 6 września 2010
Paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem
Miałem dzisiaj w ciągu dnia bardzo złudne wrażenie, że nic się nie dzieje i nareszcie odpocznę od bloga. Skoro lato się skończyło, skoro do kaszkietu wziąłem z półki szalik, skoro coraz wcześniej świecą pomarańcze. Dobra, o pomarańczach nie pomyślałem, bardziej byłem zadowolony, że daszek kaszkietu faktycznie chroni okulary przed deszczem, ale to jeszcze nie powód, żeby się tutaj rozwodzić. Byzydura. Za oknem jest jesień, węszę pewne odwrócenie ról, widzę wykręconą sinusoidę zaplecioną na kole pór roku - noszę w torbie pamiętnik z papieru, wracam, macam, coś tam będzie.
Na wieść, że planuję wybrać się do kina, koleżanka proponowała załatwienie biletów - pracuje tam jej znajoma. Jasne, niech załatwia, zawsze to siedem złotych do przodu. Nie załatwiła, zapomniała, co nawet oszczędziło kłopotu czy niezręczności, bo to miał być jakiś bilet na dwoje. A i tak jestem do przodu - Cygan oddał mi dwójkę, wsadziłem ją w kieszeń, przy kasie pani pytała właśnie o dwójkę, bo ciężko jej się dwudziestka rozmieniała, więc mam teraz w kieszeni piątaka. Czary! Kino Luna jest już pewnie o wiele mniej kultowe, niż było ze dwa lata temu, ale tam mnie właśnie zagnało. Faktycznie, co to za kult, gdzie tu off, jeżeli mają w planie film Allena sprzed dwóch lat. Film w sam raz dla mnie, bo u nas wyświetlany był rok temu, kiedy akurat nie wpadłem nigdzie na Niedodzwanialną. Zgranie, czytam w internecie relację z Barcelony, a film ma to w tytule przecież też.
Byłem już kiedyś w Lunie, chyba zanim zmieniała właścicieli, właśnie z Niedodzwanialną. Rzutem na taśmę, czyli wpisem na forum, dostałem wejściówkę na premierę Manny i to faktycznie trochę mogło być offowe, bo na pewno nie miało nawet promila budżetu filmów Allena. Nie miałem pojęcia, co to jest Brokeback Mountain, gdzieś tam wspominane, później dopiero sprawdziłem, skąd taka wesołość na sugestię odnośnie - taki już ze mnie zapalony kinoman. Nie wiedziałem, dokąd mam wejściówkę, że to kino tak blisko roboty, nic po prostu nie wiedziałem. W ubiegłym tygodniu pogodziłem się z pomysłem pójścia tam, wszedłem na stronę internetową i zachwyciłem się przystępnymi cenami w poniedziałek. I przeglądałem filmy, Miłość w czasach zarazy, hej, przecież jest taka książka Marqueza, musiała leżeć gdzieś obok czytanych w autobusie Na fałszywych papierach w Chile! Ale jednak Allen wygrał w tym tygodniu, po co mi film, skoro i tak kiedyś kupię książkę.
Cygan mówił, że był na Vicky Cristina Barcelona ze swoją, że to nie za bardzo jest film dla niego do kina, że można obejrzeć w domu, ale w kinie się marnuje pieniądze. Chodziło mu o brak ładnych efektów, jakby najfajniejsze filmowe dziewczyny (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nich?) ostatnich lat przechadzające się po jednym z najpiękniejszych (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nim?) europejskich miast, były niedostatecznie widowiskowe. Tym bardziej się ucieszyłem, że tanizna. O dziwo nie potwierdził przegadania, jeszcze dziwniejsze, że film faktycznie nie jest przegadany - nie ma w nim samego Allena, ani nikogo allenopodobnego. Myslałem o przegadaniu, bo to częsty zarzut wysuwany przez znajomych, Smoczy nie przebrnął przez pierwsze minuty Anything Else.
No i zbierałem się do tego kina jak jakiś pryszczers na pierwszą randkę (dobra, jakieś pryszcze są), albo jak do jeża, bardzo niepewnie i niewprawnie. Kwestia pójścia do kina z jakiegoś powodu bardzo w moich oczach urosła. Skąd taka ważność, żeby gdzieś wyjść? I niepewność, zaskoczyłem siebie pójściem, tak samo jak zaskoczyłbym prostym powrotem do domu. Taka właśnie nieświadomość, nieprzewidywalność. Równocześnie byłem w kinie i nie byłem w kinie, Kot Schrödingera.
O filmie się fachowo nie rozpiszę, bo żaden ze mnie allenolog i byłaby piąta woda po kisielu. Największy bajer, że bohaterowie się nie zmieniają. Bardzo mi się podobał, choć podejrzewam, że wszystko wzięło się z prostej myśli Okularnika - Taki już jestem sławny i władny, że ona i ona będą się całowały w moim filmie. Całe życie na to robiłem, dążyłem do takiej władzy, muszą.
Wychodzę z kina, do trasy, zaplatam sobie na szyi słuchawki, które wreszcie przyniósł Cytat. Wczoraj specjalnie ładowałem baterię do odtwarzacza, może grać, bujam się w drodze przy luzackim Electric Avenue, nie od Eddy'ego Granta, tylko gdzieś z Polinezji podobno. Wokół świecą pomarańcze, drzewa bardziej składają się z liści, niż świat składa się z drzew, kałuże mają nieokreśloną głębokość, ale już nie pada. Przełącza mi się piosenka i już nie ma siły na moje szczerzenie się - Pomarańcze kupię Ci!
To znaczy, że szafa gra.
W autobusie kontynuowałem przetrawione przez Marqueza wspomnienia Miguela Littína, nawet zaznaczyłem jakieś zdania do wynotowania - ładne:
Na wieść, że planuję wybrać się do kina, koleżanka proponowała załatwienie biletów - pracuje tam jej znajoma. Jasne, niech załatwia, zawsze to siedem złotych do przodu. Nie załatwiła, zapomniała, co nawet oszczędziło kłopotu czy niezręczności, bo to miał być jakiś bilet na dwoje. A i tak jestem do przodu - Cygan oddał mi dwójkę, wsadziłem ją w kieszeń, przy kasie pani pytała właśnie o dwójkę, bo ciężko jej się dwudziestka rozmieniała, więc mam teraz w kieszeni piątaka. Czary! Kino Luna jest już pewnie o wiele mniej kultowe, niż było ze dwa lata temu, ale tam mnie właśnie zagnało. Faktycznie, co to za kult, gdzie tu off, jeżeli mają w planie film Allena sprzed dwóch lat. Film w sam raz dla mnie, bo u nas wyświetlany był rok temu, kiedy akurat nie wpadłem nigdzie na Niedodzwanialną. Zgranie, czytam w internecie relację z Barcelony, a film ma to w tytule przecież też.
Byłem już kiedyś w Lunie, chyba zanim zmieniała właścicieli, właśnie z Niedodzwanialną. Rzutem na taśmę, czyli wpisem na forum, dostałem wejściówkę na premierę Manny i to faktycznie trochę mogło być offowe, bo na pewno nie miało nawet promila budżetu filmów Allena. Nie miałem pojęcia, co to jest Brokeback Mountain, gdzieś tam wspominane, później dopiero sprawdziłem, skąd taka wesołość na sugestię odnośnie - taki już ze mnie zapalony kinoman. Nie wiedziałem, dokąd mam wejściówkę, że to kino tak blisko roboty, nic po prostu nie wiedziałem. W ubiegłym tygodniu pogodziłem się z pomysłem pójścia tam, wszedłem na stronę internetową i zachwyciłem się przystępnymi cenami w poniedziałek. I przeglądałem filmy, Miłość w czasach zarazy, hej, przecież jest taka książka Marqueza, musiała leżeć gdzieś obok czytanych w autobusie Na fałszywych papierach w Chile! Ale jednak Allen wygrał w tym tygodniu, po co mi film, skoro i tak kiedyś kupię książkę.
Cygan mówił, że był na Vicky Cristina Barcelona ze swoją, że to nie za bardzo jest film dla niego do kina, że można obejrzeć w domu, ale w kinie się marnuje pieniądze. Chodziło mu o brak ładnych efektów, jakby najfajniejsze filmowe dziewczyny (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nich?) ostatnich lat przechadzające się po jednym z najpiękniejszych (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nim?) europejskich miast, były niedostatecznie widowiskowe. Tym bardziej się ucieszyłem, że tanizna. O dziwo nie potwierdził przegadania, jeszcze dziwniejsze, że film faktycznie nie jest przegadany - nie ma w nim samego Allena, ani nikogo allenopodobnego. Myslałem o przegadaniu, bo to częsty zarzut wysuwany przez znajomych, Smoczy nie przebrnął przez pierwsze minuty Anything Else.
No i zbierałem się do tego kina jak jakiś pryszczers na pierwszą randkę (dobra, jakieś pryszcze są), albo jak do jeża, bardzo niepewnie i niewprawnie. Kwestia pójścia do kina z jakiegoś powodu bardzo w moich oczach urosła. Skąd taka ważność, żeby gdzieś wyjść? I niepewność, zaskoczyłem siebie pójściem, tak samo jak zaskoczyłbym prostym powrotem do domu. Taka właśnie nieświadomość, nieprzewidywalność. Równocześnie byłem w kinie i nie byłem w kinie, Kot Schrödingera.
O filmie się fachowo nie rozpiszę, bo żaden ze mnie allenolog i byłaby piąta woda po kisielu. Największy bajer, że bohaterowie się nie zmieniają. Bardzo mi się podobał, choć podejrzewam, że wszystko wzięło się z prostej myśli Okularnika - Taki już jestem sławny i władny, że ona i ona będą się całowały w moim filmie. Całe życie na to robiłem, dążyłem do takiej władzy, muszą.
Wychodzę z kina, do trasy, zaplatam sobie na szyi słuchawki, które wreszcie przyniósł Cytat. Wczoraj specjalnie ładowałem baterię do odtwarzacza, może grać, bujam się w drodze przy luzackim Electric Avenue, nie od Eddy'ego Granta, tylko gdzieś z Polinezji podobno. Wokół świecą pomarańcze, drzewa bardziej składają się z liści, niż świat składa się z drzew, kałuże mają nieokreśloną głębokość, ale już nie pada. Przełącza mi się piosenka i już nie ma siły na moje szczerzenie się - Pomarańcze kupię Ci!
To znaczy, że szafa gra.
W autobusie kontynuowałem przetrawione przez Marqueza wspomnienia Miguela Littína, nawet zaznaczyłem jakieś zdania do wynotowania - ładne:
Na targowisku życia i śmierci most Recoleta nad Mapocho jest obojętnym kochankiem: służy albo jarmarkom, albo pochówkom. W dzień kondukty pogrzebowe muszą torować sobie drogę wśród tłumu. Nocą, kiedy nie ma godziny policyjnej, jest to obowiązkowy szlak do klubów tanga, melancholijnych przytulisk na ponurych przedmieściach, gdzie mistrzami tańca są grabarze.I dalej o przechodniach, o Paryżu i wreszcie:
(...) coś, co kiedyś usłyszałem w Madrycie: "Miłość rozkwita w czasach zarazy".Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie.
niedziela, 5 września 2010
Zwoje Lotu Ikara
Morrowind, jak to jest bez sensu, jeszcze głupiej, niż ponowne przechodzenie Final Fantasy VII. Cisnę w niego od 2005, czyli to i tak było późno po premierze, wkręcił mi go znajomy w sytuacji zagrożenia życia. Jechaliśmy windą do Bazyla, na szóste piętro, podróż się dłużyła, aż w końcu winda się zacięła. To typ windy, która ma takie sunące drzwi w kabinie, a nie otwierane do zewnątrz w klatce schodowej, więc niewiele widać. Trochę pokrzyczeliśmy, ktoś przyszedł, poprosiliśmy o wezwanie pomocy i odwiedzenie numeru bazylego, żeby się nami za bardzo nie przejmował. Usiedliśmy, dowcipkowaliśmy sobie o spadaniu, albo wychodzeniu na zewnątrz i dopiero spadaniu, że same nogi spadają, w każdym filmie tak. No i o Morrowindzie, z którego do tej pory nie wyrosłem, podczas gdy mistrz mój i nauczyciel, zwany podówczas Mrocznym Krzysiem wyrósł i teraz dodatkowo wyrasta na architekta.
Kiedy pojawił się wytatuowany pan od serwisu, okazało się, że jesteśmy zacięci pomiędzy dziewiątym i dziesiątym. Patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy mieli ochotę zwrócić ochoczo opowiadane żarty, uściskiem prawicy dziękowaliśmy za ratunek, wyglądał na nieprzyzwyczajonego do tego. I teraz sobie wkręcam, że ta trauma mnie do gry przywiązała, więc mogę wbijać poziomy aż do odkrycia całej mapy, czego pewnie i tak nie zrobię kolejnymi piętnastoma bliźniaczymi postaciami, które coraz mniej są odgrywaniem jakiejkolwiek roli.
To był wstęp przesiewowy, żeby przygotować na jeszcze gorsze rzeczy, tzn. rzeczy gorsze nawet, niż nieoglądanie Pulp Fiction. No co, takim zawsze towarzyski, że obejrzałem dopiero w 2008. A jak się śmiali ze mnie! Cytat i inni (którzy zdaje się są teraz jeszcze bardziej do przodu), a wtedy mogli bezkarnie robić Łe, nie oglądał "Pulp Fiction" oraz takich to mi nie żal.
Swoją drogą - weź tu wypracuj jakiś model, jakiś schemat dla cytatów i tytułów, zacząłem je pisać kursywą, bo ładnie to wyglądało w książce (prawdopodobnie nie bez znaczenia jest również fakt, że wyszukiwarki mogą bardziej na te frazy zwracać uwagę - mam jakieś wejścia odnośnie książki o Juliuszu, znaczy, tfu, Julianie Seratowiczu), ale nie spodziewałem się sytuacji, że tytuł będzie w cytacie. Jakie to jest ładne, skoro to właśnie Cytat mnie najbardziej z tego powodu wyśmiewał. Dwa lata później udaje mu się nieświadomie rozbić moją gardę na blogu. Mistrz. Oczywiście wcale nie musiałem tam wstawiać cudzysłowu, uniknąłbym zagonienia się w akademickie rozważania.
Chodzi o to, jak bardzo ładny był wczorajszy dzień. Wyszedłem na rower, chciałem chwycić jak najwięcej tego słońca. Wyszedłem zupełnie luźno, żeby kupić coś na mieście, w przedpokoju zawracałem po kłódkę. Pierwsza przecznica, może Bazyl by pojechał ze mną, nie pojechał - ma sprawy. Czwarty kilometr, osiedle Smoczego, ale on na wyjeździe, a do tego jak go znam, to jeszcze nie zmienił dętki z tyłu. Spod Grota dzwonię do Głaza, on tam trochę dalej z drugiej strony mieszka, pewnie by się ogarnął. Mówi, że by się ogarnął, gdyby tylko był w Warszawie. Nawet nie dzwoniłem do Cytata, mówił o egzaminach i nauce do nich, ja ostatni będę w tym temacie wodził na pokuszenie. W Trafficu nie mieli tej płyty, a w każdym razie nie mieli nikogo przy stoliku informacyjnym. Zaletą Traffica jest stojak na rowery już za drzwiami i fakt, że pan strażnik uważnie przyglada się wszystkim, którzy przy rowerach majstrują. W drugim sklepie dopiero udało mi się kupić i nawet rower na mnie czekał, choć mam wrażenie, że ktoś majstrował przy zapięciu. Mam wrażenie, że taki typek w adipaski, z daszkiem i fajkiem, który stał całkiem blisko, kiedy rower zapinałem, ale już nigdzie go nie było widać, kiedy odpinałem. Bo ja po tych ludzi dzwoniłem po drodze bardzo interesownie, żeby pod przykrywką sobotniej przejażdżki znaleźć kogoś, kto roweru upilnuje. Cieszę się oczywiście bardzo, że nie zniknął, ale jednocześnie łapię taką paranoję, żeby zostawiać rower w garażu pod pracą i jeździć po centrum komunikacją. Albo zamawiać wszystko z internetu, nie tak na ostatnią chwilę. Byłyby piękne, planowe zakupy, żadnych dodatkowych książek Marqueza - spełnione założenia budżetowe.
Dojechałem do domu i już jesteśmy w domu, to znaczy na miejscu, to znaczy przy tej najstraszniejszej, najładniejszej rzeczy, która przecież przebija nieznajomość Pulp Fiction. Jest to nieznajomość Sigur Rós.
Dobrze widzisz, aż wytłuściłem. Wpadłem na pomysł, żeby tak sobie zaznaczać również nazwy zespołów, jakoś wyróżniać, a w każdym razie wtedy, kiedy jest jasno mowa o jakimś zespole. Bo nie zawsze jest jasno, Herbacianej objawiłem kiedyś pierwszą zasadę współczesnego blogowania - jeżeli nie rozumiesz, o co chodzi, prawdopodobnie jest o tym piosenka. Do tego muszę zacząć opisywać chmurką odnośniki, bo odnośnik jest najmniej trwałym elementem internetu, a z chmurki wiadomo, do czego prowadził. Ale to tyle ze spraw technicznych, wróćmy do Islandczyków, którym wytłuszczenie należy się przecież niezależnie od wszystkiego.
O Sigur Rós przeczytałem na forum, a więc też z pięc lat temu, wszystko robiłem pięć lat temu, kiedy moderatorzy mniej dokręcali śrubę i każde forum, niezależnie od dziedziny, szybko wypruwało się z tematu i stawało się miejscem od wszystkiego. Dorwałem się do ich strony internetowej i łzawiłem przy Starálfur. Fajne. Wrzuciłem na odtwarzacz nawet, kiedy już miałem odtwarzacz i kilka miesięcy później dobrała się do niego Uszata, dzięki czemu dowiedziałem się, że to jedyna wartościowa rzecz w nim, a nie jakieś bzdety, jak na pewno również tam obecne Róże Europy i Smashing Pumpkins.
Wróciłem z roweru i przerzucałem katalogi muzyczne, żeby może grało coś innego, niż namiętnie eksploatowane ostatnio Kobiety. Taki poszukiwacz mi się załączył, żeby przegrzebać rozkradzione pliki - od kiedy pracuję mniej kradnę, trochę (troszeczkę, pamiętaj o założeniach budżetowych) kupuję, ale jeszcze ukradzionych nie skasowałem. No i tak trafiłem, że grają od wczoraj. Nic się z tego nie rozumie, bo język ichni, tytuły trzeba kopiować z internetu, żeby się kreseczki zgadzały. Czytałem kilka lat temu właśnie o Starálfur, o elfie i chłopcu, tak kojarzę, bajka. Dzisiaj wskoczyło Viðrar vel til loftárása, nie mam pojęcia, jak to na głos przeczytać, i nie miałem pojęcia, skąd brzmi tak znajomo. Może w jakimś filmie było, albo co? Kombinuję, pytam brata, czy nie kojarzy skądś, wtem olśnienie - a może było wśród tych kawałków, które mieli na stronie wtedy, dawno temu? Znalazłem stronę, już tu wcześniej zalinkowałem, wygląda prawie tak samo, jak wyglądała wtedy i piosenki też te same udostępnione.
O zespole rozmawiałem z jedną dziewczyną przez internet, oczywiście też ich uwielbiała, a dziewczyna, z którą rozmawiałem trochę mniej, ustawiała z nimi opisy. Czyli wszystko na swoim miejscu. W tym komiksie pojawiało się kilka zespołów, do których docierałem później, największą miałem frajdę z dostrzeżonego na plakacie Mogwai. Pisałem już, że udało mi się nie przegapić ich koncertu na Offie, dwa lata temu, za to nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce w Warszawie występują Sigur Rós. Szkoda, bo na tyle są mocni, że piszę sobie tutaj, zamiast grać w Morro.
Jeszcze wszystko przede mną.
Kiedy pojawił się wytatuowany pan od serwisu, okazało się, że jesteśmy zacięci pomiędzy dziewiątym i dziesiątym. Patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy mieli ochotę zwrócić ochoczo opowiadane żarty, uściskiem prawicy dziękowaliśmy za ratunek, wyglądał na nieprzyzwyczajonego do tego. I teraz sobie wkręcam, że ta trauma mnie do gry przywiązała, więc mogę wbijać poziomy aż do odkrycia całej mapy, czego pewnie i tak nie zrobię kolejnymi piętnastoma bliźniaczymi postaciami, które coraz mniej są odgrywaniem jakiejkolwiek roli.
To był wstęp przesiewowy, żeby przygotować na jeszcze gorsze rzeczy, tzn. rzeczy gorsze nawet, niż nieoglądanie Pulp Fiction. No co, takim zawsze towarzyski, że obejrzałem dopiero w 2008. A jak się śmiali ze mnie! Cytat i inni (którzy zdaje się są teraz jeszcze bardziej do przodu), a wtedy mogli bezkarnie robić Łe, nie oglądał "Pulp Fiction" oraz takich to mi nie żal.
Swoją drogą - weź tu wypracuj jakiś model, jakiś schemat dla cytatów i tytułów, zacząłem je pisać kursywą, bo ładnie to wyglądało w książce (prawdopodobnie nie bez znaczenia jest również fakt, że wyszukiwarki mogą bardziej na te frazy zwracać uwagę - mam jakieś wejścia odnośnie książki o Juliuszu, znaczy, tfu, Julianie Seratowiczu), ale nie spodziewałem się sytuacji, że tytuł będzie w cytacie. Jakie to jest ładne, skoro to właśnie Cytat mnie najbardziej z tego powodu wyśmiewał. Dwa lata później udaje mu się nieświadomie rozbić moją gardę na blogu. Mistrz. Oczywiście wcale nie musiałem tam wstawiać cudzysłowu, uniknąłbym zagonienia się w akademickie rozważania.
Chodzi o to, jak bardzo ładny był wczorajszy dzień. Wyszedłem na rower, chciałem chwycić jak najwięcej tego słońca. Wyszedłem zupełnie luźno, żeby kupić coś na mieście, w przedpokoju zawracałem po kłódkę. Pierwsza przecznica, może Bazyl by pojechał ze mną, nie pojechał - ma sprawy. Czwarty kilometr, osiedle Smoczego, ale on na wyjeździe, a do tego jak go znam, to jeszcze nie zmienił dętki z tyłu. Spod Grota dzwonię do Głaza, on tam trochę dalej z drugiej strony mieszka, pewnie by się ogarnął. Mówi, że by się ogarnął, gdyby tylko był w Warszawie. Nawet nie dzwoniłem do Cytata, mówił o egzaminach i nauce do nich, ja ostatni będę w tym temacie wodził na pokuszenie. W Trafficu nie mieli tej płyty, a w każdym razie nie mieli nikogo przy stoliku informacyjnym. Zaletą Traffica jest stojak na rowery już za drzwiami i fakt, że pan strażnik uważnie przyglada się wszystkim, którzy przy rowerach majstrują. W drugim sklepie dopiero udało mi się kupić i nawet rower na mnie czekał, choć mam wrażenie, że ktoś majstrował przy zapięciu. Mam wrażenie, że taki typek w adipaski, z daszkiem i fajkiem, który stał całkiem blisko, kiedy rower zapinałem, ale już nigdzie go nie było widać, kiedy odpinałem. Bo ja po tych ludzi dzwoniłem po drodze bardzo interesownie, żeby pod przykrywką sobotniej przejażdżki znaleźć kogoś, kto roweru upilnuje. Cieszę się oczywiście bardzo, że nie zniknął, ale jednocześnie łapię taką paranoję, żeby zostawiać rower w garażu pod pracą i jeździć po centrum komunikacją. Albo zamawiać wszystko z internetu, nie tak na ostatnią chwilę. Byłyby piękne, planowe zakupy, żadnych dodatkowych książek Marqueza - spełnione założenia budżetowe.
Dojechałem do domu i już jesteśmy w domu, to znaczy na miejscu, to znaczy przy tej najstraszniejszej, najładniejszej rzeczy, która przecież przebija nieznajomość Pulp Fiction. Jest to nieznajomość Sigur Rós.
Dobrze widzisz, aż wytłuściłem. Wpadłem na pomysł, żeby tak sobie zaznaczać również nazwy zespołów, jakoś wyróżniać, a w każdym razie wtedy, kiedy jest jasno mowa o jakimś zespole. Bo nie zawsze jest jasno, Herbacianej objawiłem kiedyś pierwszą zasadę współczesnego blogowania - jeżeli nie rozumiesz, o co chodzi, prawdopodobnie jest o tym piosenka. Do tego muszę zacząć opisywać chmurką odnośniki, bo odnośnik jest najmniej trwałym elementem internetu, a z chmurki wiadomo, do czego prowadził. Ale to tyle ze spraw technicznych, wróćmy do Islandczyków, którym wytłuszczenie należy się przecież niezależnie od wszystkiego.
O Sigur Rós przeczytałem na forum, a więc też z pięc lat temu, wszystko robiłem pięć lat temu, kiedy moderatorzy mniej dokręcali śrubę i każde forum, niezależnie od dziedziny, szybko wypruwało się z tematu i stawało się miejscem od wszystkiego. Dorwałem się do ich strony internetowej i łzawiłem przy Starálfur. Fajne. Wrzuciłem na odtwarzacz nawet, kiedy już miałem odtwarzacz i kilka miesięcy później dobrała się do niego Uszata, dzięki czemu dowiedziałem się, że to jedyna wartościowa rzecz w nim, a nie jakieś bzdety, jak na pewno również tam obecne Róże Europy i Smashing Pumpkins.
Wróciłem z roweru i przerzucałem katalogi muzyczne, żeby może grało coś innego, niż namiętnie eksploatowane ostatnio Kobiety. Taki poszukiwacz mi się załączył, żeby przegrzebać rozkradzione pliki - od kiedy pracuję mniej kradnę, trochę (troszeczkę, pamiętaj o założeniach budżetowych) kupuję, ale jeszcze ukradzionych nie skasowałem. No i tak trafiłem, że grają od wczoraj. Nic się z tego nie rozumie, bo język ichni, tytuły trzeba kopiować z internetu, żeby się kreseczki zgadzały. Czytałem kilka lat temu właśnie o Starálfur, o elfie i chłopcu, tak kojarzę, bajka. Dzisiaj wskoczyło Viðrar vel til loftárása, nie mam pojęcia, jak to na głos przeczytać, i nie miałem pojęcia, skąd brzmi tak znajomo. Może w jakimś filmie było, albo co? Kombinuję, pytam brata, czy nie kojarzy skądś, wtem olśnienie - a może było wśród tych kawałków, które mieli na stronie wtedy, dawno temu? Znalazłem stronę, już tu wcześniej zalinkowałem, wygląda prawie tak samo, jak wyglądała wtedy i piosenki też te same udostępnione.
O zespole rozmawiałem z jedną dziewczyną przez internet, oczywiście też ich uwielbiała, a dziewczyna, z którą rozmawiałem trochę mniej, ustawiała z nimi opisy. Czyli wszystko na swoim miejscu. W tym komiksie pojawiało się kilka zespołów, do których docierałem później, największą miałem frajdę z dostrzeżonego na plakacie Mogwai. Pisałem już, że udało mi się nie przegapić ich koncertu na Offie, dwa lata temu, za to nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce w Warszawie występują Sigur Rós. Szkoda, bo na tyle są mocni, że piszę sobie tutaj, zamiast grać w Morro.
Jeszcze wszystko przede mną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)