sobota, 11 września 2010

To nie będzie film

Obejrzę pewnie wkrótce jakiś film, to mogą być Chłopcy z ferajny, tylko muszę zaczekać, aż brat wyjdzie gdzieś w noc, tak się zapowiada. Na razie muszę cierpieć Wilki z głośników. Nie, żebym robił Gawlińskiemu jakieś osobiste wycieczki, po prostu od lat trzymam się takiej zasady, żeby nie lubić słuchanych przez siostrę rzeczy (najwyraźniej to ona zaszczepiła dzikich pchlarzy bratu). Na ogół się udaje - słuchała jeszcze HIM i Bon Jovi, gdzieś na przełomie wieków musiałem alergicznie reagować na It's my life, a później się chłopaki najwyraźniej skończyli. Zasada nie zadziała w przypadku Myslovitz, cóż - jakoś to przeżyję.

Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.

Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.

Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!

Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.

To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.

A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Zresztą moja potrzeba wymiany myśli (niech Pani rzuci okiem na standardowe blogi) jest równa zeru:
Tsheść co słychać?
Nudno qrwa
I tak dalej.
Co przecież nie jest nawet w połowie tak dla mnie niszczące, jak wypowiedź na temat własnego malarstwa:
Co do grafiki, to ja nie mam tematów przewodnich, bo mnie chodzi o formę, a nie o temat. Robię twarz lub postać i tyle. Pretekst dla formy.
Może to i dobrze, może to domknięcie okręgu, bo dla nas jego obraz był pretekstem dla pogodzenia konspektu prezentacji z wybranym przez Smoczego tematem. Za to domknięciem tematu imprezy jest dzisiejszy sen:
Jedziemy większą grupą autobusem, to na pewno już poranek, to na pewno po imprezie, skoro wzdłuż pojazdu szlaja się wybitnie najebany Czarna Mewa. My jesteśmy gdzieś z tyłu, a on z przodu się zatacza, pokazuje wszystkim faka i śmieje się przy tym perfidnie, jak to on.

W tym momencie zauważam, że jest jakby za taką przegrodą, która wygląda jak przynitowane okno samolotowe i z tamtej strony zaczynają do niego wstawać dresiarze. Siedzę jak sparaliżowany, wszyscy tak siedzimy, a dresiarzy robi się coraz to więcej, teraz już i po naszej stronie - dobijają się przez tą przegrodę, jest ich przynajmniej dziesięciu i każdy chce Mewie wpierdolić.

Wciąż paraliż, czy raczej pewnie strach, żeby mi okularów nie przetrącili i okolic twarzy przy okularach, oraz innych miejsc na ciele.

Później wywlekam go z autobusu, jest ze mną jeszcze ktoś, załamuje nad sprawą ręce, ja pilnuję, żeby autobus nie przejechał Mewie po nogach, układam jego głowę na swoich kolanach niczym zrozpaczona dziewica. On z tym samym najebanym uśmiechem, choć może już trochę mniej zadowolonym - Wpierdolili mi trochę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.