wtorek, 28 września 2010

Woody Allen spotyka Todda Howarda

W sobotę miała być podróż do Podróży do źródeł czasu pozostawionej przypadkiem w pracy, ale jednak wciąż był katar i pewnie nie będę miał jaj, żeby iść jeszcze w tym roku na rower. Odpoczywałem więc, tak najlepiej, bezmyślnie, to znaczy przy Morrowindzie. Blog na tym cierpi, bo z książek zawsze można sobie coś zapamiętać, zaznaczyć do wynotowania i udawać łamanie głowy. Dajmy na to: w każdym czasie ludzie lubią pisać, że wyznaczona nam została era, albo że żyjemy w wieku czegoś, dajmy na to zen. Oto jesteśmy, piszę ja, choć nie czas jeszcze na podsumowania. Podsumowania będą być może w książkach do języka ojczystego, albo o kulturze jakichś, albo może ktoś tam jednak stwierdzi, że naprawdę już nie ma co podsumowywać po XX wieku. Alejo Carpentier, podobno prekursor realizmu magicznego, już na samym początku kombinuje tak:
Wyznaczona nam została era Człowieka-Pszczoły, lub Człowieka-Zera, kiedy dusz nie sprzedaje się diabłu, lecz Księgowemu albo Dozorcy Galerników.
Ledwie to zacząłem, ale już są fajne sceny, kiedy stary i kaszlący mentor, konserwator instrumentów ściska bohatera, odnośnie jego młodości - fajny kontrast, ta starość i młodość, ideały w jednym. Bo bohater jest nijaki, niby wyzwolony, ale bez sensu, ma pracę, żeby nie myśleć - Rozumiejąc daremność buntu.

Udało mi się iść do kina, Katastrofa odpadł, trudno. Annie Hall, strasznie dużo ludzi. Allen robi prawie wszystkie filmy takie same, widziałem kilka nowszych, ten jest z 1977, czyli nawet nie było mnie w planach. Myślałem, że dla odmiany będzie to film nie o starym i brzydkim Allenie, tylko może o po prostu brzydkim, ale on już w średnim wieku, łysiejący. Jak zawsze podziwiam obytą widownię, bo wszyscy śmiali się ze wspomnianego kilka razy Mansona, znaczy kiedy go wspominano, a ja musiałem sprawdzić, że to był w tamtym czasie w Ameryce głośny przestępca i nawet chcieli na jego procesie Beatlesów.

Tego wieczoru Woody Allen spotkał się z Toddem Howardem. Ten drugi jest może trochę mniej znany, bo robi gry, miał spory wkład w robienie Morrowinda, oraz później Obliviona, czyli głównie na nim wiesza się za niego psy. No ale sam sobie w kolano strzelił - jak to tak można, żeby na tle tajemniczego, koszmarno pokracznego i bardzo swojego Morro, z legendarnymi skrzekaczami i wielkimi netechami, zrobić kolejną część w myśl zasady fantasy to rycerz w lśniącej zbroi i na koniu.

Zdarzyło się to tak, że kiedy czekałem na Rozdrożu (po drodze wiadomo, pomarańcze i miasto nocą, co lubię), podszedł taki żulik do mnie, a ja go odpędziłem, bo rozmawiałem z Cytatem przez telefon i raczej o ważnych rzeczach. On usiadł na przystanku, a ja naiwnie później zagadnąłem, czy mogę pomóc, bo wpadło mi do głowy, że może to jednak niekoniecznie żulik, żeby nie oceniać po okładce (tak tylko z kobietami), on mógł chcieć zapytać, czy w tej późnej przecież godzinie nie uciekł mu autobus. No ale on od razu z historią, że może poratuję złotówką, bo ledwie go z Kolskiej wypuścili i nie ma jak wrócić. Jakbym ja wiedział, czy Kolska jest w okolicy Rozdroża (nie jest!), no ale niech ma, dwa nawet złote, wsiadł do tego samego autobusu, jeszcze wyżebrał pół złocisza i naprawdę wyglądał, jakby miał ten bilet kupić, bo stanął przy kierowcy. Gdzie tam, po prostu wysiadł na kolejnym przystanku. Chytre!

Przez chwilę czułem się wyrolowany, ja bardzo rzadko udzielam datków na ulicy, raz kiedyś kupiłem bułkę i parówki typowi, to się czuję na całe życie rozgrzeszony, do tego na jakieś instytucje dla biednych to chyba już płacę w podatkach. Szkliste miał oczy, miał rozkrwawioną wargę, taki zabiedzony, no tu mnie miał - o Cyganach mówili, że niezły biznes mają z biednej stylizacji, ale o takich swojakach już mniej. Ale od razu przypomniałem sobie ten śmieszny film, który skończył się pół godziny wcześniej. Ojciec Alvy'ego, to jest Stary Singers (kto to w ogóle są Starzy Singers i czy Moretti to ten ucieszony typ z Miczów?), tak komentował fakt bycia okradanym:
To Murzynka z Harlemu, kogo ma okradać, jak nie nas?
No właśnie. Tutaj wchodzi Todd Howard i mogę się rozwodzić nad czymś, o czym cokolwiek wiem. Kiedy zaczyna się Morrowinda, pierwszą napotykaną postacią jest dla większości Fargoth. Z jakiegoś powodu uważa się go za największe zło, ludzie kręcą na youtube specjalne filmy z mordowaniem go, bo w jakiś sposób irytujący z niego kurdupel. W ogóle leśne elfy cieszą się w środowisku znikomym poważaniem - niezależnie od możliwości utworzenia najbardziej morderczego pierwszolevelowego builda postaci: znak zodiaku z premią do szybkości, zwinność w ulubionych współczynnikach, celność, skradanie się i przywołanie w głównych umiejętnościach, zaklęty długi łuk i można wystrzelać wszystko, zanim zdąży podejść, a jeszcze lepiej z premią do obrażeń ze skradania się. FTW! To może być mój pomysł na rozbicie cytadel rodu Dagoth pierwszolevelową postacią.

Nie wiem, czy to zamierzone, ale w dodatku pojawia się postać żebraka Gaenora, również leśnego elfa i takiego ciapy trochę. Prosi o jakiś datek, raz, drugi, coraz to większy, do niewyobrażalnych kwot, w końcu się obraża i zwymyśla rzekomo niezbyt pomocnego bohatera. Kilka dni później nie jest już ciapowaty, wyskakuje na bohatera ubrany w jeden z najlepszych pancerzy, ma umiejętności najlepszych wojowników i jest prawdopodobnie najcięższą do pokonania postacią w całej grze - bo właściwie nie idzie w niego trafić. Mądrzy ludzie podejrzeli jego statystyki, ma siedem razy więcej szczęścia niż dla gracza to legalnie osiągalne. Tak jakby na złość.

No więc mam nadzieję, że moje skromne datki nie są wróżbą jakiegoś napadu.

Z innej beczki - Pustki mają nowy singiel, który trochę mniej brzmi jak oni, jest taki bardziej lofi i indie, ale i tak fajny. Ja się wprawdzie na płyn Lugola nie załapałem (nie wspominał o nim chyba w swojej książce o mutantach Strachota, więc szukałem na wiki), ale Wigry 3 i BMX'y rozumiem. Fiu fiu.

czwartek, 23 września 2010

Piękni piętnastoletni

Poszliśmy w sobotę na ten Dżem, ale to nie był gwóźdź programu. Było raczej chłodno, więc bardziej miał szansę na bycie gwoździem do trumny, jakie to jest opatrzone zestawienie, więc nie doczekaliśmy piosenek znanych i ładnych, tych, które lubię z dwóch pierwszych płyt. Taka kapela, która nieprzerwanie gra niemal od czterdziestu lat, puszcza nowe płyty i jakoś się rozwija, musi mieć do siebie wiele dystansu i wiele dystansu do publiczności, skoro jednak grają nowsze utwory, na które reakcje są mało żywiołowe, za to z Cegłą zawsze szał ciał. Dzień, w którym pękło niebo oczywiście nie był grany. Ale bardziej mi tu chodziło o spotkanie, o oczyszczenie po piekle poprzednich dni - architekt Mroczny Krzyś, Katastrofa ze Smorką, lubię słuchać ludzi. Obiecali iść ze mną na Mistrza i Małgorzatę, mam cztery wejściówki na drugiego października, to została jedna. Jakoś powątpiewam w zapoznanie chętnej niewiasty, więc być może załapie się na nią Cytat. Wejściówkę, choć na niewiastę też by się na pewno chciał załapać.

Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.

Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.

We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.

Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.

Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.

A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Bowiem jeśli mieszkasz nad morzem, to tak jakbyś był jedną nogą w nieskończoności. Morze to jest symbol czegoś, co się zaczyna tuż obok ciebie, a kończy nie wiadomo gdzie.
Bo mam wrażenie, że kilka dni wcześniej czytałem gdzie indziej coś identycznego, o morzu, tylko już nie mogłem znaleźć gdzie. Może w Króliku stepowym, kartkowałem, nie było. Królik jako książka z poprzedniej dekady znacząco różni się od czytanych wcześniej Strachoty czy Żulczyka, rozbijające, że teraz wszystko bardziej na zewnątrz, a tam tylko do środka. A z nieskończonością, z nieuchwytnością, morze jest ładne, ale chyba jednak każdy może mieć coś takiego, zawsze obok siebie. Dlatego wciąż jesteśmy w drodze. Na razie jedziemy do Młota, żeby pograć w Guitar Hero. Czy to aby nie trochę hipsterskie? Czy hipster to nie jest XXI-wieczny typ banana? Oczywiście nigdy naprawdę nie zrozumiałem, o co chodzi z bananowymi knajpami, teraz tych hipsterskich żartów też do końca nie kminię.

Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.

Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.

piątek, 17 września 2010

Nie dość mądry na niebo

Mały spoiler na początek - wpis nie bez powodu opatrzony jest etykietą egzaltacja. Nie żeby była taka kapela, może też jest. Ja po prostu, lojalnie - ostrzegam. Może da się przestawić etykiety ponad wpis i nawet być w ten sposób jakoś oryginalnym, oraz oszczędzić sobie ostrzegania na przyszłość?

W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.

Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.

Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.

Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.

Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.

Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.

On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.

W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.

- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.

Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.

Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.

Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.

Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.

Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.

środa, 15 września 2010

Dzień, w którym pękła droga

Być czy nie być - ośmielił się zamarudzić, więc zapadła się ziemia. Znaczy jezdnia. Widać to już nie te czasy, kiedy sobie można było hamletyzować, nie wolno przesadzać z postawą roszczeniową. W związku z katarem zignorowałem budzik pierwszy, drugi, trzeci, dopiero w okolicach piątego, czyli po siódmej już, wstałem. Po siódmej już to jestem na ogół w drodze do pracy, jeśli nie w ogóle w pracy, ale dzisiaj się wypiąłem. Myślałem, że jeśli będę później wracał, to tłok mniejszy i obciach, i stres, i wszystkie te nieprzyjemności związane z katarem mniej upierdliwe się wydadzą. Wsiadłem do autobusu i jakoś musiałem usłyszeć rozdzwaniające się telefony, gdzie jesteś, my stoimy, no ja też, a gdzie, a od godziny, a tragedia, paraliż, ale jak to? Nie musiałem sam nigdzie dzwonić, usłyszałem wszystko, co trzeba, od razu wiedziałem, że to za karę.

Od razu wiedziałem, że się nie wyrobię, strzelałem, że może na dziewiątą, po godzinie, równoznacznej z przejechaną połową kilometra, wygrażałem sobie w głowie za ten katar, bo przecież bez niego wróciłbym do domu po rower. Do pracy zajechałem kilka minut po dziesiątej, to mój nowy rekord, ponad dwie i pół godziny podróży. Całkiem zabawnej, kiedy tak ludzie wsiadali i wysiadali, co chwilę zmieniające się obiekty, jedna naprawdę zjawiskowa. Przy Światowida co druga osoba z komórką na chodniku, no bo stoi pewnie kilkanaście autobusów w rządku, fajne zdjęcie, przynajmniej taką mają nadzieję, bo ja wiem, że obiektyw w telefonie raczej takiej głębi ładnie nie uchwyci. No ale miejcie sobie, cykajcie, ważniejsze są te różne fajne dziewczęta, które chodzą. Ja tam siedzę, bo katar, a do tego skoro ulica rypła się przed wiaduktem na Żeraniu, to nie ma już zupełnie gdzie iść, można iść do domu tylko, bo aż do granicy dzielnicy wszystko stoi. I wszystkie twarze, które wsiadły dwie godziny później, już przy Konwaliowej, kojarzyłem z zewnątrz, jak truchtały w stronę centrum z zawziętymi minami.

W pracy pojawił się kurier z zamówieniami z internetu - szybko, wygodnie, bo ledwie wczoraj Cytat mi to załatwiał. Więc jutro może się sytuacja na drodze powtórzyć, zezwalam, bo będę miał co czytać. Podróż do źródeł czasu i Królik stepowy, o obu rzeczach gdzieś przeczytane, znaczy kstepowy prowadził blogi różne i to było fajne, a podróż ma być lekarstwem na słabe latanie.

Dobra, tak prowokuję. Jeśli napiszę, to się nie powtórzy, bo jeśli jestem butny i pewny, to świat znajdzie jakąś inną dziedzinę, żeby mi przytrzeć nosa, ale przynajmniej dojadę bez nudnych przygód. Przygody mają być wieczorem, robocze kręgle, smocze spotkanie, a ja nie wiem, czy mi nie pęknie od kataru głowa. Tym bardziej nie wiem, którą stronę mogę rozczarować nieobecnością, postaram się żadnej. Tylko jeśli się tak poustawiam, to przenigdy nie wyleczę kataru, a wypadałoby przecież, bo w sobotę ma grać u nas Dżem.

wtorek, 14 września 2010

Ciepłe powietrze uniosło gdzieś pchlarzy - ekstra!

Zakatarzyłem się, po cichu liczę na to, że przeziębienie mam od ubiegłego tygodnia, tylko rozłożone na raty i wtedy była jakaś gorączka, bóle głowy, a teraz tylko nos. Śnię o wielkiej wodzie, pływam z kimś i bez kogoś, przez chaszcze po wyspach, ale jednak najwięcej wody - bo cieknie z nosa i łaskocze, budzi. Częściej jednak budzi komar, skąd go przygnało jesienią?

Jest mi bardzo przykro, że od lat pracuję, kiedy nie pracowałem, to w gorączce i chorobie pisałem najbardziej egzaltowane rzeczy, dajmy na to opowiadaniem rozważałem zakończony kilka miesięcy wcześniej związek, przeinaczając takie napisane dla kobiety z wielbiącego w odzierające ze złudzeń. Na szczęście nie znam teraz żadnej kobiety, oraz nie siedzę za długo po nocach, bo rano trzeba wstać. Nie wiem którego i czy w ogóle któregoś mi brakuje, chyba tego drugiego prędzej.

Jeśli mam wskazać jedną rzecz, w której zgadzam się z moimi zagranicznymi mocodawcami, to właśnie w podejściu do kataru. Oni akt smarkania nosa stawiają na równi z wymiotami. Jest to szczególnie bolesne podczas firmowego obiadu, kiedy siedzę obok takiego i smarczenie boli mnie podwójnie albo i potrójnie, bo na pewno boli jego, boli mnie samego, skoro nie lubię, ale jeśli jego boli już teraz, to może sobie o tym w jakimś nieodpowiednim momencie przypomnieć. Walczyłem jak lew, żeby się od obiadu wymigać, ale moją asertywność rozgromił ten zdrajca Głaz. To sytuacja analogiczna do tej z Czarną Mewą, na nic mocne postanowienia, nawet jeśli nie zawsze z sugerowanych zachowań wychodzi coś dobrego. Głaz wpadł kiedyś na pomysł, żebym może się ogolił, mówił - A może to zmieni twoje życie?
Ja brody nie goliłem od liceum, bo golenie się jest dosyć upierdliwą rzeczą, a do tego wyhodowanie czegokolwiek na kształt brody przy moim, tak mi się wydaje, średnio męskim zaroście, jest sukcesem, który szkoda marnować. Przeżyłem z brodą próbę na jednych studiach, drugich, trzecich, nawet próbę z jedną kobietą, aż padła kamienna sugestia i okazało się, że bez brody naprawdę lepiej wyglądam. Choć życie mi to tylko utrudniło i częściej teraz wyglądam źle, i wiem o tym, a wcześniej to nie.

A później do autobusu zapomniałem kupić chusteczek i to już w ogóle była porażka, pociąganie nosem, to jeszcze gorsze niż wysmarkiwanie się przecież - bo widać, że ciamajda, chusteczek nie ma.

Oczywiście w związku z katarem spadła moja wydajność w czytaniu, rano jestem zupełnie nie do życia. No bo ja jednak lubię się czasem przespać, a tu katar i komar, ka do kwadratu, katastrofa. Dzisiaj skończyłem Beksińskiego - wciąż ekstra. Czytałem i potakiwałem, aż pojawiła się niepokojąca myśl - czy to aby społecznie pożądane, albo pożądane młodzieńczo, bo ja jestem młodzieniaszek, żeby taki jeszcze nie ćwierćwieczny człeczyna myślał jak siedemdziesięciopięcioletni Beksa. Dobra - najwyżej wydaje mu się, że myśli podobnie.

W pracy wyskoczył ostatnio temat pamiętników, których podobno każdy kiedyś próbuje, ale na ogół nie daje rady uciągnąć. Na zapytanie, na czym taki pamiętnik polega, odpowiedziałem, że na byciu emo, egzaltacji i nieosiągniętych kobietach. Później pomyślałem, że chyba chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym nie jest do niczego potrzebny, kiedy słów jest coraz mniej. Daleko mi jeszcze do tego, nawet jeśli więcej się produkuję ostatnio tutaj. Klawiatura jest szybsza, ale papier bardziej cierpliwy i można nań bezpiecznie smarkać.

Tylko jakoś ładniej to myślałem, tam w biurze, na odcinku między boksem i windami.

Ja pamiętnika próbowałem już w podstawówce, to mogła być piąta, albo szósta klasa. Wymusiła to na nas polonistka i wychowawczyni zarazem, a ponieważ jeszcze bardziej żyłem wtedy we własnym świecie - podszedłem do pisania pamiętnika równie poważnie, co teraz, że nikt nie ma wstępu, że to tajne i pisane w piwnicy, po złożeniu szatanowi stosownej ofiary. Mój pamiętnik na zebraniu dostała mama, przy czym raczej nie miała wcześniej pojęcia, że się w tej formie sprawdzam, ani tym bardziej, że w ogóle nie przyszło mi do głowy traktować tego jak każdego innego zadania domowego - gdzie sprawdziłaby moje ortografy. Dostałem albo dwóję, albo pałę, mama odbyła rozmowę z wychowawczynią, z której dowiedziała się, jakim jestem leniem, a ja pomyślałem sobie o tej zdrajczyni polonistce, że jest świnią.

Na odcinku między boksem i windami było jeszcze coś o odzieraniu siebie ze złudzeń. Pokora. Co mi z tego, że mnie nie ma, skoro i tak mam katar? Może za bardzo byłem, z Bazylem i Mrocznym Krzysiem na rowerach w sobotę. Wiem teraz, gdzie jest najmniejszy dom w Warszawie, oraz dom na Saskiej Kępie występujący ponoć w każdym podręczniku architektury, no i gdzie siedzi Osiecka.

sobota, 11 września 2010

To nie będzie film

Obejrzę pewnie wkrótce jakiś film, to mogą być Chłopcy z ferajny, tylko muszę zaczekać, aż brat wyjdzie gdzieś w noc, tak się zapowiada. Na razie muszę cierpieć Wilki z głośników. Nie, żebym robił Gawlińskiemu jakieś osobiste wycieczki, po prostu od lat trzymam się takiej zasady, żeby nie lubić słuchanych przez siostrę rzeczy (najwyraźniej to ona zaszczepiła dzikich pchlarzy bratu). Na ogół się udaje - słuchała jeszcze HIM i Bon Jovi, gdzieś na przełomie wieków musiałem alergicznie reagować na It's my life, a później się chłopaki najwyraźniej skończyli. Zasada nie zadziała w przypadku Myslovitz, cóż - jakoś to przeżyję.

Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.

Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.

Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!

Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.

To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.

A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Zresztą moja potrzeba wymiany myśli (niech Pani rzuci okiem na standardowe blogi) jest równa zeru:
Tsheść co słychać?
Nudno qrwa
I tak dalej.
Co przecież nie jest nawet w połowie tak dla mnie niszczące, jak wypowiedź na temat własnego malarstwa:
Co do grafiki, to ja nie mam tematów przewodnich, bo mnie chodzi o formę, a nie o temat. Robię twarz lub postać i tyle. Pretekst dla formy.
Może to i dobrze, może to domknięcie okręgu, bo dla nas jego obraz był pretekstem dla pogodzenia konspektu prezentacji z wybranym przez Smoczego tematem. Za to domknięciem tematu imprezy jest dzisiejszy sen:
Jedziemy większą grupą autobusem, to na pewno już poranek, to na pewno po imprezie, skoro wzdłuż pojazdu szlaja się wybitnie najebany Czarna Mewa. My jesteśmy gdzieś z tyłu, a on z przodu się zatacza, pokazuje wszystkim faka i śmieje się przy tym perfidnie, jak to on.

W tym momencie zauważam, że jest jakby za taką przegrodą, która wygląda jak przynitowane okno samolotowe i z tamtej strony zaczynają do niego wstawać dresiarze. Siedzę jak sparaliżowany, wszyscy tak siedzimy, a dresiarzy robi się coraz to więcej, teraz już i po naszej stronie - dobijają się przez tą przegrodę, jest ich przynajmniej dziesięciu i każdy chce Mewie wpierdolić.

Wciąż paraliż, czy raczej pewnie strach, żeby mi okularów nie przetrącili i okolic twarzy przy okularach, oraz innych miejsc na ciele.

Później wywlekam go z autobusu, jest ze mną jeszcze ktoś, załamuje nad sprawą ręce, ja pilnuję, żeby autobus nie przejechał Mewie po nogach, układam jego głowę na swoich kolanach niczym zrozpaczona dziewica. On z tym samym najebanym uśmiechem, choć może już trochę mniej zadowolonym - Wpierdolili mi trochę.

czwartek, 9 września 2010

Perturbacje i paralaksy

Przetrząsając pudło z książkami siostry (nie to, żeby była zwolenniczką trzymania książek w pudle, po prostu ma przemeblowanie), odrzuciłem leżące na wierzchu podejrzanie wyglądające wydawnictwa (wydawnictwo Fronda?) i trafiłem na BEX@, Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim.

Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.

Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.

Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.

Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.

Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.

Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.

Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.

Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.