(Oczywiście wszystko źle, bo w szkołach są raczej panie pedagog.)
Pisząc ostatnio o pani psycholog, miałem też wspomnieć o najlepiej wspominanym konwencie. Nawet jeśli właściwie przez ostatnie lata nigdzie wspominany nie był, to wciąż najlepiej. Jest do tego tekst źródłowy, który nie od razu udało mi się wtedy znaleźć, więc wątek wyleciał. A przecież wiąże się z tamtym grunge'owym akapitem, bo to też naprawdę dawno, Pogromca Dinozaurów administrował całym forum, teraz pomógł je odnaleźć. Trochę oszukuje w datach, bo konwent na pewno był w 2004, cóż, ja swoje wiem. Ten sam tekst dostała pani psycholog, kiedy prosiła, żeby coś pokazać, to akurat było najświeższe. Szacun dla niej, bo ja dziś nie umiem przez to przebrnąć - a wiele nie brakowało, żeby w trochę mniej zemotowanej formie poszło drukiem. Chyba jedynie NIPu brakło, bo jeszcze chcieli mi za ten tekst zapłacić. Nie powinno więc chyba dziwić, że gazety już dawno na rynku nie ma (no, rozsądne rzeczy też były, np. mrw pamiętam, że pisał o muszkieterach).
Możliwe, że było tam też coś o skracaniu o połowę. Nie dowiem się już, bo webowy system pocztowy miał mniej ogarniętych adminów niż Pogański Bożek i nie widzę w nim żadnych mejli sprzed 2006. A kiedy szukałem, czy pierwszy konwent był w 2003 czy 2004, to trafiłem na informacje o przyznawanych nagrodach i wyszło na to, że naczelny nieistniejącej już gazety obchodzi urodziny tego samego dnia co ja. O! To chyba całkiem nieźle, że na ogół staram się zrobić jakiś przesiew myśli i takie wylatują. To chyba raczej smutne, że najwięcej uwagi poświęcam swoim rzeczom, można by się czasem zachwycić nowym.
Najlepiej to pewnie odplątywać i zaplątywać wszystko na nowo, pokracznie mutować, opacznie kontaminować, zbierać baty w ciągłym dążeniu. Wczoraj, kiedy koleżanka podzieliła się piosenką, zanim w ogóle zacząłem przesłuchiwać, już kombinowałem, czy to będzie jakiś cover The Verve, czy nawiązanie do nich, albo do tego samego. Tytuł ma więcej sensu u Brytyjczyków (w końcu puścili taką płytę), stąd podejrzenie, że śpiewają trochę jedni do drugich. Przypatrywałem się tekstom, to nigdy nie jest tak, że wystarczy, żebym się przysłuchał, ale i tak nie znalazłem drogi Forda w Stanach, to znalazła koleżanka, ale ja znów, zamiast jechać nią do Jesup, dojechałem gdzieś do Anglii - do Gravity Grave. Bo nie znam się na samochodach na tyle, żeby wykluczyć, że w teledysku występuje Ford, do tego drogi wyglądają jakby niekoniecznie szło je znaleźć na mapie. Narkotykowy odlot Ashcrofta, codziennie zachodzące słońce. Łatwiej kojarzyć takie proste rzeczy, to jest światło, to też jakieś guiding light.
Rozmowa wkrótce przeniosła się na horyzont, do którego dążą przerażające swego czasu Hatifnaty. Hatifnatowie. Teraz, kiedy wiem już, do czego dążą, bardzo je podziwiam.
czwartek, 21 kwietnia 2011
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej
Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.
W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.
Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.
Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.
Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!
No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.
Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.
W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.
Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.
Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.
W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.
Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!
No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.
Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.
wtorek, 12 kwietnia 2011
!For Emily, Wherever I May Find Her?
Jest kwiecień, więc, jak to kiedyś Rynna zauważyła, będę pisał mniej składnie i bardziej do siebie. Na pewno zauważyła, że mniej składnie, chyba nawet użyła słów w sensie egz-art-owany-wannabe, ale to nie tak. To po prostu mój kod, to jest próba zdystansowania się, ale wciąż nie odczarowania, no bo wtedy nie byłoby pisania w ogóle w temacie. Jeśli dobrze pójdzie, to tylko dzisiaj i z głowy.
Przez tydzień byłem chory, dostałem zwolnienie od lekarza i wydaje mi się, że w ogóle nie z tego powodu tam poszedłem. W poniedziałek bolało, we wtorek zaopiniował przeziębienie, kiedy już w sumie nie bolało. Przeziębienie czułem też, bo jestem notorycznie przeziębiony – zwalam na mało snu i fakt, że w mieszkaniu trzy piąte domowników są od pół roku zawsze przeziębione. Nie ma warunków dla zdrowia. Myślałem, że jednak coś te tabletki pomagają, na pewno pomagały na mniejszy katar, ale w sobotę znowu bolała mnie głowa. A chorowanie się skończyło, wczoraj poszedłem do pracy, wypoczęty w miarę i szczerze uśmiechnięty, ale ostatecznie wróciłem do punktu wyjścia, znowu poniedziałek, znowu głowa. Może powinienem zacząć analizować ciśnienia i inne takie. To wkurza po prostu, tak samo jak bezsenna noc, kiedy, niby deszczowa, ale jednak ciepła, przychodzi wiosna i nie znajdujesz w sobie siły na realizację tak głupiutkich planów, jak chociażby te rowerowe dojazdy do pracy. Serio, to by mi wystarczyło, chociażby to, choć plany związane z pracą też łatwiej realizować, kiedy szafa gra.
Jak ja ostrożnie dzisiaj piszę, no bo jestem po tej bezsennej niemal nocy i już obiecałem pisać głupoty, proszę, proszę.
Straciłem wyjście do kina, tym razem nie musiałem na Niedodzwanialną wpadać na mieście, sama się odezwała, że trzeba na Allena przecież. Znów będzie dzień okularnika, jedna z popularniejszych z rzeczy, które Was tu sprowadzają, choć nie mam pojęcia, kiedy to wypada. Czy byłem? Czekałem na Ciebie. Okej, rezerwuję. Nie okej, ja umieram. Innym razem, przyszły tydzień, to już teraz, ale teraz to już rozważamy maj. To też zabawne, napisałem jej, że różnie to bywa i mało jestem pewny, żeby nie nadawała mi wysokich priorytetów w tej sytuacji, jeśli ma coś w planach, trudno, będzie okej. Something in the Way, Nevermind, Nirvana.
To bardzo kiepskie, dostać ataku bezsennej nocy akurat dwunastego kwietnia, który znów jest wtorkiem. Spodziewałbyś się końca świata, przed południem jeszcze, ale na szczęście jesteś tak zarobiony, że nie ma czasu wracać do tego.
Są ważniejsze daty zresztą. Takie bardziej światowe – piąty kwietnia. Wtedy umarł Kurt Cobain. Wtedy strzelił sobie w głowę. Teraz już wiem, ale skąd miałem wiedzieć wcześniej, jak to dokładnie wyglądało? Miałem się interesować bliżej grungem? Kurt Cobain, gość z koszulek, samobójstwo, Smells Like Teen Spirit i Come as You Are, to jest jak zbawienie, możemy cofnąć się bardziej niż sześć lat, kiedy w Katowicach dostałem do ręki gitarę i te nuty (taby!), prawie się nauczyłem. Chyba nie mógł to być 2003, bo wtedy jeszcze Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów nie miał gitary żadnej, ale mógł być 2004, kupił ją jako rekwizyt do zdjęć. Asucon 9, czyli schyłek chyba, już wszyscy wokół mówili, że druga liga konwentów, ale przynajmniej turniej DDR dawał radę.
Aha, i oglądałem dwa sezony Californication, to musi być koło ósmego kwietnia już, bo nie od razu go znaleźli przecież. Tyle wiedziałem do zeszłego wtorku, kiedy trafiłem na artykuł rocznicowy i autentycznie się zawstydziłem, że wcześniej zdążyłem publicznie napisać dom, w którym kompletnie już nie pamiętam, co było, poza tym może, że chciałem sobie strzelić w bolący łeb. Z tych okolic znalazłem też (choć tu było trudniej) I Awake, Soundgarden, na nich też załapałem się kiedyś w VH1, a Black Hole Sun dostało swój rebus na tablicy w pracy, ale teraz dowiedziałem się, że Cobain lubił ich wczesne nagrania. To znalezione na pewno wcześniejsze niż to z VH1. Tropy. Wiecie, fejsbuk to wcale nie jest największe zło, można się zainteresować. Czasem słyszy się takie rzeczy - zastanawiam się, czy się nie wypisać - to się wypisujcie, jeśli inaczej nie umiecie.
Ja wczoraj np. wysłałem wiadomość, podobną trochę do jednego z najładniejszych mejli, jakie napisałem w życiu, w zamyśle przynajmniej, bo wtedy poszedł mejl w zamian za smsa, teraz dłuższa wiadomość, też jak mejl w sumie, i z piosenkami, w zamian za krótki komentarz. Mam w dokumentach katalog nazwany listy, dla mnie mejle to są listy właśnie, bo wyrosłem w czasach, kiedy pewnie dziewięćdziesiąt procent papierowej korespondencji stanowią urzędowe pisma. Ten katalog ma podkatalogi 2008 (13 listów), 2009 (2 listy) i od wczoraj 2011 - no bo przecież całe to miejsce jest zamiast. Te linijki na pewno jakoś umościły mózg, łatwiej mogłem po nich znieść tykanie zegarów.
Z pracy wyszedłem półprzytomny, tym razem nie uciekł mi autobus, nie sprzed nosa w każdym razie, więc chodziłem od wiaty do reklamowego słupa przy przejściu, chyba zawsze tak chodzę, nie lubię na przystanku po prostu stać, i miałem frajdę z wystawiania dłoni na powiewy wiatru, który za bardzo nie wysysał z człowieka ciepła.
Przez tydzień byłem chory, dostałem zwolnienie od lekarza i wydaje mi się, że w ogóle nie z tego powodu tam poszedłem. W poniedziałek bolało, we wtorek zaopiniował przeziębienie, kiedy już w sumie nie bolało. Przeziębienie czułem też, bo jestem notorycznie przeziębiony – zwalam na mało snu i fakt, że w mieszkaniu trzy piąte domowników są od pół roku zawsze przeziębione. Nie ma warunków dla zdrowia. Myślałem, że jednak coś te tabletki pomagają, na pewno pomagały na mniejszy katar, ale w sobotę znowu bolała mnie głowa. A chorowanie się skończyło, wczoraj poszedłem do pracy, wypoczęty w miarę i szczerze uśmiechnięty, ale ostatecznie wróciłem do punktu wyjścia, znowu poniedziałek, znowu głowa. Może powinienem zacząć analizować ciśnienia i inne takie. To wkurza po prostu, tak samo jak bezsenna noc, kiedy, niby deszczowa, ale jednak ciepła, przychodzi wiosna i nie znajdujesz w sobie siły na realizację tak głupiutkich planów, jak chociażby te rowerowe dojazdy do pracy. Serio, to by mi wystarczyło, chociażby to, choć plany związane z pracą też łatwiej realizować, kiedy szafa gra.
Jak ja ostrożnie dzisiaj piszę, no bo jestem po tej bezsennej niemal nocy i już obiecałem pisać głupoty, proszę, proszę.
Straciłem wyjście do kina, tym razem nie musiałem na Niedodzwanialną wpadać na mieście, sama się odezwała, że trzeba na Allena przecież. Znów będzie dzień okularnika, jedna z popularniejszych z rzeczy, które Was tu sprowadzają, choć nie mam pojęcia, kiedy to wypada. Czy byłem? Czekałem na Ciebie. Okej, rezerwuję. Nie okej, ja umieram. Innym razem, przyszły tydzień, to już teraz, ale teraz to już rozważamy maj. To też zabawne, napisałem jej, że różnie to bywa i mało jestem pewny, żeby nie nadawała mi wysokich priorytetów w tej sytuacji, jeśli ma coś w planach, trudno, będzie okej. Something in the Way, Nevermind, Nirvana.
To bardzo kiepskie, dostać ataku bezsennej nocy akurat dwunastego kwietnia, który znów jest wtorkiem. Spodziewałbyś się końca świata, przed południem jeszcze, ale na szczęście jesteś tak zarobiony, że nie ma czasu wracać do tego.
Są ważniejsze daty zresztą. Takie bardziej światowe – piąty kwietnia. Wtedy umarł Kurt Cobain. Wtedy strzelił sobie w głowę. Teraz już wiem, ale skąd miałem wiedzieć wcześniej, jak to dokładnie wyglądało? Miałem się interesować bliżej grungem? Kurt Cobain, gość z koszulek, samobójstwo, Smells Like Teen Spirit i Come as You Are, to jest jak zbawienie, możemy cofnąć się bardziej niż sześć lat, kiedy w Katowicach dostałem do ręki gitarę i te nuty (taby!), prawie się nauczyłem. Chyba nie mógł to być 2003, bo wtedy jeszcze Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów nie miał gitary żadnej, ale mógł być 2004, kupił ją jako rekwizyt do zdjęć. Asucon 9, czyli schyłek chyba, już wszyscy wokół mówili, że druga liga konwentów, ale przynajmniej turniej DDR dawał radę.
Aha, i oglądałem dwa sezony Californication, to musi być koło ósmego kwietnia już, bo nie od razu go znaleźli przecież. Tyle wiedziałem do zeszłego wtorku, kiedy trafiłem na artykuł rocznicowy i autentycznie się zawstydziłem, że wcześniej zdążyłem publicznie napisać dom, w którym kompletnie już nie pamiętam, co było, poza tym może, że chciałem sobie strzelić w bolący łeb. Z tych okolic znalazłem też (choć tu było trudniej) I Awake, Soundgarden, na nich też załapałem się kiedyś w VH1, a Black Hole Sun dostało swój rebus na tablicy w pracy, ale teraz dowiedziałem się, że Cobain lubił ich wczesne nagrania. To znalezione na pewno wcześniejsze niż to z VH1. Tropy. Wiecie, fejsbuk to wcale nie jest największe zło, można się zainteresować. Czasem słyszy się takie rzeczy - zastanawiam się, czy się nie wypisać - to się wypisujcie, jeśli inaczej nie umiecie.
Ja wczoraj np. wysłałem wiadomość, podobną trochę do jednego z najładniejszych mejli, jakie napisałem w życiu, w zamyśle przynajmniej, bo wtedy poszedł mejl w zamian za smsa, teraz dłuższa wiadomość, też jak mejl w sumie, i z piosenkami, w zamian za krótki komentarz. Mam w dokumentach katalog nazwany listy, dla mnie mejle to są listy właśnie, bo wyrosłem w czasach, kiedy pewnie dziewięćdziesiąt procent papierowej korespondencji stanowią urzędowe pisma. Ten katalog ma podkatalogi 2008 (13 listów), 2009 (2 listy) i od wczoraj 2011 - no bo przecież całe to miejsce jest zamiast. Te linijki na pewno jakoś umościły mózg, łatwiej mogłem po nich znieść tykanie zegarów.
Z pracy wyszedłem półprzytomny, tym razem nie uciekł mi autobus, nie sprzed nosa w każdym razie, więc chodziłem od wiaty do reklamowego słupa przy przejściu, chyba zawsze tak chodzę, nie lubię na przystanku po prostu stać, i miałem frajdę z wystawiania dłoni na powiewy wiatru, który za bardzo nie wysysał z człowieka ciepła.
niedziela, 3 kwietnia 2011
¡Viva España!
Tak mi się weekendy teraz układają, że co i rusz jeżdżę 509, to jest autobus na Gocław, na osiedle mojego dzieciństwa. Raz zajechałem do końca, akcja z marzanną. Wczoraj tylko do połowy, przesiadka na Starzyńskiego, planszowy wieczór spędzony u Dwóch Kalorii, ale na Gocław i tak dostałem się we śnie:
Jestem na Gocławiu, gdzie kiedyś mieszkałem. Wchodzę do bloku i przekradam się korytarzami – widzę dziewczynę, myślę, że może to Oświecona, nie jestem pewien, więc żeby przekraść się jak najbardziej niepostrzeżenie, ślizgam się cicho po podłodze. Ale słyszę, jak mówi do kogoś, że może ja to ja, czyli jednak ona to ona. Ganiamy się przez chwilę po tych korytarzach, śmiech, zabawa, łapię ją i przewracamy się tak, że leży plecami na mnie. No i nowa zabawa – jestem transportowcem i muszę ją dostarczyć z powrotem. Dosiada się druga z sióstr, idzie mi w miarę gładko, ale kiedy jestem już pod drzwiami, siły zaczynają mnie opuszczać. No i mdleję, budzę się na trawie przed blokiem, myślę, że to znowu restart, jak w grze, dajmy na to w Final Fantasy VII, kiedy się spędziło za dużo czasu na lodowcu, bohater mdlał z wycieńczenia. Nie czuję się źle, a ktoś znajomy od razu przyprowadza dzieciaka, którym się trzeba zaopiekować. Idziemy więc na spacer, przez różne osiedla, robi się z nas cała ekipa. Ktoś wyraża obawę, że na osiedlu przed nami to się gada i krzyczy po hiszpańsku, jakby każde z osiedli miało mieć swój język i kulturę, i toczyły ze sobą walki. Faktycznie, słychać krzyki, chłopaki grają w piłkę w przejściu pod blokiem, ale mówię spoko, damy radę. Przechodzimy przed jedną z bramek pełni napięcia, kiedy gra się na chwilę uspakaja, słyszę krzyk, ale jestem pewien, że to jest rzucone do współgraczy: poczekajcie chwilę. Czyli że możemy przejść bez zaczepiania. Aż nagle jedna z piłek, a grają takimi piłkami do tenisa, wpada pod nogi kogoś z naszej drużyny i zaczyna się walka o nią – biegniemy na placyk za blokiem, wymieniamy podania, a oni starają się ją nam odebrać. Podają do mnie, słaby ze mnie gracz, ale dzięki temu zaskakujący, jakoś się przy niej utrzymuję. Zostaje mi ostatni przeciwnik do okiwania, jest bardzo wysoki i tyczkowaty, więc obmyślam taktykę dużej zwrotności, bo on na pewno długo nawraca. I wygrywamy, wracają na swoje boisko pod blokiem. Drużyna zadowolona, że bez żadnych strat idziemy dalej, a ja biorę piłkę w rękę, trochę starmoszoną i mokrą od kałuż i wracam na tamto boisko, zostawiam ją na skraju, mówiąc, że teraz ma również nasze kopnięcia i wszyscy rozumiemy, że to jest znak pokoju i sojuszu między nami a Hiszpanami. Akrobatycznie, biegnąc trochę po ścianach, doganiam swoją ekipę, która osiągnęła już jeziorka nad rzeką – ciepło, można rzucić się do wody. Część już w rzece, np. mój brat, pytam, czy woda nie zimna – zimna. No to nie ma mowy, ja nie wskakuję.W piątek na pewno nie byłem miłym towarzyszem dla nikogo, nie lubię, kiedy tak ze mnie wyłazi, że mam zły humor. Pod koniec dnia, kiedy atmosfera się rozluźniła i ekipa była radośnie zaczepna, rozdawałem nawet jakieś faki, odczepcie się, zostawcie. Nie jestem z siebie dumny. W domu trafiłem na ładny film, miałem kiedyś się na niego wybrać do Luny, ale akurat chyba wyskoczyło firmowe spotkanie, My Blueberry Nights. Historia o historiach - uspakajające. Skończyłem, odebrałem wiadomość: Ja wytrzymałem do 7 sekundy :P Jak długo Ty wytrzymasz??. Dwie dziewczyny i kubek, jak widać jeszcze nie każdy zdążył się na to natknąć, choć internet taki stary. I jak tu skutecznie pozbywać się gówna z pokładu?
środa, 30 marca 2011
Weekend, marudzenie, krach systemu, Tryp
Naród rozmraża się w wakacje! - powtarzała Mimbla, bo ona i jej urodzeni z trzydniowym odstępem, całkiem niedawno urodziny Dwóch Kalorii, a przecież Małpolud też zapraszał na urodziny, z miesięcznym wprawdzie opóźnieniem, ale wpasowuje się w trend. W ogóle się na początku nie przyznał, że impreza jest urodzinowa i nie bardzo miałem czas kombinować prezent, dostał tylko pół prezentu, ale przynajmniej luksusowego - kilo cukru. Wyszło na to, że jestem pierwszym gościem, poznałem żonę, podejrzałem dokładniej jak oni fajnie ze sobą żyją, i jak fajnie urządzają świat wokół. Niepoważne rozmowy, w kuchni tablica z różnymi wycinkami - zrobili z Prezesa Wiedźmina, a jak grał w grę, to specjalnie starał się tak, żeby nie spać z żadną z dziewczyn, choć nie do końca wyszło, no ale i tak go nie skończył. Przydałby się stroboskop - Małpolud wyciąga z szuflady niby butelkę, ale jednak jest obita jak dyskotekowa kula, bo zdejmują ją kiedy przyjeżdżają rodzice, niech myślą że żyją poważniej. To nie jest tak, że po dwóch godzinach nie chciałem wychodzić, bo wciąż byłem jedynym gościem (reszta tego wieczoru wybitnie spóźnialska), tylko tak, że lubię z nimi siedzieć. A ja nie z każdym umiem siedzieć, na ogół nie umiem.
Na szczęście, kiedy już się zbierałem, zadzwonił domofon, już wcześniej sugerowałem dowcip, żeby jak kto wejdzie, sprawiali wrażenie, jakby nikogo jeszcze nie było (O tak! Ja będę płakać, rozmazana cała!), a że głupio byłoby tak poznawać kogokolwiek, mijając się w drzwiach, to poszedłem schodami. W drodze na tramwaj przybiłem piątkę kibicom, trzech, rozkrzyczani i rozpici - na szczęście krzyczeli komu kibicują, mniejsze to niebezpieczeństwo, wykpiłem się tą piątką i okrzykiem. Za chwilę telefon od Mimbli - Gdzie jesteś, czekamy z tortem! Godzina jedenasta, impreza trwa ze cztery godziny, trzydzieści osób w lokalu, a oni czekają z tortem na mnie? Jaki wstyd, że nie umiem się rozdwajać, byłbym w obu miejscach na raz. Impreza do rana, podłoga nie robi się jakoś bardziej miękka od pościeli, ale jednak wysypiam się na tyle dobrze, że w niedzielę idę jeszcze na rower i jest mi całkiem ciepło z tym wszystkim.
Ale znów przychodzi poniedziałek, tylko gorszy, no bo co z tego, że jest siódma dwadzieścia na zegarze, jeśli trzy dni wcześniej to była szósta? Zmiana czasu mnie kompletnie rozbraja, dołożył się do tego pierwszy tej wiosny megakorek, siedzę w pracy wypruty z sił i drażliwy na wszystko, w słuchawki wrzucam muzykę ostrzejszą niż na ogół (a przez ostatni miesiąc świetnie mi się pracowało przy The King of Limbs), do tego głośniej niż na ogół, żeby się tylko odciąć od otoczenia. Wstać, zjeść śniadanie, rowerować, to nie jest kwestia ciepła, bo rower łatwo rozgrzewa, jeśli mamy już powyżej zera. Świadomość nie rejestruje pierwszego budzika. Przy drugim budziku słychać, że ktoś się kręci po domu - kto wie, czy to nie zniechęca do wstawania bardziej niż wczesna godzina. Jak spać, żeby mózg tak nie mrowił z rana? A przecież 2008 nie jest tak odległy, to jak wczoraj. Ciągle nie ogarnąłem jeszcze, co się zmieniło - ubiegły rok zmarnowałem w autobusach. A rano spod Rawy przyjechał tata - czyli musiał wyjechać koło piątej. Nie ogarniam. Zapisuję ten akapit i zastanawiam się, jaki jest sens publikować tak marudny akapit, rezygnuję z dopisywania innych - idę spać. Tak, znów są budziki. Nie - nie wstaję z ostatnim. Jeszcze tylko chwilka. Budzę się za pół godziny, dom jest pusty, ja, wyspany i spóźniony, spokojnie składam kanapki, obieram marchewkę, jadę do pracy i czuję się tak dobrze, że mam to za zwycięstwo.
Akurat dzisiaj nie wypadało się spóźnić, bo dla podniesienia słupków Great Work Place szef wymyślił wyjście do kina. Z pompą, ankieta z filmami w intranecie, popcorn i cola, zarezerwowana cała sala. I poszliśmy - ankietę wygrał Jeż Jerzy.
Wszystko co wcześniej wiedziałem o Jeżu - wiedziałem z opowieści. Sam nie znałem komiksów, miały być podejścia, obiecanki cacanki. Film niby chwali Wojciech Orliński, ale dopiero po obejrzeniu zauważyłem to niby. No bo jest tak, że fajnie podłożono głosy, że jeż jest Jeżem Jerzym, tłucze się z Zenkiem, ma złego klona. Ale film jest kiepski. Chłopaki dostali najlepsze klocki, wszystkie zginacze i technicsy z silniczkami, ale zrobili z nich kupę. Tak, śmiałem się. Nie, nie jestem usatysfakcjonowany. Jeśli, jak pisze za Arystotelesem Orliński, film kieruje mnie w stronę Dobra, to chyba tylko dlatego, że chciałbym uwierzyć, że Jeży naprawdę jest fajnym gościem i pewnie kiedyś sięgnę po komiksy. Do tego nie rozumiem, dlaczego wśród latających nad Warszawą lalek z sex-sklepu nie było ani jednego Baranka Bożego? Może był jakiś?
No ale - tu też jest zwycięstwo. Jeż nie był pozycją w momencie oddania firmowej ankiety do wypełniania. Jeszcze było przed premierą, kino nie miało go na liście. Ale interweniowałem i raptem pół godziny później się pojawił. I wygrał. Więc poszliśmy na Jeża na koszt korpo, zaproszono różnych ważniaków, sztywniaków z HR, był azjatycki przełożony. Co tam, że film kiepski, jeśli szef musi teraz udawać, że od początku spodziewał się kurew, kopulacji, urywanych głów i pewnie nawet wielkiego czarnego rysunkowego członka?
Całkiem jest ładnie. Wiosna. Ciepło. Do kina szedłem w samej kurtce, bez bluzy. Sześć lat temu z początkiem wiosny wydawało mi się, że miłość tłucze mnie obuchem po głowie. Rok temu wydawało mi się, że to nie we mnie uderzył samolot. W tym roku wreszcie wydaje mi się, że jestem odpowiednio przygotowany: przez internet do mózgu sączy się Tryp.
Na szczęście, kiedy już się zbierałem, zadzwonił domofon, już wcześniej sugerowałem dowcip, żeby jak kto wejdzie, sprawiali wrażenie, jakby nikogo jeszcze nie było (O tak! Ja będę płakać, rozmazana cała!), a że głupio byłoby tak poznawać kogokolwiek, mijając się w drzwiach, to poszedłem schodami. W drodze na tramwaj przybiłem piątkę kibicom, trzech, rozkrzyczani i rozpici - na szczęście krzyczeli komu kibicują, mniejsze to niebezpieczeństwo, wykpiłem się tą piątką i okrzykiem. Za chwilę telefon od Mimbli - Gdzie jesteś, czekamy z tortem! Godzina jedenasta, impreza trwa ze cztery godziny, trzydzieści osób w lokalu, a oni czekają z tortem na mnie? Jaki wstyd, że nie umiem się rozdwajać, byłbym w obu miejscach na raz. Impreza do rana, podłoga nie robi się jakoś bardziej miękka od pościeli, ale jednak wysypiam się na tyle dobrze, że w niedzielę idę jeszcze na rower i jest mi całkiem ciepło z tym wszystkim.
Ale znów przychodzi poniedziałek, tylko gorszy, no bo co z tego, że jest siódma dwadzieścia na zegarze, jeśli trzy dni wcześniej to była szósta? Zmiana czasu mnie kompletnie rozbraja, dołożył się do tego pierwszy tej wiosny megakorek, siedzę w pracy wypruty z sił i drażliwy na wszystko, w słuchawki wrzucam muzykę ostrzejszą niż na ogół (a przez ostatni miesiąc świetnie mi się pracowało przy The King of Limbs), do tego głośniej niż na ogół, żeby się tylko odciąć od otoczenia. Wstać, zjeść śniadanie, rowerować, to nie jest kwestia ciepła, bo rower łatwo rozgrzewa, jeśli mamy już powyżej zera. Świadomość nie rejestruje pierwszego budzika. Przy drugim budziku słychać, że ktoś się kręci po domu - kto wie, czy to nie zniechęca do wstawania bardziej niż wczesna godzina. Jak spać, żeby mózg tak nie mrowił z rana? A przecież 2008 nie jest tak odległy, to jak wczoraj. Ciągle nie ogarnąłem jeszcze, co się zmieniło - ubiegły rok zmarnowałem w autobusach. A rano spod Rawy przyjechał tata - czyli musiał wyjechać koło piątej. Nie ogarniam. Zapisuję ten akapit i zastanawiam się, jaki jest sens publikować tak marudny akapit, rezygnuję z dopisywania innych - idę spać. Tak, znów są budziki. Nie - nie wstaję z ostatnim. Jeszcze tylko chwilka. Budzę się za pół godziny, dom jest pusty, ja, wyspany i spóźniony, spokojnie składam kanapki, obieram marchewkę, jadę do pracy i czuję się tak dobrze, że mam to za zwycięstwo.
Akurat dzisiaj nie wypadało się spóźnić, bo dla podniesienia słupków Great Work Place szef wymyślił wyjście do kina. Z pompą, ankieta z filmami w intranecie, popcorn i cola, zarezerwowana cała sala. I poszliśmy - ankietę wygrał Jeż Jerzy.
Wszystko co wcześniej wiedziałem o Jeżu - wiedziałem z opowieści. Sam nie znałem komiksów, miały być podejścia, obiecanki cacanki. Film niby chwali Wojciech Orliński, ale dopiero po obejrzeniu zauważyłem to niby. No bo jest tak, że fajnie podłożono głosy, że jeż jest Jeżem Jerzym, tłucze się z Zenkiem, ma złego klona. Ale film jest kiepski. Chłopaki dostali najlepsze klocki, wszystkie zginacze i technicsy z silniczkami, ale zrobili z nich kupę. Tak, śmiałem się. Nie, nie jestem usatysfakcjonowany. Jeśli, jak pisze za Arystotelesem Orliński, film kieruje mnie w stronę Dobra, to chyba tylko dlatego, że chciałbym uwierzyć, że Jeży naprawdę jest fajnym gościem i pewnie kiedyś sięgnę po komiksy. Do tego nie rozumiem, dlaczego wśród latających nad Warszawą lalek z sex-sklepu nie było ani jednego Baranka Bożego? Może był jakiś?
No ale - tu też jest zwycięstwo. Jeż nie był pozycją w momencie oddania firmowej ankiety do wypełniania. Jeszcze było przed premierą, kino nie miało go na liście. Ale interweniowałem i raptem pół godziny później się pojawił. I wygrał. Więc poszliśmy na Jeża na koszt korpo, zaproszono różnych ważniaków, sztywniaków z HR, był azjatycki przełożony. Co tam, że film kiepski, jeśli szef musi teraz udawać, że od początku spodziewał się kurew, kopulacji, urywanych głów i pewnie nawet wielkiego czarnego rysunkowego członka?
Całkiem jest ładnie. Wiosna. Ciepło. Do kina szedłem w samej kurtce, bez bluzy. Sześć lat temu z początkiem wiosny wydawało mi się, że miłość tłucze mnie obuchem po głowie. Rok temu wydawało mi się, że to nie we mnie uderzył samolot. W tym roku wreszcie wydaje mi się, że jestem odpowiednio przygotowany: przez internet do mózgu sączy się Tryp.
poniedziałek, 21 marca 2011
To nie jest StarCraft
Kupę czasu spędziłem ostatnio w pracy, mam takie biuro, że siedzi się w nim całkiem dobrze niezależnie od czasu pracy, ale tej ostatniej też było sporo. W tamten ciepły weekend udało się odkurzyć rower, to nawet zanim był ciepły, bo już w piątek pojechałem na nim do Smoczego, który walczył ze smarowaniem laptopa i oczywiście zostały mu śrubki. Jak skończył to pokazywał mi filmy ze StarCraft2, połowę filmików pewnie, jarał się tym zupełnie tak, jak jarano się dziesięć lat temu, kiedy intra i outra od Square czy Namco oglądano z wypiekami i poświęcano im w recenzjach akapity. Teraz jakoś nikt nie zwraca na to uwagi, technologia tak poszła do przodu, że pewnie często nie ma sensu bawić się w renderowanie, bo gry ładne. No ale StarCraft to strategia, pewnie ładna, ale fabuły nie buduje się oddziałami komandosów chyba - stąd te filmy, o których ani słowa nie powiedział Młot czy Cytat kilka miesięcy temu w pracy, od razu tylko o rozgrywkach sieciowych, platynowych ligach i sztuczkach z wysyłaniem niby komunikatów błędów. Smoczy też już się jara perspektywą zabawy w sieci (muszę sobie przeciągnąć kabel, bo po WiFi nie ma sensu) ale jako pierwszy powiedział mi, że to ma jakąś fabułę. Trochę jak Starship Troopers, nie mogło go nie wciągnąć.
Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.
Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.
No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!
Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.
Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.
Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.
Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.
No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!
Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.
Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.
Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Ale to nie wszystko. "Świt Odysei" ma jeszcze drugie znaczenie. - W taki sposób tytułuje się gry komputerowe - mówi prof. Sztachelska. Faktycznie, można znaleźć i japońską grę o tytule "Lunatic Dawn Odyssey", "The Lost Odyssey" czy "The Sunstone Odyssey" - nawiązującą swoją nazwą również do słońca.Czy ktoś już wytłumaczył Pani Profesor, że to nie jest StarCraft?
- To sprytna nazwa: odsyła do faktów kultury, które zna każdy, a jednocześnie odsyła do gry komputerowej. Rodzi wyobrażenie, że operacja wojsk to gra, zabawa w wojnę, w której chodzi o atrakcyjną wyprawę, najeżoną przygodami, zakończoną prawdopodobnie zwycięstwem - wyjaśnia Sztachelska.
czwartek, 10 marca 2011
Gdzie się podział las, Królowo Marsa?
Niespodziewanie rześki poranek, przyjemne pięć stopni od kilku dni i historyjka-rebus na tablicy w pracy, gdzie mieliśmy już rozpracowywane o wiele trudniejsze hasła: na złe to i kura piardnie czy czas nie guma, budzik nie sanki. Teraz jest wiosenne i jest jednocześnie internetowym memem. Okazuje się być nadspodziewanie trudne, a wydawało mi się oczywiste. Prosta rzecz a uczy, czy może przypomina, o pokorze, o bogactwie świata, który każdy widzi inaczej i gdzie indziej, i nie ma się co dziwić, że nie słyszał jeszcze hasła Wiosno, napierdalaj!
Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.
Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.
A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.
Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.
Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.
No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.
Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.
Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.
Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.
A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.
Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.
Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.
No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.
Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)