niedziela, 15 maja 2011

[FB] Noc Muzeów - raport (obiecałem)

 Więc wyszedłem z pracy po dziewiętnastej, na dole czekał K., ucieszyłem się, że dał się przekonać, ale nie było z nim A., musiał mnie rozczarować, że ona chora i zaraz wraca do niej. Dostałem paczkę, zaproponowałem, że może mnie odprowadzić, opowiedział o rowerowaniu w Radomiu. Wtem! Objawiła się Marta, szefowa imprezy, przywitała, pierwszym zdaniem podsumowała całego Krzyśka, że serialowy chłopiec i może dlatego więcej się nie odezwał, tyle że pożegnał.

Przeszliśmy przez bramę, przywitałem się z Fryckiem, że od roku się nie widzieliśmy. Daję sobie prawo mówić mu per Frycek, bo pół roku temu czytałem biografię. A rok temu sezon w Łazienkach otwierały diabelskie kontrabasy. To ładne, że tak mają tam zaprojektowaną estradę, żeby Szopen czuwał nad wydarzeniami. Jeszcze ładniejsze, że potrafi mienić się zielono niebieskimi smugami (Matka mówi: zmienia wymiary), albo że świecą na te drzewa wokół czymś, co sprawia, że mam wrażenie przesuwających się po nich chmur. Takie myśli, kiedy panowie grają jazz, sprawdźcie sobie kto, jeśli w tym siedzicie, jeśli Was to interesuje, ja pamiętam Czarka Konrada, no bo głosem Anny Marii Jopek bywa przedstawiany na końcu koncertu w słuchawkach.

Skończyli, ściemniło się. Wtem! Wierzba nad Szopenem rozcapierzyła się, ni to złowieszczo, ni to pokracznie, żylasta, trupia dłoń, rosnące po śmierci paznokcie. Płaszcz się Fryckowi wystrzępił i wyrosły czerwone rogi. Nad estradę wstąpił Szoptan, musiał, bo pojawił się Steve Hackett z elektrykiem. Scena pobłyskała, ludzie poklaskali, a on powiedział, że Jimi Hendrix. I zagrali "Voodoo Child". Nie "Voodoo Chile", jak może Ci zaproponować wyszukiwarka, ale właśnie "Voodoo Child", Jimi Hendrix, gitara elektryczna, to znaczy, że miało być fajnie.

A w ogóle to widziałem dziś fragmenty wywiadu z Pustkami, Basia wypowiadała się, że chłopaki mówią kodem, a pieróg to obciachowa gitarowa solówka.

I szybko przestało być fajnie. Wyszedł taki pan, co wychodził już wcześniej, obwieścił, że trzy minuty przerwy, bo się artyści muszą rozstawić. A atrakcyj Hackett wymienił gitarę na akustyczną. I tak sobie zaczęli plumkać, we trzech. Szopen, który podczas wymiany instrumentów na scenie wrócił do zwyczajowej pozy, na te sielskie dźwięki aż się uśmiechnął, wierzba aż się wyprostowała. I choć atrakcyj wspomniał, że chyba jednak przeznaczony jest elektrycznej, nie wrócił już do niej. Sprzęt zmienił raz trąbkarz, na fujarkę, prawdopodobnie taką, jaką w bajce pochwalić się mógł grajek. Tak myślę, bo Fryckowi spod tuniki wybiegło stado szczurów i tańczyły, jak im zagrano - w przeciwieństwie do publiki.

No dobra, trochę kłamię, trochę koloryzuję, może to wstyd, że nie dotrwaliśmy do końca koncertu? Oj tam, oj tam.

wtorek, 3 maja 2011

Biały barbarzyńca w Korei (podróbka)

Zorganizowano mi wyjazd szkoleniowy, ma się już ku końcowi, rzeczy śmieszne i mniej śmieszne na miejscu, np. okazało się, że służbowego laptopa nie mogę przez ten czas wynieść z biura, czyli odpocząłem od internetu. Naprawdę wolałbym go móc wynieść, bo ja nigdy nie byłem typem turysty, zresztą po kilkunastu godzinach niekoniecznie ma się ochotę. Rozważałem wypad do Seulu w niedzielę, ale jednak fajniej było spać do piętnastej. Piętnasta tutaj to jest ósma w Polsce.

Ale przecież, że coś napiszę. O tym, że wciąż gubię się na lotniskach, zawsze jestem za wcześnie, nie czaję o co chodzi z odprawami, naoglądałem się w telewizji, że się ludzie spóźniają, albo zapominają czegoś, zawsze jakiś problem na lotnisku. Zresztą, poprzednio, w grudniu 2008, leciałem do Indii, to nie przelewki taki lot, ciężko chyba szukać alternatywnych połączeń na drugą stronę świata. Co innego po Europie - wczoraj przy kolacji rozmawialiśmy z typem, który sporo czasu spędza na Florydzie, opowiadał o ewakuacjach na okoliczność huraganów i tornad, o częstych burzach. My na to, że w Europie nie trzeba kataklizmu w kraju, żeby był kataklizm, starczy wspomnieć łamiący języki wulkan. Zaśmiał się, tak, mieliśmy wtedy w Paryżu jednego człowieka, trzy dni urlopu na koszt firmy, zazdrocha. Też mieliśmy wtedy ludzi rozstawionych po Europie, pchali się do pociągów po prostu. Do Indii czy Korei tak się nie da - chyba że jesteś Hugo-Bader i jeszcze możesz sobie pozwolić na miesiąc czy dwa w kolei Trans Syberyjskiej.

O tym, że pierwszy samolot był strasznie kiepski, nawet kanapek nie dali. I o bloku, w którym mieszkam w Polsce, że jest z niego taka żarówa, że już wiem, gdzie uderzy pierwsza bomba obcych, gdyby mieli ochotę kiedyś przeprowadzić inwazję. I że w Helsinkach, wbrew zapowiedziom, wcale nie z każdego kąta wyglądają Muminki. O bólu głowy w drugim samolocie, dzięki któremu właściwie przespałem lot - to moja zwyczajowa taktyka, podobno zyskałem na tym, bo ogólnie słabo się w samolotach śpi. A jak już usnąłem, to miałem taki sen (od razu zapisałem):

Lot dłużył się głównie przez bolącą głowę, do tego jakiś dziad tłukł się na krześle za mną, kłócił namiętnie, płakały dzieci - jak to w słoniowym samolocie. Przysnąłem, Papcio ostrzegał przed niewygodą foteli, ale ja, mając wybór: siedzieć z bólem głowy albo obudzić się z bólem karku - wybrałem jednak to drugie.

Kiedy się przebudziłem, rzeczywistość wykręciła się już znacznie, wlecieliśmy w zupełną noc, pokazują to zawsze na monitorach. Może nawet przelecieliśmy nad Chińskim Murem, a że Chiny są wielkie, to mają środki, żeby budować samolotowe autostrady. Wyjrzałem za okno i faktycznie, samolot jechał po ciemnym asfalcie, droga uciekała pod skrzydłem jak w Lost Highway. To oszczędność paliwa, bardziej opłacało się wybudować drogę, niż latać. I ta droga jest już aż do Korei, więc patrzę, jak to będzie wyglądać.

Z ciemności wyłonił się wieżowiec - fosforyzujący szklany dom, bardziej zielony niż niebieski. W połowie wysokości miał wielkie niebieskie logo - Samsung. A więc to już prawie na miejscu! Jedziemy dalej, a budynków robi się coraz więcej, stoją po dwa, po trzy, każdy z tych samych materiałów, podobnej wysokości i z logiem po środku. Wyskakują z ciemności jak upiory. Kiedy przejeżdżamy pomiędzy dwoma, mam wrażenie, że to kopia wież WTC. Myśl wypowiada towarzyszący mi Głaz - Ale nie podobają mi się, jedna wyglądała jak Wieża Eiffla. Ale w sumie dobrze, żeś znów wśród żywych.

Właściwie każdy budynek może przypominać inny, z filmowych panoram Nowego Jorku, albo z komiksów ze Spider-manem, który często rozmawiał z gargulcami. Głaz zauważa celnie - Upierdolili wszystkie te aniołki.

Obudziłem się, bo dotarło do mnie, że nie z Głazem zaczynałem tę podróż.

Tysiące metrów w dół Chiny, ale już niewiele ich zostało. Śniadanie nad morzem, obniżanie lotu, widać wyspy, miasta, domy, platformy i statki. Po wyjściu z samolotu w miejsce odbioru bagażu jedzie się metrem. Autobus, który zawiezie nas do hotelu co godzinę, musimy poczekać. Dopiero z jego okna widzę, że jestem daleko, że ziemia kształtowała się tu inaczej - pofalowana, pełno wzniesień, część wygląda jak wyciosana, schodkowane zigguraty, pomiędzy nimi osiedla wielkich bloków. Miasta pełne billboardów i neonów, zasada jest zdaje się taka, że na obiektach usługowych przytwierdzają je w dowolnej ilości i wielkości, za to na mieszkalnych wcale. Kiedy bywalcy opowiadali mi, że Suwon, miasto w którym firma ma swoją twierdzę, jest pod Seulem, wyobrażałem je sobie jak Warszawę i Legionowo. Zapomniałem o skali, powinienem był wyobrażać je sobie jak Seul i Warszawę 2.0. Taką, jaką może będzie za trzydzieści lat, kiedy będziemy już mieli wszystkie mosty i obwodnice. No i światła zmieniające się co pięć minut pewnie też - spacer z hotelu do pracy zawiera w sobie więcej postojów niż chodzenia. Ulice mają szersze, ale chodniki węższe. Wszędzie jeździ pełno rowerów, wszędzie pełno stojaków. Z chodników wyziera wiek, nie są dziurawe, ale porysowane, popękane i pomarszczone, rzadko kiedy równe. Falujące jak cały ten teren. Domy stawiane jak najciaśniej, jak najwięcej i jak najwyżej - nie liczyłem pięter, ale wieżowce mieszkalne pewnie mają bliżej dwudziestu niż dziesięciu. Mniejsze uliczki to same drogi, bez chodników i krawężników. Nad nimi gęsto upięte kable. Z wrażeniem niekontrolowanego chaosu, potęgowanym chyba przez nieumiejętność odczytania koreańskich znaków, kontrastuje karność mieszkańców, którzy do autobusów ustawiają się w równiutkich kolejkach. Bardzo fajnie, że wszędzie upychają zieleń, drzewka i kwiaty, albo sportową infrastrukturę: kosze, jakieś siłowe przyrządy. Jak nie ma gdzie upchnąć, to da się nad parkingiem, ma u góry wysoką siatkę.

czwartek, 21 kwietnia 2011

rif/itnu, odcinanie kuponów (zebranie)

(Oczywiście wszystko źle, bo w szkołach są raczej panie pedagog.)

Pisząc ostatnio o pani psycholog, miałem też wspomnieć o najlepiej wspominanym konwencie. Nawet jeśli właściwie przez ostatnie lata nigdzie wspominany nie był, to wciąż najlepiej. Jest do tego tekst źródłowy, który nie od razu udało mi się wtedy znaleźć, więc wątek wyleciał. A przecież wiąże się z tamtym grunge'owym akapitem, bo to też naprawdę dawno, Pogromca Dinozaurów administrował całym forum, teraz pomógł je odnaleźć. Trochę oszukuje w datach, bo konwent na pewno był w 2004, cóż, ja swoje wiem. Ten sam tekst dostała pani psycholog, kiedy prosiła, żeby coś pokazać, to akurat było najświeższe. Szacun dla niej, bo ja dziś nie umiem przez to przebrnąć - a wiele nie brakowało, żeby w trochę mniej zemotowanej formie poszło drukiem. Chyba jedynie NIPu brakło, bo jeszcze chcieli mi za ten tekst zapłacić. Nie powinno więc chyba dziwić, że gazety już dawno na rynku nie ma (no, rozsądne rzeczy też były, np. mrw pamiętam, że pisał o muszkieterach).

Możliwe, że było tam też coś o skracaniu o połowę. Nie dowiem się już, bo webowy system pocztowy miał mniej ogarniętych adminów niż Pogański Bożek i nie widzę w nim żadnych mejli sprzed 2006. A kiedy szukałem, czy pierwszy konwent był w 2003 czy 2004, to trafiłem na informacje o przyznawanych nagrodach i wyszło na to, że naczelny nieistniejącej już gazety obchodzi urodziny tego samego dnia co ja. O! To chyba całkiem nieźle, że na ogół staram się zrobić jakiś przesiew myśli i takie wylatują. To chyba raczej smutne, że najwięcej uwagi poświęcam swoim rzeczom, można by się czasem zachwycić nowym.

Najlepiej to pewnie odplątywać i zaplątywać wszystko na nowo, pokracznie mutować, opacznie kontaminować, zbierać baty w ciągłym dążeniu. Wczoraj, kiedy koleżanka podzieliła się piosenką, zanim w ogóle zacząłem przesłuchiwać, już kombinowałem, czy to będzie jakiś cover The Verve, czy nawiązanie do nich, albo do tego samego. Tytuł ma więcej sensu u Brytyjczyków (w końcu puścili taką płytę), stąd podejrzenie, że śpiewają trochę jedni do drugich. Przypatrywałem się tekstom, to nigdy nie jest tak, że wystarczy, żebym się przysłuchał, ale i tak nie znalazłem drogi Forda w Stanach, to znalazła koleżanka, ale ja znów, zamiast jechać nią do Jesup, dojechałem gdzieś do Anglii - do Gravity Grave. Bo nie znam się na samochodach na tyle, żeby wykluczyć, że w teledysku występuje Ford, do tego drogi wyglądają jakby niekoniecznie szło je znaleźć na mapie. Narkotykowy odlot Ashcrofta, codziennie zachodzące słońce. Łatwiej kojarzyć takie proste rzeczy, to jest światło, to też jakieś guiding light.

Rozmowa wkrótce przeniosła się na horyzont, do którego dążą przerażające swego czasu Hatifnaty. Hatifnatowie. Teraz, kiedy wiem już, do czego dążą, bardzo je podziwiam.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

wtorek, 12 kwietnia 2011

!For Emily, Wherever I May Find Her?

Jest kwiecień, więc, jak to kiedyś Rynna zauważyła, będę pisał mniej składnie i bardziej do siebie. Na pewno zauważyła, że mniej składnie, chyba nawet użyła słów w sensie egz-art-owany-wannabe, ale to nie tak. To po prostu mój kod, to jest próba zdystansowania się, ale wciąż nie odczarowania, no bo wtedy nie byłoby pisania w ogóle w temacie. Jeśli dobrze pójdzie, to tylko dzisiaj i z głowy.

Przez tydzień byłem chory, dostałem zwolnienie od lekarza i wydaje mi się, że w ogóle nie z tego powodu tam poszedłem. W poniedziałek bolało, we wtorek zaopiniował przeziębienie, kiedy już w sumie nie bolało. Przeziębienie czułem też, bo jestem notorycznie przeziębiony – zwalam na mało snu i fakt, że w mieszkaniu trzy piąte domowników są od pół roku zawsze przeziębione. Nie ma warunków dla zdrowia. Myślałem, że jednak coś te tabletki pomagają, na pewno pomagały na mniejszy katar, ale w sobotę znowu bolała mnie głowa. A chorowanie się skończyło, wczoraj poszedłem do pracy, wypoczęty w miarę i szczerze uśmiechnięty, ale ostatecznie wróciłem do punktu wyjścia, znowu poniedziałek, znowu głowa. Może powinienem zacząć analizować ciśnienia i inne takie. To wkurza po prostu, tak samo jak bezsenna noc, kiedy, niby deszczowa, ale jednak ciepła, przychodzi wiosna i nie znajdujesz w sobie siły na realizację tak głupiutkich planów, jak chociażby te rowerowe dojazdy do pracy. Serio, to by mi wystarczyło, chociażby to, choć plany związane z pracą też łatwiej realizować, kiedy szafa gra.

Jak ja ostrożnie dzisiaj piszę, no bo jestem po tej bezsennej niemal nocy i już obiecałem pisać głupoty, proszę, proszę.

Straciłem wyjście do kina, tym razem nie musiałem na Niedodzwanialną wpadać na mieście, sama się odezwała, że trzeba na Allena przecież. Znów będzie dzień okularnika, jedna z popularniejszych z rzeczy, które Was tu sprowadzają, choć nie mam pojęcia, kiedy to wypada. Czy byłem? Czekałem na Ciebie. Okej, rezerwuję. Nie okej, ja umieram. Innym razem, przyszły tydzień, to już teraz, ale teraz to już rozważamy maj. To też zabawne, napisałem jej, że różnie to bywa i mało jestem pewny, żeby nie nadawała mi wysokich priorytetów w tej sytuacji, jeśli ma coś w planach, trudno, będzie okej. Something in the Way, Nevermind, Nirvana.

To bardzo kiepskie, dostać ataku bezsennej nocy akurat dwunastego kwietnia, który znów jest wtorkiem. Spodziewałbyś się końca świata, przed południem jeszcze, ale na szczęście jesteś tak zarobiony, że nie ma czasu wracać do tego.

Są ważniejsze daty zresztą. Takie bardziej światowe – piąty kwietnia. Wtedy umarł Kurt Cobain. Wtedy strzelił sobie w głowę. Teraz już wiem, ale skąd miałem wiedzieć wcześniej, jak to dokładnie wyglądało? Miałem się interesować bliżej grungem? Kurt Cobain, gość z koszulek, samobójstwo, Smells Like Teen Spirit i Come as You Are, to jest jak zbawienie, możemy cofnąć się bardziej niż sześć lat, kiedy w Katowicach dostałem do ręki gitarę i te nuty (taby!), prawie się nauczyłem. Chyba nie mógł to być 2003, bo wtedy jeszcze Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów nie miał gitary żadnej, ale mógł być 2004, kupił ją jako rekwizyt do zdjęć. Asucon 9, czyli schyłek chyba, już wszyscy wokół mówili, że druga liga konwentów, ale przynajmniej turniej DDR dawał radę.

Aha, i oglądałem dwa sezony Californication, to musi być koło ósmego kwietnia już, bo nie od razu go znaleźli przecież. Tyle wiedziałem do zeszłego wtorku, kiedy trafiłem na artykuł rocznicowy i autentycznie się zawstydziłem, że wcześniej zdążyłem publicznie napisać dom, w którym kompletnie już nie pamiętam, co było, poza tym może, że chciałem sobie strzelić w bolący łeb. Z tych okolic znalazłem też (choć tu było trudniej) I Awake, Soundgarden, na nich też załapałem się kiedyś w VH1, a Black Hole Sun dostało swój rebus na tablicy w pracy, ale teraz dowiedziałem się, że Cobain lubił ich wczesne nagrania. To znalezione na pewno wcześniejsze niż to z VH1. Tropy. Wiecie, fejsbuk to wcale nie jest największe zło, można się zainteresować. Czasem słyszy się takie rzeczy - zastanawiam się, czy się nie wypisać - to się wypisujcie, jeśli inaczej nie umiecie.

Ja wczoraj np. wysłałem wiadomość, podobną trochę do jednego z najładniejszych mejli, jakie napisałem w życiu, w zamyśle przynajmniej, bo wtedy poszedł mejl w zamian za smsa, teraz dłuższa wiadomość, też jak mejl w sumie, i z piosenkami, w zamian za krótki komentarz. Mam w dokumentach katalog nazwany listy, dla mnie mejle to są listy właśnie, bo wyrosłem w czasach, kiedy pewnie dziewięćdziesiąt procent papierowej korespondencji stanowią urzędowe pisma. Ten katalog ma podkatalogi 2008 (13 listów), 2009 (2 listy) i od wczoraj 2011 - no bo przecież całe to miejsce jest zamiast. Te linijki na pewno jakoś umościły mózg, łatwiej mogłem po nich znieść tykanie zegarów.

Z pracy wyszedłem półprzytomny, tym razem nie uciekł mi autobus, nie sprzed nosa w każdym razie, więc chodziłem od wiaty do reklamowego słupa przy przejściu, chyba zawsze tak chodzę, nie lubię na przystanku po prostu stać, i miałem frajdę z wystawiania dłoni na powiewy wiatru, który za bardzo nie wysysał z człowieka ciepła.

niedziela, 3 kwietnia 2011

¡Viva España!

Tak mi się weekendy teraz układają, że co i rusz jeżdżę 509, to jest autobus na Gocław, na osiedle mojego dzieciństwa. Raz zajechałem do końca, akcja z marzanną. Wczoraj tylko do połowy, przesiadka na Starzyńskiego, planszowy wieczór spędzony u Dwóch Kalorii, ale na Gocław i tak dostałem się we śnie:
Jestem na Gocławiu, gdzie kiedyś mieszkałem. Wchodzę do bloku i przekradam się korytarzami – widzę dziewczynę, myślę, że może to Oświecona, nie jestem pewien, więc żeby przekraść się jak najbardziej niepostrzeżenie, ślizgam się cicho po podłodze. Ale słyszę, jak mówi do kogoś, że może ja to ja, czyli jednak ona to ona. Ganiamy się przez chwilę po tych korytarzach, śmiech, zabawa, łapię ją i przewracamy się tak, że leży plecami na mnie. No i nowa zabawa – jestem transportowcem i muszę ją dostarczyć z powrotem. Dosiada się druga z sióstr, idzie mi w miarę gładko, ale kiedy jestem już pod drzwiami, siły zaczynają mnie opuszczać. No i mdleję, budzę się na trawie przed blokiem, myślę, że to znowu restart, jak w grze, dajmy na to w Final Fantasy VII, kiedy się spędziło za dużo czasu na lodowcu, bohater mdlał z wycieńczenia. Nie czuję się źle, a ktoś znajomy od razu przyprowadza dzieciaka, którym się trzeba zaopiekować. Idziemy więc na spacer, przez różne osiedla, robi się z nas cała ekipa. Ktoś wyraża obawę, że na osiedlu przed nami to się gada i krzyczy po hiszpańsku, jakby każde z osiedli miało mieć swój język i kulturę, i toczyły ze sobą walki. Faktycznie, słychać krzyki, chłopaki grają w piłkę w przejściu pod blokiem, ale mówię spoko, damy radę. Przechodzimy przed jedną z bramek pełni napięcia, kiedy gra się na chwilę uspakaja, słyszę krzyk, ale jestem pewien, że to jest rzucone do współgraczy: poczekajcie chwilę. Czyli że możemy przejść bez zaczepiania. Aż nagle jedna z piłek, a grają takimi piłkami do tenisa, wpada pod nogi kogoś z naszej drużyny i zaczyna się walka o nią – biegniemy na placyk za blokiem, wymieniamy podania, a oni starają się ją nam odebrać. Podają do mnie, słaby ze mnie gracz, ale dzięki temu zaskakujący, jakoś się przy niej utrzymuję. Zostaje mi ostatni przeciwnik do okiwania, jest bardzo wysoki i tyczkowaty, więc obmyślam taktykę dużej zwrotności, bo on na pewno długo nawraca. I wygrywamy, wracają na swoje boisko pod blokiem. Drużyna zadowolona, że bez żadnych strat idziemy dalej, a ja biorę piłkę w rękę, trochę starmoszoną i mokrą od kałuż i wracam na tamto boisko, zostawiam ją na skraju, mówiąc, że teraz ma również nasze kopnięcia i wszyscy rozumiemy, że to jest znak pokoju i sojuszu między nami a Hiszpanami. Akrobatycznie, biegnąc trochę po ścianach, doganiam swoją ekipę, która osiągnęła już jeziorka nad rzeką – ciepło, można rzucić się do wody. Część już w rzece, np. mój brat, pytam, czy woda nie zimna – zimna. No to nie ma mowy, ja nie wskakuję.
W piątek na pewno nie byłem miłym towarzyszem dla nikogo, nie lubię, kiedy tak ze mnie wyłazi, że mam zły humor. Pod koniec dnia, kiedy atmosfera się rozluźniła i ekipa była radośnie zaczepna, rozdawałem nawet jakieś faki, odczepcie się, zostawcie. Nie jestem z siebie dumny. W domu trafiłem na ładny film, miałem kiedyś się na niego wybrać do Luny, ale akurat chyba wyskoczyło firmowe spotkanie, My Blueberry Nights. Historia o historiach - uspakajające. Skończyłem, odebrałem wiadomość: Ja wytrzymałem do 7 sekundy :P Jak długo Ty wytrzymasz??. Dwie dziewczyny i kubek, jak widać jeszcze nie każdy zdążył się na to natknąć, choć internet taki stary. I jak tu skutecznie pozbywać się gówna z pokładu?

środa, 30 marca 2011

Weekend, marudzenie, krach systemu, Tryp

Naród rozmraża się w wakacje! - powtarzała Mimbla, bo ona i jej urodzeni z trzydniowym odstępem, całkiem niedawno urodziny Dwóch Kalorii, a przecież Małpolud też zapraszał na urodziny, z miesięcznym wprawdzie opóźnieniem, ale wpasowuje się w trend. W ogóle się na początku nie przyznał, że impreza jest urodzinowa i nie bardzo miałem czas kombinować prezent, dostał tylko pół prezentu, ale przynajmniej luksusowego - kilo cukru. Wyszło na to, że jestem pierwszym gościem, poznałem żonę, podejrzałem dokładniej jak oni fajnie ze sobą żyją, i jak fajnie urządzają świat wokół. Niepoważne rozmowy, w kuchni tablica z różnymi wycinkami - zrobili z Prezesa Wiedźmina, a jak grał w grę, to specjalnie starał się tak, żeby nie spać z żadną z dziewczyn, choć nie do końca wyszło, no ale i tak go nie skończył. Przydałby się stroboskop - Małpolud wyciąga z szuflady niby butelkę, ale jednak jest obita jak dyskotekowa kula, bo zdejmują ją kiedy przyjeżdżają rodzice, niech myślą że żyją poważniej. To nie jest tak, że po dwóch godzinach nie chciałem wychodzić, bo wciąż byłem jedynym gościem (reszta tego wieczoru wybitnie spóźnialska), tylko tak, że lubię z nimi siedzieć. A ja nie z każdym umiem siedzieć, na ogół nie umiem.

Na szczęście, kiedy już się zbierałem, zadzwonił domofon, już wcześniej sugerowałem dowcip, żeby jak kto wejdzie, sprawiali wrażenie, jakby nikogo jeszcze nie było (O tak! Ja będę płakać, rozmazana cała!), a że głupio byłoby tak poznawać kogokolwiek, mijając się w drzwiach, to poszedłem schodami. W drodze na tramwaj przybiłem piątkę kibicom, trzech, rozkrzyczani i rozpici - na szczęście krzyczeli komu kibicują, mniejsze to niebezpieczeństwo, wykpiłem się tą piątką i okrzykiem. Za chwilę telefon od Mimbli - Gdzie jesteś, czekamy z tortem! Godzina jedenasta, impreza trwa ze cztery godziny, trzydzieści osób w lokalu, a oni czekają z tortem na mnie? Jaki wstyd, że nie umiem się rozdwajać, byłbym w obu miejscach na raz. Impreza do rana, podłoga nie robi się jakoś bardziej miękka od pościeli, ale jednak wysypiam się na tyle dobrze, że w niedzielę idę jeszcze na rower i jest mi całkiem ciepło z tym wszystkim.

Ale znów przychodzi poniedziałek, tylko gorszy, no bo co z tego, że jest siódma dwadzieścia na zegarze, jeśli trzy dni wcześniej to była szósta? Zmiana czasu mnie kompletnie rozbraja, dołożył się do tego pierwszy tej wiosny megakorek, siedzę w pracy wypruty z sił i drażliwy na wszystko, w słuchawki wrzucam muzykę ostrzejszą niż na ogół (a przez ostatni miesiąc świetnie mi się pracowało przy The King of Limbs), do tego głośniej niż na ogół, żeby się tylko odciąć od otoczenia. Wstać, zjeść śniadanie, rowerować, to nie jest kwestia ciepła, bo rower łatwo rozgrzewa, jeśli mamy już powyżej zera. Świadomość nie rejestruje pierwszego budzika. Przy drugim budziku słychać, że ktoś się kręci po domu - kto wie, czy to nie zniechęca do wstawania bardziej niż wczesna godzina. Jak spać, żeby mózg tak nie mrowił z rana? A przecież 2008 nie jest tak odległy, to jak wczoraj. Ciągle nie ogarnąłem jeszcze, co się zmieniło - ubiegły rok zmarnowałem w autobusach. A rano spod Rawy przyjechał tata - czyli musiał wyjechać koło piątej. Nie ogarniam. Zapisuję ten akapit i zastanawiam się, jaki jest sens publikować tak marudny akapit, rezygnuję z dopisywania innych - idę spać. Tak, znów są budziki. Nie - nie wstaję z ostatnim. Jeszcze tylko chwilka. Budzę się za pół godziny, dom jest pusty, ja, wyspany i spóźniony, spokojnie składam kanapki, obieram marchewkę, jadę do pracy i czuję się tak dobrze, że mam to za zwycięstwo.

Akurat dzisiaj nie wypadało się spóźnić, bo dla podniesienia słupków Great Work Place szef wymyślił wyjście do kina. Z pompą, ankieta z filmami w intranecie, popcorn i cola, zarezerwowana cała sala. I poszliśmy - ankietę wygrał Jeż Jerzy.

Wszystko co wcześniej wiedziałem o Jeżu - wiedziałem z opowieści. Sam nie znałem komiksów, miały być podejścia, obiecanki cacanki. Film niby chwali Wojciech Orliński, ale dopiero po obejrzeniu zauważyłem to niby. No bo jest tak, że fajnie podłożono głosy, że jeż jest Jeżem Jerzym, tłucze się z Zenkiem, ma złego klona. Ale film jest kiepski. Chłopaki dostali najlepsze klocki, wszystkie zginacze i technicsy z silniczkami, ale zrobili z nich kupę. Tak, śmiałem się. Nie, nie jestem usatysfakcjonowany. Jeśli, jak pisze za Arystotelesem Orliński, film kieruje mnie w stronę Dobra, to chyba tylko dlatego, że chciałbym uwierzyć, że Jeży naprawdę jest fajnym gościem i pewnie kiedyś sięgnę po komiksy. Do tego nie rozumiem, dlaczego wśród latających nad Warszawą lalek z sex-sklepu nie było ani jednego Baranka Bożego? Może był jakiś?

No ale - tu też jest zwycięstwo. Jeż nie był pozycją w momencie oddania firmowej ankiety do wypełniania. Jeszcze było przed premierą, kino nie miało go na liście. Ale interweniowałem i raptem pół godziny później się pojawił. I wygrał. Więc poszliśmy na Jeża na koszt korpo, zaproszono różnych ważniaków, sztywniaków z HR, był azjatycki przełożony. Co tam, że film kiepski, jeśli szef musi teraz udawać, że od początku spodziewał się kurew, kopulacji, urywanych głów i pewnie nawet wielkiego czarnego rysunkowego członka?

Całkiem jest ładnie. Wiosna. Ciepło. Do kina szedłem w samej kurtce, bez bluzy. Sześć lat temu z początkiem wiosny wydawało mi się, że miłość tłucze mnie obuchem po głowie. Rok temu wydawało mi się, że to nie we mnie uderzył samolot. W tym roku wreszcie wydaje mi się, że jestem odpowiednio przygotowany: przez internet do mózgu sączy się Tryp.