środa, 6 lipca 2011

Jest już późno, piszę bzdury

Któregoś czerwcowego dnia miałem sen tak bajkowy, że Disney nie podskakuje. Oczywiście w ogóle już go nie pamiętam, trochę uciekania, przepychania się, trochę horroru też, ciemności w magazynach, skradanie się. Kiedy to mogło być, poprzedni, na pewno zanim cokolwiek pisałem, nawet niekoniecznie w tym stuleciu. A może w początkach. Że skradam się w ciemnym magazynie wśród klockowych konstrukcji, kolorowych, dziecinnych, chyba nie miałem takich klocków, ale są w każdej kreskówce czy amerykańskim filmie - kolorowe sześciany z literkami zamiast drewnianych skrzyń. Odkrywają mnie, pojawia się olbrzym i zaczyna mnie gonić, a ja żeby mnie nie sięgnął, muszę polecieć. I chwieję się w tym locie, to jest bardzo lekkie i bardzo ciężkie zarazem - uczucie bliźniacze temu, jakie wywołują niektóre kobiety. Lot koncentruje się w klatce piersiowej.

Dziś wpadłem na pomysł, że chwiejność lotu w moich snach ma źródło w grze Prehistorik 2, której bohaterowi zdarzało się latać na lotni. Nie mam pojęcia jak należy obchodzić się z prawdziwą, lęk wysokości nie zachęca mnie do wyszukiwania takich informacji, tą dwuwymiarową trzeba było manewrować na zmianę w górę i w dół, żeby nie spaść. Brat się niedawno nudził, uruchomił jakąś flashówkę z dżomonster, z pingwinem to nie działało już tak dobrze.

Czerwcowy sen bajkowy też kończył się lotem, choć już nie tak samodzielnym. Wyobraźcie sobie powietrzny statek, taki właśnie, któremu nawet Disney nie podskoczy, nawet kosmiczna Planeta Skarbów (nie wiem nic o Wyspie), choć bardzo ją lubię. To cały latający kompleks, drewno, para, śmigła, mechanizmy i przekładnie, bajkowy steam punk, z wielkimi błoniastymi skrzydłami. Tam właśnie dzieje się całe ganianie, jest ktoś wielki, choć nie aż tak olbrzymi jak kiedyś, nas jest paczka i nocą skradamy się po pokładzie. Żeby nas nie złapał. Kiedy zaczyna świtać - jesteśmy na łące, jest wiosennie zielona trawa, są majestatyczne chmury, wypychamy z hangaru samolot, mniejszy, ale utrzymany w tej samej poetyce, co cały kompleks - bracia Wright i brązowe, błoniaste skrzydła, przez które przeziera słońce. Więc może to już taki późniejszy poranek. Prawdopodobnie udało nam się zdystansować wroga, rozpędzamy się spokojnie, odrywamy od trawy, lecimy.

W tym momencie odnajduje się wróg, ciemna, kulista postać, nagle bardzo ucieszona i jak najlepiej nam życząca. Radośnie biega po całym statku i krzyczy - Lećcie! - jakby była pełnym dumy rodzicem.

Wierzcie albo nie, ale o tym, że rodzic może być dumny z dziecka, pierwszy raz przeczytałem we wstępniaku pierwszego numeru Neo Plus, gdzie Gulash produkował się o rozstaniu z redakcją Secret Service i tak mi się to zawsze kojarzy - z pisklęciem opuszczającym rodzinne gniazdo (młody orzeł?). Oczywiście nie mam wątpliwości, że rodzice bywali ze mnie dumni trochę wcześniej nawet, po prostu nie widziałem. Niewiele widzę poza czubkiem własnego nosa, wciąż staram się z tym pogodzić. Przykład - to powyższe jest najważniejszym chyba, co działo się w czerwcu, skoro od tego zaczynam. Co wybrać innego, tego jeszcze nie wiem - wyjdę teraz z biura, może uda się kupić przedłużacz, może uda się napisać coś o dzisiaj, a później wrócę do wcześniej.

***

Nie da się niestety o zakupach napisać nic ciekawego. Akurat nie spałem w autobusie, wysiadłem do Oszołoma, może to jest jakoś nowe, bo straszliwie nie chciało mi się tam robić zakupów od sam nie wiem kiedy - i kornflejksy kupował mi brat na zlecenie, przy okazji większych zakupów. Pewnie przedłużacz też mógłby kupić i pewnie nawet kupiłby od razu dobry. Ja kupiłem zły, zorientowałem się po wstawieniu mikrofalówki na lodówkę, nawet powstrzymałem się od szpetnych przekleństw. I dobrze - znalazłem w domu inny, który pasował, zamieniłem je miejscami, wszystko gra, znaczy świeci się, rano spróbuję zrobić zapiekanki.


***

Ciągle nie jeżdżę rowerem do pracy, w ogóle rowerem za bardo nie jeżdżę, da się policzyć na kciukach moje czerwcowe wypady. Raz, na początku, zajechałem do Aleksandrówki pod Mińskiem, było ognisko i wchodziłem na drzewo. I na koniec, kiedy odezwał się do mnie Ziomek, czy może nie jadę na masę. Ostatnio byłem dwa lata temu, na pewno też w okresie wakacyjnym, czasem powtarzam, że na masę krytyczną należy czasem pojechać, żeby przypomnieć sobie, dlaczego się nie lubi jeździć na masę - przestoje i tłok. Tym razem masa nie była w ogóle męcząca, więc korzyść podwójna, bo moje tegoroczne spotkania z Ziomkiem też da się policzyć na kciukach, wystarczy jedna ręka. Urwałem się chwilę wcześniej z pracy na tę okazję, wpadłem do domu po rower, a na Zamkowym zarzekałem się, że to ma być rytuał przejścia, po masie znów zaczynam jeździć rowerem do pracy.

Sami widzicie, że pogoda nie zachęca, a do tego nie widzieliście, jak straszliwie kichałem od ostatniej niedzieli czerwca. I osłabić musiała mnie właśnie masa, bo przecież nie nocne spacery z psami po Gocławiu. Skąd wywiozłem książki, to na pewno już był rit de passage, bo do mnie idealnie stosuje się stwierdzenie o konieczności przeczytania tysiąca stron dla zapisania jednej. Jeśli nie czytam, to nie piszę, kropka. Zmuszajcie mnie proszę do czytania.

Oświecona podrzuciła mi Kamczatkę (Marcelo Figueras). Głowę daję, że miałem już tę książkę w rękach, prawdopodobnie przeglądając tanie opcje na Wileńskim. Ona też kupiła taniej - za dychę, sądząc po naklejce. Mnie wtedy po prostu nie zainteresował tytuł. Jak to dobrze, że jest Oświecona! Jak ta książka jest śliczna, piękna, poruszająca i tak dalej. W Argentynie dziewczyna Supermena to nie jest amerykańska Lois, tylko Luiza. Może się tłumacz zapomniał? Podobnie Lukas przynajmniej raz jest Łukaszem. Nie czepiam się, takie wybicia z rytmu po prostu najmocniej mi uświadamiają, że totalnie pogrążyłem się w lekturze. Lukas jest od Harry'ego osiem lat starszy i dyskutuje z nim o takich rzeczach jak wyższość postaci Batmana nad Supermanem. Co przypomina mi, jak kiedyś nie rozumiałem głoszonej przez Wujka wyższości Trójki Drombo nad Yattamanami. I warto przeczytać posłowie - które tłumaczy dodatkowo, dlaczego książka jest tak dobra. Bo nie jest o tym, o czym miała być.

Hej, to co najmniej równie ważne jak sen. Dobranoc.

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

niedziela, 15 maja 2011

[FB] Noc Muzeów - raport (obiecałem)

 Więc wyszedłem z pracy po dziewiętnastej, na dole czekał K., ucieszyłem się, że dał się przekonać, ale nie było z nim A., musiał mnie rozczarować, że ona chora i zaraz wraca do niej. Dostałem paczkę, zaproponowałem, że może mnie odprowadzić, opowiedział o rowerowaniu w Radomiu. Wtem! Objawiła się Marta, szefowa imprezy, przywitała, pierwszym zdaniem podsumowała całego Krzyśka, że serialowy chłopiec i może dlatego więcej się nie odezwał, tyle że pożegnał.

Przeszliśmy przez bramę, przywitałem się z Fryckiem, że od roku się nie widzieliśmy. Daję sobie prawo mówić mu per Frycek, bo pół roku temu czytałem biografię. A rok temu sezon w Łazienkach otwierały diabelskie kontrabasy. To ładne, że tak mają tam zaprojektowaną estradę, żeby Szopen czuwał nad wydarzeniami. Jeszcze ładniejsze, że potrafi mienić się zielono niebieskimi smugami (Matka mówi: zmienia wymiary), albo że świecą na te drzewa wokół czymś, co sprawia, że mam wrażenie przesuwających się po nich chmur. Takie myśli, kiedy panowie grają jazz, sprawdźcie sobie kto, jeśli w tym siedzicie, jeśli Was to interesuje, ja pamiętam Czarka Konrada, no bo głosem Anny Marii Jopek bywa przedstawiany na końcu koncertu w słuchawkach.

Skończyli, ściemniło się. Wtem! Wierzba nad Szopenem rozcapierzyła się, ni to złowieszczo, ni to pokracznie, żylasta, trupia dłoń, rosnące po śmierci paznokcie. Płaszcz się Fryckowi wystrzępił i wyrosły czerwone rogi. Nad estradę wstąpił Szoptan, musiał, bo pojawił się Steve Hackett z elektrykiem. Scena pobłyskała, ludzie poklaskali, a on powiedział, że Jimi Hendrix. I zagrali "Voodoo Child". Nie "Voodoo Chile", jak może Ci zaproponować wyszukiwarka, ale właśnie "Voodoo Child", Jimi Hendrix, gitara elektryczna, to znaczy, że miało być fajnie.

A w ogóle to widziałem dziś fragmenty wywiadu z Pustkami, Basia wypowiadała się, że chłopaki mówią kodem, a pieróg to obciachowa gitarowa solówka.

I szybko przestało być fajnie. Wyszedł taki pan, co wychodził już wcześniej, obwieścił, że trzy minuty przerwy, bo się artyści muszą rozstawić. A atrakcyj Hackett wymienił gitarę na akustyczną. I tak sobie zaczęli plumkać, we trzech. Szopen, który podczas wymiany instrumentów na scenie wrócił do zwyczajowej pozy, na te sielskie dźwięki aż się uśmiechnął, wierzba aż się wyprostowała. I choć atrakcyj wspomniał, że chyba jednak przeznaczony jest elektrycznej, nie wrócił już do niej. Sprzęt zmienił raz trąbkarz, na fujarkę, prawdopodobnie taką, jaką w bajce pochwalić się mógł grajek. Tak myślę, bo Fryckowi spod tuniki wybiegło stado szczurów i tańczyły, jak im zagrano - w przeciwieństwie do publiki.

No dobra, trochę kłamię, trochę koloryzuję, może to wstyd, że nie dotrwaliśmy do końca koncertu? Oj tam, oj tam.

wtorek, 3 maja 2011

Biały barbarzyńca w Korei (podróbka)

Zorganizowano mi wyjazd szkoleniowy, ma się już ku końcowi, rzeczy śmieszne i mniej śmieszne na miejscu, np. okazało się, że służbowego laptopa nie mogę przez ten czas wynieść z biura, czyli odpocząłem od internetu. Naprawdę wolałbym go móc wynieść, bo ja nigdy nie byłem typem turysty, zresztą po kilkunastu godzinach niekoniecznie ma się ochotę. Rozważałem wypad do Seulu w niedzielę, ale jednak fajniej było spać do piętnastej. Piętnasta tutaj to jest ósma w Polsce.

Ale przecież, że coś napiszę. O tym, że wciąż gubię się na lotniskach, zawsze jestem za wcześnie, nie czaję o co chodzi z odprawami, naoglądałem się w telewizji, że się ludzie spóźniają, albo zapominają czegoś, zawsze jakiś problem na lotnisku. Zresztą, poprzednio, w grudniu 2008, leciałem do Indii, to nie przelewki taki lot, ciężko chyba szukać alternatywnych połączeń na drugą stronę świata. Co innego po Europie - wczoraj przy kolacji rozmawialiśmy z typem, który sporo czasu spędza na Florydzie, opowiadał o ewakuacjach na okoliczność huraganów i tornad, o częstych burzach. My na to, że w Europie nie trzeba kataklizmu w kraju, żeby był kataklizm, starczy wspomnieć łamiący języki wulkan. Zaśmiał się, tak, mieliśmy wtedy w Paryżu jednego człowieka, trzy dni urlopu na koszt firmy, zazdrocha. Też mieliśmy wtedy ludzi rozstawionych po Europie, pchali się do pociągów po prostu. Do Indii czy Korei tak się nie da - chyba że jesteś Hugo-Bader i jeszcze możesz sobie pozwolić na miesiąc czy dwa w kolei Trans Syberyjskiej.

O tym, że pierwszy samolot był strasznie kiepski, nawet kanapek nie dali. I o bloku, w którym mieszkam w Polsce, że jest z niego taka żarówa, że już wiem, gdzie uderzy pierwsza bomba obcych, gdyby mieli ochotę kiedyś przeprowadzić inwazję. I że w Helsinkach, wbrew zapowiedziom, wcale nie z każdego kąta wyglądają Muminki. O bólu głowy w drugim samolocie, dzięki któremu właściwie przespałem lot - to moja zwyczajowa taktyka, podobno zyskałem na tym, bo ogólnie słabo się w samolotach śpi. A jak już usnąłem, to miałem taki sen (od razu zapisałem):

Lot dłużył się głównie przez bolącą głowę, do tego jakiś dziad tłukł się na krześle za mną, kłócił namiętnie, płakały dzieci - jak to w słoniowym samolocie. Przysnąłem, Papcio ostrzegał przed niewygodą foteli, ale ja, mając wybór: siedzieć z bólem głowy albo obudzić się z bólem karku - wybrałem jednak to drugie.

Kiedy się przebudziłem, rzeczywistość wykręciła się już znacznie, wlecieliśmy w zupełną noc, pokazują to zawsze na monitorach. Może nawet przelecieliśmy nad Chińskim Murem, a że Chiny są wielkie, to mają środki, żeby budować samolotowe autostrady. Wyjrzałem za okno i faktycznie, samolot jechał po ciemnym asfalcie, droga uciekała pod skrzydłem jak w Lost Highway. To oszczędność paliwa, bardziej opłacało się wybudować drogę, niż latać. I ta droga jest już aż do Korei, więc patrzę, jak to będzie wyglądać.

Z ciemności wyłonił się wieżowiec - fosforyzujący szklany dom, bardziej zielony niż niebieski. W połowie wysokości miał wielkie niebieskie logo - Samsung. A więc to już prawie na miejscu! Jedziemy dalej, a budynków robi się coraz więcej, stoją po dwa, po trzy, każdy z tych samych materiałów, podobnej wysokości i z logiem po środku. Wyskakują z ciemności jak upiory. Kiedy przejeżdżamy pomiędzy dwoma, mam wrażenie, że to kopia wież WTC. Myśl wypowiada towarzyszący mi Głaz - Ale nie podobają mi się, jedna wyglądała jak Wieża Eiffla. Ale w sumie dobrze, żeś znów wśród żywych.

Właściwie każdy budynek może przypominać inny, z filmowych panoram Nowego Jorku, albo z komiksów ze Spider-manem, który często rozmawiał z gargulcami. Głaz zauważa celnie - Upierdolili wszystkie te aniołki.

Obudziłem się, bo dotarło do mnie, że nie z Głazem zaczynałem tę podróż.

Tysiące metrów w dół Chiny, ale już niewiele ich zostało. Śniadanie nad morzem, obniżanie lotu, widać wyspy, miasta, domy, platformy i statki. Po wyjściu z samolotu w miejsce odbioru bagażu jedzie się metrem. Autobus, który zawiezie nas do hotelu co godzinę, musimy poczekać. Dopiero z jego okna widzę, że jestem daleko, że ziemia kształtowała się tu inaczej - pofalowana, pełno wzniesień, część wygląda jak wyciosana, schodkowane zigguraty, pomiędzy nimi osiedla wielkich bloków. Miasta pełne billboardów i neonów, zasada jest zdaje się taka, że na obiektach usługowych przytwierdzają je w dowolnej ilości i wielkości, za to na mieszkalnych wcale. Kiedy bywalcy opowiadali mi, że Suwon, miasto w którym firma ma swoją twierdzę, jest pod Seulem, wyobrażałem je sobie jak Warszawę i Legionowo. Zapomniałem o skali, powinienem był wyobrażać je sobie jak Seul i Warszawę 2.0. Taką, jaką może będzie za trzydzieści lat, kiedy będziemy już mieli wszystkie mosty i obwodnice. No i światła zmieniające się co pięć minut pewnie też - spacer z hotelu do pracy zawiera w sobie więcej postojów niż chodzenia. Ulice mają szersze, ale chodniki węższe. Wszędzie jeździ pełno rowerów, wszędzie pełno stojaków. Z chodników wyziera wiek, nie są dziurawe, ale porysowane, popękane i pomarszczone, rzadko kiedy równe. Falujące jak cały ten teren. Domy stawiane jak najciaśniej, jak najwięcej i jak najwyżej - nie liczyłem pięter, ale wieżowce mieszkalne pewnie mają bliżej dwudziestu niż dziesięciu. Mniejsze uliczki to same drogi, bez chodników i krawężników. Nad nimi gęsto upięte kable. Z wrażeniem niekontrolowanego chaosu, potęgowanym chyba przez nieumiejętność odczytania koreańskich znaków, kontrastuje karność mieszkańców, którzy do autobusów ustawiają się w równiutkich kolejkach. Bardzo fajnie, że wszędzie upychają zieleń, drzewka i kwiaty, albo sportową infrastrukturę: kosze, jakieś siłowe przyrządy. Jak nie ma gdzie upchnąć, to da się nad parkingiem, ma u góry wysoką siatkę.

czwartek, 21 kwietnia 2011

rif/itnu, odcinanie kuponów (zebranie)

(Oczywiście wszystko źle, bo w szkołach są raczej panie pedagog.)

Pisząc ostatnio o pani psycholog, miałem też wspomnieć o najlepiej wspominanym konwencie. Nawet jeśli właściwie przez ostatnie lata nigdzie wspominany nie był, to wciąż najlepiej. Jest do tego tekst źródłowy, który nie od razu udało mi się wtedy znaleźć, więc wątek wyleciał. A przecież wiąże się z tamtym grunge'owym akapitem, bo to też naprawdę dawno, Pogromca Dinozaurów administrował całym forum, teraz pomógł je odnaleźć. Trochę oszukuje w datach, bo konwent na pewno był w 2004, cóż, ja swoje wiem. Ten sam tekst dostała pani psycholog, kiedy prosiła, żeby coś pokazać, to akurat było najświeższe. Szacun dla niej, bo ja dziś nie umiem przez to przebrnąć - a wiele nie brakowało, żeby w trochę mniej zemotowanej formie poszło drukiem. Chyba jedynie NIPu brakło, bo jeszcze chcieli mi za ten tekst zapłacić. Nie powinno więc chyba dziwić, że gazety już dawno na rynku nie ma (no, rozsądne rzeczy też były, np. mrw pamiętam, że pisał o muszkieterach).

Możliwe, że było tam też coś o skracaniu o połowę. Nie dowiem się już, bo webowy system pocztowy miał mniej ogarniętych adminów niż Pogański Bożek i nie widzę w nim żadnych mejli sprzed 2006. A kiedy szukałem, czy pierwszy konwent był w 2003 czy 2004, to trafiłem na informacje o przyznawanych nagrodach i wyszło na to, że naczelny nieistniejącej już gazety obchodzi urodziny tego samego dnia co ja. O! To chyba całkiem nieźle, że na ogół staram się zrobić jakiś przesiew myśli i takie wylatują. To chyba raczej smutne, że najwięcej uwagi poświęcam swoim rzeczom, można by się czasem zachwycić nowym.

Najlepiej to pewnie odplątywać i zaplątywać wszystko na nowo, pokracznie mutować, opacznie kontaminować, zbierać baty w ciągłym dążeniu. Wczoraj, kiedy koleżanka podzieliła się piosenką, zanim w ogóle zacząłem przesłuchiwać, już kombinowałem, czy to będzie jakiś cover The Verve, czy nawiązanie do nich, albo do tego samego. Tytuł ma więcej sensu u Brytyjczyków (w końcu puścili taką płytę), stąd podejrzenie, że śpiewają trochę jedni do drugich. Przypatrywałem się tekstom, to nigdy nie jest tak, że wystarczy, żebym się przysłuchał, ale i tak nie znalazłem drogi Forda w Stanach, to znalazła koleżanka, ale ja znów, zamiast jechać nią do Jesup, dojechałem gdzieś do Anglii - do Gravity Grave. Bo nie znam się na samochodach na tyle, żeby wykluczyć, że w teledysku występuje Ford, do tego drogi wyglądają jakby niekoniecznie szło je znaleźć na mapie. Narkotykowy odlot Ashcrofta, codziennie zachodzące słońce. Łatwiej kojarzyć takie proste rzeczy, to jest światło, to też jakieś guiding light.

Rozmowa wkrótce przeniosła się na horyzont, do którego dążą przerażające swego czasu Hatifnaty. Hatifnatowie. Teraz, kiedy wiem już, do czego dążą, bardzo je podziwiam.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

wtorek, 12 kwietnia 2011

!For Emily, Wherever I May Find Her?

Jest kwiecień, więc, jak to kiedyś Rynna zauważyła, będę pisał mniej składnie i bardziej do siebie. Na pewno zauważyła, że mniej składnie, chyba nawet użyła słów w sensie egz-art-owany-wannabe, ale to nie tak. To po prostu mój kod, to jest próba zdystansowania się, ale wciąż nie odczarowania, no bo wtedy nie byłoby pisania w ogóle w temacie. Jeśli dobrze pójdzie, to tylko dzisiaj i z głowy.

Przez tydzień byłem chory, dostałem zwolnienie od lekarza i wydaje mi się, że w ogóle nie z tego powodu tam poszedłem. W poniedziałek bolało, we wtorek zaopiniował przeziębienie, kiedy już w sumie nie bolało. Przeziębienie czułem też, bo jestem notorycznie przeziębiony – zwalam na mało snu i fakt, że w mieszkaniu trzy piąte domowników są od pół roku zawsze przeziębione. Nie ma warunków dla zdrowia. Myślałem, że jednak coś te tabletki pomagają, na pewno pomagały na mniejszy katar, ale w sobotę znowu bolała mnie głowa. A chorowanie się skończyło, wczoraj poszedłem do pracy, wypoczęty w miarę i szczerze uśmiechnięty, ale ostatecznie wróciłem do punktu wyjścia, znowu poniedziałek, znowu głowa. Może powinienem zacząć analizować ciśnienia i inne takie. To wkurza po prostu, tak samo jak bezsenna noc, kiedy, niby deszczowa, ale jednak ciepła, przychodzi wiosna i nie znajdujesz w sobie siły na realizację tak głupiutkich planów, jak chociażby te rowerowe dojazdy do pracy. Serio, to by mi wystarczyło, chociażby to, choć plany związane z pracą też łatwiej realizować, kiedy szafa gra.

Jak ja ostrożnie dzisiaj piszę, no bo jestem po tej bezsennej niemal nocy i już obiecałem pisać głupoty, proszę, proszę.

Straciłem wyjście do kina, tym razem nie musiałem na Niedodzwanialną wpadać na mieście, sama się odezwała, że trzeba na Allena przecież. Znów będzie dzień okularnika, jedna z popularniejszych z rzeczy, które Was tu sprowadzają, choć nie mam pojęcia, kiedy to wypada. Czy byłem? Czekałem na Ciebie. Okej, rezerwuję. Nie okej, ja umieram. Innym razem, przyszły tydzień, to już teraz, ale teraz to już rozważamy maj. To też zabawne, napisałem jej, że różnie to bywa i mało jestem pewny, żeby nie nadawała mi wysokich priorytetów w tej sytuacji, jeśli ma coś w planach, trudno, będzie okej. Something in the Way, Nevermind, Nirvana.

To bardzo kiepskie, dostać ataku bezsennej nocy akurat dwunastego kwietnia, który znów jest wtorkiem. Spodziewałbyś się końca świata, przed południem jeszcze, ale na szczęście jesteś tak zarobiony, że nie ma czasu wracać do tego.

Są ważniejsze daty zresztą. Takie bardziej światowe – piąty kwietnia. Wtedy umarł Kurt Cobain. Wtedy strzelił sobie w głowę. Teraz już wiem, ale skąd miałem wiedzieć wcześniej, jak to dokładnie wyglądało? Miałem się interesować bliżej grungem? Kurt Cobain, gość z koszulek, samobójstwo, Smells Like Teen Spirit i Come as You Are, to jest jak zbawienie, możemy cofnąć się bardziej niż sześć lat, kiedy w Katowicach dostałem do ręki gitarę i te nuty (taby!), prawie się nauczyłem. Chyba nie mógł to być 2003, bo wtedy jeszcze Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów nie miał gitary żadnej, ale mógł być 2004, kupił ją jako rekwizyt do zdjęć. Asucon 9, czyli schyłek chyba, już wszyscy wokół mówili, że druga liga konwentów, ale przynajmniej turniej DDR dawał radę.

Aha, i oglądałem dwa sezony Californication, to musi być koło ósmego kwietnia już, bo nie od razu go znaleźli przecież. Tyle wiedziałem do zeszłego wtorku, kiedy trafiłem na artykuł rocznicowy i autentycznie się zawstydziłem, że wcześniej zdążyłem publicznie napisać dom, w którym kompletnie już nie pamiętam, co było, poza tym może, że chciałem sobie strzelić w bolący łeb. Z tych okolic znalazłem też (choć tu było trudniej) I Awake, Soundgarden, na nich też załapałem się kiedyś w VH1, a Black Hole Sun dostało swój rebus na tablicy w pracy, ale teraz dowiedziałem się, że Cobain lubił ich wczesne nagrania. To znalezione na pewno wcześniejsze niż to z VH1. Tropy. Wiecie, fejsbuk to wcale nie jest największe zło, można się zainteresować. Czasem słyszy się takie rzeczy - zastanawiam się, czy się nie wypisać - to się wypisujcie, jeśli inaczej nie umiecie.

Ja wczoraj np. wysłałem wiadomość, podobną trochę do jednego z najładniejszych mejli, jakie napisałem w życiu, w zamyśle przynajmniej, bo wtedy poszedł mejl w zamian za smsa, teraz dłuższa wiadomość, też jak mejl w sumie, i z piosenkami, w zamian za krótki komentarz. Mam w dokumentach katalog nazwany listy, dla mnie mejle to są listy właśnie, bo wyrosłem w czasach, kiedy pewnie dziewięćdziesiąt procent papierowej korespondencji stanowią urzędowe pisma. Ten katalog ma podkatalogi 2008 (13 listów), 2009 (2 listy) i od wczoraj 2011 - no bo przecież całe to miejsce jest zamiast. Te linijki na pewno jakoś umościły mózg, łatwiej mogłem po nich znieść tykanie zegarów.

Z pracy wyszedłem półprzytomny, tym razem nie uciekł mi autobus, nie sprzed nosa w każdym razie, więc chodziłem od wiaty do reklamowego słupa przy przejściu, chyba zawsze tak chodzę, nie lubię na przystanku po prostu stać, i miałem frajdę z wystawiania dłoni na powiewy wiatru, który za bardzo nie wysysał z człowieka ciepła.