wtorek, 3 czerwca 2014

[FB] Warszawa jest miastem totalnym

 Dwie Kalorie, mój mózg podjął rękawicę (ja tam wcale nie chciałem). Sprawdź to, Śniący.

Tylko u mnie nie ma fluffy-gołębiego zakończenia.

Jestem zupełnie zwykłym sobą, za to w zupełnie niezwykłej Warszawie. Tylko klimat polityczny, temat popularny ostatnimi czasy, rozwinął się i jest jeszcze mniej wesoły, wręcz wojenny już się zrobił i ma kolory rdzawe, bure, jak u Beksińskiego.

Warszawa jest miastem totalnym, jest taką Warszawą, jaka powinna być dla każdego zgnuśniałego człowieczka, któremu nie chce się wyściubiać nosa gdziekolwiek dalej. Jest Warszawą, której echo odbite jest na kiczowatych fototapetach Kebab Kinga przy Nowym Świecie. Ma więc poza dostępem do klasycznych atrakcji, jak Kolumna Zygmunta czy Pałac Kultury, dostęp do morza i własne góry.

I kiedy wydaje nam się, że gorzej być nie może, bo może faktycznie nie może, wszechświat zdecydowanie ucina tematy wojenne, pogrążając totalne miasto w piaskowej burzy. Ludzie kryją się w domach, niekoniecznie sensownie, bo burza atakuje szklanymi odłamkami, może to jakiś diament, podmuchy odsłaniają szkielet warszawskiej góry. Tak - jest tam szkielet, a jest nim starożytna, wykręcona wersja Pałacu Kultury, zresztą pod Warszawą odsłaniają się gruzy przedwiecznego miasta, lekko koślawego i brązowego jak świątynie ku czci Daedr z Vvardenfell.

Ślizgam się zboczem obdzieranego ze skóry wzniesienia, widzę niezdrowe, żółte błyski na horyzoncie, słyszę jednostajne dudniene I grzmoty - to idzie koniec. To idą ogromne słonie, całe powstałe z kradzionej przez wieki kości, misternie złocone i rzeźbione w asyryjskie wzory. Jak ogromne? Cóż, Godzilla my ass. Nawet Generał Daimos nie dałby rady. Słonie kroczą niepomne ostatnich drobinek ludzkości, ścierając stare i nowe na szary pył.

(Budzę się, jeszcze nie ma piątej, sprawdzam mejle z firmy, wiadomo, tam też apokalipsy, kurtyna.)

No a tak poza tym - dzień dobry!

* * *

Hej, u mnie - totalnie! - zaczęło się coś nowego. Dziś najpierw kręciłem się wokół wiejskiego cmentarza, który w rzeczywistości geograficznie jest położony zupełnie odwrotnie (centrum tamtego świata to dom babci), wchodziłem wzniesieniem, pokazując komuś, które to kosodrzewina (choć to wcale nie byłą kosodrzewina) i zamiast zobaczyć na górze spodziewane wieże zamku w Lanckoronie, zobaczyłem ruinę o wiele większą, czerwono-rdzawą w promieniach wschodzącego słońca (choć tam powinien być zachód), jakby podnóże Wieży Babel Bruegela, Katedra Beksińskiego, albo zatrzymane w czasie zamczyska Lordan. I - wbrew graficznym skojarzeniom - był to widok wiosennie uspakajający, z drogą po horyzont ("w przód i w przód"), choć wiadomo, że senna komunikacja to może być właśnie jak na Wieży Babel ((c) Szymborska).

wtorek, 27 maja 2014

[FB] Z których studiów? IFK.

 Śniło mi się dzisiaj, że prowadziłem samochód. Do pracy pewnie, bo jechałem Śląsko-Dąbrowskim, jakoś zamyślony tak i zamiast do prawej, to środkiem, torowiskiem. I szybko. Naprzeciw oczywiście tramwaj, więc musiałem wpasować się między legalnie jadących z prawej, oczywiście ten przede mną musiał zahamować i masz - stłuczka.

Nic strasznego się nie stało, nawet się światła nie zbiły żadne, bump, jak na tych samochodach z objazdowych miasteczek wesołych.

Tym niemniej - jakoś odechciało mi się dalej jechać, za to poszedłem do klubu. Odreagować stres czy co, bo ja wiem? I tam tańczyła dla mnie przepiękna dziewczyna, która wyglądała jak najpiękniejsza dziewczyna ze studiów.

Więc jeśli komuś mogło się wydawać, że nie da się już w tym śnie zrobić głupszej rzeczy niż jazda sto pięćdziesiątką środkiem mostu naprzeciw tramwaju...

- Weź siadaj, teraz ja dla ciebie zatańczę!

niedziela, 23 marca 2014

[FB] Zaczepki na trakcie

 Warszawska noc, idę traktem stosownym, bo Królewskim, oczywiście zaczepia mnie taka czarna, bo tam teraz zaczepiają dziewczęta. Nie miała różowego parasola, więc się właściwie nie spodziewałem. Odmawiam jej propozycji chyba całkiem kulturalnie (świetnie też sobie już w podobnej sytuacji radzę z telefonem - Chciałabym panu przedstawić ofertę... - Dziękuję uprzejmie, nie interesują mnie oferty, do widzenia - piętnaście sekund!), bo ona proponuje kawę, herbatę (to może jeszcze gazetę, też w dzieciństwie wydawało mi się, że na tym polegają dżentelmens kluby) i dopiero ewentualnie kobiety. Trochę wygląda, jakby miała wybuchnąć płaczem, trochę jest chyba w tej sytuacji zagubiona, bo ona do mnie na pan, a ja jej pytam, gdzie jej się kończy rewir, że może odpuścić klienta i cześć.

Już jestem przy wieży, skręcać na dół będę, widzę dwie oznaczone, czyli z parasolami, ale od razu też widzę, że gonią jakichś typów, czyli będę miał spokój. Szczególnie jedna wygląda, jakby nie chciała odpuścić zdobyczy. Skręcam za nimi za róg i nie wiem, czy się jednak nie pomyliłem. Dziewczyna stoi przy barierce nad trasą, patrzy w dal, może na pylony Świętokrzyskiego, może w koronę Narodowego, a może trochę bliżej, w te wieże Floriana, gdzie - to dawno ustalone -  powinno pojawiać się kiedyś oko Saurona. Rzekłbyś, że wygląda to wręcz melancholijnie i obcisła mini czy różowy parasol to tylko popularny objaw zachłyśnięcia się nagłą wolnością w  wielkim mieście, gdzie Patrycja mieszka ledwie od października, kiedy przyjechała ze wsi opodal Małkini uczyć się socjologii.

Przechodzę znów za róg, do schodów, do autobusów. Upatrzeni przez dziewczęta panowie solidarnie odlewają się na ścianę wieży.

środa, 22 stycznia 2014

Pardon, to wciąż tu bywasz? Czyli katastrofy A.D. 2014.

Najważniejsze oczywiście jest, że kolega mi podrzucił informację o jakiejś zniżce na steamową wersję Morrowinda. Wyobraziłem sobie, jak instaluję mody bez konwertowania, a do tego wyobraziłem sobie, jak wszystko przechodzę jeszcze raz, bo inny język to trochę inny świat przecież, w sumie jakieś piętnaście złotych wyszło? No i złożyłem ulubionego herosa, niespiesznie zacząłem zgłębiać misje, czytając i podążając za sugestiami o znalezieniu sobie jakiejś przykrywki, po raz setny zbierając grzybki na bagnach. Złaziłem pół lochów, żeby tylko nie za szybko musieć odnieść legendarną dwemerową kostkę, nie pchałem się za drzwi poziom zamka 32, choć miałem już stosowne zaklęcie, przecież i tak dostanę później klucz. Wróciłem, zdałem raport, odłożyłem książki do poczytania... i następnego dnia gra zaczęła mi się wykładać od razu po załadowaniu save'a, kiedy stary cukrojad Caius mówi - Do you wan't something from me?

I nie działa nic, żadne wrye mash ani konsola, togglescripts pozwala wyjść i przenieść się gdziekolwiek, ale ponowne jego odpalenie wywala grę. Podobno popularny bug.

Luz, mam autosave przed operacją Arkngthand, z przyjemnością powtórzę za kilka dni.

Dzwoni dzisiaj ICE, czyli mama, choć akurat tata, że jedzie do mnie brat. No bo zgubił telefon, więc mi mówią. Aha. Nie denerwuję się za bardzo, to się kiedyś musiało stać, że ktoś zgubi telefon, który ja wypożyczam z firmy, bo tak możemy. Zobaczymy, jak się sprawa potoczy, a może się jednak jeszcze znajdzie? W każdym razie brat niepocieszony, ale oszamał tosty z czekoladą, bo on mi kupił toster na parapet i ustalenie jest takie, że zawsze ma tostowy dla niego być. Więc jest.

Później poszedłem na koncert i to chyba ma być główny punkt całej mojej tu obecności, nawet jeśli najważniejszy jest Morrowind, a poza nim najwięcej dumy na przestrzeni tygodnia przyniosła mi zwycięska przeprawa przez duet Ornstein & Smough. Poszedłem na Mszę Świętą w Altonie, odwiedzając ten kwartał w centrum miasta, którego nie znam wcale a wcale. Są takie kwartały, w których nigdy nie zdarzyło mi się szlajać i to jest przygoda na moją miarę. Jaki Gnuśny taka przygoda. Na miejsce szedłem wzdłuż koryta, którym teraz chyba za płotem jest Świętokrzyska, ale już wracałem z drugiej strony bloku, pierwszy raz szedłem z tamtej strony bloku. Może kiedyś nauczę się tej przestrzeni.

Na miejscu okazało się, że miejsce zajmuje powierzchnię na miarę przygód Gnuśnego. Oraz że porozkładane na krzesłach karteczki wcale nie znaczą, że już zajęte, więc miałem siedzące. I zaczęli jakimś jękiem, który może kojarzę ze Złej Krwi, a może z innych nagrań, ale później już było inaczej. Znaczy, poleciałem po bandzie w jakieś majaki, o ciężkim czasie w pracy, bohaterach książkowych i chyba jakichś mangowych też. Przysnąłem znaczy się w tym hałasie. Latka lecą, dopominam się wszystkich koncertów siedzących, będę mógł marudzić na braki atmosfery. Wcześniej do mnie jakoś nie dotarło, jaki jestem zmęczony, żyłem swoje zwykłe życie, załadowałem bilet po 280, bo zapomniałem o wyrabianiu hologramu, a tu masz, świsty, chroboty i zawodzenia, a ten jaki odprężony. Ciągle wiedziałem, że jestem na koncercie, ale wizualizacje miałem zupełnie niepodobne do tych z projektora (nie żadne komputerowe animacje, tylko optyka i dziwne wycinki, ścinki, materiały, pędzelki i płyny, hipnoza). No i za nieokreślony czas wracam osobistą optyką na koncert i myślę bardziej składnie - podoba mi się. Przed Prytem w Chmurach Zmywak coś reklamował, że materiał na cyberpunkową mangę czy co, chyba bardziej by mi tu Msza pasowała, 11 jest takie bardziej pierwotne, jak parszywy będzie świat, kiedy już skończymy ten świat, apokalipsy. Za to Dokalski z ekipą mogliby ilustrować jakieś cyberpunkowo-oniryczne orgie, jakby wymieszać przebitki z Matrixowego Zionu z pokręconym filmem Lyncha. Odbywamy pewną drogę, chłopaki stopniowo porządkują i organizują sample, Olgierd kombinuje przez chwilę z jakąś piszczałką zamiast trąbki, robi się transowy rytm i bit, a później dźwięki w ogóle wskakują na jakiś mistyczny-buddystyczny poziom, a z wizualizacji robi się czerwony kosmos gwiazd, który kojarzy mi się też z najwstydliwszym uniesieniem ever, czyli o jakichś piłkach i plastrach miodu w kosmosie. Funkcjonował gdzieś znów ten obrazek - człowiek idzie ulicą pełen dobrych co do życia przeczuć, przypomina sobie coś wstydliwego sprzed lat ośmiu, dalej idzie przygnębiony. Ale nawet się nie przygnębiłem. Nawet przez chwilę myślałem, czy osobiście nie wyrazić uznania, że przyszedłem tu taki zmęczony, a wychodzę wypoczęty i zadowolony, z przemyśleniami, że żadne nagrania nie oddają sprawiedliwości, ale jednak zwracanie się do obcego człowieka wciąż mnie bardzo przeraża. Uwaga, człowiek.

No i ostatecznie nie wiem, czy odjazdy, czy proza życia, chyba jednak nic nie wygra z prozą życia, bo kiedy koncert miał się ku końcowi i było to czuć mocno, to poczułem też telefon. Odrzuciłem, odpisałem "koncert. co tam!", poprawiłem się "?" i na wyjściu z lokalu dostałem tak:

nastawilem pralke, zasnalem. budzi mnie wkurwiona sasiadka z dolu. wstaje, patrze podloge, wszystko plywa. sasiadka drze japsko ze jej mieszkanie zalalem. ja w szoku. generalnie z pralki woda lala sie caly czas na mieszkanie i pod nie, zalewajac kolejne na dole. jest kurwa zle. [...]

To akurat nie brat mój, ale też go lubię. Szedłem do metra nową trasą, bo je było widać i z tej strony, było zimno, więc myślałem zimno dokładnie tak samo, jak ów człek we wrześniu albo październiku, ale jeszcze prawie było lato, powtarzał w lokalu "prawie, prawie, prawie, prawie", obwieszczając sukces, który tylko on sam widział, ale wszyscy inni wcale. Dopiero przyszedł po chwili i chyba trochę przypadkiem. Tylko mnie było zimno, więc powtarzałem zimno, nie wiem więc, co przyjdzie, jeśli to można jakkolwiek przekładać.

czwartek, 6 czerwca 2013

[FB] Flirt w stylu

Ruszyłem się na miasto ale chyba już mam dość. Rynek Nowego Miasta, obok siada typ i bajeruje dziewczynę upadkami z drzew, gdzie fartownie zahacza nogami, oraz skokiem rowerowym: siostra na komunię dostała taki ze sprężyną ale trefny musiał być, bo pękła jak skoczyłem z górki. A jeden kolega już nie żyje, zaplątany w wodorosty. Dziewczyna podłapuje ten flirt w stylu danse macabre - kiedyś miałam nogę w szynie. Teraz jest szczuplejsza. Jak się przyjrzysz. Na razie się powstrzymuję. Ale chyba muszę uciekać już. Dalej, dalej, nogi (o równej szczupłości) Gnuśnego.

sobota, 1 czerwca 2013

[FB] Czy kiedyś zapomnę, że chodzi o Plac na Rozdrożu?

 Chciałem napisać, że rozedrgany kwiecień maj, to była ostatnia taka szansa w tym roku. Nie mogłem znaleźć w sieci pliku dźwiękowego, może to jakaś oznaka starości, nie umieć w sieci znaleźć piosenki. Trudno, nocą wędrowaliśmy dziś wśród pomarańczy na rozdrożach, to może nieco bardziej pretensjonalne, ale wciąż działa.

wtorek, 21 maja 2013

Chciałem do Ciebie zadzwonić i pogadać o księżycu

U mnie jest, widać go większość, choć za jakąś rzadką chmurą. Chmura jest przez to rozświetlona i w ogóle jest tam chyba specjalnie, żeby otulać księżyc, bo wokół innych chmur już nie ma, widać gwiazdy, trzeba się trochę przypatrzyć, w końcu miasto, ale jednak widać. Więc to pewnie dla mnie, na pewno tylko ja teraz patrzę na księżyc, z tego miejsca tutaj, niby jest tu wokół kilkadziesiąt tysięcy innych oglądaczy, sypialnia Warszawy, jakby nie patrzeć. Ale powinni spać już. A ja chcę mieć swoją chmurę i swój księżyc na chwilę, jak w kreskówkach, albo jak w nowych memach - fuck this place in particular. Mnie to w każdym razie robi dobrze.

Szliśmy niedawno przez noc, Smoczy robił urodziny i zrobił je naprawdę dobrze, gotował jakieś pasztety, wódka nie była celem, nawet trochę pograliśmy w karty. No ale jednak wyszedłem w połowie, all in, zasada przy kartach z gołymi babami jest taka, że mając na ręku obraną królową nie można plamić honoru. No to przegrałem wszystko, z niejaką ulgą - no to jestem wolny. Więc wyszliśmy, cztery piętra w dół, deszcz lekki, bardziej jak niezdecydowane lato, niż ledwie napoczęta wiosna - ciepło. Trasa ta sama od lat, tu gdzieś kiedyś biegał jeż, tam na chodniku siedzieliśmy i dumaliśmy o studiach. Dlaczego nie zostałem leśnikiem? Tak mi proponował, polecał. A Kuba Ziołek jednak mówił, że w tej Starej Rzece niewiele ciekawego poza metalowym mostkiem. Chyba mam coś takiego.

Szliśmy dalej ulicą bardziej główną, to oczywiście ulubiona pora, miejska noc z lekkim deszczem, tereny niezbyt uczęszczane, drzewa z liści zamiast świata z drzew, o tym wszystkim już było. Lubię nasze ludzkie, sztuczne światło w tym średnio zadbanym, niezbyt poukładanym mieście. Zastanawiałem się, jak jest nam ze sobą, w tej drodze, nie tylko na ulicy, ale też kilka dni, miesięcy, lat wstecz. A może do przodu też. Okej. Bez dramatów. Dopuściłem nawet na chwilę myśl, że może jednak mam Cię już dosyć, posmakowałem, przeżułem, ale nie ułożyła się nijak w głowie, na pewno już wyleciała, kiedy dotarłem do trasy.

To istotna zmiana w krajobrazie, kilka lat temu skrzyżowanie przebywało się zdecydowanie szybciej. Przynajmniej teraz mam dwie przecznice bliżej do domu, mogę lekko zamarudzić na światłach, albo nawet je zignorować. Rzadko ignoruję światła, nauczyłem się mandatem w pierwszym dniu pracy, choć ten akurat był za bramkę w metrze. No tak, biegłem wtedy oddać Smoczemu dowód, który mi podrzucił dzień wcześniej, żeby samemu nie zgubić. A teraz potrzebował. Czasem o trzeciej w nocy, oczywiście musi się napatoczyć radiowóz, akurat nie chciało im się zawracać do mnie.

Zaraz za mostem rozstajemy się na chwilę, kiedy akurat przestałem myśleć, że może wreszcie powinniśmy. Z drugiej strony ulicy zatrzymuje się samochód, taki raczej duży i dość drogi, pierwsze skojarzenie: ekipa narodowców z cygańskich odcinków drugiego sezonu Gliny jeździła podobnym. Wysiada dziewczyna, nie słyszę wyraźnie, coś marudzi, idzie na przystanek. Tak wysiada, na środku ulicy, bo tak. Kierowca nawraca, wrzuca awaryjne, nie wie chyba co zrobić z tym autem, wysiada i za nią - Co ty kurwa odpierdalasz?

Nie rozumiem, dlaczego takie sceny muszą mieć publiczność. Albo dlaczego muszę być ich publicznością. Tak dumam, że jakbym nie był, to gdzieś w bloku obok ktoś by i tak akurat stał z fajkiem na balkonie. A może nie muszą, tylko ja tak czasem trafiam. Może świat byłby lepszym miejscem, gdyby każda scena miała postronnego widza. Może mniej rzeczy kończyłoby się kiepsko. Tu chyba nie wyszło najgorzej, zgarnął ją spod wiaty, może nie byli pokojowo nastawieni do siebie, ale wracali do samochodu razem. Jak słyszałem. Nie moja historia, nie patrzyłem. To trudne - nie patrzeć w takiej sytuacji nocnej. Dlaczego nie zatrzymali się dwieście metrów dalej? Nie chciałem ich. Nie miałem ochoty się bać, czy nie zacznie jej bić, nawet jeśli z mojej strony ulicy był komisariat.

Więc to do tego magicznego brutalizmu. Kuba mi raczej nie odpowie, czy coś ogarniam, no ale tak mi się kojarzy, co nawet dla mnie samego jest aż nazbyt dosłowne i banalne. Nie poradzę.

Prawie rok temu szedłem przez ten most, równolegle opowiadałem o tym przez internet, że lęk wysokości i potwory. Opowiadałem o tym również w sobotę, po fajoskim koncercie Hey, nie mam pojęcia jak nas koleżanka naprowadziła na noc meczu Polska - Rosja, czyli dla mnie noc przejścia przez most. O wiele zgrabniej opowiedziałem wtedy o niej od razu przez sieć, roztrzęsionymi rękoma przed i po moście. Zrewanżowała się historią o ekipie dwudziestu kibiców, którzy wpadli za jakimś cherlakiem do hipsterskiej knajpy i okładali na jej oczach krzesłami. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Więc powiedziałem coś głupiego i ogólnego, a później wsiedliśmy do metra, takie tłumy z Pola Mokotowskiego tylko na Juwenalia, rozdzielili nas, więc rozsiadaliśmy się bez słów. Bezpiecznie.

Księżyca nie widać, chmura ciągle tam wisi, skondensowała się, podświetlona. O, teraz jednak znów widać, w całej okazałości, prawie pełnej. Dziwne. Żeby to był wiatr, to by chmurę przegnał gdzieś, a ja tu mam jakiś wir, chmura bulgocze na niebie, wierci się i kręci, ale nie odkleja się od księżyca. Pod chmurą Światowida przejeżdża taksówka, nie wiedziałbym, jakie to piękne, gdyby nie zwrócono mi uwagi.

Wydaje mi się, że to może jakaś miejska iluzja z brakiem chmur gdzie indziej, pomarańczowo granatowe gradienty, nie odważę się wychylić przez balkon, potwierdzać chmury nad głową, w końcu lęk wysokości. Na dole często grają w piłkę, czasem podpatruję i często mam taki wewnętrzny zryw, żeby pobiec po piłkę, kiedy wyleci za boisko. Kiedyś sami tam biegaliśmy, nie? No i to jest bardzo kiepskie uczucie na balkonie szóstego piętra, mieć ochotę skakać przez balustradę do piłki.