poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Tym razem to ja byłem na PAX, bo tym razem to Zooltar skręcił nogę

 Anglia pojawiła się za oknem samolotu zupełnie znikąd, uderzając w nas niespodziewanie betonowym rozbiegiem dla mechanicznych ptaków. Zatraceni w rozmowie odnotowaliśmy wprawdzie komentarz stewardessy o zbliżającym się lądowaniu - Co, to już? - i choć może, wiedząc stąd i owąd, że wyspa klimat ma mżysty i mglisty, powinniśmy się byli spodziewać że biała masa za oknem nie jest po prostu kolejną warstwą chmur a okrywającą lotniskowy pas pierzyną, to jednak nagły wstrząs brutalnie przywrócił nas do rzeczywistości. Czyli jednak trochę wyżej niż rozmawialiśmy, bo przecież jechaliśmy prezentować grę o podmorskiej kopalni!

Oczywiście Anglia to jeszcze nie Londyn, lotnisko Luton, obsługiwane głównie przez najtańszych przewoźników, niczym nasz podwarszawski Modlin, nie różniło się specjalnie od dowolnego innego satelickiego lotniska, nawet miarowo skrapiane angielską mżawką. No dobrze, może było nieco bardziej kolorowo, ale przecież od tego właśnie są lotniska, żeby na chwilę kwitł sobie na spokojnie obojętny kosmopolityzm, kiedy absolutnie nie zwracamy na siebie uwagi. Autokar do Londynu był już powrotem do normalności, szeroka droga, płaskie pola i laski wokół, przecinane gdzieniegdzie liniami wysokiego napięcia. Gdybym przysnął na moment, po przebudzeniu mógłbym przypuszczać że jednak dopiero co wyjechaliśmy ciągnącą na północ nitką z Warszawy, zmierzając może do Modlina właśnie. I pewnie dałbym się oszukać. Choć te trzy godziny wcześniej odlatywaliśmy z Okęcia.

Dwadzieścia minut później zaczęła się jednak Anglia właściwa, a w każdym razie to, co ja już do końca życia będę pamiętał jako Anglię, i co chcę kojarzyć jako Anglię i jako Londyn, przede wszystkim Londyn, który zachwycił mnie od pierwszej sekundy, od najdalszych przedmieść z równiutkimi szeregami domków z czerwono brunatnej cegły, z bielonymi gdzieniegdzie ścianami i czarnymi dachówkami. Być może do tej pory wyspiarki kraj kojarzyłem z herbatą o piątej (a na lotnisku kontrolujący mój dowód mężczyzna na niepewne "good evening" spojrzał na zegarek i przepięknie odpowiedział "it is half past four, so good afternoon"), może z piłkarską reprezentacją, która, choć wychowuje się w kolebce futbolu, wciąż zawodzi swoich kibiców, może z niebieską budką policyjną Doktora, agentem 007, Harrym i mugolami czy Królową Brytyjską (ale jakoś nie z Dianą, choć na billboardach reklamują tu dziś "Modę Diany" - rzecz o sukniach i stylu księżnej), ale to wszystko przeszłość, teraz jest już tylko wszędobylska cegła, czerwona, czerwieńsza, bura, brązowa, biel okiennych futryn, jakoś tak płytko osadzonych w ścianach i smoliste dachy. I to wszystko jest tak dobre, tak ładne, nie ważne czy stare, czy nowe, świadomie wpisujące się w będący, tak myślę, konsekwencją rewolucji przemysłowej rdzawy krajobraz miejski, że oczy mógłbym w te ulice wypatrywać bezustannie.

Nie wiem jak to jest, że architekci pracujący nad powstającymi za moją ulicą, okalającymi kompleks Wytwórni wódek Koneser blokami i biurami, próbując inspirować się ceglanymi budynkami oryginalnej fabryki, nie pomyśleli o chociażby kilku białych akcentach w ponurym mieszkalnym klocu, pokrytym wprawdzie jakąś nowoczesną imitacją cegły, ale oprócz tego w połowie po prostu czarnym, którym na moje nieszczęście zasłonili połowę wschodów słońca w roku. Zesłać ich do Londynu na naukę.

Moja Anglia i mój Londyn to też stacja metra na Baker Street (uwaga, piosenka!). Gdzie spędziłem może ze trzy minuty w sumie, ale hejże, mogę sobie chyba czasem pozwolić na jakąś miłość od pierwszego wejrzenia.  Pewnie powinienem kiedyś słyszeć coś więcej o tej, wyglądającej na przedwieczną, doskonale zasuszoną plątaninie tuneli (krzyżuje się tu chyba pięć linii), w jakiś sposób ogromną, ale i podejrzanie swojską, z niezbyt wysokim sufitem i pokiereszowanymi przez czas peronami, z której, mam wrażenie, można by dojechać na Koniec Czasu i bilety w drodze sprawdzałby ów drzemiący na ogół, często oparty o gazową latarnią mędrzec Gaspar (wcale nie Kacper!).

Mój bilet zabrał kasownik przy wyjściu na Aldgate, choć wymarzyłem już sobie po drodze, że go zatrzymam, bo jak na ogół nie zbieram rzeczy, to bilety z rzadkich podróży wrzucam w skromne pudełko z dolnej półki domowej witryny. Myślę że wszystkie bilety tak się tu zabiera, co nieco boli, ale cóż, nie ma rzeczy doskonałych, choć pierwszy wieczór niezbyt wymagającego człowieka w Londynie miał zadatki. Nie bez znaczenia może też być fakt, że mój nos na ogół nie czuje, a zagadnięty o kierunek na rzekę, czyli południe od Aldgate, gdzie mieliśmy znaleźć nasz hotel, przechodzień z przekąsem odrzekł, że i owszem, dobrze idziemy i że na dobrą sprawę można iść za węchem.

piątek, 13 lutego 2015

[FB] Sonar Soul - The Dive

 Dawno nie było piosenki. Księżyca dziś będzie nad miastem 35% #jakbyco.

Słucham sobie tego trochę, a nawet dotarłem do kawałka, z którego samplowano ("Garden of Peace"), nie po raz pierwszy zresztą, jak się okazuje. Utwór poniższy wrzucała Rebeka kiedyś i dziś mnie znów naszło, żeby sobie przypomnieć. Poprzednio przy przypomnieniu sprawdziłem całą płytę, nie wchodziła tak dobrze. Myślałem więc, że może to Justyna jest najważniejsza, ale przecież Justyna mi się ani nie podobała z Waglewskimi, ani mi się nie podobała z Rysami. Które występowały przed Rebeką na koniec stycznia w Basenie. W Basenie byłem absolutnie zniszczonym człowiekiem, na w pół żywym po domówce (nie miejcie wątpliwości, że wpis powstaje tylko po to, żebym się pochwalił, niby to przypadkowym wtrąceniem, że przeczytałem o tej bibie słowa "sławetna impreza", hyhy), a oni jeszcze mnie dobili bardziej. Sytuację ratowało sympatyczne towarzystwo ("Będziesz marudził - więcej nie będziemy chodzić na koncerty. To Ty mnie miałeś wspierać!"), no i gwiazdy wieczoru też oczywiście.

piątek, 23 stycznia 2015

[FB] kIRk - Ortodoks

 Pan Bogusław zaczepił mnie na rogu Ząbkowskiej i Markowskiej, nie od razu się zorientowałem, więc krzyknął głośniej, wskazując na świąteczne ozdoby - Ładnie świeci. Niósł dwie torby, takie straganowe, wypełnione butelkami, zbiera je po drodze ze śmietników. - No ładnie.

Pan Bogusław jest postawnym mężczyzną po pięćdziesiątce, kojarzy się z takim rolnikiem, który jeszcze kilkanaście lat temu mógł jeździć po warszawskich osiedlach i przez domofon oferować worki ziemniaków po trzydzieści kilo. Tylko że ma torby z butelkami i ich nie oferuje. Pan Bogusław zna tajemnicę, sam to sobie wszystko tłumaczył, ale nie sądzi, żeby kto inny potrafił to zrozumieć. No bo, proszę mu powiedzieć, dlaczego to policjant był mądrzejszy, najmądrzejszy policjant na całą Polskę, ale to psychiatra miał rację. A mądrzejszy nie był. Rozumiecie to? Pan to rozumie? Jak to jest, że psychiatra głupszy, a rację miał, chociaż blisko było, to jak pięćdziesiąt jeden do pięćdziesięciu. By było sześćdziesiąt do pięćdziesięciu, to oczywista sprawa, ale tu tak na krawędzi. Tajemnica, którą Pan Bogusław zna i rozumie, i opowiadać nie będzie. Ale jakby tak, wyobraźcie sobie, stał teraz w katedrze Notre Dame. W Paryżu. W takim białym papieskim na ramionach i takim białym z czerwonym papieskim na głowie. Do wyobrażenia? Pasowałby? Spojrzelibyście na Pana Bogusława i co powiedzieli? Albo jakby wyszedł tu z za rogu, z Brzeskiej, tak ubrany, to pewnie byście powiedzieli, że wariat. Tak ubrany, żaden karnawał, wariat i już. Ale czy psychiatra był normalny? I w ogóle, papież, bez przesady, Pan Bogusław jeszcze się czuje za młody, ale jakby jeszcze poczekać, to może by mógł zagrać Wojtyłę, takiego z lat siedemdziesiątych. Jak Karolak. Nasz taki był piękny, papież, Ci późniejsi już nie, ale nasz był wspaniały, zresztą podobnie jak jego poprzednik. Tak mówi Pan Bogusław, po czym sobie przypomina, że jeśli nie papież, to jeszcze nie został w życiu Jerzym Połomskim. A posłuchajcie, jak Pan Bogusław śpiewa, oczywiście ja sam nie znam twórczości Połomskiego i to teraz jest najważniejsza rzecz na świecie, żeby wiedzieć, jaka to była piosenka, którą on bardziej deklamował niż śpiewał, ale nie zapadła mi w pamięć. Tylko słowo zło pamiętam i pewnie i tak źle. Nie pozostawiam mu złudzeń, tłumaczę, że chyba jednak nie, że śpiewanie to trzeba bardziej ze środka i od przepony. On nie robi sobie z tego wiele, kontynuuje. I w ogóle, to Pan Bogusław wie, że gdyby był normalny, to przecież by nie musiał w życiu zbierać butelek. A na koniec, na sam koniec, jak mówi po raz czwarty już, kiedy tak idziemy razem Ząbkowską, ja na koncert, on z torbami, na koniec zadaje mi pytanie - Czy jest choć jeden normalny?

- Oczywiście, że nie, Panie Bogusławie. Oczywiście, że nie.

Pomachał mi porozumiewawczo ręką.

Natomiast jeśli chodzi o kIRka, to prawdopodobnie nie mam z żadnym innym zespołem relacji tak intymnej koncertowo, że wpadam w trans, zapominam o całym świecie, prawdopodobnie nieco przysypiam nawet i jestem bardzo, bardzo zadowolony i nie wiem zupełnie, jak dwie godziny mogą minąć tak szybko.

niedziela, 18 stycznia 2015

[FB] Jesteś lekiem na całe zło

 Karma to suka / Jak być szczęśliwym / Księżyc 9%

Poszedłem na przyjęcie urodzinowe dziś, coś mnie tam zaczepiano na ulicy w sprawach sercowych, ale niestety raczej agresywnie. Na miejscu zrealizowałem większość potencjału imprezowego, a przynajmniej tyle, ile się go da zrealizować ze smarkiem. Tak, tańczyłem też Macarenę. Tak, być może byłem w jakiś sposób przebrany. Zwykłe zgnuśniałe sprawy. Pod koniec graliśmy w drugą najlepszą grę na świecie - czoło.

To już drugi raz w tym roku. Za pierwszym kipiałem ze szczęścia, kiedy koleżanka walczyła ze swoją zagadką. Znaczy moją, wiecie jak w to się gra. Warto zauważyć, że zagadka była spersonalizowana, przecież trzeba personalizować zagadki, to powiększa przypał i radość. Jest to w każdym razie jakiś punkt, moment w czasie, kiedy uruchomiły się muzyczne szpile. Szpile to miały gramofony, taka to muzyka poniekąd.

I sprawa wygląda tak, że gdyby nie muzyczne szpile, to za żadne skarby świata bym dzisiaj nie rzucał tak fachowych pytań, jak:

- Eeee, jestem Ewą Bem?

- Może Halina Frąckowiak?

- Kalina Jędrusik to bardziej aktorka, nie?

- Jezu, Łobaszewska też nie?

- Może Demarczyk?

- Edyta Geppert?

- ...jestem zdesperowany... Maryla Rodowicz?

- Błagam, przecież nie Antonina Krzysztoń!

W końcu zgadłem!

piątek, 16 stycznia 2015

[FB] Apteka marzenie, podejrzane piguły

 Księżyc nad Warszawą cienieje, mamy 25%, czyli że są szanse na sen. To niech i piosenka na dobranoc będzie.

W swojej bezbrzeżnej ignorancji ja, stary przecież fejsiarz, nie polubiłem strony Hydrozagadki do tej pory. Bywam tam w tym podwórku rozrywkowym, blisko mam i fajne rzeczy czasem grają. I dzisiaj się dowiaduję ze strony klubu satelickiego Chmury, że koncert w Hydro gra Apteka. Czyli że nie poszedłem. Zresztą to już by był gruby dylemat, gdybym wiedział wcześniej, skoro były warsztaty.

Ponieważ nie miałem starszego brata ani starszych kolegów, Aptekę słyszałem tylko trochę i tylko na Offie kilka lat temu. Nie w 2012, raczej w 2010. Najbardziej pamiętam, że przez cały koncert miałem wrażenie, jakby Kodym o niczym innym nie marzył poza rozjebaniem scenicznych partnerów. Tak mniej więcej patrzył na nich, nie potwierdziłem więc dzisiaj, czy on tak ma na stałe niestety. A ja też się wtedy z jakimiś dziwnymi spojrzeniami spotykałem, np. pierwszego dnia ochroniarze kazali mi wyrzucić pompkę rowerową, którą przypadkiem miałem w plecaku, że niby niebezpieczny przedmiot chcę wnieść. A drugiego dnia jeszcze większy cyrk. Macają mnie po kieszeniach kurtki, coś tam czują - A to co?!

Ja o wiele bardziej zaskoczony od typa macam się w tym samym miejscu, jakieś niby to granulki, niby to pigułki... Odpowiadam więc zgodnie z prawdą i nieco przerażony - Nie wiem!

Popatrzył spode łba i mnie wpuścił.

Przeszedłem parę metrów, odnalazłem zapomnianą kieszeń wewnątrz kurtki a tam spakowana na drogę z Wawy do Kato torebka migdałów.

piątek, 9 stycznia 2015

[FB] Czy Yoko Kanno xerowała Bjork, hmm?

 Ojej. Okazuje się, że wciąż jestem mocno zajarany pierwszym OSTem do serii telewizyjnej GITS. Mało tego, nie wstydzę się do tego przyznać - przeciwnie do częściowo księżycowych zespołów, których jakoś wciąż nie mogę przeboleć. A słuchałem i wczoraj.

Zaczęło się tak, że w prehistorycznym internecie ktoś wrzucił stream "Inner Universe". Pewnie wersję z openingu, czyli z półtora minuty. To był taki piękny czas, kiedy wszyscy mangowcy się w tym internecie znali, strony wciąż jeszcze nazywały się "świat mangi trochę inaczej niż reszta" i prześcigały we wrzucaniu buttonów do kolegów z sieci w coraz to dziwniejsze miejsca w layoucie. Youtube wtedy jeszcze nie było, więc już sam zagnieżdżony odtwarzacz na stronie robił wrażenie, a jak jeszcze poleciał kawałek, to pewnie spadłem z krzesła z zachwytu. Żarówki zaczęły mrygać, drzewa i słupy wysokiego napięcia kłaniać się sobie wzajemnie, a świerszczyki z krzaczorów pod oknem latały radośnie na wietrze. Nawet jeśli w tych czasach nie było już w krzaczorach świerszczyków, pamiętam że osiedlowi ojcowie przeczesywali je od czasu do czasu. Dobra, wtedy już na pewno nie było, ale ciężko inaczej te krzaczory kojarzyć i świerszczyki na pewno latały na okazję odkrytego kawałka.

Wkrótce potem okazało się, że cały pierwszy OST do serii mnie zachwyca i wolę słuchać tego niż np. muzy z kinowego klasyka. Jako wciąż jeszcze nastoletni chłopak szczególnie upodobałem sobie patetyczny "Fish Silent Cruise", ale na szczęście są tam też łatwiejsze dziś do strawienia rzeczy, "Where Does This Ocean Go" czy "Surf". Na pewno lepiej zachęcać takimi. Ani odcinka nie widziałem do tej pory, choć zdaje się nawet mieliśmy polskie wydanie.

Znalazłem toto w wiadomościach zaraz obok "Sklepów cynamonowych", więc wiecie - jeśli niby słabe, to przynajmniej stało na półce obok arcydzieła.

(Wpis sprowokowali M.K. i P.R.Sz., zupełnie niezależnie od siebie. Gnuśny wyraża im podziękę za wynalezienie zajęcia na okoliczność księżyca w 87% widoczności. Howgh.)

środa, 7 stycznia 2015

[FB] Ewa Braun - Muzyka z Księżyca

 Jako niepoprawny maruda nie mogłem dziś w zakładzie pracy nie poruszyć kwestii niedostatecznej ilości snu, która to nurtuje mnie na okrągło, kiedy się wydarza i kiedy się nie wydarza, w godzinach dziennych też, bo tępe pulsowanie pod czaszką sugeruje, że by się jednak przydało. Wyrozumiały kolega zasugerował, że może mam jak jego dziewczyna, że nie śpię na okoliczność i okolice pełni księżyca.

- Lolwut, srsly? - podsumowuję jakoś tak elokwentnie, ale przecież sam od razu kojarzę, że ostatnio był ten księżyc taki całkiem, całkiem, a do tego w ogóle lubię koleżkę, zawsze mocniej się przysłuchuję księżycowym sprawom. Słucham muzyki z księżyca, albo wracam do zespołów z księżycami w nazwie, których przez zawstydzenie niezbyt burzliwą młodością publicznie nie wymienię, albo słucham, jak w Polskim Busie dwie panie za mną rozmawiają, że księżyc duzieje i cienieje, co brzmi pięknie i podoba mi się, pierwszy raz słyszałem takie baje, a przecież nawet mają artykuł na wiki. A jeszcze w tej samej podróży czytałem, jak jeden mag zrzucił księżyc na jedną planetę.

Otóż. Więc. Zatem. Także tego. Ostatnia pełnia piątego stycznia. Hej, halo, toż to nic nie znaczy, o niczym nie świadczy!

Tak dla zabawy sobie sprawdzę, co tam się w poprzednich miesiącach działo... Szósty grudnia, szósty listopada... Mhm, tak, ósmy października. 

Pamiętaj! To nic nie znaczy, o niczym nie świadczy!

Całkiem urocza apokalipsa, jeśli by mnie kto pytał. Panie Twardowski, daj żyć! Albo chodź, napijmy się herbaty, jeśli inaczej się nie da, to pewnie nie Twoja wina. Rage El! A może ja też jestem czarodziejką?