poniedziałek, 30 sierpnia 2021

To(_)nie wszystko/Po co mi ta wojna

 19 Wiosen wrzuciło dziś na FB koncert, obserwuję ten profil wciąż, jako jeden z niewielu, choć minęło pewnie z dziesięć lat od ostatniego widzianego koncertu, a plakat z pomarańczowym astronautą siedzi zachomikowany w szafie, cierpliwie czekając na idealne miejsce na jakiejś ścianie - i moment kiedy wąż w kieszeni przepuści mnie, żeby kupić antyramę. Dramatyzuję, ostatnie wpisy na blogu to były jednak nieco mniej niż przed dekadą, pewnie Wiosny również.

W jakiś sposób naprowadziły mnie te Wiosny na Pustki, ciąg przyczynowo-skutkowy mógł wyglądać jakoś tak: mam tę ulubioną płytę Wiosen na półce, mam Tryp z największym hitem, Nikogo, choć niewiele mam płyt, w sumie nie wszystkie płyty kocham z całego serca, równie dobrze mógłbym część spróbować sprzedać większym miłośnikom od siebie na olx, jak ostatnio robię z częścią książek, hmm, mam Safari Pustek, szkoda że nie mam Końca kryzysu, bo jednak to ta jest ulubioną.

Och, nic nie szkodzi, jest odsłuch całości w sieci!

Pustki - Koniec Kryzysu (Oficjalny odsłuch albumu) - YouTube

Myślę że powinienem obok pięknego plakatu z Gagarinem powiesić jakąś płaską gablotkę z ładnie ułożonymi płytami, skoro płyt nie słucham już, to i mi żadne nie przybędą. A nie mam ich wiele, zgrabne by to było. Nie mogę zbyt emocjonować się takimi sprawami, ostatnio emocjonowałem się przemeblowaniem w pokoju, potencjalnym, to nie usnąłem pół nocy i tak to trwa od tygodnia, choć zasadniczo powód jest mi od lat znany: czuwam razem z księżycem w pełni, regały potencjalne raczej nie mają nic do rzeczy.

Słuchając Pustek pomyślałem o swoim ulubionym koncercie z czasów dawnych, tj. kiedy w Fabryce Trzciny wystąpił Kawałek Kulki, Muzyka Końca Lata i Pustki właśnie. Dziwny to był wieczór, trochę się gubiłem najpierw w poszukiwaniu miejsca, następnie gubiłem się w poszukiwaniu przejścia na drugą stronę Solidarności, jeszcze wtedy było Tesco, poszedłem coś zjeść, bo byłem o wiele za wcześnie. Wymyśliłem, żeby poszukać Fabryki Trzciny, gubiąc się, bo przecież mieszkam całkiem blisko. Oczywiście Fabryki dawno już nie ma, chodziło o spacer w okolice, bez sprawdzania adresu (Otwocka, teraz już wiem), bo może spacer pomoże ze snem. Biegałem w tym roku, później zwichnąłem nadgarstek, brakuje mi ruchu, jako tako już się wylizałem, zacznę znów od spacerów.

Zgubiłem się na prostej drodze, tj. Ząbkowską doszedłem do Kawęczyńskiej, przeciąłem Otwocką, która może i by mnie do poFabryki zaprowadziła, dotarłem na Zacisze. Nie wiem, nie znam, już dawno nie spaceruję, choć przecież tak blisko mam na piękne Zacisze, niedawno przejechałem się wzdłuż kanału, mniej więcej, na wspólnej wycieczce rowerowej, kiedy jechaliśmy z Krańca Świata do mnie. W drodze myślałem, zanim zawędrowałem pod torami do Zabranieckiej, że zrobię długaśny spacer, skręcę do Żaby, pójdę do Starzyńskiego, bo skoro aż tak daleko sięgam wstecz, to mogę i przejść się obok liceum. Na Zaciszu była jakaś impreza plenerowa na koniec lata, akurat startowała, zapowiadali artystkę z długim stażem, kiedy już niby oddalałem się w stronę Targówka - Małgorzata Ostrowska.

Co ja wiem o Małgorzacie Ostrowskiej?

Nic nie wiedziałem, ale jeśli pierwotnym celem wycieczki miała być przestrzeń koncertowa ze wspomnień, to właściwie czemu nie iść na koncert współczesny, choć częściowo z repertuarem starszym ode mnie. No i chciałem, bez zaglądania w telefon, sprawdzić, kim ta Ostrowska jest, przecież coś mi tam dzwoni w głowie. Musi jakiś hicior mieć, który znam!

Ech, długo trwało zanim coś się trafiło, co nie znaczy, że tam się jakoś wycierpiałem na koncercie akustycznym, raczej obok koncertu, siadłem na ławce opodal wydarzenia. Zebrało się kilkadziesiąt osób pod sceną, śpiewali refreny, Ostrowska, stara wyjadaczka, dobrą minę do złej gry robiła, jak zapewne większość doświadczonych artystów, których piosenki przestali w radiu puszczać w połowie lat dziewięćdziesiątych i tych co bardziej współczesnych prawie nikt nie zna. Piękny głos ma Ostrowska, pięknie kokietuje, opowiada że tę piosenkę napisali z Markiem Jackowskim i faktycznie, brzmiała w niej jakby to był Maanam. Nie szukajcie jej specjalnie, akustycznie brzmiała lepiej niż nagranie na YT, chwila minęła. Siedzę na tej ławeczce i kombinuję - może to kobieta od Konika?

Ej, nie, czekałem, ale później sprawdziłem, że od Konika to jednak Urszula (a wcześniej i tak kto inny). Luz blues, nie trzeba się znać na wszystkim jak na Morrowindzie.

W końcu pojawiło się coś znanego - Meluzyna. Co mnie skołowało, bo przecież Pan Kleks to Banda i Wanda? Figa, to też się nie zgadza, choć piosenki "filmowe dla dzieci" się zgadzają. No co, to też starsze niż ja, Banda i Wanda rozpadli się - jak atom? - w roku moich urodzin, w roku kiedy atom rozpadł się na pobliski świat.

Ach, wreszcie hicior nad hiciory - SZKLANA POGODA. To chyba zanim zespół Lombard kojarzył się z obciachem, ciekawe to, nawet mnie kojarzy się z obciachem, choć o wojnie między członkami sprzed lat - Ostrowska miała powiedzieć, że z tego powodu opuszcza zespół, że obciach - dowiaduję się dopiero teraz z internetu. Biorę w tej wojnie stronę Małgorzaty Ostrowskiej oczywiście, na koncercie Lombardu nigdy nie byłem (na pewno?), a z wokalistką niespodziewanie spędziłem wieczór, więc bawi mnie, że jej nazwiska jako wykonawczyni, ewidentnie celowo, nie ma na wiki, choć wymienia się twórców coverów.

Niech będzie i taki niespodziewany koncert w ramach spaceru. W końcu Pustek już nie ma, na Muzykę Końca Lata nie bardzo ja sam mam od lat melodię, chętniej usłyszałbym Jeziora, jeśli nie są jakimś żartem Zmywaka, no a Kawałka Kulki tym bardziej dawno nie ma, choć Król karierę zrobił taką, że występuje na Męskim Graniu. Dostałem ostatnio link do finałowego koncertu, nie wiem, nie znam się, ostatnio mogło mnie interesować, kiedy występowały, a jakże, Pustki, więc nie posłuchałem za bardzo. Niejaka Sochacka śpiewała piosenkę "Dla mnie to już koniec", co mi brzmiało jak "To dobry moment" Korteza zasłyszane kiedyś, rytmicznie, tematycznie, tekstowo i proszę bardzo, nie trzeba się wcale znać na niczym, ale choć na Męskim śpiewała (chyba, urywek tylko widziałem) sama, to w studiu nagrali tę piosenkę razem.

Mogło się skończyć gorzej, mogłem, choć niby to wczesny wieczór jeszcze, chwilę przed dziesiątą, plenerowe koncerty nie trwają wiecznie, dostać gdzieś w głębi Szmulowizny w papę, kiedy z drugiej strony ulicy słyszałem donośne "to nie on!", a już jakiś naburmuszony typ zdawał się zawracać się w moją stronę. A skończyło się tak, że przyszedłem tutaj.

Jeśli jest jakaś wersja mnie, którą kiedykolwiek lubiłem, to stety, niestety, jest to jedynie ta wersja, tutaj. O czym przypomniałem sobie średnio uważnie siedząc opodal koncertu, może zazdroszcząc Ostrowskiej, że jej pomysł na życie jakoś wypalił i od czterech dekad bawi się sceną, co do tego nie było wątpliwości, nawet jeśli jej rock'n'rolla, zadziornego dziś raczej w głosie niż treści, słucha najgorsza możliwa publiczność, przypadkowa zbieranina na dzielnicowym pożegnaniu lata i nawet bardziej przypadkowy typ, który zatrzymał się opodal, żeby roztrząsać, kto zacz, on i ona.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Tym razem to ja byłem na PAX, bo tym razem to Zooltar skręcił nogę

 Anglia pojawiła się za oknem samolotu zupełnie znikąd, uderzając w nas niespodziewanie betonowym rozbiegiem dla mechanicznych ptaków. Zatraceni w rozmowie odnotowaliśmy wprawdzie komentarz stewardessy o zbliżającym się lądowaniu - Co, to już? - i choć może, wiedząc stąd i owąd, że wyspa klimat ma mżysty i mglisty, powinniśmy się byli spodziewać że biała masa za oknem nie jest po prostu kolejną warstwą chmur a okrywającą lotniskowy pas pierzyną, to jednak nagły wstrząs brutalnie przywrócił nas do rzeczywistości. Czyli jednak trochę wyżej niż rozmawialiśmy, bo przecież jechaliśmy prezentować grę o podmorskiej kopalni!

Oczywiście Anglia to jeszcze nie Londyn, lotnisko Luton, obsługiwane głównie przez najtańszych przewoźników, niczym nasz podwarszawski Modlin, nie różniło się specjalnie od dowolnego innego satelickiego lotniska, nawet miarowo skrapiane angielską mżawką. No dobrze, może było nieco bardziej kolorowo, ale przecież od tego właśnie są lotniska, żeby na chwilę kwitł sobie na spokojnie obojętny kosmopolityzm, kiedy absolutnie nie zwracamy na siebie uwagi. Autokar do Londynu był już powrotem do normalności, szeroka droga, płaskie pola i laski wokół, przecinane gdzieniegdzie liniami wysokiego napięcia. Gdybym przysnął na moment, po przebudzeniu mógłbym przypuszczać że jednak dopiero co wyjechaliśmy ciągnącą na północ nitką z Warszawy, zmierzając może do Modlina właśnie. I pewnie dałbym się oszukać. Choć te trzy godziny wcześniej odlatywaliśmy z Okęcia.

Dwadzieścia minut później zaczęła się jednak Anglia właściwa, a w każdym razie to, co ja już do końca życia będę pamiętał jako Anglię, i co chcę kojarzyć jako Anglię i jako Londyn, przede wszystkim Londyn, który zachwycił mnie od pierwszej sekundy, od najdalszych przedmieść z równiutkimi szeregami domków z czerwono brunatnej cegły, z bielonymi gdzieniegdzie ścianami i czarnymi dachówkami. Być może do tej pory wyspiarki kraj kojarzyłem z herbatą o piątej (a na lotnisku kontrolujący mój dowód mężczyzna na niepewne "good evening" spojrzał na zegarek i przepięknie odpowiedział "it is half past four, so good afternoon"), może z piłkarską reprezentacją, która, choć wychowuje się w kolebce futbolu, wciąż zawodzi swoich kibiców, może z niebieską budką policyjną Doktora, agentem 007, Harrym i mugolami czy Królową Brytyjską (ale jakoś nie z Dianą, choć na billboardach reklamują tu dziś "Modę Diany" - rzecz o sukniach i stylu księżnej), ale to wszystko przeszłość, teraz jest już tylko wszędobylska cegła, czerwona, czerwieńsza, bura, brązowa, biel okiennych futryn, jakoś tak płytko osadzonych w ścianach i smoliste dachy. I to wszystko jest tak dobre, tak ładne, nie ważne czy stare, czy nowe, świadomie wpisujące się w będący, tak myślę, konsekwencją rewolucji przemysłowej rdzawy krajobraz miejski, że oczy mógłbym w te ulice wypatrywać bezustannie.

Nie wiem jak to jest, że architekci pracujący nad powstającymi za moją ulicą, okalającymi kompleks Wytwórni wódek Koneser blokami i biurami, próbując inspirować się ceglanymi budynkami oryginalnej fabryki, nie pomyśleli o chociażby kilku białych akcentach w ponurym mieszkalnym klocu, pokrytym wprawdzie jakąś nowoczesną imitacją cegły, ale oprócz tego w połowie po prostu czarnym, którym na moje nieszczęście zasłonili połowę wschodów słońca w roku. Zesłać ich do Londynu na naukę.

Moja Anglia i mój Londyn to też stacja metra na Baker Street (uwaga, piosenka!). Gdzie spędziłem może ze trzy minuty w sumie, ale hejże, mogę sobie chyba czasem pozwolić na jakąś miłość od pierwszego wejrzenia.  Pewnie powinienem kiedyś słyszeć coś więcej o tej, wyglądającej na przedwieczną, doskonale zasuszoną plątaninie tuneli (krzyżuje się tu chyba pięć linii), w jakiś sposób ogromną, ale i podejrzanie swojską, z niezbyt wysokim sufitem i pokiereszowanymi przez czas peronami, z której, mam wrażenie, można by dojechać na Koniec Czasu i bilety w drodze sprawdzałby ów drzemiący na ogół, często oparty o gazową latarnią mędrzec Gaspar (wcale nie Kacper!).

Mój bilet zabrał kasownik przy wyjściu na Aldgate, choć wymarzyłem już sobie po drodze, że go zatrzymam, bo jak na ogół nie zbieram rzeczy, to bilety z rzadkich podróży wrzucam w skromne pudełko z dolnej półki domowej witryny. Myślę że wszystkie bilety tak się tu zabiera, co nieco boli, ale cóż, nie ma rzeczy doskonałych, choć pierwszy wieczór niezbyt wymagającego człowieka w Londynie miał zadatki. Nie bez znaczenia może też być fakt, że mój nos na ogół nie czuje, a zagadnięty o kierunek na rzekę, czyli południe od Aldgate, gdzie mieliśmy znaleźć nasz hotel, przechodzień z przekąsem odrzekł, że i owszem, dobrze idziemy i że na dobrą sprawę można iść za węchem.

piątek, 13 lutego 2015

[FB] Sonar Soul - The Dive

 Dawno nie było piosenki. Księżyca dziś będzie nad miastem 35% #jakbyco.

Słucham sobie tego trochę, a nawet dotarłem do kawałka, z którego samplowano ("Garden of Peace"), nie po raz pierwszy zresztą, jak się okazuje. Utwór poniższy wrzucała Rebeka kiedyś i dziś mnie znów naszło, żeby sobie przypomnieć. Poprzednio przy przypomnieniu sprawdziłem całą płytę, nie wchodziła tak dobrze. Myślałem więc, że może to Justyna jest najważniejsza, ale przecież Justyna mi się ani nie podobała z Waglewskimi, ani mi się nie podobała z Rysami. Które występowały przed Rebeką na koniec stycznia w Basenie. W Basenie byłem absolutnie zniszczonym człowiekiem, na w pół żywym po domówce (nie miejcie wątpliwości, że wpis powstaje tylko po to, żebym się pochwalił, niby to przypadkowym wtrąceniem, że przeczytałem o tej bibie słowa "sławetna impreza", hyhy), a oni jeszcze mnie dobili bardziej. Sytuację ratowało sympatyczne towarzystwo ("Będziesz marudził - więcej nie będziemy chodzić na koncerty. To Ty mnie miałeś wspierać!"), no i gwiazdy wieczoru też oczywiście.

piątek, 23 stycznia 2015

[FB] kIRk - Ortodoks

 Pan Bogusław zaczepił mnie na rogu Ząbkowskiej i Markowskiej, nie od razu się zorientowałem, więc krzyknął głośniej, wskazując na świąteczne ozdoby - Ładnie świeci. Niósł dwie torby, takie straganowe, wypełnione butelkami, zbiera je po drodze ze śmietników. - No ładnie.

Pan Bogusław jest postawnym mężczyzną po pięćdziesiątce, kojarzy się z takim rolnikiem, który jeszcze kilkanaście lat temu mógł jeździć po warszawskich osiedlach i przez domofon oferować worki ziemniaków po trzydzieści kilo. Tylko że ma torby z butelkami i ich nie oferuje. Pan Bogusław zna tajemnicę, sam to sobie wszystko tłumaczył, ale nie sądzi, żeby kto inny potrafił to zrozumieć. No bo, proszę mu powiedzieć, dlaczego to policjant był mądrzejszy, najmądrzejszy policjant na całą Polskę, ale to psychiatra miał rację. A mądrzejszy nie był. Rozumiecie to? Pan to rozumie? Jak to jest, że psychiatra głupszy, a rację miał, chociaż blisko było, to jak pięćdziesiąt jeden do pięćdziesięciu. By było sześćdziesiąt do pięćdziesięciu, to oczywista sprawa, ale tu tak na krawędzi. Tajemnica, którą Pan Bogusław zna i rozumie, i opowiadać nie będzie. Ale jakby tak, wyobraźcie sobie, stał teraz w katedrze Notre Dame. W Paryżu. W takim białym papieskim na ramionach i takim białym z czerwonym papieskim na głowie. Do wyobrażenia? Pasowałby? Spojrzelibyście na Pana Bogusława i co powiedzieli? Albo jakby wyszedł tu z za rogu, z Brzeskiej, tak ubrany, to pewnie byście powiedzieli, że wariat. Tak ubrany, żaden karnawał, wariat i już. Ale czy psychiatra był normalny? I w ogóle, papież, bez przesady, Pan Bogusław jeszcze się czuje za młody, ale jakby jeszcze poczekać, to może by mógł zagrać Wojtyłę, takiego z lat siedemdziesiątych. Jak Karolak. Nasz taki był piękny, papież, Ci późniejsi już nie, ale nasz był wspaniały, zresztą podobnie jak jego poprzednik. Tak mówi Pan Bogusław, po czym sobie przypomina, że jeśli nie papież, to jeszcze nie został w życiu Jerzym Połomskim. A posłuchajcie, jak Pan Bogusław śpiewa, oczywiście ja sam nie znam twórczości Połomskiego i to teraz jest najważniejsza rzecz na świecie, żeby wiedzieć, jaka to była piosenka, którą on bardziej deklamował niż śpiewał, ale nie zapadła mi w pamięć. Tylko słowo zło pamiętam i pewnie i tak źle. Nie pozostawiam mu złudzeń, tłumaczę, że chyba jednak nie, że śpiewanie to trzeba bardziej ze środka i od przepony. On nie robi sobie z tego wiele, kontynuuje. I w ogóle, to Pan Bogusław wie, że gdyby był normalny, to przecież by nie musiał w życiu zbierać butelek. A na koniec, na sam koniec, jak mówi po raz czwarty już, kiedy tak idziemy razem Ząbkowską, ja na koncert, on z torbami, na koniec zadaje mi pytanie - Czy jest choć jeden normalny?

- Oczywiście, że nie, Panie Bogusławie. Oczywiście, że nie.

Pomachał mi porozumiewawczo ręką.

Natomiast jeśli chodzi o kIRka, to prawdopodobnie nie mam z żadnym innym zespołem relacji tak intymnej koncertowo, że wpadam w trans, zapominam o całym świecie, prawdopodobnie nieco przysypiam nawet i jestem bardzo, bardzo zadowolony i nie wiem zupełnie, jak dwie godziny mogą minąć tak szybko.

niedziela, 18 stycznia 2015

[FB] Jesteś lekiem na całe zło

 Karma to suka / Jak być szczęśliwym / Księżyc 9%

Poszedłem na przyjęcie urodzinowe dziś, coś mnie tam zaczepiano na ulicy w sprawach sercowych, ale niestety raczej agresywnie. Na miejscu zrealizowałem większość potencjału imprezowego, a przynajmniej tyle, ile się go da zrealizować ze smarkiem. Tak, tańczyłem też Macarenę. Tak, być może byłem w jakiś sposób przebrany. Zwykłe zgnuśniałe sprawy. Pod koniec graliśmy w drugą najlepszą grę na świecie - czoło.

To już drugi raz w tym roku. Za pierwszym kipiałem ze szczęścia, kiedy koleżanka walczyła ze swoją zagadką. Znaczy moją, wiecie jak w to się gra. Warto zauważyć, że zagadka była spersonalizowana, przecież trzeba personalizować zagadki, to powiększa przypał i radość. Jest to w każdym razie jakiś punkt, moment w czasie, kiedy uruchomiły się muzyczne szpile. Szpile to miały gramofony, taka to muzyka poniekąd.

I sprawa wygląda tak, że gdyby nie muzyczne szpile, to za żadne skarby świata bym dzisiaj nie rzucał tak fachowych pytań, jak:

- Eeee, jestem Ewą Bem?

- Może Halina Frąckowiak?

- Kalina Jędrusik to bardziej aktorka, nie?

- Jezu, Łobaszewska też nie?

- Może Demarczyk?

- Edyta Geppert?

- ...jestem zdesperowany... Maryla Rodowicz?

- Błagam, przecież nie Antonina Krzysztoń!

W końcu zgadłem!

piątek, 16 stycznia 2015

[FB] Apteka marzenie, podejrzane piguły

 Księżyc nad Warszawą cienieje, mamy 25%, czyli że są szanse na sen. To niech i piosenka na dobranoc będzie.

W swojej bezbrzeżnej ignorancji ja, stary przecież fejsiarz, nie polubiłem strony Hydrozagadki do tej pory. Bywam tam w tym podwórku rozrywkowym, blisko mam i fajne rzeczy czasem grają. I dzisiaj się dowiaduję ze strony klubu satelickiego Chmury, że koncert w Hydro gra Apteka. Czyli że nie poszedłem. Zresztą to już by był gruby dylemat, gdybym wiedział wcześniej, skoro były warsztaty.

Ponieważ nie miałem starszego brata ani starszych kolegów, Aptekę słyszałem tylko trochę i tylko na Offie kilka lat temu. Nie w 2012, raczej w 2010. Najbardziej pamiętam, że przez cały koncert miałem wrażenie, jakby Kodym o niczym innym nie marzył poza rozjebaniem scenicznych partnerów. Tak mniej więcej patrzył na nich, nie potwierdziłem więc dzisiaj, czy on tak ma na stałe niestety. A ja też się wtedy z jakimiś dziwnymi spojrzeniami spotykałem, np. pierwszego dnia ochroniarze kazali mi wyrzucić pompkę rowerową, którą przypadkiem miałem w plecaku, że niby niebezpieczny przedmiot chcę wnieść. A drugiego dnia jeszcze większy cyrk. Macają mnie po kieszeniach kurtki, coś tam czują - A to co?!

Ja o wiele bardziej zaskoczony od typa macam się w tym samym miejscu, jakieś niby to granulki, niby to pigułki... Odpowiadam więc zgodnie z prawdą i nieco przerażony - Nie wiem!

Popatrzył spode łba i mnie wpuścił.

Przeszedłem parę metrów, odnalazłem zapomnianą kieszeń wewnątrz kurtki a tam spakowana na drogę z Wawy do Kato torebka migdałów.

piątek, 9 stycznia 2015

[FB] Czy Yoko Kanno xerowała Bjork, hmm?

 Ojej. Okazuje się, że wciąż jestem mocno zajarany pierwszym OSTem do serii telewizyjnej GITS. Mało tego, nie wstydzę się do tego przyznać - przeciwnie do częściowo księżycowych zespołów, których jakoś wciąż nie mogę przeboleć. A słuchałem i wczoraj.

Zaczęło się tak, że w prehistorycznym internecie ktoś wrzucił stream "Inner Universe". Pewnie wersję z openingu, czyli z półtora minuty. To był taki piękny czas, kiedy wszyscy mangowcy się w tym internecie znali, strony wciąż jeszcze nazywały się "świat mangi trochę inaczej niż reszta" i prześcigały we wrzucaniu buttonów do kolegów z sieci w coraz to dziwniejsze miejsca w layoucie. Youtube wtedy jeszcze nie było, więc już sam zagnieżdżony odtwarzacz na stronie robił wrażenie, a jak jeszcze poleciał kawałek, to pewnie spadłem z krzesła z zachwytu. Żarówki zaczęły mrygać, drzewa i słupy wysokiego napięcia kłaniać się sobie wzajemnie, a świerszczyki z krzaczorów pod oknem latały radośnie na wietrze. Nawet jeśli w tych czasach nie było już w krzaczorach świerszczyków, pamiętam że osiedlowi ojcowie przeczesywali je od czasu do czasu. Dobra, wtedy już na pewno nie było, ale ciężko inaczej te krzaczory kojarzyć i świerszczyki na pewno latały na okazję odkrytego kawałka.

Wkrótce potem okazało się, że cały pierwszy OST do serii mnie zachwyca i wolę słuchać tego niż np. muzy z kinowego klasyka. Jako wciąż jeszcze nastoletni chłopak szczególnie upodobałem sobie patetyczny "Fish Silent Cruise", ale na szczęście są tam też łatwiejsze dziś do strawienia rzeczy, "Where Does This Ocean Go" czy "Surf". Na pewno lepiej zachęcać takimi. Ani odcinka nie widziałem do tej pory, choć zdaje się nawet mieliśmy polskie wydanie.

Znalazłem toto w wiadomościach zaraz obok "Sklepów cynamonowych", więc wiecie - jeśli niby słabe, to przynajmniej stało na półce obok arcydzieła.

(Wpis sprowokowali M.K. i P.R.Sz., zupełnie niezależnie od siebie. Gnuśny wyraża im podziękę za wynalezienie zajęcia na okoliczność księżyca w 87% widoczności. Howgh.)