poniedziałek, 26 stycznia 2026

S05E16 Dark Side of the Moon

 Zastanawiałem się tam kiedyś przez chwilę, kiedy oglądaliśmy serial, jak wyglądałoby moje niebo, jeśli miałoby być wyobrażone zgodnie z wizją z uniwersum. Nie jestem przekonany, czy ta wizja do mnie przemawia, tj. może to jednak jest jakoś mało kreatywne, żeby niebo odtwarzało najszczęśliwsze chwile z życia. Przy skali zjawisk proponowanych przez różne religie na pewno mógłby się tam ten główny szef mocniej postarać i zaoferować coś nawet lepszego.

Z drugiej strony - nie znamy nic lepszego od życia, a nieba wcale nie ma, więc tak się zastanawiałem, kiedy było moje niebo na ziemi.

W związku z kotem atakującym stopy i kradnącym skarpetki, wraca czasem temat tego kto może być stópkarzem (oczywiście nie znałem tego określenia wcześniej, no ale spodziewamy się, my, ludzie grający w Dark Souls, że pewnie Miyazaki jest) i przez to skojarzenie już wiedziałem.

Nie no, nie jestem stópkarzem, ustalono od razu, że jeśli co tam robią stopy przestaje być interesujące po przejściu do rozbierania, to wtedy się nie jest. A ja mam takie wspomnienie z wieczoru w kawiarni przy Ząbkowskiej, które zaczyna się od stopy kusząco przesuwającej się po mojej nodze i wiem że wkrótce wrócimy do mnie i nie będziemy w ogóle myśleć o tej stopie, bo prędko przejdziemy do rozbierania, ale jednocześnie tu i teraz ona jest tak szczęśliwa i roześmiana, i zadziorna, i swobodna, i jasna, i patrząca z takim błyskiem w oku, i pewna siebie i wciąż jeszcze nas

(sporo później myślałem że może się mnie wstydzi, a do tego nie lubiła jak goliłem zarost, bo wyglądałem za młodo - kilka lat później mam odwrotne problemy);

wciąż jeszcze, mimo że to musiało minąć kilka wspólnych

(na tyle na ile się dało, it's complicated)

lat, jak tej pierwszej nocy, kiedy tańczyliśmy i jeszcze nie wiedzieliśmy że wkrótce będziemy u niej bardzo niewprawnie rozbierać się i całować

(a kiedy uciekła mi z ramion przy zaproszeniu do tańca, to wiedziałem że jest po nas),

bo w sumie nie tak dawno nam wyszło, że nic z tego...

Nie pamiętałem już o tym starcie od "nic z tego" za bardzo, to zły trop, wyrzuć to z głowy. O tym pamiętaj, że niebo to było jej szczęście.

Powtarzam sobie czasem w głowie taką mantrę - jestem dobry, wdzięczny, niczego nie oczekuję. Tylko w tym ostatnim trochę się okłamuję, myślę, wierząc wciąż jednak, że to jest dobry, stoicki jakoś, trop. Nie dlatego, że pesymiści mają w życiu mniej rozczarowań, jak powtarzałem kiedyś, tylko dlatego że te dwie pierwsze rzeczy są o wiele ważniejsze. No i to lepsza mantra na bezsenność niż "zasnąć, umrzeć" z czasu bycia nastolatkiem, prawda?

A jednak niebo, albo, to ważne ostatnio, dom, albo obie te rzeczy razem wzięte, czyli chyba spełnienie marzeń o których nie wiedziałem że je mam, dopóki się nie wydarzały i nie jebały równolegle, to są ludzie. Jak zyskać tę kombinację, jeśli się nie oczekuje nic od nich?

Na szczęście można mieć w uniwersum serialu więcej niż jedno niebo, więc zanotuję sobie to drugie. W końcu to wszystko co po nim zostanie.

Przez pokój z siłą tornado przewala się kot, już na tyle wyrośnięty, że żadna półka nie jest zbyt odległa na jego kocie parkour. Czasem trzeba go odgonić od kwiatków na parapecie, bo lubi zaczepiać te pnącza. Oglądamy film animowany, to ja go kiedyś zaproponowałem, ale to ona zaproponowała że to dziś.

Ja w ogóle nie chciałem (znaczy od pewnego momentu chciałem, ale jednak z dużą ostrożnością i wdzięcznością wyrażaną drobiazgami kojarzonymi z tym czasem) jej się nigdy za mocno narzucać (nawet z randką jak widać narzuciłem się tak nieskutecznie, że nie rozumiała ocb), w większości to ona sugerowała wspólny czas przecież. Kłóciłbym się o tę statystykę aż do momentu, gdzie powiedziałaby, że już dalej nie ma siły się ze mną kłócić, bo czasem się i tak zaczepialiśmy w sprawach bez najmniejszego znaczenia. Na drugi dzień przyznałbym bez zająknięcia, że nie mam racji.

Powiedziałaby że jestem niezdecydowany. To nieprawda. Spośród znanych mi ludzi najlepszy w miłość jest ten, który powiedział mi że to jest decyzja.

Ja z filmu znam jedną piosenkę, bo była na zajęciach. Ona zna wszystkie, widziała to już, więc czasem ogląda uważniej (mówi że uwielbia tygrysa i ptaka o trzech parach oczu i wtedy się okazuje, że zna więcej lore, którego nie widać w filmie wprost), czasem mniej, siedząc równolegle w telefonie czy zaczepiając kota. Gdyby się zgodziła na randkę, zrobiłbym jej taką kartkę z "save the date".

I śpiewa wszystkie te piosenki, i buja się, i tańczy na kanapie, mimo lekkiego zaplątania w koc i pozycji na wpół leżącej na ogół.

Nigdy się nie dotkniemy i nigdy nie zatańczymy (a myślałem że może jakby randka wyszła to west coast swing kiedyś, mówiła że chciała spróbować), jedynie ja jakieś przypadkowe gesty kierowane do kota wezmę do siebie z siłą tornado; czasem może przypadkowo samym czubkiem stopy spod koca, przewalając się z boku na bok na swoim krańcu kanapy, ale przecież w tej chwili to nie wymaga już żadnego więcej parkour ciał ani umysłu, ani serca, żebym miał niebo.

Dąsa się, kiedy jej przy napisach mówię, że śpiewa ładniej niż dziewczyny na przebitkach z produkcji. It's supercute.

sobota, 17 stycznia 2026

Ganbare Jellyous

 Zaprosiłem najcudowniejszą kobietę jaką znam na randkę i powiedziała że nichuja.

No to teraz przynajmniej wiem jak bardzo mi na niej zależy, bo to się najmocniej przecież wie, kiedy dowiadujesz się, że ona z miejsca już wie że nie.

Trochę była zła że naciskałem żeby dała mi tego kosza wprost, bo na początku chciała udawać, że nie rozumie, że "chciałbym zabrać Cię do teatru" to zaproszenie na randkę.

Jakoś rozumiem, że to jest próba zachowania status quo. Ale przecież ja nie mogę zachowywać status quo, jeśli wiem z pierwszej ręki, że osoba którą wpuści kiedyś do swojego życia będzie codziennie zakochiwać się w niej na nowo, kiedy będzie zamiast po prostu krzątać się po domu, tańczyć do wszystkiego co gra, śpiewać piosenki z filmem czy serialem, wyzywać kota od głupoli i kupować mu co i rusz nowe smaczki i zabawki, przekomarzać żeby z nią walczyć, wystawiając piąstki przed siebie, albo przekomarzać że czasem ma dziury w mózgu; mówić że niektóre sprawy trzeba po prostu przetrwać, bo nic innego się nie zrobi. Leżeć na podłodze w kuchni, bo spadła ze stołka, niezdara.

Nikt tak pięknie nie leży na podłodze po spadnięciu ze stołka.

Wszedłem tam po przygodach ze śniegiem, tego dnia kiedy tak nagle się zrobiło zimowo, wymęczony po podróży na wpół pieszej, bo ostatnie autobusy i tak dalej i było mi tak ciepło i dobrze, kiedy złapałem jej dłonie i pomogłem wstać; i o wiele, wiele zimniej niż tam skąd przyszedłem, kiedy nie mogłem ich przytrzymać.

Trzeba po prostu przetrwać to nichuja teraz, zanim ktoś dostanie to prawo, żeby zakochiwać się w niej na nowo każdego dnia, bo przecież wtedy będzie jeszcze trudniej.

Mam kłopot, żeby się pogodzić, że to wszystko złudzenia. Tylko pozory i iluzje, jak zawsze. Dlaczego kiedy chciałem poradzić się w sprawie zaczepki na siłowni, zrobiła coś niewyraźnego i jakby zazdrosnego? Po co mi tłumaczy, że kiedy wyjeżdża z miasta to na planszówki z przyjaciółmi a nie jakiś ostry clubbing? Dlaczego jej zależy, żeby mi wytłumaczyć, że jak śmiały się w głos z przyjaciółką, że facet to ma srać pieniędzmi i mieć potężne ramiona do noszenia na rękach, to gadały se takie o, głupoty. Co to, kurwa, litość i żal nade mną, zdecydowanie nie takim? Czy po prostu nie chce żebym myślał że jest pustą laską. Nigdy tak nie myślałem. Co się wydarzyło w Sylwestra, że miałem poczucie jakby była o coś zła (koleżanka na drugi dzień wiedziała o co chodzi, tak patrzyła, kiedy zażartowałem jakim jestem głupim chujem, ja wciąż nie wiem) i o czym nie chciała mi powiedzieć później, kiedy marudziła że z jakimiś myślami w noc to spała raptem trzy godziny a ja nie mogłem nic, stałem zaraz obok, nie mogąc ani drążyć, ani pogładzić po włosach, co zdawało się najpotrzebniejszą rzeczą - mnie, jej, pewnie mnie nawet bardziej.

Po jaki złamany chuj najpierw mnie spławiła a na drugi dzień pytała czy może jest jakiś inny termin. Don't do this to me, don't give me hope. Kobiety bywają brutalne, nawet jeśli, wydaje mi się, nieumyślnie.

Dlaczego musiała powiedzieć, że mógłbym jej robić kawę.

Wiedziałbym dokładnie jaka to ma być kawa - bardziej mleko z posmakiem, no ale właściwie sam pijam podobną. I płatki z jogurtem naturalnym, bananem, byle nie przejrzałym, na śniadanie.

Tak bardzo bym mógł, tak bardzo bym chciał.

Shit is difficult. Upieram się, walczę z samym sobą, że to nigdy nie jest zły pomysł, żeby zaprosić cudowną kobietę do teatru.

Mam kłopot, żeby pogodzić się, że to wszystko to złudzenia i bycie zupełnie przyzwoitym facetem, uważnym, troskliwym, czułym, zainteresowanym ale nie natarczywym, nie rokuje na przyszłość z kimś wcale a wcale, bo nie wystarcza nawet na jedną randkę. Chciałbym myśleć że wcale nie, ale shit is difficult.

Ganbare - podebrałem z serialu, czasem jej tak mówiłem. Ganbare, szepczę sam sobie, bo shit is difficult. Trzeba po prostu przetrwać.

niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

środa, 6 sierpnia 2025

A śniło mi się że przesoliłem pomidory

Rozmawiałem ostatnio z lekarzem, że wróciły do mnie emocje. Te wzruszenia na ulicy, łzy napływające do oczu, przełykanie smarków. Może trochę za mocno, no ale to w gruncie rzeczy lepiej niż żeby ich nie było. Czytam "Drogę Królów" i też lekko chlipię jak się coś dzieje, choć akurat książki to są dla mnie wyciskaczami łez często i bez leków - "Hyperion", "Pozwól rzece płynąć", albo powroty do Feista, kiedy Pug dostaje nazwisko od umierającego Borrica, to mnie niszczy zawsze.

Mówię mu też, że te emocje to często nadpisują działanie leków, jeśli są jakieś gorsze, bo wprawdzie sypiam na tabletkach prawie jak zdrowy człowiek, nie wybudzając się w nocy, ale np. kiedy w domu była współlokatorka-żmija (sukces, wyprowadzona, choć zgodnie z przewidywaniami odmówiła zapłaty czynszu za ostatni miesiąc, taka to słowna i wiarygodna osoba), to wciąż się zdarzały problemy z usypianiem.

No a wczoraj się jednak posypało, jakaś emocja rozczarowania może to jest.

Obudziłem się po staremu, z półtorej godziny od kiedy usnąłem i przewalałem bez sensu ze dwie godziny z boku na bok, aż nie zaczęło widnieć. Wstałem, zrobiłem tosty, obżarłem się, dopiero dało się znów usnąć. Trzeba było zjeść od razu, ale przecież obżarłem się też przed snem. Są te nadzieja i złudzenie zawsze, że to tylko na chwilę i nie poczytasz, nie pograsz, nie zjesz, męczysz się.

Skąd to?

Skakanka nie chce dać się zaprosić na kawę, nie przychodzi. Wolałbym myśleć, że to przypadek, ale ponieważ nie umiem myśleć że nie wszystko na świecie kręci się wokół mnie, to myślę, że może ona myśli, że ją wtedy spławiłem jakoś. Przerażone zwierzątka też syczą i straszą, wydaje mi się, że nie syczałem, ale może jednak?

No i może to jednak powinna być Tank Girl. To są takie rzeczy zupełnie bez znaczenia, ale są to też rzeczy, które uwielbiam, jak mi się łączą w głowie, kosmiczne nitki zszywające nagle rzeczywistość w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zamawiam sobie koszulkę "Tank Girl", fajne rysunki to są, był taki komiks kiedyś. Skąd ja to wiem, to nie wiem, może to jest jedna z tych rzeczy które zobaczyłem w dzieciństwie u kuzynów w Krakowie, byli supercool, mieli Transformersy, Lobo, Dreamcasta, albo może nawet nie u nich, tylko w klubie-domu-kultury gdzie nas kiedyś zabrali, gdzie grali w jakieś planszówki czy warhammery.

To bez sensu, ale co ja mogę innego niż wyeksponować nadruk na fotce podsumowującej zajęcia? Może ona nie obserwuje instruktorki na fejsie. Czy jest na fejsbuku grupa spotted-zdrofit/zumba?

No i grzebię sobie w internetach w sprawie "Tank Girl" i za chwilę okazuje się, że autor jest również projektantem Gorillaz, a ja dopiero co obczajałem koszulkę "Demon Days" w sklepie, zazdrościłem takiej typowi który wszedł kiedyś do szkoły tańca na recepcję, pytać o możliwość wystawienia galerii przed godzinami zajęć. To jest podejście dobre do życia, sięgać i sprawdzać. A komiksiarz od Gorillaz to Jamie Hewlett. No i nagle się Skakanka kojarzy z ulubionymi rzeczami, choć nie poszliśmy na kawę.

Chciałbym przeżyć tę sytuację zaproszenia i mieć jasność, czy się będzie czym przejmować (udawajmy przez chwilę, że nie przejmuję się już teraz), czy rozglądać się za kimś innym na kawę. Boję się w szkole tańca, bo tam jestem szczęśliwy i nie chciałbym żeby to jebło jak sen (nie dramatyzuj, to jedna noc dopiero), ale w sumie w tych momentach jak nie uciekam od myśli, że cały świat kręci się wokół mnie, to widzę tam te dziewczyny które w rozmowie wspominają o "samotnych wieczorach" albo pytają czy "chodzę czasem do knajp przy Ząbkowskiej".

A może one też już mają klarowną sytuację, czasem się ludzie mijają po prostu, c'nie?

No albo trzeba olać plotki ptasiego teamu i po prostu zapytać, czy ktoś ją tam zna jednak i ma jakieś namiary.

Wczoraj instruktorki mnie zagadały, dlaczego głównie na Gdański chodzę. Bo w sumie najmocniej lubię atmosferę, a do tego w Koneserze niezbyt mi pasują godziny ostatnio. Nie mówię, że jeszcze chciałem stąd kogoś zaprosić na kawę, może powinienem? Gdyby to była sama instruktorka Danse Macabre, to może jeszcze, ale nie przy Damie Pchełek, ech.

Dama Pchełek pisała do mnie na insta później, choć przestała mi kiedyś odpisywać na fejsie, a za chwilę laski plotkowały że ja komuś jakieś przykrości robiłem, bo sobie próbuję rozliczyć kroczki w ósemce. Przeszedł mi już wkurw i rozczarowanie, mam tę relację zresetowaną i wolę trzymać dystans. Zgrabnie ktoś o niej powiedział, że sama "żongluje dystansem". Ta kawa to może mogła się wydarzyć z rok temu, albo jeszcze pod koniec zeszłego, teraz już nie ma szans.

Ale różową koszulkę zumbową to niech mi załatwi! Wiedząca mówiła, że mi do twarzy w różu.

Co ja mam z tymi t-shirtami ostatnio, nie mam kasy na takie pierdoły przecież. Mam w tym tygodniu trzy CV do przygotowania pod jakieś oferty pracy które wpadły w oko. Do it!

sobota, 2 sierpnia 2025

Skakanka

W zeszły czwartek na Gdańskim umarłem zanim wystartowały zajęcia, kiedy przypadkowo wepchnąłem się na miejsce Śpiewającej Kapitana, przeprosiłem ją za to zresztą, ale mówi: nie przeszkadza mi. No i wylądowałem tym sposobem zaraz za najładniejszą spódniczką zajęć, nieumyślnie to zrobiłem przecież, tak jakoś wyszło.

Ja się kiedyś z Różyczką śmiałem, że warto czasem mieć miejsce gdzieś z tyłu, można się pogapić trochę na nogi spódniczek. Wiadomo, że to są treningowe takie, z lajkrami pod spodem, no ale wyobraźnia robi swoje.

No i te żarty to w gruncie rzeczy nie wybrzmiewają w życiu. Ja staram się zawsze tak ustawić, żeby się dziewczyny nie czuły skrępowane, że im pod tę spódniczkę zaglądam. Tu i tak łatwiej niż w zatłoczone dni na jodze, gdzie można wylądować nieumyślnie centymetry od czyjegoś krocza.

Stoję sobie i czekam, i za chwilę umieram, bo spódniczka się odwraca do mnie z takim uśmiechem, jakby tam stał ktoś znajomy i lubiany na moim miejscu. To nie są rzeczy jakich się spodziewam na zumbie. No i ja nie wiem jak ma na imię ta dziewczyna (już wyłapałem!), czasem bywa, z raz coś do niej kiedyś powiedziałem może, kiedy się okazało, że pod lustrami jest skrytka na ręcznik czy wodę, dawno już, tyle.

Ożyłem za chwilę jednak, bo nie włączyła się w z trudem klejoną rozmowę z innym kolegą, a też oczywiście miałem w głowie zbyt wielkie WTF, żeby ją samemu włączyć.


We wtorek na Gdańskim zgadałem się ze Stanią, żeby mi zajęła miejsce obok siebie, bo ja puszczam tam zawsze dziewczęta przodem z chłopakami jak wchodzimy na salę. No i co się okazuje, znów stoję za spódniczką, nawet nie muszę nic kombinować, próbować się przepchnąć, zbliżyć, samo się dzieje. Tym razem nie miała spódniczki, uff, nie trzeba było udawać słupa soli z wzrokiem zastygłym jedynie w punkcie na lustrze.

Zresztą to jest taka kobieta, że obsadzając ją w latach 90. w rom-comie o szarej myszce, która przechodzi ultra glow up, nie daliby rady jej schować urody, więc na dobrą sprawę spódniczka czy nie, niewielka różnica.

Siedzi biedna przed zajęciami, jak ja często w sumie siedziałem, kiedy nikt nie rozmawiał z grupy. Brzydko tak myśleć, ale myślę, że w sumie jest za ładna, żeby łatwo znaleźć przyjaciółki w tym hermetycznym dość towarzystwie, od którego sam się tak odbijałem, że już przestało mi zależeć.

Mam ochotę ją zagadać, ale nie zagaduję, nie chcę w tych salach żadnych dram i dalszych plotek, a daję głowę, ten uśmiech z czwartku, przypadkowy, nic nie znaczący, to od razu wysłał Damę Pchełek w objęcia przyjaciółki - Pani Bez Spodni - chciałbym nie myśleć, że wszystko kręci się wokół mnie, ale Dama Pchełek wciąż się kręci, choć z pół roku temu wypraszała z towarzystwa.

Zajęcia się kończą. Widzę że spódniczka idzie nie do szatni, a gdzieś głębiej w siłownię. Przechodzę obok, czasem zostaję na drążek, robiliśmy tak czasem z Pięknym Gregiem. Tak sobie tłumaczę, że ten drążek się zdarza czasem, więc wcale nie wyszedłem za dziewczyną zbyt ładną żeby o niej myśleć.

 

We wtorek na Gdańskim umarłem za dwie serie podciągnięć, kiedy się rozciągała z drugiej strony półek i ja naprawdę ani przez sekundę się nie gapiłem, tylko czytałem książkę z tabletu między seriami. Podeszła do mnie i zapytała czy wiem gdzie są skakanki. I że te zajęcia wspólne fajne, taki wycisk, a taka energia, że jeszcze się potrzebuje dalej wyżyć i że jest czołgiem, nie do zatrzymania. To całkiem urocze, kiedy kobieta mówi, że jest jak czołg.

Kobieto Czołg, niedoczekanie Twoje, jesteś w tym pamiętniczku Skakanką.

Niedoczekanie moje, jestem kretynem i nie zaprosiłem jej od razu na kawę.


W środę wracałem z zajęć z Wiedzącą Czego Chcącą, pytam jak ten kretyn, co to znaczy że najładniejsza dziewczyna z zajęć się mnie pyta o skakankę na siłowni po zajęciach. Wiedząca nie mówi mi że jestem kretynem, choć nie mówi też, że to oznacza jakieś zainteresowanie - po prostu mówi, że zaproś na tę kawę, najwyżej powie nie.

Och, Wiedząca, nie znasz się, jest tyle opcji, moje pierwsze zaproszenie dziewczyny gdziekolwiek to było straszliwie zimne "idź sobie". No i, Wiedząca, nie wiesz że ja tu próbuję zacząć szukać jakiejś bliskości po roku od rozstania i po półtora roku bez dotyku, bo przecież nie dotykaliśmy się już długo zanim. Jestem bardziej niedopieszczony niż niedopieszczona była była wtedy na początku. I nic mnie nie przeraża bardziej niż kawa (żeby nie mówić od razu randka) w momencie kiedy zdaję się sam sobie serią czerwonych flag - z brakiem pracy na pierwszym miejscu.


No ale masz rację, Wiedząca. Ani nigdy nie ma dobrego momentu, ani nigdy nie jest się gotowym. Sięgasz, sprawdzasz, nie wyjdzie, trudno, robisz dalej swoje. Nie byłoby mnie dawno na tych salach, gdybym nie robił swojego.


W czwartek w tym tygodniu na Gdańskim umarłem, bo nie przyszła. W piątek w tym tygodniu umarłem, bo nie przyszła też na Promenadę, mówiła wtedy że czasem bywa, specjalnie dojechałem, pytać o tę kawę, choć planowałem przecież dłuższe przerwy weekendowe z okazji wyjazdu, kolanka by się ucieszyły. Oczywiście dość determinacji żeby dojechać na zajęcia poza zwykłym planem to jeszcze nie znaczy, że bym zaprosił, może przynajmniej zagadał, ale tak samego siebie próbuję uspokoić i przekuć to przerażenie w ekscytację, że przecież działam aktywnie i to już jest dużo jak na mnie.


No i pewnie chodzi też o to, żeby się nie młotkować, że się nie spróbowało, to pewnie i tak nieźle, że nie obudziłem się z tym pomysłem za pół roku. Jeśli jest zainteresowana, to ułatwiła mi zaproszenie na tyle na ile tylko się da - pamiętajmy że dziewczęta wciąż nie zapraszają nas na kawę pierwsze. Jeśli nie jest, to powie że nie jest, raczej nie da rady brutalniej niż laska z liceum. EZ, c'nie?


Następna śmierć we wtorek.


*

Salty jest nawet bardziej salty niż Dama Pchełek, że zagadała mnie koleżanka z zumby. Co się dzieje. Te memy, że dziewczęta lecą na broken mężczyzn zamiast wartościowych to jednak prawda, muszę wysyłać jakieś nowe feromony w tych życiowych stresach. Zaopiekuj się mną, bleh. Nie chciałbym, żeby ktoś mi powiedział, że szukam mamy a nie partnerki za jakiś czas.

Rób swoje, idź naprzód, nie zasiedź się na jakimś bezrobociu, spróbuj dowiedzieć się co napędza ten czołg, tańcz, tańcz, tańcz.

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

poniedziałek, 7 lipca 2025

Podsutygodniowanie

 pon.

Dziwny dzień, pełen napięcia. To nie dzieje się tylko w głowie, to się rozlewa na całe ciało, właściwie to jakby promieniuje, jak, no, słońce, gdzieś od splotu słonecznego. Czy to stąd nazwa?

Ale wbicie na kilka godzin zajęć u Cudownej to zapomnienie. Jeszcze w drodze dużo irytacji, łażenie po sklepach za różowym t-shirtem, zgadaliśmy się na takie tego dnia. Im więcej ludzi wokół tym większy stres - centra handlowe to nigdy nie była moja filiżanka herbaty.

Przeminęło z tańcem.

wt.

Niewiele lepiej, w poszukiwaniu wytłumaczenia dochodzę do wniosku, że mimo planu żeby nie przejmować się nikim, jednak się przejmuję wszystkimi. Ukłucia zazdrości o Salto, o MonkeyG (ile dziewczyn do podobania się na raz jest legalne?), no ale uśmiechy do dziesięć, jak nie więcej, lat młodszego Toma Cruise'a nie dziwią przecież. Zresztą, młody i przystojny typ na zajęciach to na dobrą sprawę zdejmuje ze mnie całą presję, nie dość że nie jestem już jedynym rodzynem, to nikt już na mnie nie patrzy, bo i na co. Wywalam to z siebie drukowanymi wołami w notatnik, jadę wieczorem na zumbę. Jest tak sobie, nie drę ryjona wcale.

śr.

Ogólnie trochę lepiej. Na wieczorne zajęcia dociera ulubiona Rada, wulkan energii, moja ulubiona młodsza siostrzyczka. Nieźle mi tego dnia wychodzą rzeczy, robimy Mike'a Tysona, ruch wstępnie jakoś znany z zajęć u Cudownej, kilka miesięcy temu. Nawet na drugiej godzinie, kiedy wchodzi choreo, pamięć w miarę działa. Cieszę się, że była moja dance-sis i ogólnie nawet z siebie jestem zadowolony.

czw.

Oglądamy z Salty Supernatural, ostatnie sesje przed jej urlopem. Pewnie nie chciałoby mi się samemu, ale z kimś to jest dobrze spędzony czas. A sam to sobie obejrzałem w tym tygodniu Reachera. No i wziąłem się za książkę od Wiedzącej Czego Chcącej, stopniowo się wkręcam w tego Sandersona. Potrzebuję coś konsumować, żeby coś samemu robić, inaczej nie ma paliwa na słowa, obrazy, myśli.

Na treningu Cudowna prosi o więcej luzu. Cudowna, dla Ciebie chciałbym wszystko. Ale może nie będę na razie tłumaczył, że wprawdzie taniec jest fantastyczny, ale przede wszystkim pracuję tu nad jakimiś traumami, depresją, fobiami społecznymi.

Przed treningiem dziewczęta robią warkocze, żartuję że mnie też. Trzęsę się przy dotyku, to stres, choć Landrynę znam już te pół roku i lubię przecież.

pt.

Jazda po mieście za ciuchami na nagrywki u Cudownej. Ostatni trening, wylatywanie z choreografii. Z gówna bicza nie ukręcisz? Tom Cruise ma miejsce, niektórzy to mają fajnie, że nie muszą trenować, tj. moje godziny poszły w las, a byłem chyba jako jedyny na wszystkich, czyli ze dwa razy więcej. Nie potrzebuję się nad sobą tak znęcać. No i lubię typa, podziwiałem od początku, ma luz jak Rada.

so.

Nagrywki są ekstra. Nie idzie mi, ale tańczę wszystko, nawet jeśli w ostatnim rzędzie. Taki tam, statysta, zasłaniają mnie zawsze wymiatacze. Chodzimy w fajne miejsca w okolicy szkoły, nawet trochę małpuję na jakiejś bramce. Jest w tym dużo śmiechu i mało uśmiechów skierowanych tam gdzie w sumie może mimo wszystko powinienem? Nie po to tam jestem, bawię się pysznie.

Siedzimy na plaży później wszyscy, nigdy tak nie siedziałem nad Wisłą na plaży. Mam ochotę na siatkówkę w kółeczku (może to ten Tom Cruise robi takie skojarzenia), nie mamy piłki i ciężko powiedzieć czy moje palce, nieustannie kontuzjowane, wytrzymałyby taką zabawę. Może się odezwać do Bazyla i Herbacianej?

Idę później na zumbę, jestem kolorowy jak nigdy, wciąż w różowo-biało-niebieskich barwach Cudownej i mam poczucie że wszystko pięknie mi wychodzi. Note to self - luźniejsze ciuchy robią różnicę!

nie.

Słabo że przegapiam ostatnio zapisy na jogę, potrzebuję tego. Zumba u Damy Pchełek taka sobie, od kiedy wbijam raz na tydzień czy dwa, zapominam układy do piosenek i wtedy o wiele mniej mi się to klei. Za to fantastyczną jest nowa choreografia na commercialu u Cudownej, wiadomo. Mam wyrzuty sumienia że nie zostaję na drugą godzinę, ale skończył mi się karnet open, dopóki nie znajdę pracy potrzebuję być ostrożniejszy z finansami.

P.S. To fajne ilu ludzi nagle dostaje xywki! I wszystkich ich lubię!