Zastanawiałem się tam kiedyś przez chwilę, kiedy oglądaliśmy serial, jak wyglądałoby moje niebo, jeśli miałoby być wyobrażone zgodnie z wizją z uniwersum. Nie jestem przekonany, czy ta wizja do mnie przemawia, tj. może to jednak jest jakoś mało kreatywne, żeby niebo odtwarzało najszczęśliwsze chwile z życia. Przy skali zjawisk proponowanych przez różne religie na pewno mógłby się tam ten główny szef mocniej postarać i zaoferować coś nawet lepszego.
Z drugiej strony - nie znamy nic lepszego od życia, a nieba wcale nie ma, więc tak się zastanawiałem, kiedy było moje niebo na ziemi.
W związku z kotem atakującym stopy i kradnącym skarpetki, wraca czasem temat tego kto może być stópkarzem (oczywiście nie znałem tego określenia wcześniej, no ale spodziewamy się, my, ludzie grający w Dark Souls, że pewnie Miyazaki jest) i przez to skojarzenie już wiedziałem.
Nie no, nie jestem stópkarzem, ustalono od razu, że jeśli co tam robią stopy przestaje być interesujące po przejściu do rozbierania, to wtedy się nie jest. A ja mam takie wspomnienie z wieczoru w kawiarni przy Ząbkowskiej, które zaczyna się od stopy kusząco przesuwającej się po mojej nodze i wiem że wkrótce wrócimy do mnie i nie będziemy w ogóle myśleć o tej stopie, bo prędko przejdziemy do rozbierania, ale jednocześnie tu i teraz ona jest tak szczęśliwa i roześmiana, i zadziorna, i swobodna, i jasna, i patrząca z takim błyskiem w oku, i pewna siebie i wciąż jeszcze nas
(sporo później myślałem że może się mnie wstydzi, a do tego nie lubiła jak goliłem zarost, bo wyglądałem za młodo - kilka lat później mam odwrotne problemy);
wciąż jeszcze, mimo że to musiało minąć kilka wspólnych
(na tyle na ile się dało, it's complicated)
lat, jak tej pierwszej nocy, kiedy tańczyliśmy i jeszcze nie wiedzieliśmy że wkrótce będziemy u niej bardzo niewprawnie rozbierać się i całować
(a kiedy uciekła mi z ramion przy zaproszeniu do tańca, to wiedziałem że jest po nas),
bo w sumie nie tak dawno nam wyszło, że nic z tego...
Nie pamiętałem już o tym starcie od "nic z tego" za bardzo, to zły trop, wyrzuć to z głowy. O tym pamiętaj, że niebo to było jej szczęście.
Powtarzam sobie czasem w głowie taką mantrę - jestem dobry, wdzięczny, niczego nie oczekuję. Tylko w tym ostatnim trochę się okłamuję, myślę, wierząc wciąż jednak, że to jest dobry, stoicki jakoś, trop. Nie dlatego, że pesymiści mają w życiu mniej rozczarowań, jak powtarzałem kiedyś, tylko dlatego że te dwie pierwsze rzeczy są o wiele ważniejsze. No i to lepsza mantra na bezsenność niż "zasnąć, umrzeć" z czasu bycia nastolatkiem, prawda?
A jednak niebo, albo, to ważne ostatnio, dom, albo obie te rzeczy razem wzięte, czyli chyba spełnienie marzeń o których nie wiedziałem że je mam, dopóki się nie wydarzały i nie jebały równolegle, to są ludzie. Jak zyskać tę kombinację, jeśli się nie oczekuje nic od nich?
Na szczęście można mieć w uniwersum serialu więcej niż jedno niebo, więc zanotuję sobie to drugie. W końcu to wszystko co po nim zostanie.
Przez pokój z siłą tornado przewala się kot, już na tyle wyrośnięty, że żadna półka nie jest zbyt odległa na jego kocie parkour. Czasem trzeba go odgonić od kwiatków na parapecie, bo lubi zaczepiać te pnącza. Oglądamy film animowany, to ja go kiedyś zaproponowałem, ale to ona zaproponowała że to dziś.
Ja w ogóle nie chciałem (znaczy od pewnego momentu chciałem, ale jednak z dużą ostrożnością i wdzięcznością wyrażaną drobiazgami kojarzonymi z tym czasem) jej się nigdy za mocno narzucać (nawet z randką jak widać narzuciłem się tak nieskutecznie, że nie rozumiała ocb), w większości to ona sugerowała wspólny czas przecież. Kłóciłbym się o tę statystykę aż do momentu, gdzie powiedziałaby, że już dalej nie ma siły się ze mną kłócić, bo czasem się i tak zaczepialiśmy w sprawach bez najmniejszego znaczenia. Na drugi dzień przyznałbym bez zająknięcia, że nie mam racji.
Powiedziałaby że jestem niezdecydowany. To nieprawda. Spośród znanych mi ludzi najlepszy w miłość jest ten, który powiedział mi że to jest decyzja.
Ja z filmu znam jedną piosenkę, bo była na zajęciach. Ona zna wszystkie, widziała to już, więc czasem ogląda uważniej (mówi że uwielbia tygrysa i ptaka o trzech parach oczu i wtedy się okazuje, że zna więcej lore, którego nie widać w filmie wprost), czasem mniej, siedząc równolegle w telefonie czy zaczepiając kota. Gdyby się zgodziła na randkę, zrobiłbym jej taką kartkę z "save the date".
I śpiewa wszystkie te piosenki, i buja się, i tańczy na kanapie, mimo lekkiego zaplątania w koc i pozycji na wpół leżącej na ogół.
Nigdy się nie dotkniemy i nigdy nie zatańczymy (a myślałem że może jakby randka wyszła to west coast swing kiedyś, mówiła że chciała spróbować), jedynie ja jakieś przypadkowe gesty kierowane do kota wezmę do siebie z siłą tornado; czasem może przypadkowo samym czubkiem stopy spod koca, przewalając się z boku na bok na swoim krańcu kanapy, ale przecież w tej chwili to nie wymaga już żadnego więcej parkour ciał ani umysłu, ani serca, żebym miał niebo.
Dąsa się, kiedy jej przy napisach mówię, że śpiewa ładniej niż dziewczyny na przebitkach z produkcji. It's supercute.